Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Krzysztof Herdzin

Dodano: 08.01.2015
"Granie z klikiem na koncercie wtedy, kiedy nie ma żadnych wirtualnych śladów, a występują jedynie żywi ludzie z żywymi instrumentami, jest chore. Jest wbrew ludzkiej naturze". O perkusistach rozmawiamy z Krzysztofem Herdzinem.

Jako ktoś, kto częściej widywany jest w polskim środowisku jazzowym za klawiszami czy konsolą studia dźwięku, bardzo przyzwoicie grasz na cajonie.


Jeszcze lepiej radzę sobie na perkusji! (śmiech)


To co robisz za fortepianem? Dlaczego nie zostałeś perkusistą?


W bębnach zakochałem się już na etapie szkoły podstawowej. Uwielbiałem szkolną salę z marimbami, wibrafonami i perkusją. W czasach studenckich grałem na perkusji na tyle sprawnie, że dorabiałem sobie grając na kujawskich weselach. Uważam, że perkusja powinna być instrumentem obowiązkowym dla każdego muzyka - gitarzysty, saksofonisty, pianisty etc. Dzięki umiejętności gry na perkusji, wypracowaniu niezależności pracy rąk i nóg można nieprawdopodobnie rozwinąć warsztat innego instrumentu. Zrozumieć istotę groove’u, przyzwyczaić się do nieregularnych struktur. Bębny uczą pokory, koncentracji, spokoju i dynamiki.


Czym dla pianisty jest perkusja?


W szeroko pojętej muzyce rozrywkowej, perkusja wg mnie jest najważniejszym elementem całości. Jest osią, na której opiera się cała reszta. Rytm w ujęciu historycznym był pierwotnym elementem muzyki. Kiedy nie znano jeszcze melodii, harmonii, pradawnemu człowiekowi znany był jedynie rytm. W muzyce jazzowej bębniarz jest najważniejszym ogniwem. Perkusista to wielkie stanowisko, ale i odpowiedzialność. Bębniarz może zniszczyć nawet najlepszy skład muzyków. I odwrotnie. Dobry perkusista grając ze słabymi muzykami, może wyciągnąć całość, bo frazowanie bębnów dla odbiorców jest mocno sugestywne. Dzięki temu dobry pałker pociągnie za sobą nawet najsłabszy skład. Odwrotnie, niestety, będzie ciężko... (śmiech)


Wykładasz na wydziale jazzu w bydgoskiej Akademii Muzycznej. Jak jest z kształceniem bębniarzy jazzowych w Polsce?


Wszystkie uczelnie w Polsce skupiają się głównie na uczeniu jazzu mainstreamowego, czyli m.in. muzyki Coltrane’a, Milesa Davisa, Parkera, Hancocka i innych tuzów jazzu straight ahead. I dobrze, bo to nestorzy muzyki. Ale trochę szkoda, że po macoszemu traktuje się muzykę z nurtu fusion, funky czy nowoczesne gatunki. W czasach, w których żyjemy, każdy ma prawo grać, co chce. Młodzi ludzie często są na siłę wtłaczani we wspomniane standardy, w model grania z lat 50. To trochę jak chodzenie w kapciach po muzeum. Żyjemy w innych czasach, mamy inną wrażliwość, porozumiewamy się już inaczej. Gdy młodzi studenci chcą grać swoje rzeczy, inne style muzyczne, często przez konserwatywnych wykładowców traktowane jest to sceptycznie. Szkoda.


To się jakoś zmienia?


Wszystko zależy od wykładowcy. Jeśli jest nim dobry praktyk, człowiek scenicznie aktywny, który gra muzykę, koncerty i w studencie widzi jakąś iskrę talentu i energię, to pozwoli mu rozwijać się w wygodnym dla niego kierunku, sam skupi się tylko na tym, by przekazać mu podstawowe narzędzia, które być może mu w tym rozwoju pomogą. Bo nie muszą. Nie trzeba mieć dyplomu, by być wybitnym muzykiem i kreatorem sztuki. Do tego jest potrzebny talent. Dlatego ja namawiam młodszych ode mnie ludzi, którzy mają ambicję i determinację, by szukali swojej muzyki, wnikliwie jej słuchali, poszukiwali swoich mistrzów i obserwowali ich. Dziś mamy tyle narzędzi, że tak naprawdę najistotniejszy jest talent i chęć grania.


W projekcie "Trio" grasz z "papieżem" polskich bębnów - Czarkiem Konradem. Pamiętasz pierwszych bębniarzy, z którymi pracowałeś?


Mam to szczęście, że zawsze grałem z fenomenalnymi perkusistami. Bydgoszcz jest prawdziwym zagłębiem perkusyjnym. Moim pierwszym pałkerem był Grzegorz Daroń, który obecnie gra z Justyną Steczkowską. Siedzieliśmy razem w szkolnej ławce. Podrzucaliśmy sobie fajne jazzowe kawałki. Mając 14-15 lat zaczęliśmy grać jazz w trio. On wtedy był pod wielkim wrażeniem Steve’a Gadda i sporo jego patentów przemycał do moich nut. W 1990 roku, jako zespół "West", wygraliśmy razem konkurs Jazz Juniors w Krakowie. Grzesiu to bardzo ciekawy okaz muzyka. Oprócz tego, że jako młody chłopak świetnie grał na bębnach, z czasem okazał swój wielki talent kompozytorski. Od kilkunastu lat komponuje dla filmu i Teatru Telewizji. Później grałem z Marcinem Jahrem, genialnym polskim perkusistą jazzowym. Marcin nagrywał na moich dwóch pierwszych płytach autorskich w połowie lat 90. Jako młody, wybitny bębniarz grał z Janem Ptaszynem Wróblewskim, studiował w Katowicach. Gigant. Wspominam doskonały klimat bogatej, wyrafinowanej i inspirującej perkusji. Na koncertach bywało z nim zabawnie, bo świetnie się rozumieliśmy i pozwalaliśmy sobie na muzyczny dialog, w którym często reszta muzyków nie bardzo się odnajdywała. Trudno się dziwić, że czasami przeszkadzało to soliście, ale mieliśmy z tego kupę zabawy. Marcin był świetny w polirytmicznych wariacjach. Lubię, kiedy perkusista, z którym gram, potrafi wyrwać się poza szablon rytmiczny.


Powiedziałeś "wyrafinowana perkusja"? Co to znaczy?


To znaczy taka, która nie jest oparta wyłącznie o sprawdzoną technikę, która nie sprowadza się wyłącznie do równego grania groove’u i kopiowania największych drummerów z historii, jest przewidywalna i efekciarska, tylko polega na tym, że muzyk coś proponuje od siebie. Nawet, jeśli nie potrafi jeszcze zbyt wiele, zmienia struktury, akcenty, przestawia raz, ucieka od najbardziej sprawdzonych patentów, granych przez wszystkich, szuka swojego języka - to jest to jego największa zaleta i wartość. Czasami mam wrażenie, że współcześni perkusiści, poszukujący swojego stylu, mają związane ręce, bo przecież to, co z bębnami zrobili Gadd, Weckl, Colaiuta, Elvin Jones, DeJohnette - pozamykało im sporo możliwości. Młodzi ludzie grają dziś bardzo podobnie.


Chcesz powiedzieć, że w bębnach wszystko zostało już powiedziane?


Oczywiście nie, ale znaleźć dziś za bębnami swój styl jest niezwykle trudno, a jeszcze go rozwijać? Widzę, jak bardzo jest to trudne zadanie, obserwując młodych perkusistów, z którymi pracuję. Z drugiej strony wszystko ewoluuje i to, co dzieje się ze współczesną perkusją, z jej elektronicznymi wersjami i potencjałem, czy choćby te wszystkie przenikania się Gospel Chops do muzyki metalowej, po prostu urywają łeb. Mam to szczęście, że gram z wieloma perkusistami na świecie i mam możliwość porównywania tych zmian.


Co to za zmiany? Co takiego ciekawego obserwujesz u bębniarzy w tym wielkim świecie?


Mekką nowych trendów w perkusji, mam wrażenie, jest Nowy Jork. Zwłaszcza czarnoskórzy perkusiści nadają nowy ton rozwoju bębnów jazzowych w stylu straight ahead. Tworzą klimaty, które bardzo mocno inspirują wąskie grono polskich muzyków jazzowych tj. Pawła Dobrowolskiego, który tu w Polsce jest dla mnie najświeższym powiewem amerykańskich brzmień, Dawida Fortunę czy Sebastiana Frankiewicza. W Stanach też odświeża i modyfikuje się granie fusion. Podobne fusion grane jest już w Europie. Jest intensywne i przeładowane polirytmią, rhythmic modulations itp. Tak, jak kiedyś w latach 80-90 Dave Weckl czy Dennis Chambers byli bogami w muzyce fusion, tak teraz młodzi muzycy są pod względem szybkości, precyzji i młynów, jakie grają, całe lata świetlne przed dawnymi mistrzami. Nogami grają szybciej niż niejeden perkusista grał jedynki 20 lat temu. To naprawdę słychać. Ciekawy dla mnie jest też trend rozwoju bębnów w cięższej muzyce, w rocku progresywnym, którego jestem wielkim fanem.


Domyślam się, że chodzi ci o podwójną stopę?


Dokładnie. To, co Portnoy, Donati i inni zrobili z udoskonaleniem pracy nóg jest nieprawdopodobne. Ilość basu, jaki dzięki temu wnoszą do swojego grania, bardzo mocno modyfikuje brzmienie muzyki rockowej, otwierając jej w ten sposób nowe furtki, którymi podążają naśladujący ich młodzi bębniarze. To wszystko płynie...


Na jakiego bębniarza zwróciłeś ostatnio uwagę?


Na hinduskiego perkusistę. Ranjit Barot gra fenomenalnie. Ciekawe jest to, że Azja, Japonia, Chiny i Indie, które, jak wiadomo, długo opierały się kulturze zachodniej, zostały zainfekowane współczesnymi trendami w jazzie. Spotykam tam rewelacyjnych muzyków, w tym perkusistów, którzy nie odstają już od amerykańskiej szkoły. Może trochę słabiej improwizują, ale doskonale opanowali technikę swojego instrumentu.


Obserwując twoją grę z Czarkiem Konradem i Robertem Kubiszynem zauważyłem, że nie jesteście "przyspawani" do klika. Jest w waszym graniu dużo fajnego luzu i tolerancji w podejściu do time’u. Co sądzisz o metronomicznym trendzie grania, niemalże maszynowej precyzji?


Trend robotyzacji żywego instrumentu jest trochę smutny. Z klikiem zaczęto grać na koncertach wtedy, gdy muzycy zaczęli używać wirtualnych śladów, odpalanych z mini dysków, których nie można było zagrać na żywo. Wtedy muzycy musieli synchronizować się z muzyką. W takich sytuacjach, gdzie wchodzą jakieś podkłady, loopy, trzeba grać z klikiem. Ale granie z klikiem na koncercie wtedy, kiedy nie ma żadnych wirtualnych śladów, a występują jedynie żywi ludzie z żywymi instrumentami, jest dla mnie chore. Jest wbrew ludzkiej naturze, bo nasze serce bije zgodnie z konkretnymi emocjami. Jeśli adrenaliny jest więcej, oczywistym jest, że gra się trochę szybciej. Dowód tego wielokrotnie dawali najwięksi perkusiści, których sprawdzano z metronomem na scenie i początkowe tempo utworu nijak miało się do tempa, w jakim numer kończyli. To jest normalne. Należy uczyć się grania równego bez klika, to jest ogromna wartość perkusisty. Oczywiście bębniarz musi też umieć słuchać innych muzyków.


Czyli rozumiem, że czytelnicy "Perkusisty" mogą szeroko otworzyć okno i uroczyście rozstać się z metronomem?


Nie!!! (śmiech) Jeszcze się przyda! Z pozycji producenta muzycznego, który nagrał ponad dwieście płyt, zauważam, że świetni bębniarze, którzy rewelacyjnie grają na koncertach, mają ogromne problemy z metronomem w studio. Skupiają się na improwizowaniu, feelingu, a nie do końca na kliku. Najlepiej więc nie wyrzucać metronomu przez okno i ćwiczyć trochę z klikiem, trochę bez, żeby w warunkach studyjnych nie odstawać i umieć się znaleźć.


Wojtek Andrzejewski


Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama