Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Jan Englisz (Lostbone)

Dodano: 30.12.2014
Nasz kraj to wylęgarnia świetnych, metalowych bębniarzy i aż dziw, że o nim jeszcze nie pisaliśmy w Perkusiście. Przed wami Jan Englisz z Lostbone.

Zdarza się wam grać koncerty w klubach do tego nieprzystosowanych. Jak sobie radzisz z brakiem miejsca, odsłuchów, ignorancją akustyków i udostępnianiem bębnów? Nerwosol?


Metal to nie je bajka! Z Lostbone mam okazję gościć od dużych scen festiwalowych po ekstremalnie małe kluby o metrażu kawalerki. Choć to brzmi jak banał, najważniejsi są ludzie - ci od organizacji, od techniki i dźwięku, i oczywiście ci, z którymi dzieli się scenę i którzy pod tą sceną się bawią. Można zorganizować rewelacyjną sztukę, mając bardzo skromne warunki, a można też całkowicie spieprzyć koncert w profesjonalnej sali. Grunt, żeby wszystkim się chciało, żeby wiedzieli, co mają robić i mieli świadomość, że są tu w konkretnym celu. Z perspektywy widza, jeżeli koncert nie wychodzi dobrze, całą winą obarcza się muzyków, a równie ważną rolę ma cała ekipa od nagłośnienia i techniki. Jeżeli ktokolwiek da ciała, nawet najwyższy kunszt muzyków może nie uratować show. Metal to muzyka bezkompromisowa, ale granie metalu to często sztuka kompromisów. Prawie nigdy nie ma warunków idealnych, zawsze trzeba się do czegoś dostosować, z czegoś zrezygnować - skrócić soundcheck, zagrać na cudzym sprzęcie, bez odsłuchu, bez wystarczającego nagłośnienia. Zagryzasz zęby, dajesz z siebie wszystko, a niedoskonałości sprzętowe i brzmieniowe starasz się nadrobić energią ze sceny. Ale mało co wkurza mnie tak bardzo, jak goście, których zadaniem jest zapewnienie odpowiednich warunków, a którzy muzyków i publikę mają głęboko w dupie, bo uważają, że ich wygoda czy napompowane ego są ważniejsze niż jakość całego show. Raz graliśmy dzień po dniu dwie sztuki: najpierw w warszawskiej Stodole jako support Kata. Pod sceną grubo ponad tysiąc ludu, więc portki były pełne. Mimo, że byliśmy tylko supportem, zarówno technicy sceny, akustyk, monitorowiec - każdy się przykładał i dobrze zrobił swoją robotę. W odsłuchu wszystko się zgadzało, na przodach miazga - po prostu bajka. Ludzie szaleli tak, że nie mogliśmy uwierzyć. Następnego dnia, jeszcze nabuzowani, pojechaliśmy zagrać w Domu Kultury w mieście na "P". Wchodzimy, a na scenie centralnie choinka... Prosimy, żeby ją zabrali. Słyszymy, że nie da rady, bo dopiero co ją pani Krysia przyozdobiła. Rozstawiam więc baniaki tak, żeby bombek nie potłuc. Na scenie akurat miejsca na perkusję i choinkę, więc z gitarami rzeźba. Dogadane było porządne nagłośnienie, a tu stoją dwa JBL - ledwo na szkolny apel. A akustyk na widok moich mikrofonów zaczyna się wydzierać, "że to nie Woodstock, a my nie jesteśmy Led Zeppelin, żeby się tak panoszyć". No i weź tu graj…


Po co ci ten pad w metalu?


Do robienia dużego "bum", oczywiście!


Granie w samych skarpetkach to kwestia estetyki czy magiczny składnik brzmienia?


Aromatu! Nic tak nie mobilizuje do szybkiego grania jak zapach własnych, spoconych stóp. Od początku gram bez butów, po prostu czułem w nich gorszą kontrolę nad footboardem i tak zostało.


Jesteś świeżo po nagrywaniu czwartej płyty Lostbone "Not Your Kind". Tym razem działo się w ZED studio. Opowiedz o sesji.


Cud, miód i orzeszki! Pierwszy raz jestem w stu procentach zadowolony z gotowego materiału, brzmienia i samego przebiegu sesji. Tomek Zalewski jest człowiekiem, który wie, co robi, ma nad wszystkim kontrolę i jest niesamowicie sprawny. Zero chaosu, zero kombinowania na chybił trafił, zero niepotrzebnych przestojów i problemów technicznych. Po prostu siadasz i skupiasz się na grze. Fakt, sami też poświęciliśmy sporo czasu na przygotowania. Prawie rok ogrywaliśmy wszystko na próbach. Większość numerów nagraliśmy wcześniej domowymi metodami, żeby przyjrzeć się aranżom. Rozpisaliśmy też dokładnie konstrukcję numerów, by Tomek wiedział, w którym miejscu utworu aktualnie jesteśmy. Ostatnia sesja była też chrztem bojowym Mapexa Saturna. Odnośnie brzmienia postanowiliśmy zdać się na Tomka i skupić na całości, zamiast na uzyskaniu konkretnego brzmienia każdego z instrumentów. Mieliśmy ogólny zamysł, wiedzieliśmy, czego nie chcemy. Jednocześnie woleliśmy, by sound wyszedł nam naturalnie, a nie przez próby naśladowania innych produkcji. Nie napinałem się na full żywe gary - zwykle jest z tym więcej pieprzenia niż wart jest efekt, bo nawet jeśli sama perkusja zabrzmi rewelacyjnie, to prawie zawsze w miksie i tak trzeba ją wyciągać, dobarwiać próbkami itd. Walka o uzyskanie określonego brzmienia konkretnego instrumentu nieraz odbija się negatywnie na spójności całego materiału. Co z tego, że uzyskasz najlepszy sound werbla na świecie, jeżeli nie sklei się on z gitarami i resztą? Byłem psychicznie przygotowany nawet na opcję skorzystania wyłącznie z gotowych próbek z banku. I tu spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Tomek zostawił żywe ścieżki, z minimalną ingerencją w brzmienie. Oczywiście wszystko jest podrównane, skompresowane, zequalizowane, gdzieś tam dodany jest ambient na werbel, stopa podbita została zebraną na początku próbką, ale to nadal żywa stopa, a pod tym wszystkim gram ja.


Jaka jest nowa płyta Lostbone?


Poza samą narcystyczną satysfakcją, że udało się nam ograniczyć udział sztucznych próbek, brzmienie nowej płyty, mimo dużej selektywności i edycyjnego dopieszczenia, jest bardzo naturalne, dynamiczne, czuć w nim żywego człowieka. Nie jest sterylne i sztucznie napompowane, jak często bywa w nowych metalowych produkcjach. Wiem, że każdy muzyk, zapytany o brzmienie swojej płyty zaczyna chrzanić, jakie to nie jest żywe, organiczne, brudne itp., więc nie będę się nad tym dalej rozwodził. Mówiąc krótko: brzmieniowo jest masywnie, ale z zachowaną dynamiką i zapasem powietrza, miks wyszedł bardzo spójny i zbalansowany - każdy instrument dokładnie słychać, ma własne brzmienie, ale i swoje miejsce w całości. A całość napieprza prosto w ryj, bo Tomek okazał się bezkompromisowy, jeżeli chodzi o pilnowanie dokładności, dynamiki i artykulacji. Stylistycznie to zdecydowanie najbardziej zróżnicowany materiał Lostbone, pozwoliliśmy sobie na trochę eksperymentów, łamania konwencji, inspiracji różnymi gatunkami. Jest bardziej groovy niż na poprzednich płytach, miejscami bardziej melodyjnie, choć wesołych piosenek i ckliwych ballad jak nie było, tak nie ma. Jest też kilka najbrutalniejszych momentów w naszej twórczości. Słuchaczy czeka kilka sporych niespodzianek. Ale bez paniki, to nadal Lostbone, nie zmieniliśmy stylu ani priorytetów, nie zrobiliśmy płyty pod talent showy. Najlepszego podsumowania dokonał jeden ze znamienitych gości, który udzielił swojego głosu na płycie: zapier*ala elegancko, ale w radiu to to raczej nie poleci…


Jak z punktu widzenia perkusisty zmieniła się muzyka Lostbone na przestrzeni prawie dekady?


Stopniowo dryfuje w obszary stylistyczne, które są mi bliskie, i w których dobrze się czuję. Pierwsza płyta, nagrana jeszcze bez mojego udziału, wyczuwalnie nawiązuje do klasycznego hardcore’a i thrashu. Ja sam nigdy nie przepadałem ani za tym, ani za tym - nie lubię polek na "i", punkowych naleciałości, galopad w jednym tempie przez cały numer. Zasiadając za perkusją w Lostbone musiałem trochę wyjść ze strefy komfortu, zrezygnować z ozdobników, łamania temp, kombinowania z rytmami i okrzepnąć w bardziej surowej stylistyce, w której przede wszystkim ma być szybko i "w ryj" od początku do końca. To nie znaczy, że ten materiał mi się nie podobał - inaczej nie dołączyłbym do składu. Jest w nim fajna, pierwotna, szczera wściekłość, pazur, który sprawia, że ludzie żywiołowo reagują na koncertach. Druga płyta Severance jest już trochę inna. Tym razem sam komponowałem linię perkusji, udało mi się ułożyć ją bardziej pod siebie. Przemas, co prawda, hamował nieco moje zapędy do częstych zmian temp, dodawania przejść i ozdobników, pilnując, by nadal była to muzyka przede wszystkim żywiołowa (do tej pory jest wielkim miłośnikiem polek na "i", których ja szczerze nie znoszę). Niemniej jednak udało mi się przemycić trochę blastów i smaczków, a w całości pojawiła się nuta deathmetalowego klimatu. Tytułowy utwór z tej płyty wciąż uważam za jeden z najlepszych, jakie popełniliśmy i ma on stałe miejsce w secie koncertowym. Ominous to kontynuacja zmian zainicjowanych na Severance - kompozycje stały się bardziej zróżnicowane, klimat mroczny, zdecydowanie bliższy death metalu niż hardcore. W rytmice pojawił się groove i beat-downy - powstały numery jak Temptations i An Eye For An Eye, praktycznie nie do pomyślenia wcześniej. Od Ominous mogę powiedzieć, że gram to, co lubię i co czuję. Zdarzają się nam stylistyczne różnice zdań, ale udaje się je rozwiązywać tak, że wszystkie strony są zadowolone. Po Ominous i zagraniu z Lostbone grubo ponad stu koncertów, zaczęło też ewoluować moje podejście do komponowania partii perkusyjnych. Dotąd miałem swoiste horror vacui - lęk przed pustą przestrzenią. Chciałem niemal w każdej frazie pokazać 100% moich możliwości. Podkręcać tempa, wstawiać blasty, ozdobniki na blachach, polirytmie. Konieczność zagrania prostego 4/4 uważałem wręcz za zniewagę. Jednak wnioski z gry na koncertach, moje własne odczucia i obserwacje reakcji innych, stopniowo uzmysłowiły mi, że czasem mniej znaczy więcej. Że odpowiedni groove, współgranie wszystkich instrumentów w aranżu, swoboda i właściwa artykulacja, nawet, jeśli osiągnięte banalnymi środkami, mocniej oddziałują niż najbardziej kunsztowne popisy techniczne. Niby oczywista oczywistość, ale parę lat zajęło mi przetrawienie tego i realne przełożenie na własną grę. Ten proces odcisnął się na najnowszym materiale i trwa nadal.


Niedawno po raz kolejny zmieniłeś bębny. Ciągle szukasz tego jedynego brzmienia, czy po prostu lubisz zmiany?


Szukałem przyzwoitego brzmienia za dobrą cenę. Jestem leniem, nigdy nie chciało mi się godzinami szukać sweet spotów, eksperymentować z naciągami, do tego kompletnie nie potrafi ę stroić na ucho - cały czas coś mi się nie zgadza. Nigdy też nie chciałem wydawać fortuny na beczki z najwyższej półki, bo grając taką muzykę w takich warunkach, nie byłbym w stanie wykorzystać pełni ich możliwości. Dodatkowo ostro dostałyby w kość w transporcie i szybko straciły na wartości. Najpierw miałem Polmuz, pomalowany złotym sprayem - był zajebisty, bo pierwszy. Następnie Yamahę DP - w tamtych czasach (lata 90) prawdziwa zachodnia marka to był szpan! Potem zamieniłem Yamahę na Ludwig CS Custom Elite. Na nich grałem już w Lostbone. Po jakimś czasie wypatrzyłem vintage’owego Pearla DLX za śmieszne pieniądze. Beczki były przyzwoite, ale po profesjonalnym instrumencie spodziewałem się czegoś więcej. W dodatku centrala miała 16 cali głębokości i zdecydowanie brakowało jej mocy. Odkupiłem więc od kolegi Premiera Cabrię - mimo, że to średnia półka, brzmiały bardzo dobrze. Na tym zestawie nagrałem Severance i zagrałem pierwszą pełnometrażową trasę Lostbone, u boku kolegów z Corruption i Carnal. Niestety, z czasem tomy zaczęły bardzo szybko puszczać strój. Poza tym były w konfiguracji 8, 10, 12, 14 cali i brakowało im rockowego dołu. Kolejne to Taye Studio Maple 10, 12, 14, 16. Nagrałem na nich album Ominous i zagrałem multum koncertów. To dobre beczki, dokładnie wykonane i efektownie prezentujące się na scenie. Mimo cienkich klonowych korpusów mają wyraźny atak i dość krótki sustain. System niezależnego zawieszenia tomów utrudnia nieco mocowanie mikrofonów na obręczach, ale można sobie z tym poradzić. Grałem na nich jakieś trzy lata. W zestawach, które dotąd miałem, brzoza brzmiała dla mnie za sucho, natomiast klon dawał sporo środkowego pasma i przydźwięków, które mi nie pasowały. Od dłuższego czasu marzył mi się zestaw z orzecha albo bubingi, coś z uwydatnionym dolnym zakresem pasma. W końcu w oko wpadł mi Mapex Saturn. Trochę pogryzłem się z myślami, ale wszelkie wątpliwości rozwiały się wraz z pierwszymi uderzeniami po założeniu nowych naciągów i szybkim strojeniu z pomocą Tune Bota. To było to! Każdy z poprzednich zestawów pozostawiał mi mniejszy lub większy niedosyt, a Saturn okazał się brzmieć dokładnie tak, jak chciałem: klarownie, dźwięcznie, ale bez przesadnie długiego wybrzmienia, z podkreśloną górą i dołem pasma. Tomy mają szeroki zakres stroju, nie ma problemów ze strojeniem do określonego tonu. Stopa jest znacznie głośniejsza od tej w Taye, daje wyraźniejszy "klik" i ma więcej ciała. Mapex Saturn to bardzo popularne beczki, więc większość z czytelników pewnie miała z nimi styczność. Jednak, jeśli ktoś jest wciąż ciekawy, jak sprawdzają się w studiu, zachęcam do zapoznania się z naszym najnowszym albumem Not Your Kind. Dobrze na nim słychać charakter brzmienia tych bębnów w mocniejszej muzyce.


Od kilku lat używasz Czarciego Kopyta. Jak porównałbyś je w odniesieniu do innych pedałów, na których grałeś?


Miałem Yamahę Flying Dragon, DW 7002. Pod względem precyzji pracy, jakości i trwałości wykonania naprawdę ciężko porównywać. W Czarcim naprawdę jest zero jakichkolwiek luzów, opory toczenia ruchomych elementów są pomijalne (do tego nie brudzi, bo jest bezsmarowe) i po 3 latach, poza zadrapaniami i obiciami, chodzi jak nowe. Natomiast gra się na nim inaczej. Nadal się do niego przyzwyczajam. Wbrew pozorom nie jest to najszybszy ani najlżej chodzący twin, z jakim miałem styczność. Na Flying Dragonie szybkie partie grało mi się znacznie łatwiej (niestety, nabrał takich luzów, że nie da się już na nim grać). To prawdopodobnie wina dużej masy footboardów i bijaków. Czarcie trzeba po prostu rozbujać, co dla kogoś, kto zawsze grał lekko, stanowi wyzwanie. Również kontrola podczas gry wymaga trochę siły. Jednak, o ile w przypadku innych konstrukcji, część winy za kartofelki można zrzucać na pedał, tutaj - niestety - ma się pewność, że albo popełniło się błąd przy ustawianiu, albo po prostu trzeba jeszcze trochę poćwiczyć.


Co zawsze robisz i czego nigdy nie robisz przed koncertem?


Zawsze staram się choć trochę rozgrzać ręce, grając na padzie, wytłumionym werblu lub po prostu obiciu krzesła. Czego nie robię? Zabrzmi to strasznie, ale nie piję… Alkohol, a szczególnie piwo, powoduje, że nogi chodzą mi ciężej, szybciej się męczę i popełniam więcej błędów. Dramat po prostu… I muszę z tym żyć.


Rozmawiał Artur Baran
fot. Rafał Kotylak

Wywiad ukazał się w numerze wrzesień 2014



Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama