Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Wojciech Szymański

Dodano: 23.04.2015
Z Wojciechem Szymańskim (ur. 1966), specjalistą od polirytmii, perkusistą legendarnego zespołu Kobong, rozmawiałem w jego mieszkaniu - pracowni pośród sztalug, farb i pędzli.

Twoją twórczość można określić trzema wyrazami: dźwięki, barwy, słowa. Grałeś muzykę począwszy od rocka aż po grindcore jazz, napisałeś teksty do pięciu płyt, a do dwóch jako okładek użyto twoich obrazów. Czy coś jest na pierwszym miejscu?


Ja mam wieczny dylemat, a moja dziewczyna mówi, że jestem zawsze rozerwany, przez to się gryzę i nie mogę spać po nocach. Ja po prostu muszę robić to wszystko na raz. Oczywiście, nie byłoby problemu, gdybym nie musiał tracić czasu i energii na głupoty związane z zarabianiem kasy.


Kiedy rozmawiamy, odbieram cię jako miłego człowieka, ale kiedy czytam twoje teksty i oglądam obrazy, zauważam, że podejmujesz bardzo ciężkie tematy.


To, że jestem grzecznym i miłym człowiekiem, nie oznacza, że jestem taki w środku. Tam jestem zupełnie inny i do tego, żeby to się wyłoniło, służy mi sztuka. Ona jest bardzo ważna. Jest o wiele bardziej uniwersalnym porozumiewaniem się między ludźmi, oczywiście, jeżeli podchodzi się do tego uczciwie - nie da się tu kłamać, okłamać można tylko snobów. Wtedy można wyrazić naprawdę istotne rzeczy. W zupełnie inny sposób ukazać to, co jest ukryte i co jest głębią, która przeraża i obraża. Na koncertach nikt się nie czuje urażony ekspresyjnym przekazem.


Skąd wzięła się twoja fascynacja polirytmią?


Fascynowała mnie, odkąd usłyszałem "Święto wiosny" Igora Strawińskiego. Wówczas zdałem sobie sprawę, czym jest polirytmia. Później, pracując nad materiałem, wykorzystywałem pewne schematy. Wiedziałem, że bas będzie grać z moją stopką pewne fragmenty, lewa ręka z jedną gitarą, a prawa z drugą - a później wariacje. Bardzo mnie to bawiło, mogłem składać np. rytmy na 5 z rytmem na 7 czy na 600 i przyglądać się, jak pięknie wydłuża się fraza i przesuwa "raz". To są gotowe szablony na melodię i harmonię, potem przy zamknięciu robi się jakieś smaczki.


I stąd twoja charakterystyczna gra?


Są trzy powody. Po pierwsze - robiłem to dla zabawy i z ciekawości, co tym razem odkryję. Po drugie - po prostu nie lubię obrabiać starych klocków. A trzeci powód... To moje ograniczenia fizyczne. Nigdy nie grałem gęstych przebiegów stopkami, jak to robił Docent, który był w tym mistrzem. Moja lewa noga mówiła prawej nodze: "Nie!". Zawsze musiałem ją gonić, bo coś było nierówno i tremolo nie do końca mi wychodziło. Po jakimś czasie lewa noga prześcignęła prawą i musiałem wyrównywać w drugą stronę. Co też działo się w mojej mózgownicy? Przez te zmagania musiałem iść na pewien kompromis - robić inne figury niż te oczywiste, deathmetalowe. Nigdy też nie kręciło mnie, żeby grać prosto, ja chciałem to wszystko wykręcać.


W dodatku im dziwniej grałeś, tym bardziej zmniejszałeś swój zestaw perkusyjny.


Kiedy grałem jeszcze w Kobongu miałem tradycyjny zestaw, a nawet bardziej rozbudowany. Później doszedłem do wniosku, że nie potrzeba mi tylu klamotów. Mając mniej bębenków mogę się bardziej skoncentrować, kombinować inaczej - sprecyzować figury.


Kiedy zacząłeś swoją przygodę z bębnami?


Zawsze myślałem o wykręconym rockowym czy jazzowym graniu. W czasie, w którym kończyłem szkołę średnią, trochę łobuzowałem, grałem w punkowo- rockandrollowej kapeli w Olsztynie, z której nie jestem dumny - ale to było dorabianie perki do cudzych pomysłów, więc trzeba było odejść. Zawaliłem szkołę muzyczną, w której grałem na trąbce, czegoś tam zdążyłem się nauczyć, ale przede wszystkim bardzo się wkurzyłem. Zastanawiałem się jednak, czy i co mam studiować. Mój brat, który malował, chciał żebym z nim poszedł na malarstwo. Zamiast tego spakowałem plecak, zostawiłem wspomnianą kapelę i pojechałem do Warszawy. Tam znalazłem basistę, Bogdana Kondrackiego, z którym już kiedyś pogrywaliśmy i uczyliśmy się w szkole muzycznej. Około 1993 roku zaczęliśmy grać. Początkowo była to sama sekcja, tzn. bas z perkusją. To w zasadzie były moje studia - Kobong.


A skąd wzięła się ta nazwa?


Mój brat malarz powiedział, że zna gitarzystę i warto zacząć grać w trio. Poznał nas wówczas z Robertem Sadowskim, który grał wtedy w Houk. To on w książce o wierzeniach aborygenów wyczytał, że każdy z nas był kiedyś zwierzęciem, a ogólna nazwa twojego zwierzęcego przodka to Kobong. Po jakimś czasie doszedł do nas na drugą gitarę Maciej Miechowicz, jakby nie było studiował malarstwo.


Wielu ludzi dziwi się, że tak obiecujący zespół jak Kobong nagrał tylko dwie płyty. Jak wyglądała wasza ścieżka kariery?


Leszek Kamiński, realizator muzyczny ze studia S-4, po jednym z naszych koncertów stwierdził, że to jest muzyka, którą on chce nagrywać. W 1995 roku ukazała się płyta "Kobong". Niestety, od strony PolyGram Polska nie otrzymywaliśmy pomocy przy promocji. Wspomagali nas - można ich tak chyba nazwać - mecenasi sztuki w postaci rodziców i wujka Maćka, a także kumpla Roberta, Mariusza Bielewicza. Teledyski do "Taka Tuka" i "Rege" nakręcili nam za darmo Jacek Taszakowski z Leszkiem Molskim. Podobnie w kwestii koncertów. Dopiero, kiedy przyszliśmy z teczką pieniędzy od naszych mecenasów, wydawnictwo łaskawie zgodziło się, żebyśmy zorganizowali sobie trasę. Zajęliśmy się absolutnie wszystkim. Ich interesowała wyłącznie zawartość teczki. Na nieszczęście podpisaliśmy niekorzystną umowę, z której wynikało, że zaczniemy zarabiać dopiero po sprzedaniu 10 tys. egzemplarzy płyt. W tej chwili za taką ilość otrzymuje się chyba nagrody. Do dziś nie dostaliśmy żadnej kasy, niech spadają na szczaw. Nie chcą nam oddać praw autorskich, więc nie możemy zrobić reedycji tak, jak zrobiliśmy z drugą płytą "Chmury nie było". Jej nagraniem zainteresował się Adam Toczko i chciał nagrywać w DR Studio w Wiśle. Kiedy dowiedział się o tym PolyGram, zerwali z nami kontrakt, bo nie nagrywaliśmy w Izabelinie. W 1999 roku postanowiłem odejść z zespołu, nie mogłem pracować z Robertem. Mieliśmy umowę - nie ma zespołu w innym składzie.


Później grałeś w Neuma i Samo, ale najdłużej utrzymała się grindcorowo-jazzowa NYIA. Ty, znany z Kobonga, Szymon Czech z Third Degree i Jarosław Łabieniec ze starego Vadera, zwany również Chomasem. Zaczęliście w 1999 roku, a już w 2000 ukazało się demo "Nospromo".


Nie lubię tego. To był tylko szkic dla potencjalnego wokalisty. Początkowo drugim gitarzystą był Sebastian Rokicki z Antigamy, ale Nospromo nagraliśmy już z Szymonem. W 2004 roku naszą pierwszą płytę "Head Held High" wydało Candlelight Records. To jedyna kasa, którą zarobiłem na muzyce. Podpisaliśmy z nimi kontrakt na trzy płyty. Jednak, kiedy nagraliśmy demo drugiej, Candlelight stwierdziło, że to zupełnie inny zespół i nie są zainteresowani tym materiałem mimo, że w umowie mieliśmy zapisane, iż mamy całkowitą wolność artystyczną. Chcieli, żebyśmy nagrali dla nich inny, ale jednocześnie taki sam materiał, więc zerwaliśmy z nimi kontrakt. Ja nie byłem nigdy konsekwentny. Każdą płytę chciałem nagrywać inną, a jeśli zaczyna się od początku, to - jak mówią - trzeba pograć trochę za darmo. No i gra się za darmo całe życie.


Ostatecznie udało się wydać nowy materiał, zatytułowany "More Than You Expect".


Shane Embury, basista Napalm Death, w 2007 roku wydał nam płytkę w swoim małym wydawnictwie. Wokalem zajął się Kuba Leonowicz, wokalista Samo, w którym kiedyś grałem. Wtedy jeszcze była szansa. Po wydaniu płyty pojechaliśmy w trasę po Polsce, a za jakiś czas mieliśmy ruszyć z Napalmami. Chomas miał inne plany. Nie dało się go zastąpić. Przymierzaliśmy się do trzeciej płyty bez Jarka, ale rozeszły się nam drogi i zanim się zeszły, Szymon odszedł na zawsze i nie ma możliwości, żeby wrócił. Próbkę tego, co chcieliśmy zrobić w okrojonym składzie, można usłyszeć na składance z Antigamą. W 2008 zakończyliśmy działalność.


Twoim ostatnim zespołem był Organoleptic Trio, stylistycznie zbliżony do jazzu, bo oparty przede wszystkim na improwizacji. Trochę to do ciebie niepodobne...


W takim składzie czyli z Krystianem Zemanowiczem na basie i Sebastianem Bednarczykiem na gitarze, nie dało się inaczej ugryźć muzyki. Chociaż ja nigdy nie lubiłem jam session, tylko matmę - przeliczanie, ścisłe aranżacje i branie wszystkiego za gębę - to w tym wypadku pomyślałem sobie, że muszę coś zmienić, bo będę po prostu sztywnym zgredem. No i zrobiliśmy coś zupełnie innego niż robiłem dotychczas. Spodobała mi się improwizacja.


Dzięki temu w 2011 roku powstała płyta "The Rest Is Just Redundant".


Tak naprawdę ten materiał nie był do końca doszlifowany. Nie upierałem się, żeby zbyt długo nad nim pracować. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że idziemy do studia.


Były plany na kolejny album?


Tak, niestety gitarzysta wyjechał do Anglii, a następnie do Francji i tam już został. Jego decyzja w dużej mierze zaważyła na mojej. Na początku tego roku, po prawie 30 latach grania, sprzedałem perkusję. Może kiedyś wrócę do instrumentu.


Nie brakuje ci garów, talerzy i muzycznej twórczości?


Teraz, po kilku miesiącach, zaczyna mi brakować, ciało jest przyzwyczajone do tego rodzaju ruchu i nie da się zastąpić interakcji z pozostałymi muzykami - tej specyficznej rozmowy. Nie zrezygnowałem jednak z komponowania. Przez te wszystkie lata, kiedy robiłem muzykę, pojawiały się pewne pomysły, figury, które musiałem odkładać, ponieważ były niemożliwe do zagrania. Musiałoby być do tego dwóch perkusistów albo więcej kończyn, ale nie wiem, co na to moja dziewczyna. Chodziły więc za mną te pomysły i w pewnym momencie pomyślałem, że to ten czas. Kupiłem więc laptopa i kartę dźwiękową, no i robię muzę. To zupełnie inne narzędzie, ale jeszcze jako dzieciak robiłem muzykę przy pomocy dwóch magnetofonów i wiedziałem, że powstanie takie narzędzie.


Kiedy będzie można coś usłyszeć?


Na początku chciałbym zrobić około 50 minut muzyki. Jeśli chodzi o promocję i sprzedaż, to zastanawiam się, czy w ogólę wydawać płytę. Istnieje Internet - żadnych koncertów, występów, wydawnictw, pokrzykiwań i całego tego bicia piany.


A w jakim stylu jest twoja nowa muzyka i z jakich korzystasz programów?


Wykręcam muzę od dubstepów do ambientów. Używam programu Logic. Chyba chcę harmonię, melodię i rytm sprowadzić do jednego wspólnego pulsu - nic odkrywczego, ale inaczej. To nowa jakość, wyjściowy pomysł ewoluuje w kierunkach zupełnie nieoczekiwanych - improwizacja i ścisła matma w jednym i cholera wie, co tam jeszcze znajdę. To jest na tyle wciągające, że czasami siedzę przy tym do rana, myśląc, że minęła zaledwie godzina.


Rozmawiał: Mateusz Flont

Wywiad ukazał się w numerze styczeń 2015


Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama