Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Ian Matthews (Kasabian)

Dodano: 20.02.2015
Większa produkcja podczas koncertów, więcej festiwali i dłuższe trasy, coraz to późniejsze godziny wychodzenia na scenę świadczą o tym, że zespół Kasabian pnie się nieustannie w górę.

W takim przypadku warto zobaczyć, kto kieruje sekcją rytmiczną tego mocno zorientowanego na rytm zespołu.

Kierowanie warstwą rytmiczną w zespole często uzależnione jest od tego, jakie relacje panują wewnątrz kapeli i jaki system zarządzania tam panuje. W Kasabian sprawa wydaje się być bardzo prosta ze względu na dojrzałość grających tam muzyków, a szczególnie perkusisty. Ian nie jest oryginalnym garowym kapeli. Dołączył do zespołu tuż przed wydaniem pierwszego oficjalnego krążka, gdzie zagrał większość partii bębnów. W tym roku zespół wydał płytę 48:13. Jej promocja zmusiła zespół do wpakowania się w busa i pojechania w konkretną trasę koncertową, zarówno rozgrzewkowo po klubach, jak i na festiwalowe plenery. Jednym z przystanków był występ w Warszawie podczas trzydniowego Orange Warsaw Festival.

Na swoim podwórku, które wciąż mocno kreuje światowe trendy szczególnie w alternatywnej muzyce, Brytyjczycy pną się coraz wyżej, czego dowodem jest też występ jako headliner na Glastonbury. To wielki prestiż dla każdego zespołu, szczególnie, gdy się przechodzi całą drogę od supportowania po bycie gwiazdą wieczoru. Energia kapeli i organiczność wykonań na żywo może robić wrażenie i daje duże nadzieje na to, że dobra jakościowo muzyka jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Ian za swoim DW robi spore spustoszenie, ale cały proces związany ze ścieżkami garów w zespole jest nieco bardziej skomplikowany niż mogłoby się to wydawać. Szczególnie, jeżeli chodzi o uzyskanie złotego środka między studyjną produkcją a koncertami na żywo. W obu sytuacjach zespół odnajduje się bardzo dobrze i nie chce tracić nic ze swojej mocy.

Glastonbury to dla was ważne miejsce. Słynny festiwal wyzwala wielkie emocje. Jak to jest u ciebie?


Gdy za pierwszym razem manager powiadomił nas o tym, że mamy grać razem z Arctic Monkeys, ciężko opisać, jak podjarany byłem z tego powodu. Z czasem sobie to poukładałem, ale jadąc na miejsce złapała mnie ostra trema. Udało mi się utrzymać nerwy na wodzy, ale miałem wypieki na twarzy. Kiedy wychodzę na scenę, mógłbym równocześnie iść po krawędzi przepaści. Zazwyczaj, jeżeli czujesz się zdenerwowany, to odchodzi to przy pierwszych dźwiękach. Byliśmy w połowie Empire, wymagającej kompozycji, gdy zacząłem się zastanawiać, siedząc za bębnami: "Co się stanie, jeżeli zatrzymają mi się ręce?". To rujnujące doświadczenie. Jeżeli cokolwiek nauczył mnie ten koncert w kwestii zarządzania swoimi nerwami to właśnie było wtedy. Przypomniałem sobie, że jestem tu, ponieważ Kasabian chce mnie ze względu na to, jak gram, Kasabian jest tu ze względu na to, jak grają, a ludzie chcą ich tutaj, nie powinienem się obawiać bycia sobą. Jedna z największych lekcji była podczas tego pierwszego momentu Glasto, ponieważ przemyślałem wszystko i nastawiłem się wewnętrznie. W roku, gdzie graliśmy przed Brucem Springsteenem było już na zasadzie: "Mam was! Wejdę na scenę i wszystko rozniosę!". Obecnie, będąc po raz trzeci na festiwalu jest to już czysta przyjemność.


Dodaliście więcej produkcji?


Muzyka Kasabian jest zawiła, ale ma także w sobie szerokie momenty i chwile uniesień. Tom (Meighan, wokalista) nie robi byle bałaganu, gdy jest na scenie. Jest silnym frontmanem, więc niezależnie, czy gramy na małej scenie, czy na dużej, czuć tę siłę w muzyce i ludziach na scenie. Jestem z tego dumny i wydaje mi się, że jesteśmy mocnym zespołem. Zawsze mieliśmy taką ideę, że jeżeli wychodzisz grać na scenę, wypełniasz ją, a gdy ludzie przychodzą zobaczyć show, to dajesz im show. Nigdy na tym nie oszczędzaliśmy. Jeśli oznacza to, że nie zarobimy przez to pieniędzy, to nie zarobimy. Już podczas pierwszej trasy po halach zastanawialiśmy się zawsze, co z tymi ludźmi z tyłu? Musisz myśleć o tym, by w jak najlepszy sposób dzielić się piosenkami i poruszyć całą publiczność, dlatego zawsze cieszyliśmy się z grania wielkich koncertów. Moglibyśmy wyjść z kilkoma światłami, zagrać i zgarnąć trochę kasy, świetnie, na koncertach typu Glastonbury, gdzie jesteśmy headlinerem i mamy możliwość gry przed ludźmi. Chcemy dać ludziom coś specjalnego na tyle, ile jesteśmy w stanie. Mamy pomysłowy design, który jest zasadniczo bardzo prosty. Polega to na zmianę sceny w białe pudełko, wygląda to nieco jak iPhone, pięknie, perfekcyjnie w swej prostocie w celu bycia użytecznym. Technologia idzie do przodu. Pięć, sześć, siedem lat temu, ten, kto miał lasery, miał też konkretną ekipę, która przyniosła te wielkie pudła z kilkoma laserami... Obecnie są to małe pudełeczka, mamy je, nie wiem nawet, ile ich jest. Cały tył jest w ekranie LED, tak więc technologia pozwoliła nam na to, by zrobić większy, bardziej dramatyczny show.


Czy wielkość miejsca na koncert i ilość publiczności wpływa na to, jak grasz?


Przed tegoroczną trasą robiliśmy rozgrzewkowe grania w Irlandii i Szkocji. Przygotowywaliśmy się do wielkich koncertów. Graliśmy w klubach na 600 osób i było niesamowicie. Na zasadzie, och, oni są tu zaraz obok. To jak być w niedźwiedziej gawrze, do tego było gorąco, 33 stopnie, no i do tego wilgotność! Schodziliśmy... Mogłeś zobaczyć ściekającą wodę po ścianach. To było niesamowite. Wydaje mi się, że jest jakaś zmiana w psychice na wielkich scenach, gdzie gra się duże festiwale. Mogę jednak stwierdzić, że daję z siebie tak samo wszystko na dużej scenie festiwalowej, w hali czy na stadionie. Wszyscy tak robimy. To ta ekscytująca - również dla nas grających - muzyka.


Brzmienie bębnów w studio wydaje się bardziej produkowane niż ma to miejsce podczas koncertów na żywo.


W zasadzie wszystkie te detale brzmieniowe, które składają się na moje brzmienie w studio są ze mną podczas koncertów na żywo. Polega to zasadniczo na odwróceniu ról, ale gram te partie. Serge (Pizzorno, gitarzysta) lubi takie przeplatanie techno tanecznej muzyki ze współczesną muzyką pop, która jest bardzo kanciasta, do tego oparta na Pro Toolsie i maszynach. Jest jak jest, to jest to, co ludzie obecnie kupują. Nie możesz powiedzieć za każdym razem, że wyłącznie to ja gram, ponieważ jest to poskładane z innymi brzmieniami, efektami, samplami. Na ostatniej płycie Serge miał całkiem sporo sampli i pomysłów rytmicznych, które złożył razem, a ja je później zagrałem. W Bumblebee jest to charakterystyczne przejście, które przeszło przez cały proces obróbki, jestem to oczywiście ja, ale zostało to tak przetworzone, jakby to były sample w studio. Ten mariaż pomiędzy technologią i bębnami akustycznymi jest nawet ciekawy. W chwili, gdy gram na żywo, większe znaczenie ma otoczenie, w jakim gram, więc bębny wychodzą mocniej na pierwszy plan i cała maszyneria jest pode mną. To też jest w porządku, ponieważ trzyma to moją grę. Mogę wciąż nieco pływać i wrzucać bardziej ludzkiego czucia w grę, dynamizować i grać odrobinę bardziej dramatycznie, dodać nieco emocji.. Ale wszystko razem jest spięte przez sub kick 808 i materiał szesnastkowy. Czasami gram nad ścieżką bębnów, by wzmocnić swoje brzmienie. Muszę wtedy grać bardzo restrykcyjnie, być ostrożnym, nie gram flamów i nie latam gdzieś dookoła. Nie ma ziewania, musisz być w punkt, by wszystko grało.


Używasz triggerów na bębnach?


Nie, na tegorocznej trasie mam obok siebie pad Rolanda i puszczam z niego brzmienie werbla z utworu Treat z nowej płyty. Nigdy nie używałem triggerów w tym zespole. To ja gram tu na bębnach. Niektóre utwory mają klik z efektem perkusyjnym lub brzmieniem jakiegoś instrumentu, brzmienie z 808 lub 909.


Nie masz otworu w naciągu rezonansowym swojej centralki, jest to dość oryginalne.


W centralce są zamieszczone dwa mikrofony, jeden z nich to ułożony PZM, a drugi bezpośredni. Kable wychodzą z otworu odpowietrzającego. Wychodzi na to, że to działa, poza tym wygląda fajniej niż dziura w bębnie i jest łatwiejsze dla techników do ustawienia. Podłączasz i leci.


Czego używasz, by mieć właściwe brzmienie werbla?


Wcześniej wykorzystywałem dwa werble aż do momentu, gdy zacząłem korzystać z elektroniki. Lubię werbel z ciałem i ciosem, by miał dynamikę, dzięki której będę mógł na nim "tańczyć". Niektóre werble tego nie mają, możliwe, że ze względu na to, jak są strojone. Używam werbla Ludwiga Black Beauty z 1978 roku. Mam go od kilku lat i uważam, że jest boski i wykonuje swoją robotę idealnie. Mamy dwa sety sprzętu, A i B. Oba są takie same, ale w zestawie B jest werbel DW Collector. Jest to drewniany korpus, który daje tłuste brzmienie, ale nie tak wystrzałowe. Black Beauty ma tę tłustość z większą ilością mocy, ma też ten specyfi czny "klang". Mam tłumiki na naciąg, by nieco kontrolować to brzmienie. Wykorzystuję naciąg Controlled Sound z łatą pośrodku od dołu i uważam, że jest tłusty jak cholera.


Na jakich bębnach nagrywałeś ostatni album?


Miałem 24", 14", 18" jako zestaw główny oraz 22", 13", 16" jako zestaw średni. Miałem też mały 20", 12", 14" jazzowo-funkowy zestawik. Wszystkie były rozstawione w studio z hardwarem dookoła, a ja zmieniałem jedynie werble. Miałem pełno różnych werbli i cokolwiek sobie wymyśliliśmy, jakiekolwiek brzmienie przyszło nam do głowy, brałem kolejny werbel i zmieniałem w zależności od potrzeb. Działo się tak z Black Beauty, Radio King czy Hayman, który dostałem za 150 funtów i jest w dobrej kondycji. Był też w studio stary Ludwig Jazz Festival, który brzmiał bardzo dobrze. Zauważyłem, jak wykorzystywanie różnej wielkości instrumentów robi dużą różnicę w rozmaitych kompozycjach. Pamiętam, jak poznałem Kasabian w 2001 roku, gdy przyjechali do Bristolu nagrywać demówkę. Kumpel poszedł do studia i zadzwonił do mnie, mówiąc: "Są tutaj te chłopaki, jest też 100 funtów, jeżeli wpadniesz do studia i nagrasz". Od tego momentu bębny są zawsze porozrzucane. Serge to uwielbia, ponieważ każdy utwór hip-hop ma inne brzmienie perkusji z różnych sampli z różnych czasów, z różnych płyt, zwolnione, przyśpieszone. To wszystko tu jest niezłą zabawą.


Jak mocno Serge, jako autor piosenek, kieruje twoimi partiami perkusji?


Ma swoje domowe studio i ma tam zestaw bębnów. Serge potrafi trochę grać. Był tam też Tim Carter, nasz drugi gitarzysta, który pracował razem z nim nad płytą. Tim, gdy był dzieciakiem, wziął kilka lekcji u Tony’ego Williamsa, więc także potrafi coś tam zagrać. Jest pełno z góry ustalonych rytmów, wykorzystywanych przez Serge’a do pisania i aranżowania. Gdy dochodzi do nagrywania w studio, Serge wie, co robi. Ma ustalone aranżacje, jest w żywiole. Wtedy przychodzę ja i dodaję ludzkiego oddechu w cały materiał. Jest wiele ustalonych rytmów i groove’ów. Mam oczywiście za zadanie ubarwić to i dodać smaku, ale w każdym zespole inaczej to wygląda. Byłem w zespołach, gdzie partie były dyktowane, byłem w zespołach, gdzie się dżemowało i trzaskało na próbach aż do momentu, gdy się znalazło odpowiedni patent. W Kasabian wszystko wygląda bardzo dobrze, gdy Serge trzyma nad tym pieczę.


Na żywo jest wiele miejsc, gdzie grasz na ridzie zamiast na hi-hacie. Dlaczego?


Może ze względu na mój styl. Mam taki piękny talerz ride, jest to 22" K Custom, który jest dość szumiący, ale możesz na nim też "tyknąć". Ma przyjemny bell, ale też możesz go wykorzystać jako crash, tak więc wiele rzeczy można z nim zrobić. Mogę przechodzić z nim przez różne poziomy dynamizowania. Na Fire przeskoczyłem na Z Power ride, grubasek wykorzystywany przez metalowców. Wykorzystywałem go ze względu na ten "ping". Kiedy pękł mi na trasie K, założyłem na statyw Zetkę, jest tak głośna, że nawet chłopaki się odwracali i krzyczeli: "Zamknij się! Nie możesz używać Z do chłosty." Lubię moc Z, wiem, że jest to efekt moich heavymetalowych konotacji, ale jest naprawdę przyjemną blachą. Model, który mam w secie A ma czysty ton, więc na jeden utwór go przekładam.


Co zmieniło się w twojej grze, odkąd jesteś w zespole?


Zawsze masz nadzieję, że grasz na najwyższym poziomie. Jako profesjonalny perkusista w Bristolu i okolicach, który naucza i gra bardzo intensywnie, tyram podczas ćwiczeń, naprawdę ostro pracuję. Robiłem wiele różnych rzeczy na przestrzeni lat. Zawsze masz nadzieję, że trzymasz poziom, ale obecnie gra z tym zespołem ruszyła moją głowę i pchnęła wszystko do przodu. Każdy koncert, jaki grasz, wygląda tak, jakby to miał być twój ostatni koncert na Ziemi. Wiem, że istnieje mój wizerunek z otwartą gębą, gdzie wyglądam jak wygłodniały rekin w "Szczękach" przed atakiem. Ma on to samo znaczenie w momencie, gdy gram z mniejszą dynamiką. Wszystko, co robisz, musi mieć sens i być bardzo jasne. Ludzie popełniają błędy, zdarza się, to ludzka rzecz, ale atmosfera, jaką ze sobą wnosisz na scenę musi być na 110 procent. Nie można być ospałym, jak na weselnym graniu. Nauczyłem się tego, gdy wróciłem do Bristolu i pograłem w barach. Mogłem zobaczyć, że inni ludzie są znacznie bardziej zrelaksowani w tym, co robią w podejściu do grania. Nie, to powinno być ponad to. Takie podejście znacznie podniosło jakość mojej gry. Jeżdżąc na festiwale i oglądać tylu muzyków, tyle różnych zespołów, to stanowczo podnosi jakość twojej gry.


Grałeś lub grasz dużo poza Kasabian?


Robiłem trochę jazzowych rzeczy. Grałem ze swoim bardzo dobrym kolegą z Bristolu - Johnem Pearce, który jest skrzypkiem klasycznym. Przeszedł na ciemną stronę, by grać jazz i jest naprawdę w tym bardzo dobry. Do tego Dave Newton, pianista. Jest niesamowity. Mam też innego kolegę, który nazywa się James Morton. Gram z nim przez lata, a on gra z Pee Wee Ellisonem. Jest to zasadniczo jazz, gdzie wykorzystuję mały zestaw bębnów, kilka talerzy ride, do tego też sizzle. Nie jest to jakoś specjalnie nowoczesne, jest to takie be-popowe. To dość interesujące, bo lekcje, jakie dostaję w Kasabian, ta koncentracja, biorę ze sobą w głowie do gry w jazzowych projektach. W Kasabian tłukę materiał, jakbym walił przysłowiowymi maczugami, w klimatach jazzowych jest ta sama złość tylko, że bardziej przytłumiona. To jak różnica między próbą zamordowaniem kogoś kijem bejsbolowym a uduszeniem poduszką. Ta sama intencja, ta sama groza. To niespokojny jazz pod pięknymi kaskadami pianina Dave’a Newtona i skrzypcami Johna. Granie gołymi rękami, bez werbla, grając praktycznie jak na congach, rytmy rumba. Grasz brzmieniem i płaszczyznami, ślizgając się po talerzach, jest to inne, ale lubię zaklinać publiczność rytmem, to mój świat. Nie chcę nikomu wciskać kitu. Lubię ich czarować. Zagrałem koncercik w Bristol Fringe, to malutki klub na 50 osób, ale w momencie, gdy poczujesz, że masz cały klub to jest to niesamowite uczucie. Uwielbiam to, gdy przechodzę na solo i zaczynam się kotłować. Musisz wtedy to trzymać, musi to iść do przodu niezależnie od tempa, zacznij się boksować rytmicznie, używaj przestrzeni, nagłych zwrotów w dynamice, po czym wróć do punktu wyjścia. Uwielbiam to.


Opracowali: Artur Baran i David West
Zdjęcia: Will Ireland


Wywiad ukazał się w numerze listopad 2014.

Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama