Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Paweł Dobrowolski

Dodano: 30.10.2014
Paweł Dobrowolski (rocznik 1977) znany jest przede wszystkim z zespołu Anny Marii Jopek, w którym gra od 2006 roku. Poza tym chętnie udziela się w wielu rozmaitych składach, nie tylko stricte jazzowych.

Lubi okazjonalne spotkania muzyczne. Grał m.in. z Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Namysłowskim, Januszem Muniakiem, Tomaszem Szukalskim, Włodkiem Pawlikiem. Wymienienie wszystkich znaczących nazwisk zajęłoby pół strony magazynu. Z zespołami zjeździł niemal cały świat, odwiedzając Australię, Japonię, Koreę, Chiny, Indonezję, Singapur, Liban... a wszystko zaczęło się w Nowym Sączu.

Co robisz, kiedy masz dzień bez koncertu?


Staram się ćwiczyć, jeżeli tylko mogę. Chyba, że jestem akurat w trasie koncertowej. Wtedy mój dzień wypełniają takie same czynności, jak większości innych ludzi. Jeśli jesteśmy akurat w jakimś ciekawym miejscu, to chętnie wybieram się pozwiedzać okolicę.


Są dni, że nie dotykasz instrumentu?


Staram się, żeby nie było to zbyt często, ale zdarza się, ostatnio nawet. Nie można przecież grać przez 365 dni w roku. Z upływem lat staram się korzystać z innych aspektów życia. Wszystko nie kręci się tylko wokół muzyki. Nie jest tak, że kiedy mam dzień przerwy od instrumentu, to muszę robić coś związanego z muzyką. Dawniej tak bywało. Teraz nawet celowo robię sobie przerwy od słuchania. Wykonuję taki reset mózgu. Moim zdaniem na muzyka i jego twórczość ma wpływ nie tylko samo interesowanie się tymże tematem, ale całe życie człowieka, to, co przeżywa, kim jest. Muzyka jest zdecydowanie u mnie nadal na pierwszym miejscu, ale chętnie czerpię inspirację z innych dziedzin. Lubię kino, malarstwo, kulinaria, architekturę.


Kiedy ostatnio byłeś w rodzinnym Tarnowie?


Tam się tylko urodziłem, mieszka tam też duża część rodziny. Faktycznie moim rodzinnym miastem jest Nowy Sącz. Do Nowego Sącza chętnie przyjeżdżam, odwiedzając rodzinę. To uroczy, choć troszkę zapomniany zakątek 40 km od granicy ze Słowacją.


To tam zaczęło się twoje muzykowanie?


Tak. W szkole podstawowej chodziłem na lekcje gry na fortepianie. Nauczycielka odkryła, że mam niezłe poczucie rytmu, ale szczerze mówiąc nauka nie trwała za długo. Młodzieńcze pasje sportowe wzięły górę. Zamiast fortepianu wolałem ganiać z kolegami za piłką. Rodzice to rozumieli i nie przymuszali mnie do dalszej nauki. Do grania wróciłem mając 13, 14 lat, ale już wtedy dobrze wiedziałem, czego chcę. Zawsze podobała mi się perkusja. Był to dla mnie instrument widowiskowy, rzucający się w oczy. Zawsze, kiedy słuchałem muzyki, moją uwagę przyciągała perkusja, rytm. Już jako maluch zabawkowymi kręglami z miękkiego plastiku bębniłem w domu w co tylko popadnie, słuchając przy tym muzyki z adapteru. To były dość przypadkowe nagrania. Nie pochodzę z muzykalnej rodziny. Z tamtych czasów pozostała mi miłość do The Beatles. Później ze szpulowego magnetofonu od wujka osłuchiwałem się z Led Zeppelin, The Doors, Jamesem Brownem.


Pierwsza upragniona perkusja...


Została kupiona od muzyka z zespołu weselnego, który zamieścił ogłoszenie o sprzedaży w gazecie. Miałem uzbierane pieniądze z kieszonkowego i też dorabiałem różnymi pracami. Rodzice dołożyli brakującą resztę. To była Trova produkcji NRD - kopia Sonora. Ostatnio znalazłem na portalu społecznościowym informację, że ktoś szuka do niej floor toma. Jestem w stanie stwierdzić na 90 proc, że to moje bębny. Zgadzają się wymiary, kolor, szczegóły techniczne. Człowiek, który je ma, pochodzi z moich okolic. To był całkiem przyzwoity zestaw w dobrym stanie technicznym. Dało się na nim grać. Nie było tylko statywów. Dorobiłem je sobie z nóżek do krzeseł obrotowych. Dzisiaj porównałbym tamten zestaw do Polmuza, a wtedy to był dla mnie szczyt marzeń. Paczką kolegów w siódmej klasie podstawówki zaczęliśmy pogrywać zafascynowani Beatlesami. Zapuściliśmy włosy, ubieraliśmy się inaczej. W życiu każdego nastolatka nadchodzi taki moment, żeby zmierzyć się ze swoimi idolami, złapać za instrument i zacząć grać. Później pasjonowaliśmy się Iron Maiden, Metalliką, Slayerem. Thrash metal był wtedy bardzo modny. Początek lat 90-tych przyniósł totalne piractwo kasetowe. Przebieraliśmy we wszystkich wymarzonych nagraniach. Do dzisiaj mam także zachowane nasze nagrania i - o dziwo - nie jest to bardzo infantylne i złe z dzisiejszego punktu widzenia. Nie coverowaliśmy, tylko już próbowaliśmy własnej twórczości.


No i rozkochany w perkusji nastolatek trafi a na studia architektoniczne do Krakowa…


Nie miałem formalnego wykształcenia, pozwalającego mi zdawać na akademię muzyczną. Bardzo chciałem, ale nie byłem na to zupełnie przygotowany. Jeździłem na warsztaty jazzowe, ale moja własna edukacja była zbyt krótka, żeby się porywać na akademię. Dlatego przyuczyłem się trochę rysunku odręcznego i zdałem na architekturę, co pozwoliło mi chodzić po krakowskich klubach i na festiwale. Przyglądałem się innym muzykom i chłonąłem tę atmosferę. Zawiązały się pierwsze przyjaźnie. W końcu koledzy namówili mnie na zdawanie na studia zaoczne do Akademii Muzycznej w Katowicach. Po dwóch latach studiów zaocznych zdałem na dzienne i ukończyłem uczelnię. Moimi nauczycielami byli na warsztatach: Adam Czerwiński i Cezary Konrad, a na akademii w Katowicach Łukasz Żyta i Adam Buczek, którzy dali mi duże wsparcie i zachęcili do wytężonej pracy z instrumentem.


A jak z metalowca stałeś się jazzmanem?


Za sprawą kolegi z Nowego Sącza, który grywał z różnymi składami. Usilnie namawiał mnie, żebym sobie odpuścił interesowanie się "hałasem", a zajął się czymś, co będzie dla mnie wartościowsze. Pożyczał mi różne taśmy VHS z nagranymi z polskiej telewizji koncertami. Kiedy obejrzałem Chick Corea Elektric Band z Gary Novakiem na perkusji, to już nic nie było w stanie odciągnąć mnie od jazzu. Energia, wolność, nieskrępowana improwizacja wciągnęły mnie bez reszty. Od tamtej pory przez kilka lat codziennie po kilka godzin słuchałem jazzu.


Jesteś m.in. laureatem I nagrody i statuetki Aniołka Jazzowego na festiwalu Bielska Zadymka Jazzowa 2004 i 2005, I miejsca Grand Prix w kategorii zespołowej 40 Wrocławskiego Festiwalu Jazzowego Jazz Nad Odrą 2004, I nagrody na Międzynarodowym Konkursie Młodych i Debiutujących Zespołów Jazzowych Jazz Juniors 2002 i 2005. Co cię popchnęło w tę, nazwijmy to, "statuetkową" drogę?


Studiowanie na akademii w Katowicach jest bardzo specyficzne. Spotykają się tam osoby, które mają takie same zainteresowania. Na roku jest 15, 20 studentów. Za moich czasów wszyscy mieliśmy ze sobą świetny kontakt, dużo jamowaliśmy, robiliśmy niekończące się próby. Jeździliśmy na konkursy, żeby spróbować swoich sił. Formowaliśmy różne składy, aby pograć rozmaite rzeczy. Tak się szczęśliwie złożyło w moim przypadku, że wiele festiwalowych wyjazdów skończyło się pierwszymi nagrodami. To był bardzo dobry czas, świetna szkoła dla wchodzącej w zawód muzyka osoby. Aczkolwiek nie przepadam za konkursami. Ocenianie muzyki nie jest do końca miarodajne. Wtedy nie chodziło nam o pieniądze. Dzisiaj na tych przeglądach są dużo wyższe nagrody finansowe. Dla nas spełnieniem marzeń była nagroda w formie nagrania płyty. Nie mam statuetek i dyplomów z tamtych przeglądów. Stoją w gabinecie dziekana akademii. Taka była tradycja i jej się nie sprzeciwialiśmy.


Po takim żniwie nagród poczułeś się wyjątkowym muzykiem?


Zawsze te wydarzenia były miłe, ale z tyłu głowy zostawała świadomość, że trzeba dalej ćwiczyć. Wyróżnienia traktowałem jako miły dodatek do trudu, który poświęca się instrumentowi.


Jak trafiłeś do zespołu Anny Marii Jopek?


To był zbieg okoliczności, jak najczęściej się zdarza w naszym zawodzie. Zagrałem koncert z Robertem Kubiszynem (kontrabasista i basista w zespole AMJ - przyp. kk). Dobrze nam się współpracowało, a zespół Ani akurat wtedy poszukiwał perkusisty. Jako młody, zdolny, który zdążył już pograć z wieloma uznanymi muzykami, znalazłem się na liście ewentualnych kandydatów do grupy Anny Marii Jopek. Dostałem CD z 5 utworami. Miałem jeden dzień na ich opanowanie. No i następnego dnia o jakiejś nieludzkiej 6 rano pojechałem do Warszawy. Zjawiłem się w sali prób. Zagraliśmy te kompozycje z całym składem i kilka godzin później odebrałem telefon, że zapraszają mnie do współpracy. Idąc na przesłuchanie byłem zdziwiony, że złożono mi taką propozycję. To niemożliwe, żeby zastąpić Cezarego Konrada i nie było mowy, żebym się miał z nim mierzyć. Przed pierwszym wspólnym koncertem z zespołem miałem dwa tygodnie na opanowanie kilkudziesięciu utworów. Dostałem nagrania, ale bez nut. Bardzo mocno przepracowałem czas przygotowań. Znajomość zapisu nutowego ułatwiła mi zrobienie skrótowych zapisków, co się dzieje w danym utworze, jakie są jego charakterystyczne części. Kiedy tak wyćwiczony na nagraniach studyjnych pierwszy raz spotkałem się z kolegami zaskoczyła mnie giętkość, zmienność zespołu. Wersje płytowe miały się nijak do tego, jak oni grali na koncercie. Nie było próby, tylko soundcheck przed występem. Koledzy sugerowali, żebym grał po swojemu. Nikt nie oczekiwał, że będę odtwarzał wybitnego Czarka Konrada.


Jaka jest Anna Maria Jopek?


To wspaniała osoba o wielkiej wrażliwości i muzykalności. Bardzo ją cenię i szanuję przede wszystkim za to, jakim jest człowiekiem i oczywiście za jej dokonania muzyczne. Praca z nią jest wielką przyjemnością. Bardzo dobrze się z nią przebywa na scenie i komunikuje. Ona całą sobą w tej muzyce egzystuje i obdziela innych swoją energią.


Są stałe utwory w których jest zaplanowane twoje solo?


Najpierw w zespole była koncepcja, że solowe popisy mogły się pojawić w dowolnym momencie, a później wskazaliśmy, gdzie kto konkretnie ma swoje solo, chociaż oczywiście zdarzają się takie koncerty, gdzie jest na tyle improwizacyjny klimat i wszystkim się dobrze gra, że sola pojawiają się w innych miejscach niż planowaliśmy.


Twoja definicja perkusyjnej solówki...


Wszystko zależy od formy sola, które nie jest częścią oderwaną od utworu. Zależy, czy jest to solo otwarte bez akompaniamentu innych instrumentów, solo przy akompaniamencie pozostałych członków zespołu, solo na formie utworu i gdzieś grana jest część harmonii, czy też wymiany z innym solistą, czy w końcu solo kolektywne. Nie mam jednej recepty na solo perkusyjne. Staram się wykonać je tu i teraz bez odgórnego planu. Oczywiście mam jakiś zasób języka muzycznego, który przez lata wypracowałem. Na pewno gdyby przesłuchać ze 20 moich solówek, to trafi się na powtarzalne elementy.


W ostatnich latach występowałeś z różnymi składami: Robert Szewczuga Trio, Michał Wróblewski Trio, Adam Bałdych Imaginary Quartet. Chętnie odpowiadasz na propozycje współpracy?


Lubię różnorodność. Nie chciałbym tylko i wyłącznie grać w jednym zespole. Nie traktuję wykonywania muzyki jako chęci sprawdzenia się. Staram się zrozumieć intencje kompozytora, a przy tym przekazać odrobinę siebie, swoje wyobrażenie o tej muzyce, bo w końcu to ja zostałem zaproszony do projektu.


25 sierpnia 2012 roku zagrałeś w składzie SBB.


To było jednorazowe zastępstwo za Irka Głyka. Ostatnio SBB znów gra z Jerzym Piotrowskim. Niedawno miałem okazję go poznać i było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Kiedy dostałem materiały do nauki nie znałem wszystkich utworów SBB. Byłem zachwycony grą Jerzego na bębnach. Oczywiście nie starałem się go udawać, bo nikomu to nie było potrzebne. Opanowałem program koncertu i wykonałem go po swojemu.


Rozmawiał: Krzysztof Kowalewicz
Zdjęcia: Konrad Ziaja


Wywiad ukazał się w numerze czerwiec 2014




Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama