Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Muniek Staszczyk

Dodano: 12.06.2015
"Nigdy nie uczyłem się grać na perkusji i jestem fatalnym perkusistą. Znam trzy rytmy na krzyż i kiedy gram, totalnie nie obchodzi mnie, co ja tam stukam."

"Obchodzi mnie tylko, jak to brzmi i energia tego, co gram. Polak mówi, że mam nawet jakiś swój własny feeling i time. Nie lubię muzyków, którzy się onanizują dźwiękiem. Uważam, że robią bardzo dużo złego w muzyce." O perkusistach T.Love i nie tylko, rozmawiamy z Muńkiem Staszczykiem.

Oprócz udzielania się wokalnego w T.Love i innych projektach, grywałeś na bębnach.


Przez wszystkie lata mojego muzykowania, lubiłem sobie postukać na bębnach w undergroundowych kapelach, w których brałem udział. W latach 80 grałem na bębnach z różnymi muzykującymi kumplami z akademika. Graliśmy trochę coverów, niezobowiązujące, post-punkowe granie. Bardzo długo siedziałem za bębnami zespołu Pawła Dunina Wąsowicza, który obecnie wydaje pismo "Lampa". Mój sąsiad z Żoliborza, z którym miałem zespół Paul Pavique Movement. Nawet nagraliśmy demo, które Paweł wydał wraz ze swoim niszowym pismem literackim. Grał z nami jeszcze Majcher z T.Love. Zagraliśmy kilka niszowych koncertów w klubie "Tęcza". Ogólnie to nie wiem, po co się spotykamy, bo ja słabym perkusistą jestem... (śmiech).


Co to znaczy, że jesteś słabym perkusistą?


Nigdy nie uczyłem się grać na perkusji i jestem fatalnym perkusistą. Znam trzy rytmy na krzyż i kiedy gram, totalnie nie obchodzi mnie, co ja tam stukam. Obchodzi mnie tylko, jak to brzmi i energia tego, co gram. Polak mówi, że mam nawet jakiś swój własny feeling i time (śmiech). Ostatni koncert jako perkusista popełniłem w 2011 roku. To były raczej towarzyskie historie, żart. Nie ukrywam, że instrument ten mnie interesuje. Pozwala fajnie wywalać emocje, jest mocno charakterystyczny. Szczególny... Kurde, najważniejszy...


W zespole T.Love na bębnach od 24 lat gra Jarek Polak, ale macie też drugiego perkusistę - technicznego Grześka Chudka, zwanego "Budzikiem".


To specyficzna, bardzo fajna sytuacja. Budzik pracuje z nami jako technik od 1998 roku i jest piekielnie zdolnym bębniarzem. Jako małolat grał na perkusji. Swój talent ujawnił, siedząc kiedyś w kanciapie i stukając bardzo fajne rytmy. Majcher mówił, że idzie mu coraz lepiej. Solową ścieżkę rozwijał Sidney Polak, co trochę kolidowało z pracą zespołu T.Love. Zaproponowałem, żeby w czasie nieobecności Jarka, Budzik zagrał z nami kilka prób. Zdecydowałem, że zamiast szukać bębniarza z zewnątrz, postawię na chłopaka, który jest z nami od lat, podpatrywał Polaka, zna kawałki. Zagrał z nami bardzo dużo koncertów na zastępstwach. Udało się.


Z którym bębniarzem gra ci się lepiej? Z Polakiem czy Budzikiem?


Wiesz, ci dwaj goście to kompletnie dwie różne planety. Mają różne style grania. Budzik jest bardziej groove’owo klimatycznym bębniarzem, świetnie sprawdza się w klimatach reggae. Polak jest bębniarzem trochę chuligańskim (śmiech). Rasowym rockandrollowym perkusistą. W bardziej bezczelny sposób ogrywa na bębnach pewne tematy, co jest zdrowe w przypadku T.Love, bo ta jego szorstka retoryka na bębnach idealnie pasuje do tematów, jakie robimy. Zupełnie inaczej swinguje niż Budzik. Jarek jest oczywiście o wiele bardziej doświadczony. Ma "wylatane" godziny na trasach koncertowych. Z Budzikiem mieliśmy trochę problemów na koncertach, gdy grał swoje pierwsze zastępstwa. Jak chyba wszystkich na początku zjadała go trema. Pracowaliśmy nad tym, wspierając go, by miał poczucie, że gra z chłopakami z tej samej rodziny, a nie z obcymi. Jego granie z nami, czas, w którym nam pomógł, postanowiłem uczcić i wpuścić go na płytę "Old is Gold", gdzie zagrał w dwóch kawałkach - "Poeci umierają" i "Black and Blue". Te dwa kawałki wychodziły mu nad wyraz dobrze. Ta historia z Budzikiem była też bardzo ciekawym doświadczeniem dla całej kapeli. Powiedziałbym, że wytworzyła pewną rywalizację między naszymi bębniarzami. Polak z racji tego, że jest cholernie ambitnym człowiekiem, zaczął więcej ćwiczyć. Budzik też się rozwijał. Razem tłukli w bębny, wymieniali poglądy. Było to super kreatywne! (śmiech) Dla mnie wielki komfort, bo bębniarz w kapeli jest mega istotny i gdyby coś - odpukać - stało się Polakowi, wiem, że zawsze możemy jako team liczyć na pomoc Grześka.


Aż ciśnie mi się na zęby pytanie, czy przewidziane są jakieś zmiany kadrowe w T. Love na stołku bębniarza?


Nie. Polak jest z nami od 24 lat i jest pałkerem numer jeden. Budzik pojawiał się na zastępstwa i - jak wspomniałem - wyszło to kapeli na zdrowie. W tym roku chyba tylko raz zastąpił Jarka, bo była taka potrzeba. Sidney mocno zwolnił ze swoim projektem solowym i mocniej pracuje nad brzmieniem bębnów T.Love.


Wydałeś niedawno swój solowy album "Muniek", który nagrywałeś z Marcinem (Ułanem) Ułanowskim, ale na trasie w klubach za bębnami siadał Budzik.


Przy tym projekcie Budzik bardzo fajnie ograł się z publicznością. Nagrał też bębny do numeru "Stary Boy". Zagrał na zmianę z Ułanem połowę koncertów na trasie "Muniek" i fajnie było widzieć w nim sporą zmianę w pracy na scenie. Wiesz, nie jest łatwo wyjść przed ludzi i grać... Ułan zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jest to świetny technicznie i bardzo sympatyczny facet. Grało mi się z nim naprawdę dobrze. Do projektu zaangażował go Janek Benedek, dawny członek zespołu T.Love, który odpowiadał za muzyczną stronę tego albumu. Nie znał możliwości Budzika, nie znał go dobrze. Z kolei Grzesiek też nie miał tej pewności grania, jaką ma dziś. Muzyka była Janka, a moje teksty, więc Benedek miał prawo wyboru perkusisty. Zaakceptowałem to.


Polak nie mógł nagrywać twojej solowej płyty?


Nie, z racji tego, że wówczas za bardzo pachniałoby to klimatem T.Love. Ułan ma inny czas. Nie znaczy, że lepszy czy gorszy od Polaka. Po prostu inny. To sprawia, że całość jest inna. Inaczej się to wszystko wiąże. Gra bardzo ciekawie. Jego bębny są osadzone w nurcie amerykańskich sidemanów. Bardzo fajnie sprawdziły się jego patenty swingowania, przeniesione z grania jazzowego. Lubię taki osadzony timing.


Widziałem twoją kolekcję płyt. Na wielkim regale aż roi się od świetnych perkusistów. Których granie lubisz, jest ci bliskie i dlaczego?


Uwielbiam bębniarza Stonesów. Charlie Watts. Gra niebywale spokojnie, ale jaki on ma feeling i timing. Wychodzę z bluesowego założenia "mniej znaczy więcej". Watts jest ucieleśnieniem tej filozofii. W jego stylu nie ma żadnej głupiej wirtuozerki, żadnych głupich popisów. Wszystko na swoim miejscu. Lubię bębny Beatlesów czy Johna Bonhama z Led Zeppelin. Szanuję bardzo pałkera The Who (Keitha Moona) za chuligaństwo na bębnach i perkusistę zespołu The Kinks. Uwielbiam też bębniarza Boba Marleya - Carltona Barretta. Wielce szanuję bębniarza The Clash czy AC/DC. Tam wszędzie na bębnach jest konkret - rytm, groove. Prosty, niezwykle czytelny, bez pierdół. Dla mnie bębniarz to gość, który trzyma czas zespołu. Perkusja to jest serce zespołu...


Czego nie lubisz w perkusji?


Nie lubię muzyków, którzy się onanizują dźwiękiem. Uważam, że robią bardzo dużo złego w muzyce. Nie lubię wirtuozerki w czystej formie. Nie lubię wypie*dalaczy, strzelających milionem dźwięków. Tak samo w gitarze, ale to nie ten temat... (śmiech). Nie rozumiem kolesi, którzy czynią z bębnów popisówę, jakiś lunapark. Dla mnie muzyka to jest rytm, beat, melodia i treść.


Wróćmy do twojej perkusyjnej kariery. Co było najtrudniejsze w zgłębianiu bębnów?


Nic, ponieważ ja kompletnie niczego w bębnach nie zgłębiałem (śmiech). Dla mnie perkusja była i jest jak lekcja WF-u. Znałem trzy rytmy na krzyż i chciałem jedynie za ich pośrednictwem sprzedać jak najwięcej siedzącej we mnie energii.


A metronom?


Nawet nie wiem za bardzo, jak się nim posługiwać... Nigdy specjalnie mnie nie interesował. Zajmowałem się raczej produkowaniem hałasu... (śmiech). Zarzuciłem perkusję...


Jak wspominasz granie Jacka "Słonia" Wudeckiego, nieżyjącego już, niestety, pierwszego perkusistę T.Love?


Miał wielki talent do perkusji, ale nigdy na niej nie ćwiczył. Kochał ten instrument w dziwny sposób. Świetnie na nim grał, ale pamiętam, że powiedział kiedyś, w latach smutnej i biednej komuny, że gdybyśmy szli sobie ulicą i nagle spadłyby mu z nieba bębny Ludwiga, to by je kopnął i poszedł dalej. Słoniu grał z nami do 1987 roku. T.Love był dla niego epizodem. Robił karierę w Coca-Coli i niestety zginął w wypadku samochodowym w 1998 roku. Czasami słucham nagrań, jakie z nim zrobiliśmy. Grał bardzo fajnie, czytelnie. Miał fajny groove. Nie ćwiczył po kilka godzin dziennie, tylko tyle, co na próbach i koncertach.


Tekst: Wojtek Andrzejewski
Foto: Wojtek Andrzejewski i archiwum T-Love

Wywiad ukazał się w numerze luty 2015



Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama