Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Mike Terrana

Dodano: 19.03.2015
Ciągle w ruchu, ciągle w trasie, wciąż za bębnami. Twardziel o gołębim sercu z wielkim poczuciem humoru i dystansem do samego siebie. Doskonały bębniarz o atomowym ciosie i wielkiej precyzji.

Mike jest perkusistą, który może być przykładem dla wielu bębniarzy. Jego poczynania pokazują, jak wiele zależy od nas samych. Determinacja, odwaga przy podejmowaniu trudnych życiowych decyzji, pracowitość i pogoda ducha. Mimo, że dawno strzeliła mu pięćdziesiątka, jego postura może budzić olbrzymi respekt i zawstydzić niejednego młodzika. Jego styl gry cechuje duża swoboda i pewność gry, oparta na świetnej technice i wielu chwytach pod publiczkę. Bębniarz do podziwiania nie tylko przez bębniarzy.

Kim jest Mike Terrana?


Jestem po prostu 55-letnim gościem, który kocha grać na perkusji, kocha muzykę i kocha ludzi - no i który kocha to, że jeszcze nie zdążył dorosnąć! Dorastanie jest po prostu nudne.


Perkusista to ktoś, komu trudno zwrócić na siebie uwagę. W twoim przypadku jest dokładnie odwrotnie, zawsze jesteś w stanie przyćmić gwiazdę, której towarzyszysz. W czym tkwi twój fenomen?


Wiesz, nigdy nie lubiłem siedzieć z tyłu w cieniu. I nadal tego nie lubię. Pamiętam, że gdy byłem młody i zaczynałem grać solówkę na perkusji, gość od światła przyciemniał wszystkie światła - i ja sam byłem zaciemniony. Nie rozumiem po prostu, czemu tak robił... Cóż, teraz nie pozwalam na coś takiego. To znaczy, trzeba mocno się napracować, żeby zagrać na perkusji dłuższy koncert, więc czemu tego nie pokazać dobrym oświetleniem. W każdym razie, gdy byłem dzieciakiem uprawiałem sport i chyba od tego zaczęło się to, że moje podejście do gry na perkusji jest bardzo fizyczne, wręcz seksualne. O to chyba chodzi w rock’n’rollu. Ludzie chodzą normalnie do pracy, siedzą w niej wiele godzin, po czym idą na miasto, idą na koncert i widzą coś innego, coś nowatorskiego, coś, co daje im energię. Dlatego ważne jest dla mnie to, że publiczność dostrzega, że dobrze się bawię, że walę w perkusję z taką siłą, jak tylko mogę i że wychodzi z tego muzyka, która daje im energię. Lubię patrzeć na moją grę na perkusji, jak na dotykanie publiki bez dotykania ich ciała - sięgamy po to, co mają w głowach. Wiesz, za dotykanie ludzi możesz trafić za kratki (śmiech). Wydaje mi się, że można powiedzieć, iż jestem artystą, biznesmenem, komikiem jednocześnie, upchniętym w jedno opakowanie. I mam z tego frajdę - w czasie koncertu każdy może się pobawić, poskakać i na 90 minut zapomnieć o tym wszystkim, co zostawia za drzwiami klubu.


Pobiłeś rekord Guinnessa poprzez zagranie koncertów z 4 zespołami pod rząd jednego dnia, waliłeś w bębny przez ponad 5 godzin w 4 setach pod rząd. Jak wspominasz to wydarzenie i jakim cudem do cholery masz w sobie tyle energii?


To był dla mnie szczególny dzień i nadal go wspominam. Świetnie się wtedy bawiłem i wydaje mi się, że publika bawiła się równie dobrze. Bardzo długo przygotowywałem się do tego występu - także pod względem ćwiczeń fizycznych: biegałem i podnosiłem ciężary na siłowni. I przydało się. To był bardzo gorący dzień i noc też była gorąca. Nie byłem chyba aż tak bardzo zmęczony - bardziej podekscytowany. W sumie wydaje mi się, że mogłem grać nawet dłużej, bo czułem się świetnie, jakbym wszedł na wysoką górę i miał przed sobą dalszą część górskiego szlaku. Bardzo cieszę się, że są nagrania z tego występu, bo dzięki nim mogę wracać do tego wydarzenia.


Współpracowałeś miedzy innymi z takimi artystami jak Yngwie Malmsteen, Tony MacAlpine, Steve Lukather, Jennifer Batten, Kuni, Beau Nasty, Gamma Ray, Rage, Axel Rudi Pell, Roland Grapow, Savage Circus i Tarją. Która z tych współpracy była dla ciebie szczególna i dlaczego?


Zdecydowanie mam szczególną więź z Tarją Turunen. Znamy się od ponad 15 lat, a w jej zespole grałem przez ponad 7 lat. Bardzo dobrze wspominam ten okres. No i nadal występujemy wspólnie w projekcie "Beauty and the Beat". Nasze wspólne koncerty pod tym szyldem są dla mnie źródłem szczególnej satysfakcji, bo są tak różne od tego, co zwykle robię na scenie ze swoim zespołem i z innymi muzykami. Doskonale pracowało mi się też ze Stevem Lukatherem. To świetny muzyk, wokalista i człowiek. Zawsze dopisywało mu poczucie humoru. Bawił się graniem. Brakuje mi wspólnego tworzenia z nim muzyki.


Czym różni się "normalny" koncert z metalową kapelą od setu z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej? Czy koncerty z symfonikami wymagają od ciebie jakichś szczególnych przygotowań, zastosowania innej techniki gry, innych zestawów perkusyjnych?


To była przygoda z zupełnie innego świata i - jeśli mam być szczery - największe wyzwanie, jakiemu musiałem sprostać w czasie mojej 35-letniej kariery perkusisty. Po pierwsze chodziło o kwestię dynamiki - nie mogłem przecież grać tak mocno jak zwykle, gdy występuję z zespołem rockowym czy metalowym. Musiałem znaleźć nową równowagę między uderzeniami, tak, aby perkusja wkomponowała się w orkiestrę. Co więcej, musiałem dokładnie patrzeć cały czas na dyrygenta, który kontrolował przecież wszystkie partie. A nie jest to łatwe, bo nie wykonywał on ruchów, które były tak dobrze widoczne, czy były w tym samym tempie, co muzyka, ale jakby troszkę przed czasem. Dyrygent był wtedy jak dźwiękowiec (śmiech). Kontrolował wszystko, a miał na scenie 120 osób. To bardzo duża odpowiedzialność. Słuchałem orkiestry i patrzyłem na dyrygenta, a oni słuchali mnie. Najwspanialszy był moment, w którym dyrygent zszedł ze sceny, gdy grałem Barber of Seville i sam "naganiałem" 120 członków orkiestry swoją perkusją. To było niezwykłe doświadczenie. Jestem samoukiem, więc musiałem przyswoić bardzo dużo nowych informacji. Musiałem też użyć specjalnego sprzętu, żeby wyciszyć nieco perkusję: użyłem powlekanych talerzy Paiste thin 2002. To je nieco przyciszyło i dostosowało siłę perkusji do wymagań tego koncertu. Wyciszyłem też bębny poprzez przyklejenie plastrów na górną membranę EC2. Niełatwo grać w takim ustawieniu, bo słyszysz każdą, najmniejszą nawet, pomyłkę. Takie granie jest też bardzo suche - musiałem jednak tak zrobić, żeby nie zagłuszyć orkiestry.


Grałeś w projektach łączących muzykę klasyczną z rockiem. Jak wygląda różnica z poziomu perkusisty?


Nie widzę tu większej różnicy. Muzyka to muzyka. A przecież wszystko, co dzieje się w muzyce, ma klasyczne korzenie. Jedyna uwaga to ta, że tam rytmy tworzone są np. strunami, a nie perkusją. Postanowiłem, że zrobię odwrotnie i zaakcentuję te linie rytmiczne moją perkusją. Zdało to egzamin, zdaje się. Chciałem też pokazać młodym ludziom, że muzyka klasyczna może dać czadu i że potrafi być agresywna i piękna jednocześnie. Wybraliśmy na ten koncert klasyczne utwory, które były skomponowane przez geniuszy. Możesz sobie więc wyobrazić, jak wielkim wyzwaniem było napisanie partii perkusji, które pasowałyby do reszty bez naruszania integralności oryginalnej muzyki. Tak to już jest z perkusją w kontekście nietypowej dla niej muzyki. Perkusista musi użyć swoich uszu i wpasować swój rytm i siłę w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Ważne też było pozostawienie w muzyce drobnej "przestrzeni", innymi słowy, zrezygnowanie z grania w niektórych drobnych partiach. Jeśli ktoś będzie chciał to powtórzyć, niech pamięta o tym, że odstęp, przestrzeń i cisza są kluczowe przy takim eksperymencie perkusyjnym.


Dlaczego przeniosłeś się w 1997 roku z USA do Europy? Otworzyło ci to nowe możliwości?


W 1997 roku grałem trasę z Tony’m MacAlpine. Zespół rozpadł się w jej trakcie. Byłem bardzo zawiedziony takim obrotem spraw. Wróciłem do Los Angeles, przesiedziałem tam parę tygodni, a wtedy w L.A. nie było po prostu żadnej pracy czy punktu zaczepienia dla metalowego perkusisty. Dlatego zakwitł mi w głowie pomysł wyjazdu do Europy. Zebrałem wszystko, co miałem, spakowałem to do schowka w Hollywood i wyleciałem do Europy z całymi moimi oszczędnościami, które liczyły 10 000 dolarów. Znalazłem się w Holandii - na początku było bardzo ciężko. Brak koncertów, brak pieniędzy - ale zawziąłem się i z całą parą postanowiłem iść do przodu. Krok po kroku sprawy zaczęły się poprawiać. Okazało się też, że miałem dużo szczęścia. Poznawałem odpowiednich ludzi i dziwnym zrządzeniem losu cały czas trafiałem w odpowiednie miejsca w odpowiednim czasie. To było ryzyko, jednak z obecnej perspektywy mogę powiedzieć, że się opłaciło. Europa zaoferowała mi bardzo dużo nowych możliwości i mnóstwo ciekawych znajomości. Teraz chyba mogę powiedzieć o sobie, że uważam się za Europejczyka.


Kilkakrotnie gościłeś w Polsce. Powiedz, co zapamiętałeś, z czym kojarzy ci się nasz kraj?


Uwielbiam grać w Polsce i jeśli mam być szczery to powiem ci, że wschodnia część Europy jest najlepszym miejscem na rock’n’roll. Publiczność jest bardziej chłonna na to, co robię na scenie. Lubię polską kulturę i polskie jedzenie. Wychowywałem się w Buffalo, gdzie po drugiej wojnie światowej osiedliło się wielu polskich imigrantów. Wiele dzieciaków, z którymi chodziłem do szkoły miało polskie korzenie. A polskie kobiety... są najpiękniejsze na świecie (śmiech). To musi być jakiś czynnik środowiskowy. To, że grałem na całym świecie i odwiedziłem w trasie tyle różnych krajów uważam za jedną z najważniejszych zalet mojej pracy. To dar i nauka, że mogę poznać te wszystkie miejsca i ludzi, że mogę skonfrontować się z tak różnymi sposobami na życie i podejściami do muzyki. Żadna szkoła, żaden uniwersytet nie nauczy cię życia tak jak trasa.


Twój nowy projekt zakłada wyłącznie czyste granie perkusyjne, bez żadnej elektroniki i sampli, wzorowany na graniu z lat '70. Wyłącznie czyste brzmienia. Opowiedz o tym projekcie, dlaczego podjąłeś taką a nie inną decyzję, dotyczącą formy muzycznego przekazu?


Cóż, wydaje mi się, że sample i digitalizacja zabiły osobowość współczesnej perkusji, odebrały jej duszę, bo wszystko równają i wygładzają programy komputerowe. Mam 55 lat, dorastałem w latach '60 i '70, gdy muzyka była prawdziwsza. Gdyby dawniej stosowano technologie komputerowe w perkusji, nie mielibyśmy Johna Bonhama, nie mielibyśmy Keitha Moona, Gingera Bakera, Mitcha Mitchella, nie byłoby Buddy’ego Richa i Tony’ego Williamsa. Gdy ich słuchasz, słyszysz duszę w muzyce i dlatego zmienili oblicze muzyki. Dziś, gdy słyszę kolejne zespoły, wszyscy perkusiści grają poprawnie, poprawnie do znudzenia. Wszystko jest wymierzone i wyrównane. Mnie takie granie nie interesuje. Chcę słyszeć prawdziwą perkusję i prawdziwego perkusistę za garami. Wtedy i tylko wtedy można dostrzec prawdę w muzyce. A prawda w muzyce wiąże się z bólem i z radością, z wyrażeniem tych dwóch emocji. Można nadać im kształt tylko wtedy, gdy nie będziemy się zasłaniać komputerem, który wszystko nam wyrówna i wygładzi. Cały czas szukam prawdziwego brzmienia i naturalności w zespołach, z którymi dzielimy scenę. Nieczęsto to znajduję. W moim zespole stawiamy na taką właśnie szczerość. Gramy, gramy i gramy, aż w końcu znajdujemy to "coś" - wtedy gramy jeszcze więcej, jeszcze dłużej. Dodajemy elementy, usuwamy je. Muzyka nabiera w ten sposób kształtu. Cały czas też rozmawiamy o tym, co komponujemy. Mój zespół nazywa się "Terrana" nie dlatego, że mam duże ego (śmiech), ale dlatego, że łączy nas moja miłość do szczerości w muzyce, szczerości, która dla mnie ma swoje korzenie w dźwiękach lat 70. Gdy gramy, gramy całym sobą. Nie używamy żadnych playbacków, nie stosujemy żadnych sztuczek. Po prostu trzech gości na scenie, którzy chcą przekazać swoje emocje innym ludziom. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi?


Wraz z tobą występują Fabri Kiarelli oraz Alberto Bollati. Na jakiej podstawie wybrałeś akurat ich? Czym szczególnym się wyróżniają? Opowiedz parę słów o nowym składzie.


Zespół założyłem ponad rok temu. Farbi i Al pochodzą z Milano we Włoszech. To świetni gitarzyści i świetni wokaliści. Lubimy taką samą muzykę i cenimy w muzyce te same rzeczy. Zaczęliśmy wspólne próby i napisaliśmy kawałek "One Way". Od razu poczuliśmy, że to jest to. Pisaliśmy wszystkie inne utwory wspólnie. Jednym z naszych pierwszych wspólnych występów był koncert na głównej scenie festiwalu Masters of Rock w Czechach. Graliśmy dla 22 000 ludzi. Wgniotło nas w ziemię. To był wspaniały koncert. Teraz czeka nas trasa - gramy 16 koncertów po całej Europie (wywiad przeprowadzany był pod koniec listopada 2014 r. - przyp. red.)


Czego możemy spodziewać się na koncertach?


Będzie głośno, będą światła, będzie dobra zabawa i... trochę niespodzianek! Ale o tym to przekonacie się już w klubach.


Wychowałeś się na muzyce z lat '60 i '70. Mimo to, że jesteś znany przede wszystkim z grania power metalu postanowiłeś wrócić do korzeni. Myślisz, że to słuszna droga?


Wydaje mi się, że większość współczesnych muzyków metalowych podchodzi do swojej twórczości nieco zbyt poważnie. No i nie widać, żeby dobrze bawili się, gdy są na scenie. Z kolei na scenie progresywnej masz gości, którzy patrzą tylko na swoje instrumenty i liczą, liczą cały występ. Ja chciałem założyć zespół, który w duchu lat 70 przekazywałby publiczności pozytywną energię i który sprawiałby, żeby dobrze się czuli i dobrze bawili. My na scenie na pewno będziemy się cieszyć muzyką i chcemy, żeby publiczność także się cieszyła. Chcemy ich dotknąć do żywego, ale dotknąć w głowach i sercach.


Piosenka One Way niesie niezwykle pozytywny komunikat. Mówi o tym by realizować swoje marzenia i robić to, co chcesz, nawet jeśli cały świat obraca się przeciwko tobie. Jak bardzo te słowa mają odniesienie do twoich osobistych zmagań w życiu i kto powinien się z nimi identyfikować?


Dzięki. O to właśnie nam chodziło. Pozytywny przekaz jest potrzebny, daje nam energię, aby funkcjonować. W tym kawałku chodzi o to, żeby sięgać po to, czego się pragnie, żeby nie przestawać wierzyć w siebie. Gdybym myślał inaczej nie byłbym w tym miejscu, gdzie jestem teraz. Każdy nasz utwór opowiada historię - czasami są to historie prawdziwe, czasami wymyślone, jednak za każdym razem to, co opowiadamy naszą muzyką, ma konkretny wymiar w codziennym świecie. Tak też jest w przypadku "One Way".


Nie masz problemów z rozwalającym się sprzętem np. pękającymi blachami. Twój styl gry jest niezwykle dynamiczny. Jak często zmieniasz kolejne elementy zestawu? Czy niektóre z nich są specjalnie konstruowane dla ciebie, wzmocnione lub wykonane w szczególny sposób?


Teraz to już nie to, co kiedyś. Gdy byłem młodszy, potrafiłem naprawdę dać czadu. Wszystko wtedy łamałem i rozwalałem - głównie ze względu na słabą technikę gry. Źle traktowałem mój sprzęt, co nie wpływało dobrze na dźwięk. Gdy uderzysz talerze mocno, nie będą one przecież brzmiały od razu dobrze. Dopiero z czasem wypracowałem sobie technikę, która pozwala mi wizualnie kreować obraz dynamicznego i silnego grania, ale tak naprawdę daje szansę na precyzyjną kontrolę siły i szybkości uderzeń. Używam teraz cienkich pałeczek i cienkich talerzy - brzmią jak dla mnie lepiej. No i nie łamię ich tak często. Wymieniam coś w sprzęcie mniej więcej raz na dziesięć występów. W czasie jednej trasy pęka mi średnio jeden talerz. A czasami cały występ gram tymi samymi pałeczkami. Moje nowe talerze Paiste są zrobione na zamówienie. Dobrze brzmią i fajnie wyglądają. Jestem z nich bardzo zadowolony. Powleczono je jakąś farbą - nie wpływa ona jednak na dźwięk. Pałeczki też są robione na zamówienie - to seria Vic Firth z podpisem, hikorowe. Nie łamią się tak często, jak te z klonu.


Co u licha ma wspólnego z metalem Frank Sinatra ?


Niewiele ich łączy (śmiech). Jestem natomiast całkowicie zakochany w Sinatrze i jego perkusiście Irvinie Cotlerze. To wspaniała muzyka. Gdy dorastałem, słychać ją było cały czas u nas w domu. Głos Sinatry zawsze dobrze mi się kojarzy. To był prawdziwy artysta, fascynujący człowiek - nie ma już takich ludzi (śmiech). Gdy jestem w domu, uwielbiam usiąść wygodnie z kieliszkiem wina w ręce, włączyć płytę Sinatry i nucić do jego muzyki. Uwielbiam też jego teksty. Są bardzo prawdziwe i poetyckie.


Wśród pytań wysyłanych do Magazynu Perkusista najczęściej przewija się jedno: "Jestem początkującym perkusistą, mam swój pierwszy zespół, dopiero się uczę. Jaki sprzęt polecacie?". Co poleca w tym przypadku Mike Terrana i jakie rady kieruje do młodych adeptów perkusyjnego rzemiosła?


Na początek kupcie coś dobrego, taniego i używanego. Im lepszy sprzęt, tym lepiej będzie się grało. Będzie to ważne, zwłaszcza z czasem, gdy będziecie coraz bardziej angażować się w muzykę. Trudno mi polecać poszczególne firmy. Sam uwielbiam sprzęt, na którym gram, ale to kwestia indywidualnych preferencji. Ktoś mógłby siąść za moim zestawem i powiedzieć, że źle mu się gra i że nie czuje tego konkretnego sprzętu. Moja rada jest taka: próbujcie, szukajcie, a jak znajdziecie zestaw, na którym dobrze wam się gra, trzymajcie się go. Rynek muzyczny jest bardzo trudny i niełatwo na nim zaistnieć. Na pewno trzeba próbować i nie odpuszczać. Ja sam, gdy zaczynałem, grywałem sześć koncertów w tygodniu i tak naprawdę wypracowałem sobie technikę, grając na żywo przed publicznością. To nie sala prób mnie ukształtowała. Doświadczenie grania dla publiczności jest kluczowe. Gdy zamykasz się w sali prób twoja technika może się poprawić, ale nie nauczysz się, jak kontaktować się z publiką, jak na nią reagować i jak przekazywać jej emocje. Cóż, książki i sale prób nie nauczą cię też tego wszystkiego o trasie, co jest najgorsze: podróży, czekania, noclegów w brudnych hotelach, nieuczciwych managerów - a doświadczenie tego wszystkiego jest nieodłącznie związane z muzyką. Przezwyciężyć trudności możemy tylko wtedy, jeśli kochamy to, co robimy, jeśli granie muzyki dla ludzi jest naszą pasją. Jeśli chcesz więc zostać profesjonalnym muzykiem, graj, graj i jeszcze raz graj - no i pod żadnym pozorem nie daj się zniechęcić, ale przygotuj się też, że czeka cię długa i trudna droga.


Mógłbyś pokrótce opisać swój ulubiony sprzęt?


To dokładnie ten zestaw, na którym gram: pałeczki Vic Firth, talerze Paiste, "stopa" Trick i membrana Evansa.


Dziękuję serdecznie za wywiad.


Dzięki!


Rozmawiała: Romana Makówka
Wstęp: Kajko

Wywiad ukazał się w numerze grudzień 2014.




Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama