Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Lee Kerslake

Dodano: 26.02.2015
Można zdobyć Amerykę, grając z Uriah Heep, można otwierać drzwi do solowej kariery Ozzy’emu Osbourne’owi, można też to wszystko stracić i znaleźć się na krawędzi.

Na łamach naszego magazynu staramy się dawać przykłady niezłomnych postaw, konsekwentnych muzyków, silnych osobowości, które nawet, kiedy się potkną to podniosą się jeszcze wyżej, godne naśladowania wzory, których doświadczenie może pomóc przy budowaniu własnej ścieżki w świecie bębnów. W takim tonie utrzymujemy ogromną większość naszych rozmów, starając się odciąć od narzekań, których pełno mamy w zwykłym życiu, o czym zresztą mowa we wstępie do niniejszego numeru. Czasami jednak warto spojrzeć też z tej ciemniejszej strony, ale żeby nie popaść w bezwartościowe biadolenie i apatię, trzeba znaleźć wyjątkowe przypadki, z których można czerpać równie wartościowe wnioski.

Historia podstawowego bębniarza legendarnej formacji Uriah Heep może być takim przykładem. Nie ma tu jakiegoś wielkiego Katharsis i ciężko mówić tu o hollywoodzkim happy endzie. Perkusista, który na dwóch pierwszych płytach Ozzy’ego Osbourne’a mieszał z Randy Rhoadsem w Crazy Train stanowczo daje do zrozumienia, że czuje się niedoceniony, a także oszukany. Jego pyszny ton dodatkowo nasuwa pytania co do tego, jak to wszystko wyglądało naprawdę. Żal do świata połączony z jakże wyraźnym żądaniem dowartościowania jego osoby może być dobrym materiałem do przemyśleń. A prawda? Jak zawsze w takich przypadkach leży gdzieś pośrodku.

Czy The Gods to twoje pierwsze doświadczenie studyjne?


To był rok 1967. Miałem przez jakiś czas w swoim zespole Grega Lake i urządziliśmy moje 21 urodziny w domu mojej ciotki. To było rewelacyjne. Spotkałem wtedy Kena Hensleya i zauważyłem, jaki był bystry w tym, jak pisał, miał też swojego Hammonda. W Bournemouth, gdzie mieliśmy swoje półprofesjonalne zespoły, wszystko, co mieliśmy to The Vox Continental. To był najgorzej brzmiący instrument, jaki kiedykolwiek słyszałem w swoim życiu, ale tylko to mieliśmy. Kiedy pracowałem z Kenem miał już Hammonda. Łał! Od razu go polubiłem! Pochodzi z Londynu, jest fajny, świetnie gra. Ja byłem wokalistą i perkusistą, basista był wokalistą, Ken był wokalistą, gitarzysta prowadzący również, więc tworzyliśmy harmonię. Dosłownie mieliśmy już początek Uriah Heep, ponieważ wszyscy byliśmy wokalistami. Gods byli fenomenalni. Mieliśmy kultowy zespół, wyprzedaliśmy cały klub The Marquee na Wardour Street trzy noce z rzędu, zespół bez żadnej płyty. Potem nagraliśmy płytę i wszystko się rozpadło.


Przeskakiwałeś między zespołami - The Gods, Head Machine, National Head Band, Toe Fat.


Wskakiwałem tu i tam. Oferowano mi wszędzie pracę, ponieważ The Gods miało sporo zwolenników, a branża znała mnie i Kena. Ken odszedł z zespołu i dołączył do Cliffa Bennetta. Przez jakiś czas jeszcze utrzymywałem The Gods, ale w końcu musiałem odpuścić. Nie mogłem już dłużej robić tego wszystkiego - bębnienie, kierowanie zespołem, bycie agentem, wszystko... Później zaproponowano mi, abym dołączył do National Head Band, gdzie był bardzo bogaty sponsor, który dawał nam zaliczki. Napisaliśmy album o nazwie Albert One, który jak na swoje czasy był mocno do przodu. Był fenomenalny, ale nigdzie nie wyszedł. Spotkałem agenta i managera - Gerry’ego Brona i Steve’a Barnetta, powiedziałem: "Posłuchajcie tego zespołu". Odpowiedzieli: "Ok. Załatwimy wam gig w Thumper przy Leicester Square i wtedy was posłuchamy". Zagraliśmy, a Gerry i Steve powiedzieli: "Możemy porozmawiać z tobą na osobności? Nie jesteśmy zainteresowani zespołem, ale chcemy ciebie do zespołu Uriah Heep". Odpowiedziałem: "Sam nie wiem", a oni na to: "Dostaniesz 100 funtów tygodniowo" - "Gdzie mam podpisać?". Spotkałem Micka [Box, gitarzysta] w Covent Garden w sali prób. Poza nim nie było tam nikogo, tylko ja i Mick, więc dżemowaliśmy przez dwie godziny. To było właśnie to, dołączyłem. W ciągu miesiąca znalazłem się w studio. Dołączyłem do nich 23 listopada 1971, a w grudniu ‘71 byłem już w studio, a w ‘72 byłem na amerykańskiej trasie, tak szybko to poszło.


Wiedziałeś, że czwarty album Demons And Wizards będzie tak wielki?


Och tak, wiedzieliśmy. Pisałem go z Micky’m i Davidem. Ken chciał wnieść swoje utwory, a my bardzo chętnie się zgodziliśmy na to, bo kiedy graliśmy razem, byliśmy niewiarygodni. Nawet, gdy graliśmy support przed Deep Purple, byliśmy w stanie zmieść ich ze sceny. To właśnie wnieśliśmy do studia, tę pewność siebie, pewną arogancję, ale żadnego ego. Chcieliśmy to zrobić i byliśmy skłonni zmiażdżyć każdego na naszej drodze. Pamiętam, jak Uriah Heep zrobili Very ‘Eavy Very ‘Umble i Look At Yourself, one były w swoistym klimacie, a później poszliśmy w klimat magii i fantasy. To trochę jak wirus. Pamiętam, jak nagraliśmy The Spell, scena walki pomiędzy czarną czarownicą a białą czarownicą, jedno podejście i zrobione, to było aż tak dobre. Gerry powiedział: "Nigdy tego nie ulepszajcie". To było jak magia, nie można tego inaczej opisać. Kiedy to odsłuchaliśmy, powiedziałem: "To zmiecie Amerykę z powierzchni ziemi". Rzeczywiście, po dwóch miesiącach jechaliśmy już w naszą własną trasę koncertową w 1972 r.


To musiało być na początku ery tras po wielkich arenach w USA?


Cóż, no tak, ale cały czas byliśmy daleko w tyle w porównaniu do Deep Purple i Black Sabbath, oni byli już trzy lata w Ameryce. My dopiero zaczęliśmy i byliśmy tuż blisko. Oto kolejny zespół na 37 000 ludzi. Mieliśmy dwa albumy w Top 20 w pierwszym roku. Demons And Wizards i The Magician’s Birthday przebijały się przez dachy każdego miasta w Ameryce. Gdzie się nie poszło, tam słychać było ‘Easy Livin. To była magia dla tych pięciu członków zespołu, zaskoczyliśmy. Słuchałem, jak Sting opowiadał w TV, jak zaskoczyło Police. Dostrajali się i szlifowali swoją pracę, aż tu nagle tryby zaskoczyły i poszli w górę. To tak samo jak z Ozzy’m, mieliśmy wolną rękę, pisaliśmy, co prawda napisałem jeden utwór na pierwszym albumie, ale aranżowałem i współprodukowałem pierwszy krążek z moimi pomysłami na bębny, harmonię, partie wokalu. Poszedłem do Boba i powiedziałem: "Jeżeli dostaniemy dobry deal to mamy potwora". Potem zapytał, czy zrobimy Diary Of A Madman, napisaliśmy to i powiedziałem: "To jest kolejny album, który przetrwa wszelkie próby" i tak właśnie było.


Słyszałeś Randy’ego Rhoadsa przed dołączeniem do zespołu Ozzy’ego?


Znałem Boba [Daisley, basista] z Widowmaker, byliśmy przyjaciółmi. Poszliśmy do Shepperton Studios. Bob już wcześniej podesłał mi kilka ścieżek Crazy Train i I Don’t Know. Nigdy nie słyszałem wcześniej o Randy’m. Do diabła, co za gitarzysta! Starałem się zachować spokój, ale wypaliłem: "Łał, ten gość to geniusz, on musi być nie z tego świata". Nigdy nie słyszałem takiego gitarzysty. Dołączyłem do zespołu, zaczęliśmy pisać i przez jakieś cztery dni napisaliśmy cały album. Moją mocną stroną były melodie wokalne, więc ja śpiewałem wers, a Bob pisał całą piosenkę. To było świetne. To po prostu samo się robiło. Randy miał partie gitarowe, a ja na to: "Nie, zagraj te partie" i śpiewałem mu partie na gitarę i tak to działało. Nikt nie mówił: "Nie chcę tego grać". Bob mówił: "Weź podwójnie część b", ja na to: "Ok." Wszystko szło wspaniale, co zresztą słychać na albumie.


Jeździliście w trasy między nagrywaniem tych dwóch albumów Blizzard Of Ozz i Diary Of A Madman?


Pojechaliśmy w jedną trasę po Anglii, to chyba było osiem czy dziewięć koncertów od Hammersmith po Szkocję. Wtedy jeździła też z nami Sharon i powiedziała, że musimy zrobić następny album. Ja na to: "Ok, ale tym razem chcemy jakieś pieniądze z góry. Nie możemy robić albumu, chyba że zarobimy jakieś pieniądze, więc znajdź nam jakąś kasę i wtedy to zrobimy". Wypisała mi czek bez pokrycia. To mnie doprowadziło do ruiny. Wtedy się nas pozbyła. Nieładnie.


Czyli istniała niepewność co do tego, że Ozzy będzie w stanie zarabiać na swojej solowej karierze?


Nie było wątpliwości, że on jest w stanie to zrobić. On nie chciał tego robić, postawił wszelkie możliwe bariery, wszystko, co chciał robić, to użalać się nad sobą i upijać się. My pracowaliśmy nad nim. Docieraliśmy do niego. Lubiłem go, lubiłem skurczybyka, naprawdę. Miałem z nim dobre stosunki. Sharon trzyma go w swoich pazurach i nie zamierzam winić jej za jej talent, jest sprytna, bardzo twarda kobieta. Daliśmy jej pierwsze kilka milionów, ustawiliśmy ją, ona to zamieniła w setki milionów, ale to czego w niej nie lubię to to, że oszukała mnie, Boba i Randy’ego co do słusznie należnej nam kasy. To mogło mnie ustawić do końca życia niczym emerytura. To nie było dużo, kilka milionów, ale walczyła z nami, prawnik kosztował ją sześć milionów, żeby z nami walczyć, potem sprawę wycofali z sądu ze względu na przedawnienie. Nigdy jej tego nie zapomnę. Nie mogę, bo prawie mnie to zabiło. Prawie odebrałem sobie życie. Po prostu czułem się tak bardzo oszukany. Co ja robię w tym biznesie? Zrobiłem wszystko, co mogłem, książkowo, nigdy nikogo nie oszukałem. Wszystko, co zrobiłem, to dałem im mój talent, a oni mnie rozerwali. Świetnie mi wychodziło zapijanie się na śmierć. Mój dobry przyjaciel powiedział: "Przestań się nad sobą użalać i rusz tyłek" i się podźwignąłem.


Twoja kolejna współpraca z Uriah Heep trwała 25 lat. Dlaczego znowu opuściłeś zespół?


Byłem w zespole, bo to lubiłem. Kiedy przegrałem sprawę przeciwko Ozzy’emu zacząłem chorować, ale nie chciałem się do tego przyznać przed samym sobą. Jestem typowym zodiakalnym, upartym Baranem. Oszukiwałem siebie, że wszystko ze mną dobrze, ale to nie była prawda. Byłem coraz bardziej chory. Z powodu przegranej sprawy czułem się bezużyteczny, czułem, że przemysł znów mnie oszukał i czułem się zagubiony. Na scenę wyszedłem w 2006 i to był krytyczny moment. Wcale nie grałem dobrze, byłem zły na siebie, to było głupie. Rozstaliśmy się przed świętami Bożego Narodzenia. Mick zadzwonił do mnie i powiedział: "Tak dalej być nie może", odpowiedziałem: "Nie, nie może. Już czas, żebym ruszył naprzód. Muszę przestać, nie wiem, co jest ze mną nie tak". Poszedłem do lekarza, skierował mnie do szpitala i gość mi powiedział: "Co do twojego słuchu, to w jednym uchu masz ubytek 40%, a w drugim 50%, masz szumy uszne, zapalenie stawów kolanowych i biodrowych, cierpisz także na bezdech senny, przestajesz oddychać w czasie snu. Jeżeli zostaniesz w Uriah Heep przez kolejny rok to całkiem ogłuchniesz". Tak więc skończyłem ze wszystkim, nadal piszę i gram, ale nie na takim poziomie, że jedziemy na dwa tygodnie do Brazylii, później na miesiąc do Ameryki, na kolejny do Kanady, a potem do Australii. Nie mogę już tego robić. Wcale nie chcę, to nie dla mnie.


Teraz masz BKB - The Berggren Kerslake Band - jak się czujesz znowu grając?


Fantastycznie. Kocham to. Śmieję się z całego przemysłu. Na Walk Tall robię: "He he he, walcie się wszyscy, zrobiliśmy to." To przekaz w stronę branży, do ludzi, którzy myśleli, że odpadliśmy. Mieliśmy mnóstwo radochy. Nagrywaliśmy to u Berggrena w garażu i podstawowe ślady nagraliśmy w jego kuchni, to właśnie jego studio. Leciałem z Londynu do Sztokholmu na dwa występy w irish pubach po cztery godziny każdy. Miałem trochę pieniędzy, żeby zapłacić za lot, więc mogłem zostać tam do niedzieli i nagrywać album. To taki powrót do korzeni. To szczery album, są na nim piosenki, które możesz gwizdać i śpiewać razem z nimi. To była ciężka praca, czasami mnie tam nie było i musieli robić beze mnie, ale mówiłem przez telefon: "Teraz harmonia pięć razy itd., teraz jest dobrze." Mój rachunek telefoniczny! Jestem jednak dumny z tego. Teraz potrzebuję czasu, żeby ludzie go posłuchali. To bardzo szczery album i miły do słuchania. Chciałem, żeby był taki, jakie się robiło w latach 70’, 80’ i 90’, ten styl odszedł w niepamięć, więc chciałem go przywrócić. Jaki jest najlepszy sposób na przywrócenie go? Nowy zespół - BKB. W każdym razie, mam taką nadzieję.


Jako najbardziej doświadczony członek zespołu, jesteś traktowany przez innych jak mentor?


Tak i nie. Stefan [Berggren, wokalista] docenia moją wiedzę i talent, tak, ale ja również doceniam jego. Może nie obraca się w tym temacie tak długo, jak ja i nie ma tylu sukcesów na koncie, ale jest równie dobry. Jest świetnym wokalistą, ma wspaniały głos, bardzo dobrze gra na klawiszach, dobrze gra na gitarze i jest również świetnym realizatorem. Ma talent. Sądzę, że powinniśmy ruszyć z kolejnym albumem w tym roku. Już mam gotowych sześć piosenek, jestem pewien, że on ma tyle samo. Spróbujemy zrobić tak samo, jak w przypadku tego albumu, ale bez konieczności grania w irish pubie przez cztery godziny. Musimy walczyć o każdy możliwy fragment muzyki, jaki jest możliwy. Teraz wszystko jest do ściągnięcia. Chcę, żeby winyle wróciły. Są szczere i ciepłe. CD są bez serca. Włączasz winyl i są w nim takie rzeczy, które sprawiają, że czujesz się dobrze. Jeżeli ja to czuję, to i ty to czujesz, musi coś w tym być. Nie wiem, czy tak się wydarzy, czy nie, ale winyle powinny wrócić. Jeżeli tak się stanie, to cały przemysł nagraniowy też powróci.


Materiał przygotowali: Salemia i David West
Wstęp: Maciej Nowak
Zdjęcia: Rob Monk


Wywiad ukazał się w numerze listopad 2014.




Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama