Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Brann Dailor

Dodano: 18.05.2015
Śpiewający bębniarz Mastodon daje nam wskazówki i rady, jak zrobić wielkie show zza bębnów, opowiada, dlaczego kumple z zespołu powinni więcej mówić i dlaczego babcia nie powinna "moshować"...

Kwartet z Atlanty (Georgia) komponuje wymagającą muzykę, która czerpie z metalu, progresywnego rocka, sludge rocka, z dużą dozą psychodelicznego rocka, dorzuconą, by podsycić całość. Ich drugi album Leviathan z 2004 roku był koncepcyjnym nagraniem, inspirowanym książką Hermana Melville’a Moby Dick. Mimo wszystkich przeszkód, jakie sami dla siebie zbudowali, Mastodon jest ucieleśnieniem tego, co najlepsze w rocku i metalu od przełomu wieków. Osiągnęli to, czego można im zazdrościć - wyrwali się z klatki muzyki metalowej i dotarli do szerokiej publiczności.

BĘBNY LEPSZE NIŻ WOKAL


Album The Hunter z 2011 roku wspiął się na miejsce 10 w USA, a zeszłoroczna wyśmienita produkcja Once More ’Round the Sun przebiła się przez pierwszą dziesiątkę w USA i Wlk. Brytanii. Brann Dailor jest sercem muzycznej burzy Mastodon. Rzuca przejściami, gdzie popadnie, komponuje frazy, wychodzące poza linię taktu, przedziera się przez nieparzyste podziały, nierzadko śpiewając jednocześnie.

- W mojej pierwszej kapeli byłem wokalistą, ale nie cierpiałem tego - mówi Brann. - Nie chciałem śpiewać, chciałem grać na bębnach. Mój kolega Jeff też był bębniarzem, więc było dwóch perkusistów i ani jednego wokalisty. Powiedzieli mi, że mam długie blond włosy, jak Vince Neil, więc mam być wokalistą. Ale przecież to ja jestem pierwszym bębniarzem! Jeff też dobrze grał, więc postanowiłem, że skoro mamy grać koncerty to ktoś musi śpiewać, więc zgodziłem się.

Po debiucie wokalnym na torze wrotkowym Horizon Skates, Brann wiedział, że jego przyszłością będzie siedzenie za bębnami, a nie stanie bezpośrednio przed tłumem.

- Nie jestem dobrym frontmanem - mówi Brann. - Lepiej mi, gdy jestem z tyłu, zajęty pałeczkami. Po prostu nie idzie mi kontakt z publicznością jako frontman. Nie widzę siebie w ten sposób. Wolę siedzieć z tyłu i pracować. Patrzę na bębny, nie muszę się z nikim komunikować. Mogę sobie kroić moje kartofelki z tyłu. Jeśli diabeł czuwa nad leniwymi dłońmi, nad Brannem musi czuwać anioł stróż. Bardzo hałaśliwy anioł stróż.

DAJCIE PIĆ!


Kiedy dorwaliśmy Branna, Mastodon miał właśnie przerwę w trasie. Brann był na urlopie z żoną, gdzie odpoczywał i relaksował się przed kolejną morderczą trasą, promującą Once More ’Round the Sun. Kiedy Mastodon wychodzi grać, uderza w scenę z hukiem i nie przestaje łapać oddechu. To wspaniałe widowisko, ale gonienie od jednej do drugiej piosenki jest bardzo męczące.

- Mówiłem chłopakom, żeby dawali mi odsapnąć, ale oni nic nie mówią do publiczności. Nie wiem, może są nieśmiali - komentuje Brann wiele sytuacji, w których ciężko było o moment wytchnienia na ostatniej trasie. - Cały początek koncertu to były superszybkie szalone piosenki. Zaczynaliśmy 13 - czy 14-minutowym numerem, po którym od razu przechodziliśmy do jednej z najszybszych i pokopanych piosenek Crusher Destroyer, potem Capillarian Crest, która też jest szalona i to wszystko bez żadnych przerw. Muszę nabić kolejną piosenkę i kolejną, i kolejną... W połowie trasy powiedziałem chłopakom, że uchodzi ze mnie para po czwartej piosence, żeby powiedzieli parę słów do publiki. Wiesz, dzięki, że przyszliście itd., żeby użyli swoich osobowości. Troy (Sanders, basista) powiedział, że nie ma problemu. Kolejnej nocy dochodzimy do momentu, gdzie miał coś mówić do publiczności, więc chwytam za ręcznik i wodę, a on mówi "Dzięki, że przyszliście." Tyle. Dzięki, stary. Powiedział to najszybciej, jak się dało, a ja musiałem nabić kolejny numer. Muszę mu kupić jakąś powieść. Masz, przeczytaj ludziom ten rozdział, żebym mógł się napić wody.

Jest ciężko, ale Brann mówi, że bezlitosne tempo koncertów wyrabia u niego wytrzymałość. - Pod koniec trasy czuję się całkiem nieźle, zdrowo, bo jedziemy wszystkie piosenki po kolei i przyzwyczajam się do tego po paru koncertach - mówi. Pierwszym momentem, gdy można się napić i wytrzeć pot, jest ten, kiedy gitarzyści zmieniają strój. Kluczem do przetrwania na trasie jest cenna waluta zwana snem. - Nie ma go dużo - mówi Brann. - Śpię w krótkich interwałach na trasie. Drzemię po parę godzin, wstaję, przekręcam się na bok w nadziei na kolejny sen. To chyba najtrudniejsza część. Nie śpisz wystarczająco i potem to się nawarstwia i pod koniec trasy jesteś wycieńczony. Ale z jakiegoś powodu, jak tylko siadam za perkusją i zaczynam grać, wszystko wraca na swoje miejsce. Pewnie to tylko pamięć mięśniowa czy coś, co pozwala mi się nakręcić.

TYŁEK W TROKI


Dni bębniarzy, żyjących na diecie złożonej z alkoholu i świntuszenia, wydają się być już prehistorią. Coraz więcej nowoczesnych muzyków uczy się, jak dbać o swoje ciało, by być w formie na każdym kolejnym koncercie, jak Chris Adler z Lamb of God, który regularnie biega.

- Tak, zacząłem gonić go z nożem, żeby było to dla niego bardziej ekscytujące. Ja też sobie wtedy poćwiczę - mówi Brann spytany o swoją aktywność fizyczną. - Życie czasami przeszkadza - kontynuuje Brann. - Nie grasz przez parę tygodni, a potem zaczynasz na dole i idziesz pod górę. Po kilku tygodniach w ogóle bez bębnów zaczynasz grać cały set i myślisz sobie, że dojście do wprawy zajmie dłuższą chwilę. Ale zwykle potrzebuję trzech czy czterech dni konkretnych ćwiczeń i wracam do punktu wyjścia. To i tak nic w porównaniu z graniem na żywo, bo myślisz, że jesteś dobrze przygotowany, że poradzisz sobie z koncertem bez problemu i zagrasz przez półtorej godziny na luzie, a potem grasz pierwszy koncert, który pokazuje, gdzie tak naprawdę jesteś. Nigdy nie grasz tak mocno, z taką energią, gdy jesteś na próbie albo sam w piwnicy.

Żeby utrzymać się w formie między trasami Brann używa w domu girii. - Wkręciłem się w to na jakiś czas, ale długo byłem poza domem, a ciężko jest je brać na trasę, są bardzo ciężkie. Niewątpliwie ćwiczenia z kettlebellem (czyli inaczej girią) pomagają mi, gdy jestem w domu i gram razem z chłopakami albo sam. Staram się więcej grać samemu i pracować nad solówkami. Czuję, że jestem w takim punkcie, gdzie potrzebuję czegoś innego od bębnów. Chcę bardziej używać wyobraźni. Może czuję nieco stagnacji, szukam jakiejś iskry dla siebie, więc chyba muszę grać sam.

JAKA TO MELODIA?


Jednym z wyzwań, jakie stoją przed zawodowymi bębniarzami jest granie tej samej setlisty noc za nocą, nuta za nutą, przez nieskończone tygodnie. Nie jest to sytuacja, która wzbudza kreatywność i czasami, jak potwierdza Brann, można samemu stać się swoim najgorszym wrogiem.

- Mam dobry okres, gram bardzo dobrze, czuję się świetnie i potem z niewiadomego powodu jakiś miesiąc później jedno przejście czy fragment piosenki zaczyna mi sprawiać problem. Zagram go inaczej, bo inaczej nie będę w stanie zagrać przejścia, które gram od lat! Zaczyna to siedzieć w twojej głowie. Każdą noc śnisz o tym przejściu, a na koncercie myślisz: O, zaraz będzie ten patent. Będę w stanie go wykonać? Potem oczywiście nie możesz tego zrobić, grasz prostszą wersję, żeby było bezpiecznie, czego nie lubię, bo to jest tanie. W tym momencie nie wiem, czy to zmęczenie, czy coś z głową. Umysł zaczyna się swoiście czaić na ciebie i robić negatywne urojenia. Jest tu zwątpienie, zaczynasz się krytykować myśląc, że wszystkich zawiodłeś, bo oni czekali na to przejście.

- Ale dlatego gram tak dużo przejść - przyznaje Brann. - Wiem, że dopadnę następne. Co to znaczy? Zostawiam więcej miejsca na błędy, dzięki temu mogę się częściej mylić. Nie ma jednego czy dwóch przejść, które musisz zagrać idealnie, bo każdy tego oczekuje. Zagram 50 przejść i jeśli jakieś ominę to nic się nie stanie. To moja rada dla każdego, kto gra na bębnach: graj przejście w każdym takcie.

Kiedy nowe zespoły zaczynają zwracać szerszą uwagę i dostają propozycje grania na dużych trasach, zwykle muszą zapełnić lukę na 30-40 minut na początku koncertu i mają materiał na jeden, dwa albumy. Ale z sześcioma albumami za pasem i byciem główną gwiazdą wieczoru Mastodon ma trudniejsze wybory.

- Staram się wejść w rolę kogoś, kto jest fanem muzyki i idzie na swój zespół - mówi Brann. - Gdybym szedł zobaczyć AC/DC albo Van Halen, a oni graliby tylko materiał z nowej płyty, byłoby mi trochę przykro. Myślę o tym, gdy budujemy setlistę. Staramy się grzebać w materiale i wrzucać jakieś niespodzianki, numery, których dawno nie graliśmy, kilka piosenek, które zawsze gramy, kilka naszych pseudo-hitów. Nie wiem, czy mogę je nazwać hitami, bo nie są one prawdziwymi hitami, ale ulubieńcami fanów - Colony of Birchmen, Blood And Thunder.

Inną ważną kwestią jest to, jak dawno temu zespół odwiedził dany region czy miasto. - Co graliśmy, gdy ostatnio tu byliśmy? Szczególnie, że jesteśmy zespołem, który dużo koncertuje. Zdajemy sobie sprawę, że byliśmy gdzieś sześć miesięcy temu, więc chcemy dać ludziom jakiś powód, by przyszli ponownie. Możemy zagrać coś starego i zakurzonego. Chcemy znaleźć jakąś równowagę. Niektórzy członkowie zespołu wkurzają się, gdy muszą grać w kółko te same numery, więc ciężko jest uszczęśliwić wszystkich. To się nigdy nie stanie, ale staramy się.

ŁAP, BO LECI!


Zestawy dostają tęgie lanie na trasie. Zużycie materiału może się zemścić, a techniczne problemy zakłócić koncert, ale to Brannowi nie przeszkadza. - Mój zestaw jest prosty, więc niewiele rzeczy może się zepsuć - mówi. - Upewnij się, że naciąg na stopie jest często zmieniany i że ma łatki na swoim miejscu, bo padnięty naciąg na stopie to jedyna rzecz, która może opóźnić koncert i narobić problemów. Nie wiem, co wtedy zrobić - koncert właściwie jest przerwany. Stopa musi być pewniakiem. Upewnij się, że wszystkie pedały działają prawidłowo.

Z doświadczenia Brann mówi, że jeśli coś ma pójść źle, to tyczy się to mikrofonów na bębnach. - Mikrofony odpadają z werbla albo dotykają nie tych bębnów, mikrofon wypadnie ze stopy. Nie ma to wiele wspólnego z perkusją, ale z rzeczami do niej podpiętymi. Mamy dodatkowy werbel, bo czasami naciąg może strzelić, skoro na nim najwięcej się gra. Mamy zapasowe blachy i stopy. Obok zestawu jest werbel i stopy gotowe do zmiany, bo one najczęściej padają, ale jeśli o nie dbasz, to nie powinieneś mieć problemu. Może raz na sto, dwieście koncertów, coś pójdzie nie tak. W większości przypadków, jeśli wszystko jest wcześniej przygotowane, to nie powinieneś mieć problemów. Czasami lubię, jak coś pójdzie nie tak, bo wtedy jest adrenalina. Takie małe wyzwanie na koncercie. Cieszę się z tego.

TV DLA BABCI


Granie w telewizji to zupełnie inna para kaloszy niż kluby, areny i festiwale. Brann powinien być weteranem grania w TV, gdyż Mastodon występował u Davida Lettermana, Jimmy Kimmela i Joolsa Hollanda. - To straszna nerwówka. Zawsze, gdy grasz w TV, jesteś jak ryba wyjęta z wody - mówi Brann. - To niewątpliwie dziwne granie, bo nie ma tam nikogo, kto byłby podekscytowany. Może znajdzie się kilka osób, którym się to podoba, ale to i tak dziwne. Dobrze jest tak grać, bo wtedy zwiększa się rozpoznawalność zespołu i może komuś się spodobać, ale musisz być dobry, żeby to zadziałało. Jeśli nie jesteś na topie to pokażesz milionom ludzi, którzy cię nigdy nie widzieli, że nie jesteś za dobry i nie będą zainteresowani. Dlatego starasz się jak najlepiej wypaść.

Dla Branna jedną z zalet grania w TV jest to, że mogą go zobaczyć członkowie rodziny, którzy nigdy nie byli na koncercie. - Jeśli masz starszych dziadków albo kogoś w rodzinie, kto nie był nigdy na takim wydarzeniu, to jest to dla nich powód do dumy, coś, co mogą zrozumieć. Show typu Davida Lettermana czy Joolsa Hollanda dociera do nich i to jest bardzo fajne. Widzą ciebie w telewizji i pokazują to swoim znajomym. Zresztą większość seniorów nie czułaby się dobrze w środku głośnego rockowego koncertu. - Babcia nie może iść w środek młyna i skakać. To zabronione. To znaczy może iść, ale wtedy musiałbym wszystkim powiedzieć przed koncertem: Słuchajcie, moja babcia jest tam w młynie z wami wszystkimi. Jak ją zobaczycie, będziecie wiedzieli, o kogo chodzi, bądźcie ostrożni, bo jest bardzo delikatna. Jej skóra jest cienka jak papier, więc proszę się o nią nie obijać. Jeśli upadnie na podłogę, podnieście ją. OK, jedziemy.

TEMPO LIVE


Póki co Mastodon wydał dwie płyty koncertowe - Live At The Aragon w 2011 roku oraz CD i DVD Live At Brixton z 2013. - Tak, wiesz, jak inne kapele robią płyty koncertowe, nagrywają 10 koncertów i wybierają najlepsze momenty? My tak nie robimy - mówi Brann. - Wrzucamy wszystko do jednego worka. Bierzemy 10 kamer i mówimy sobie OK, miejmy nadzieję, że to będzie dobry koncert, bo na pewno będzie kosztowny. Brann jest fanem koncertowych albumów, ale nie swoich. O klasycznym albumie Judas Priest Unleashed In The East z 1979 mówi, że numer Diamonds And Rust jest lepszy od wersji studyjnej. Mastodon ma specyficzny problem przy nagrywaniu koncertów. Brann ma nawyk szybszego nabijania pierwszej piosenki.

- Na obu naszych koncertowych albumach pierwszy numer jest bardzo szybki, przeze mnie - przyznaje. - Serce mi galopuje i jestem bardzo zdenerwowany. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, bo przecież grałem tę piosenkę milion razy, ale z jakiegoś powodu potrzebuję jednego kawałka, żeby się uspokoić. Jeśli znowu nagramy album koncertowy, to będę musiał użyć metronomu przy pierwszej piosence. Aby pomóc sobie z lepszym ustalaniem tempa Brann zaczął używać na scenie metronomu Tama Rhythm Watch.

- Ostatnio odsłuchuję sobie tempa. Dzięki temu gra mi się lepiej. Mamy dużo piosenek, które muszą być wolniej niż chciałbym je grać, bo mam tendencję do przyspieszania. Muszę trzymać siebie na wodzy. Rozumiem, że np. Oblivion musi być w konkretnym tempie, bo inaczej nie dociera tak samo do publiczności. Odsłuchuję takie coś potem i wiem, że to za szybko i że nie pomaga piosence. Nie tworzy tego samego uczucia. Mimo to Brann nie używa ciągle metronomu. - Włączam go na pierwszą połowę piosenki, a potem wyłączam, bo czuję, że już mam tempo w garści.

ŚPIEWAĆ KAŻDY MOŻE…?


Brann jest jedynym członkiem zespołu, który używa monitorów dousznych.  - Lubię je, bo wtedy słyszę nutę, którą śpiewam - wyjaśnia mówiąc, że przy tradycyjnych odsłuchach czasami jest dobrze, czasami źle. - To jak ruletka. Monitory douszne są sprawdzone i to lubię. Dodatkowo chronią też słuch, co staram się robić. Pewnie będę głuchy, gdy dożyję sześćdziesiątki, ale mam nadzieję, że będzie w porządku.

W odsłuchu jest dużo gitary Billa Kellihera i trochę gitar prowadzących Brenta Hindsa, ale niedużo. - Brent gra solówki, a ja się do tego nie przyklejam. Nie mam w odsłuchu dużo bębnów, stopa, werbel, trochę tomów i mój wokal. Dostaję nieco wokali Troya, ale staram się śpiewać do gitary, bo gramy harmonię i jeśli próbuję śpiewać do Troya, a on nie trafia w dźwięk to czuję, że to nie brzmi dobrze. Staram się więc dogrywać do gitar, żeby śpiewać czysto, a to ona 9 przypadków na 10 jest nastrojona.

Brann mówi, że śpiewanie i bębnienie to ciągle sprawa rozwojowa. - Nie wiem, czy dobrze mi idzie śpiew i gra. Staram się, jestem tego świadom. Nie umiem śpiewać czegoś, co jest delikatne albo pełne niuansów. Muszę to wydrzeć z pełną parą w głosie. Ciągle uczę się to robić. Widziałem siebie, odsłuchiwałem i wydaje mi się, że mój śpiew ujdzie, nie jest tragiczny. Zwykle trafiam w dźwięki. Wydaje mi się, że lepiej mi to idzie niż dawniej, co mnie cieszy. Jest to na pewno nowe źródło zmartwień, ale cieszy mnie to, bo uwielbiam się martwić, więc dodaję to do listy i oblewają mnie zimne poty. - O Boże, muszę to zaśpiewać i grać jednocześnie? Dlaczego sobie to robię? Są na płycie dwie nowe piosenki, których się boję: Asleep In The Deep i Aunt Lisa, ale pracuję nad nimi i wychodzą mi coraz lepiej. Chcę zagrać je bardzo dobrze na bębnach i powtórzyć to, co jest na albumie, ale to trudne, gdy trzeba jeszcze śpiewać. Aunt Lisa jest i tak trudną piosenką na bębny bez śpiewu, ale ze śpiewem jest straszna. Ja wymyślam linie wokalu i piszę teksty, więc to spada na moje barki. Robię to i się temu poświęcam. Może będę mógł założyć kiedyś rybaczki, bez koszulki, jak Phil Collins i załatwić, żeby grał za mnie Chester Thompson, jeśli będzie miał wolny termin.

TEKSTY? JAKIE TEKSTY?


Pomimo swojej roli jako tekściarza Brann przyznaje, że zapamiętywanie słów do piosenek zawsze było dla niego problematyczne. - Często zaczynam grać i myślę sobie: Jaki był tekst? Jestem okropny w zapamiętywaniu tekstów. Ludzie znają słowa do znanych piosenek, a ja nie. Znam każdą solówkę, każdą nutę, każdy niuans, ale nie powiem ci zdania z tekstu. Chyba mój mózg tak po prostu nie działa.

Aby rekompensować słabą pamięć Brann wywiesza na scenie teksty do niektórych piosenek. - Czasami podpieram się tekstami na kartkach, ale wolę się zmusić do tego, żeby ich nie mieć, żeby zapamiętać słowa, wbić je sobie do głowy, grać piosenkę w kółko i ciężko pracować. Jeśli Brann musi przejść przez skomplikowaną sekcję albo grać w nieparzystych podziałach w trakcie śpiewu nie ma możliwości liczenia, żeby odnaleźć się w takcie.

- Zwykle liczę tekstem - mówi - Przeliczam, gdzie poszczególne sylaby wychodzą w kontekście rytmu. Powinienem zaśpiewać to słowo, a potem zrobić takie uderzenie stopą. Jestem w stanie to policzyć - nie licząc. Nie liczę w trakcie gry. Wydaje mi się, że robimy to, kiedy się czegoś uczymy, ale jak już zagrasz to kilkadziesiąt razy nie czujesz takiej potrzeby.

SAMOTNY, BIAŁY ŻAGIEL


Pomimo wyzwań, jakie niesie za sobą śpiew i granie na bębnach oraz zapominanie własnych tekstów, największym problemem Branna jest to, że musi siedzieć sam z tyłu sceny. - Widzę, jak w niektórych kapelach gitarzyści wchodzą na podest i grają z bębniarzem. Zawsze im zazdrościłem. Przez jakiś czas, zanim wychodziliśmy na scenę, mówiłem chłopakom: Wiecie, jestem tam sam z tyłu, więc podejdźcie i się przywitajcie. Będziemy tam przez półtorej godziny, możecie się przecież odwrócić. Jeśli słyszysz coś ciekawego, jakieś małe smaczki na werblu, puść mi oko. Nie ma w tym nic złego. Przecież siedzimy w tym wszyscy razem. Wszystko na nic.

Jedyna osoba, która wchodzi na podest to Troy, a jego przybycie jest oczywiście specjalnym wydarzeniem. - Wiem, kiedy Troy dobrze się bawi, bo wchodzi i gra ze mną. Lubię to, to dobra zabawa - zwierza się Brann i zwraca się do reszty zespołu: - Chcę robić to częściej. Może on to przeczyta i pomyśli: Brann ma rację, może powinienem częściej się do niego odwracać. To jest oficjalne zaproszenie do podejścia w trakcie koncertu.

Materiał przygotowali: Szymon Ciszek, Artur Baran, Kajko i David West
Zdjęcia: Robert Downs

Wywiad ukazał się w numerze luty 2015





Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama