Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Max Ziobro

Dodano: 31.12.2015
Potrafi wgniatać jak Bonham i Lombardo, potrafi być subtelny jak Manu Katche i pomysłowy jak Trilok Gurtu, jest muzycznie wszechstronny jak Dave Grohl albo Phil Collins, ale marzy, by następne pokolenia zapamiętały go po prostu jako Max Ziobro.
Bębni regularnie w poetycko alternatywnym Plateau, chociaż znany jest głównie z potężnego ciosu, który przeszywa wiele bluesowych scen. Wychowany perkusyjnie na bieszczadzkich deskach, gdzie w pysk dostawało się nie tylko szczerym bluesem, ale też i pełnym kuflem. Jeden z najambitniejszych i zarazem najlepszych polskich skrzypków prog-blues rocka - Jan Gałach, oglądając koncerty różnych kapel często wspomina: "Tu by im się Max przydał!". Oznacza to, że kapela potrzebuje kogoś, kto pokieruje zespołem, ale nie przykryje swoim ego (czyli kanonadą dźwięków) reszty muzyków. Max potrafi prowadzić band, być osią i punktem odniesienia. Dzięki niemu gitarzyści mogą sobie hasać, jak to mają w zwyczaju. Basiści szybko łapią szlak, jaki wybija w muzycznej przestrzeni Max i dają się wciągać w pompujący groove.

Na co dzień niezwykle skromny, stroni od internetowych pyskówek i mądrości perkusyjnych "specjalistów od wszystkiego". Jego aktywność w sieci ograniczona jest do absolutnego minimum. Możliwe, że traci na tym jego promocja, jednak chętnych, by grać z Maxem, nie brakuje. Uśmiechnięty, nastawiony na to, by tworzyć, działać, a przy okazji dobrze się przy tym bawić. W takich to okolicznościach rozmawialiśmy, unikając typowego perkusyjnego onanizmu. Doskonale wiedziałem, że Max ma więcej i ciekawiej do powiedzenia w życiowych tematach…

Dlaczego nie masz nagranej żadnej drum kamery?


Właśnie, nie wiem dlaczego (śmiech). Może ja już nie powinienem tego robić? Z Krzyśkiem Kotem z Osłów rozstawiliśmy dwa zestawy perkusyjne, mikrofony, dźwięk, mieliśmy pełen plan, scenariusz i nagle okazało się, że córka mu się rozchorowała, a ja musiałem wyjechać. A poza tym to… sam nie wiem, serio. Jest to przecież potrzebne i przydatne. Poczekajcie, w końcu to zrobię. Chciałbym to nagrać, jak gram na dwa zestawy w Jan Gałach Band. Półtoragodzinne improwizowanie na dwa zestawy perkusyjne. Wzajemne słuchanie się, szukanie, cofanie, przesuwanie. Nie znoszę tego, że kiedy nauczę się z jakimś zespołem utworów to gramy je na scenie tak samo za każdym razem. W tym składzie tego na szczęście nie ma, bo nie znoszę monotonii.


Czy miałeś łatwiej niż inni zaczynając na bębnach?


Może miałem o tyle łatwiej, że miałem dostęp do Amati w szkole muzycznej w Krotoszynie (śmiech). Zamiast brać mnie do przedszkola, ojciec brał mnie do szkoły muzycznej, gdzie uczył w klasie kontrabasu. Gdy prowadził lekcję, zamykał mnie w auli z Amati i nawet pałeczek nie miałem, przez parę godzin oglądałem tę szarawą piękność, pamiętam, stopa miała drewnianą główkę owiniętą filcem. Wszystko było takie nowe, bo szkolne i cały czas dokupywali coś do nich. Jak ojciec miał czas to razem z kumplem z klasy trąbki uczyli mnie prostych rzeczy. Musiałem grać na stojąco, bo nie dosięgałem do stopy. Pamiętam, jak grałem na akademii końcoworocznej jako atrakcja (ponieważ nie było mnie widać zza zestawu). Czy miałem łatwiej? Chyba tak, bo ludzie nie mieli dostępu do sprzętu.


Stąd też twoje zamiłowanie do muzyki?


Miałem chyba trochę więcej styczności z muzyką, bo jeździłem z ojcem na trasy Starego Dobrego Małżeństwa. Pojeździłem trochę po kraju za gówniarza. To wykształciło we mnie taki muzyczny głód. Pamiętam jak dziś taką sytuację, kiedy w Ostrowie Wielkopolskim był MDK i był jam session, miałem wtedy z 9 lat. Na scenie był wtedy Rysiek Riedel jako gość specjalny. Zagrali razem z kapelą Blues Forever, później jakieś klimaty SDM, a na koniec wyszli nagle Dżery, Dżej Dżej i Piękny Roman z Big Cyca i zagrali ostrego punka. Stałem wtedy obok synów Dżerego i im zazdrościłem tego czadu. Tego właśnie mi brakowało w SDM.


Później jeździłeś z ojcem i byłeś swoistą atrakcją - młody chłopaczek zasuwa na perkusji…


To było dużo później. Wcześniej miałem jeszcze różne okresy przejściowe. W szkole wrzucono mnie na skrzypce, bo bębny były na słabym poziomie. Praktycznie nie było tam grania na perkusji, a ja chciałem grać na perkusji, a nie na wibrafonie, ksylofonie, kotłach i werblu. Jakieś pitolenie… To pomyślałem, że pójdę na skrzypce i wezmę dodatkową perkusję, ale tam okazało się, że nie mogę na skrzypcach mieć dodatkowej perkusji, no to przemęczę się na pianinie, a po godzinach przychodziłem do chłopaków pograć na bębnach. Tam to się wszystko zaczęło naprawdę. Pamiętam te spotkania, przychodziło się z nagraniami na walkmanie, z solówkami, przejściami, gdzie rozkładaliśmy to co do nutki. Ktoś nauczył się dwójek, to grał te dwójki, gdzie się dało, w każdym time’ie i było "Łał, jak on te dwójki potrafi!". Przyciemniane okulary i gwiazda rocka (śmiech). I tak sobie siedziałem w tym Ostrowie, tam się rozwijałem, aż wreszcie zdałem do Wrocławia na II stopień, a tam straciłem kontakt z bębnami i doszedłem do wniosku, że zostanę skrzypkiem. Postanowiłem, że jestem naprawdę dobry i pójdę w tym kierunku, po czym… złamałem łapę i to tragicznie. Człowiek młody, jeździłem na rolkach wyczynowo. Dostałem informację, że najwyżej mogę zostać drugim skrzypkiem, gdzieś w jakiejś filharmonii. Stwierdziłem jednak, że mam za duże ambicje i ojciec podrzucił mi pomysł, że mogę robić skrzypce.

Poszedłem do liceum plastycznego w Zakopanem, gdzie trzeba malować, rzeźbić, a w tym czuję się równie dobrze jak w graniu. Tam poznałem grupę metalowców, którzy mnie z powrotem wkręcili w granie. To były czasy, gdzie padało pytanie: "Co robisz?". A żeby zabłysnąć odpowiadałem: "Gram na perkusji!" (śmiech). Wtedy grałem już tylko sporadycznie. Przyszedłem do kanciapy i załapałem ponownie bakcyla, jazda maksymalna, Sepultura i ich wszystkie zagrywki. Siedziałem po nocach. Kolega Tomek, z którym mieszkałem, przynosił płyty i podpuszczał mnie: "A zagrasz tak szybko?". Zanim przyjechałem tam to już znałem wszystko Primusa, ale bardziej jako istotę muzyczną niż same bębny. Podobnie Nine Inch Nails, gdzie jest dużo automatów, ale po co? Dlaczego? Jaki jest sens? Jak to jest zbudowane? To mnie interesowało, a to jeszcze takie czasy z brzmieniem były, że człowiek nie wiedział do końca, jak to wszystko jest zbudowane. Montowało się wtedy jakieś słowackie monety na naciągach, żeby było takie mlaśnięcie charakterystyczne jak dla Pantery (śmiech). Długo naciąg nie wytrzymywał i była zaraz zrzutka na kolejny. Wtedy już złapałem bakcyla i powiedziałem sobie, że to już koniec, będę grał! Byłem gibki, szybki, a oni mnie podpuszczali. Metalowcy w Zakopanem (śmiech).


Ale inne instrumenty wciąż odkrywałeś?


No, nie było mowy, żebym tylko grał na bębnach. Łapałem za bas i gitarę. Dochodziłem do tego kolejno, że najpierw bas musi wypełniać akordy. Później zajarałem się tym, że bas nie musi grać dźwięków tonicznych, tylko dźwięki dookoła i wracać do toniki od czasu do czasu. Aż w końcu doszedłem do wniosku, że bas w ogóle może przestawać grać i dawać powietrze na gitarę i nagle wracać z powrotem w krótkich sesjach. Kurczę, zresztą basiści wiedzą, o co chodzi. Zapytaj Tony’ego Levina (śmiech).


Jak się pojawiło koncertowanie, czyli miejsce, gdzie czujesz się idealnie?


Kontynuowałem grę na perkusji w liceum, zanim dostałem się na ASP w Poznaniu, studiowałem 2 lata w Cieszynie. Tam ojciec do mnie zadzwonił, że jest w Warszawie Magda Piskorczyk, która poszukuje perkusisty, a coś tam o mnie słyszała. W Cieszynie ciężko było dobrać skład, starałem się coś robić, ale wiadomo, jak to jest, jedni przychodzą, inni odchodzą, tu grałem na bębnach, tam na basie. Pojechałem do Magdy, rozstawiliśmy bębny i graliśmy 4 godziny. Ostatecznie wyszło tak, że wylądowałem z ojcem u niej w składzie. Jednak takie granie to już w Bieszczadach się pojawiało, jak miałem ok. 12-13 lat. Jam session w knajpie Matragona, a ja z babcią przyszedłem na chwilę. Nie chcieli mnie puścić ze sceny, 2 w nocy, a moja babcia siedzi i czeka. Miejscowy bębniarz Tadziu, którego serdecznie pozdrawiam, nie mógł już za bardzo grać (śmiech) i zszedł ze sceny, a ja w jego miejsce... I jak to wszystko zażarło to nie mogli uwierzyć. Najbardziej pamiętam, że było dużo ludzi, a w barze cały czas polewali wódkę z pieprzem i z wbitym jajkiem, a oni cały czas to żarli. No i oczywiście na suficie wisiał przebity kondom, nie wiedziałem wtedy, co to jest (śmiech). Pegaz (gitarzysta Jan Gałach Band) zapytał, ile mam lat i na początku nie wierzył, że coś z tego będzie, ale ostatecznie wieść się rozniosła i jak nie było perkusisty, to ja mogłem zagrać. Zagrałem wreszcie w Siekierezadzie w Cisnej i jako gażę dostałem od właściciela czekoladę, a zarzynaliśmy do 2-3 w nocy. Tak to się zaczęło z tym moim koncertowaniem.


Wiele osób kojarzy cię ze składami bluesowymi.


W sumie bluesem zainteresowałem się później, Zeppelinów zacząłem późno słuchać, wcześniej słuchałem bardziej zespołów pokroju Rage Against The Machine, Perfect Circle, Tool. Na wszystko miałem pazur, by nieco to uprościć bardziej w stronę rock and rolla. Żałuję, bo w Ostrowie miałem doskonały zespół, a tu człowiek jechał tu, tam na studia. Chciałem lepiej, wychodziło gorzej. Studia miały trwać 5 lat, trwały 9. Poznałem wreszcie Jasia Gałacha po jakimś festiwalu bluesowym. Oczywiście znowu jam session i kolejka muzyków na scenę. Los tak zrządził, że Jasiu wylosował set ze mną. Pamiętam, że mi blacha spadła… Jakiś Power Beat… Po paru uderzeniach powyginana była i dopiero, jak mi właśnie spadła i opadła na floor tom, to nabrała brzmienia (śmiech). To był taki szybki shuffle, wszystkie wejścia nam wchodziły, ja spojrzałem na niego - uśmiechnął się, on na mnie - to samo. Dynamika szła idealnie. Jasiu po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że szuka składu, bo organizuje solowy projekt. Zaczęliśmy grać. Skład się zmieniał cały czas. Z tego powstały Osły, fajne granie, ale coverowe, nie było czasu zrobić swój autorski materiał. Dwie perkusje i bardziej to były wyścigi, człowiek jeszcze do tego nie dorósł. Przyszedł Krzysiek, świetny bębniarz, przykrywał swoją grą wszystko i dopiero po jakimś czasie dochodziliśmy do tego, że on musi nieco mniej, a ja nieco więcej, pilnować się tu i tam itd. Granie fajne, ale kluby małe, dynamika duża. Każdy chyba chciał za dużo.


Ludzie ogólnie chcą grać za dużo…


Całe życie tak będzie. Każdy po kolei ma ten sam problem. Nie ma chyba ludzi, którzy urodziliby się z tym, że zagrają od razu to, co mają zagrać. Nie musisz nagrywać nawet płyt, by móc prześledzić to, co grałeś. Masz telefony, komputery, tanie mikrofony - jakieś pojemnościówki, możesz spokojnie się nagrać i posłuchać później, co robisz, możesz też posłuchać opinii innych, co o tym sądzą. Kiedyś nie było takich możliwości. Mnie nauczyły dużo sesje nagraniowe. Z jednej strony mogę zazdrościć Igorowi Faleckiemu okoliczności, w jakich się rozwija. Ja nie miałem nauczycieli. Chłonie wiedzę, a jak ma dobrych pedagogów to jest to wręcz idealna sytuacja. Dobry nauczyciel to prawdziwy artysta i to im powinno się stawiać pomniki. Potrafić ukierunkować kolejne pokolenie perkusistów to niesamowita sztuka. Generowanie takich uczniów, którzy znów generują pokolenie kolejnych muzyków, to mistrzostwo. Ja na szczęście miałem coś takiego, że mi przychodziło wszystko łatwo…


Lang i Greb twierdzą, że wszyscy mają ten sam start i nie ma czegoś takiego jak talent. Zgadzasz się?


Nie, absolutnie. Każdy widzi inaczej kolory, każdy słyszy inaczej dźwięki, każdy widzi świat inaczej, dlatego też są różne rodzaje muzyki, a to wynika z talentu. Jak można nie mieć talentu? Są osoby, które świetnie grają, a kompletnie nie ćwiczą, kompletnie! Moim zdaniem w bębny Dave Grohl włożył tyle, ile ja w wycinanie drzwi, żeby się zgadzały do pionu. Ma taki talent, który jest wzbogacony pracą w studio i na scenie. Dostawał rady, jak grać, ale nie sądzę, by siedział po kanciapach i grał paradidle z odwróconym akcentem. Nie każdy może być dobrym bębniarzem. Tak, jak nie każdy może być dobrym chirurgiem. Sam tak kiedyś miałem, że grałem koncerty czwartek, piątek, sobota, niedziela i wracałem w poniedziałek, po czym wiedziałem, że w środę wieczorem mam się spakować - to mi się już nie chciało trenować. Ćwiczyłem zawsze na scenie. Zagrałem utwór i myślę sobie: "A, wymyśliłem coś fajnego, sprawdzę to jutro i zobaczę, czy wyjdzie."


Nie bałeś się?


Ja się bardziej studia boję niż sceny. Na scenie jest żywioł, jest inna dynamika, możesz inaczej zagrać, kapela cię przykryje, masz żywych muzyków. W studio jest zupełnie inaczej. Słyszysz, że ktoś gra mocno, a jak zobaczysz film ze studia, to widzisz jednak lekkie granie. Tam są inne rzeczy do osiągnięcia, inne mikrofony, inne podejście. Technika studyjna, separowanie od siebie rzeczy… Ja się nie nadaję na sesyjniaka. Ojciec mi kiedyś takiej lekcji udzielił, jak grałem na skrzypcach. Zagrałem jakiś pasaż, a on mi mówi, bym zagrał go jeszcze raz i jeszcze, jeszcze. Nie chodziło o to, że grałem to źle, tylko że nie mogę sobie ot tak przelecieć przez dźwięki. Każda nutka czy to szesnastka, ćwierćnuta czy półnuta ma swoją historię, początek, środek i koniec, musi wybrzmieć, musi mieć odpowiednią dynamikę. I tak szykuję sobie bębny, nie staram się ich tłumić za bardzo, żeby mieć alikwoty, które mogą mi się przydać. Chcę mieć werbel na tyle kontrolowany, że jak uderzę w jedno miejsce to jest brudny, a jak uderzę w środek to jest pełny. Tak grano kiedyś, od czasów bigbandowych. To ważne rzeczy, o których ludzie nieco zapominają. Siedzę w studio i myślę, ale duże znaczenie ma realizator, który pozwoli dobrać mikrofony do uderzenia.


Ty lubisz mocno grać…


Staram się nad tym panować. Lubię przysadzić zza ucha. Sam widok bębniarza, który gra zza ucha, jeszcze o niczym nie świadczy. Cała sztuka polega na tym, by grać widowiskowo mocno, ale na bębnach lekko. Można chować uderzenia. Kolejna sztuka to grać blisko, ale na tym krótkim odcinku mieć powalający cios.


Da się żyć z grania?


Muszę dawać sobie radę, bo nic innego nie potrafię. Potrafię rzeźbić, ale to jest to samo, co granie. To jest dla mnie cały czas zagadka. Jest tylu świetnych bębniarzy, którym ciężko jest z tego żyć. Mam na szczęście Plateau, gdzie się rozwijamy i kombinujemy, by było dla nas przyjemnie, fajnie się grało i jednocześnie dało z tego żyć. Ciężko jest połączyć te obie rzeczy. Za bardzo łączę się emocjonalnie z muzyką, żeby na spokojnie zagrać np. wesele. Każdy ma inny charakter, dlatego nie mówię, że to jest złe, to po prostu nie jest dla mnie. Gdy gram muzykę, nie myślę, jaki to gatunek. U mnie musi się wszystko zgadzać, ma mi pasować. Całość misterium muzycznego jest dla mnie cholernie ważna. Oczywiście, że można żyć z muzyki, ale jak? Możesz być redaktorem i pisać artykuły o bębnach i jest ok, ale możesz też pisać artykuły o rekultywacji parków albo o problemach pojemników na odchody psie, to nie wiem, czy byłbyś zadowolony, mimo, że byś zarabiał. To jest to. Niby jesteś muzykiem, ale tak naprawdę co robisz? Znam tylu doskonałych bębniarzy, którzy grają wesela, bo muszą je grać, bo nie ma gdzie grać. Sceny zajęte, składy zajęte. Granie z tymi tandetnymi popowymi gwiazdami, nie chcę tu już wymieniać nazw, wydaje mi się lepsze niż granie w pomieszczeniu 20 na 30 w płytkach ceramicznych z tłumionymi bębnami, gdzie i tak później jest tekst: "Panowie, ale trochę ciszej". Nie potrafiłbym tak. Jest tyle składowych elementów na to, by być perkusistą, który gra to, co chce i przy tym zarabia. Taka psychika - co z tego, że jesteś świetnym bębniarzem, jak pojedziesz na trasę i po 3 dniach wszyscy mają cię już dosyć, bo się nie nadajesz. A co dopiero, jak się trafi konkretny kontrakt. Pojedziesz na takie granie i wszystkim chcesz udowodnić, jaki to jesteś zajebisty. To wyniszcza i taka forma rywalizacji jest niezdrowa. Tu jest muzyka, tu się udowadnia całością. Nie jest pewne, że jak skończysz Akademię Muzyczną w Warszawie czy Krakowie to będziesz grał i z tego żył, mimo, że jesteś w stanie fizycznie zagrać razem z np. Bernardem Maseli masakrycznie trudną etiudę na wibrafon i bębny. Jest tyle czynników, które mają na to wpływ.


Niektórzy zamydlają oczy i wmawiają sobie, że to, co grają, to jest jedyne, co chcą…


Niektórzy myślą, że tak mam z Plateau. Mam Plateau, ale mam też swoją muzykę i swój materiał, z którym się nie poddaję.


Trafiłeś do tego zespołu na ich trzecią płytę?


Tak. Rozstawali się z bębniarzem. Nagrywali wtedy w Bieszczadach, a cała historia naszego spotkania to raczej temat nie do końca pasujący do druku (śmiech). Chłopaki zapytali, czy chciałbym z nimi grać, bo bębniarz nie chciał być u nich na stałe. Dla mnie to też była odskocznia od tej całej sceny bluesowej, coś innego pograć. Zagraliśmy pełno koncertów po różnych spelunach i knajpach po całej Polsce. Pewnego wieczoru Ari ze Spiderem (bas i wokal z Plateau) usiedli razem i zagrali Ocalić Od Zapomnienia Grechuty. Wyszło po prostu: "Ale jazda!". No to co w takim razie? Robimy Grechutę! Każdy się popukał w głowę, bo robić Grechutę w tym kraju to samobójstwo. Zrobiliśmy to jednak po swojemu, od góry do dołu po swojemu, ale też od serca i z wielkim zaangażowaniem. Kombinowaliśmy, sprawdzaliśmy, eksperymentowaliśmy. Bardzo dużo pomógł nam w realizacji płyty Wojtek Waglewski.


Granie Grechuty trwa już trochę…


Myśleliśmy, że pogramy rok i koniec, minęły 4 lata i wciąż koncerty się sprzedają. Dało nam to do myślenia, że przez twórczość Marka nie trzeba być amerykańskim, brytyjskim i dążyć do ideałów Zachodu. Nie potrzebujemy wychodzić z kraju i grać trasy po świecie. Tego charakterystycznego liryzmu, który jest w Polsce, nie zrozumie żaden Austriak, Niemiec czy Hiszpan.


Kolejna płyta nie będzie już taka.


Nie, ale dzięki temu doświadczeniu zjechaliśmy całą Polskę i wiemy, co ludzi rusza i wzrusza. Mieliśmy też krótki epizod, że nie wiedzieliśmy, jak się do końca znaleźć. No bo ile można grać Grechutę, chcemy też swoje rzeczy! Myśleliśmy, że w międzyczasie przygotujemy specjalny singiel do radia, ale to trzeba mieć specjalne umiejętności i zupełnie inne myślenie. To nie jest tak, że każdy może tak zagrać. Mnie jest ciężko zagrać plastikową nutę, jak cholera. Trzeba się odpowiednio ustosunkować, to musi być produkcja, machina. Zabrakło nam czasu i chyba talentu w tę stronę. Czuć było fałsz w tym, co próbowaliśmy zrobić. To nie nasza bajka, tym bardziej, że nie wiedzieliśmy, czy iść dalej w poezję śpiewaną. Teraz już to wiemy - materiał jest nagrany i na jesień wychodzi nasza piąta płyta.


Grałeś przy tej okazji na różnych zestawach od tradycyjnych po konstrukcje na akustyczne koncerty.


Przy akustycznych setach grałem dużo z cajonami zamiast bębnów np. cajon zamiast stopy, cajon jako werbel. Bardzo ważny oczywiście hi-hat i do koloryzowania jakiś tom, grzechotki. Nie miałem też czasu na dosprzętowienie zestawu. Zacząłem kombinować, jaki sound wykorzystać, owijanie ręcznikami, worki, cuda… Teraz już koncerty akustyczne gram na Ludwigu, mimo, że akustyk nie jest przekonany (śmiech).


Jesteś jedną z niewielu osób w Polsce, które posiadają Ludwig Keystone.


Jak go zobaczyłem, od razu się w nim zakochałem. Znalazłem ten model w Internecie przez zupełny przypadek. To było pewne, że muszę mieć te bębny, kropka! Później zresztą dzięki tobie dowiedziałem się, że dystrybutorem Ludwig w Polsce jest Ada Music. Zaczęły się rozmowy, co i jak, aż wreszcie przyszła informacja, że bębny już płyną. Zasadniczo uważam, że z każdych bębnów można coś ukręcić, tym bardziej nie było problemów w tym przypadku. Z blachami miałem różnie, ale jak pograłem na Zildjianach to jednak stwierdziłem, że to jest to, mimo, że talerze nie są równe i poszczególne egzemplarze potrafią brzmieć inaczej.


Nagrywasz swoją solową płytę.


No staram się. Nie mam wsparcia i jakiegoś nakładu finansowego, ale mamy studio, mamy czas. Mamy - czyli ja i realizator Dominik Rowicki, obaj lubimy eksperymentować, on chce się pobawić dźwiękiem, a ja chcę się pobawić muzyką. Paru znajomych też się pewnie pojawi. Nie jest to jakieś ściganie muzyczne, więc materiał nie jest zbytnio progresywny. Sam specjalnie nie będę chciał podkreślać bębnów, myślałem o tym, żeby zagrało sporo automatów. Chodzi mi o powietrze i pęd, o wyluzowanie i dynamikę na płycie. Ma być spokojnie i ma być tak, że urywa jaja. Teksty po polsku, ale nie ja jestem autorem, tylko mój teściu, genialnie pisze. Liczę, że te teksty dotrą do każdego, szczególnie w tych czasach, gdzie jesteśmy tak mocno znieczuleni przez wszystko wkoło. Jeżeli chodzi o obsadę wokalu, to na razie nie chcę jeszcze mówić, kto to zrobi.


Jakie masz obawy jako artysta?


Ciężko o tym powiedzieć. Co mam powiedzieć? Że nie ma pieniędzy na kulturę, naprawdę nie wiem. Boli mnie za to jedna rzecz, że jeszcze nie zapisałem się na kartach historii muzyki tak, jakbym chciał. Mam taką ambicję, bo mój stary zapisał się legendarnym i uniwersalnym zespołem. Mam swoje uniwersum w głowie, które może jest zrzynką z różnych źródeł, ale chciałbym zaznaczyć swoją obecność i nie zostać zapomnianym. Powiem ci tak, moje obawy są takie, że ktoś kiedyś powie: "To był fajny bębniarz, ale…"


Rozmawiał: Maciej Nowak
Foto: Jacek Mól jacekmol.pl

Wywiad ukazał się w numerze wrzesień 2015




Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama