Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Chris Adler

Dodano: 07.01.2016
Chris uznawany jest w środowisku za kontrowersyjnego perkusistę. Oliwy do ognia dolał fakt zaproszenia do współpracy, jakie otrzymał od rudowłosego lidera thrashowego Megadeth.
24 lipca pojawiła się kolejna płyta zespołu Lamb Of God VII: Sturm und Drang, czyli Burza i napór (okres w literaturze niemieckiej wywodzący się z nazwy dzieła Friedricha Maximiliana Klingera). Mimo cyfry VII można zakwalifikować płytę jako ósmy studyjny krążek, wliczając pierwszy Burn The Priest, który był stworzony jeszcze pod szyldem Burn The Priest.

Płyta powstała w ciężkich okolicznościach, ponieważ wokalista Randy Blythe został oskarżony przez czeskie władze o spowodowanie śmierci jednego z fanów. W momencie, gdy zespół dotknął czeskiej ziemi podczas trasy w 2013 pojawiła się armia czeskiej policji, która wpakowała Blythe’a w pasiaki na 5 tygodni. "Zazwyczaj w połowie trasy wpadasz w rutynę" - mówi Chris. "Byliśmy już wystarczająco długo w trasie, by wejść w te buty, czyli podróżować codziennie, grając codziennie, schodzić ze sceny o 11:30, pakować się w samolot o 6 rano itd. I tak wkoło. A tu nagle lądujemy w Pradze i jesteśmy aresztowani. Przerażająca sytuacja. Jesteśmy kapelą rockową, może ktoś zapomniał schować blanta czy coś, ok, wyjaśnimy to, ale tym razem było coś zupełnie innego. Kolesie w maskach, w kamizelkach, z nożami i karabinami."

Wiadomym było, że o dalszej trasie koncertowej można było tylko pomarzyć. Co gorsza, zadawano sobie pytania, czy aby przyszłość całej kapeli nie wisi na włosku. Ostatecznie z prawnego punktu widzenia sąd dokonał oceny zdarzeń, która pozwoliła na dalszą działalność. Zespół musiał się z tego jednak otrząsnąć. Tymczasem Chris dostaje propozycję wspólnej gry od Megadeth. W tym miejscu pojawiają się wspomniane w nagłówku kontrowersje. Chris przez jednych uznawany jest za perkusistę przereklamowanego, głaszczącego i drobiącego na bębnach swoje misterne patenciki. Fani uważają go znów za świetnego aranżera i technika, co jest bezsprzeczne. Taki styl ma duże wsparcie wśród młodych perkusistów, głodnych pirotechniki i czystości brzmienia. Sęk w tym, że po odejściu z Megadeth delikatnie grającego w oparciu o triggery Shawna Drovera, wydawało się, że wróci wreszcie do zespołu Nick Menza, znany z piekielnej energii i żywiołowości, której ciężko szukać u Chrisa i Dorvera razem wziętych. Dave Mustaine miał jednak inną wizję i zaprosił na pokład mistrza kąśliwych akcentów, pedantycznie mielącego Chrisa Adlera.

W Internecie zaczęły pojawiać się enigmatyczne zwiastuny, gdzie nie było widać wyraźnie twarzy i sylwetki perkusisty. Na początku rzeczywiście był to Nick Menza, ale kolejne filmy zawierały już inną postać, a jak zobaczyliśmy śmigające Czarcie Kopyto to sprawa wydawała się jasna. Ale po kolei…

Jak bardzo wydarzenia z ostatnich dwóch lat wpłynęły na zespół?


Gramy już 21 lat. Wydaje mi się, że wtedy mijało nam 19. Nie chcę mówić, że braliśmy życie za oczywiste, ale wtedy wchodziliśmy na scenę przed zadowolonych fanów, graliśmy głośną muzykę, wszyscy mieli wspaniały wieczór i szliśmy do domu. Ot, cała historia. Tak wyglądało nasze życie przez dwie dekady i było naszym rytmem. Kiedy twoja codzienność jest zagrożona, jesteś przerażony. Sytuacja z Randym była jak przebudzenie ze snu. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak dużo mamy szczęścia, że możemy grać na całym świecie.


Co robiłeś, kiedy zespół miał przerwę?


Przez te osiem miesięcy wszyscy pracowali nad tym, co uważali za swój plan B, cokolwiek to by nie było. Myślę, że w tym czasie każdy odnalazł się bardziej jako indywidualista. Jesteśmy wszyscy bardzo związani z zespołem, ja jako bębniarz, Mark Morton jako gitarzysta, Willie (Adler) jako gitarzysta, Randy jako wokalista. Z tego zna nas publiczność, ale jesteśmy czymś więcej. Kiedy siedzę w domu, robię córce śniadanie i zabieram do szkoły, nie jestem nikim wyjątkowym, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie ma emerytury w rock’n’rollu, nie zarabiamy milionów dolarów, ale jesteśmy wystarczająco bystrzy, żeby myśleć o tym, co będzie, gdy nie będziemy mogli już grać. Oczywiście, wtedy priorytetem było wyciągnąć Randy’ego, drugim było przemyślenie, jak grać dalej, jako zespół czy osobno, jak teraz przeżyć?

Skończyliśmy więc trasę, koncerty były świetne, wszędzie było pełno energii. Ludzie cieszyli się, że zespół znów działa, ale po czymś takim nie odchodzi się, przecierając czoło i mówiąc: "Uff, dobrze, że jest po wszystkim". To zostaje na zawsze. Ktoś zginął w trakcie koncertu. Koniec końców nasz fan zginął i to bardzo na nas wpłynęło. Randy został za to postawiony przed sądem, ale zawsze mówiliśmy sobie, że jeden za wszystkich, wszyscy za jednego i każdy odpowiada w 20% za to, co się dzieje. Nikt nie myślał, że dobrze, że to nie jego problem. To była nasza sprawa, nie jego. Bardzo nami to wstrząsnęło i chociaż skończyliśmy trasę Resolution, każdy był bardzo dotknięty wszystkim, co się stało, więc potrzebowaliśmy chwili przerwy.


Jak to wpłynęło na tworzenie nowego albumu?


Chcieliśmy odpuścić sobie 2014 rok, żeby dać wszystkim chwilę na powrót do rzeczywistości, do rodzin i przyjaciół, na posiedzenie w domu. Byliśmy w trasie non stop przez dziesięć lat, nie licząc wyjazdów do Los Angeles czy Nowego Jorku na nagrania. Nadszedł na to czas i wydaje mi się, że tamto wydarzenie jeszcze bardziej uświadomiło nam, że musimy się zatrzymać i odnaleźć jako ludzie, kim jesteśmy jako zespół i jak chcemy to kontynuować. Nachodziło nas też pytanie, czy w ogóle będziemy dalej grać? Tamto doświadczenie, przerwa i możliwość poznania siebie na nowo jako prawdziwych ludzi, mężów i ojców, to pozwoliło na powstanie tego albumu. Gdybyśmy pospieszyli od razu do nagrań… wyszłaby katastrofa. Czulibyśmy się, jakbyśmy musieli to zrobić, bo mamy kontrakt z wytwórnią i nie dostaniemy pieniędzy, zanim się to nie stanie. Ta sytuacja pokazała nam, że nie musimy tak robić. Jesteśmy wystarczająco mądrzy, poradzimy sobie. Nadal zjem obiad i kolację, mój dom jest spłacony. Będziemy bezpieczni, nasze rodziny będą w porządku, a jeśli będę musiał pracować w markecie, to nic się nie stanie. Wszystko będzie dobrze, nie musimy nic robić.

To bardzo pomogło, bo kiedy wróciliśmy do grania i zaczęliśmy pisać nowy materiał, nie czuliśmy się zmuszeni do czegokolwiek. Wiedzieliśmy, że jeśli kiedykolwiek coś nie będzie do końca nam pasować, co jest oczywiście subiektywne, ale jeśli nie czuliśmy, że coś jest lepsze albo ważne, albo nie jest ewolucją naszego brzmienia, to nie będziemy tego grać. Nie musimy odbierać czeku od wytwórni. Nie musimy pisać słabych numerów, żeby doić fanów i wydaje mi się, że dostaliśmy ważną lekcję o tym, jak drogocenne jest to wszystko. Wzięliśmy to na poważnie tak, żeby to była naprawdę muzyka, którą chcemy grać. To była długa droga i każdy przebył ją w inny sposób.


Nie kusiło was, żeby złagodzić nieco muzykę po tym wszystkim, co przeszliście?


Nie, ani trochę. Wydaje mi się, że wyszło odwrotnie. Nigdy nie było momentu, kiedy ktoś czuł się winny tej sytuacji. Czuliśmy się okropnie, fakt, ale nie czuliśmy się odpowiedzialni za to, co się stało. To był wypadek, który mógł się zdarzyć gdziekolwiek na którymkolwiek koncercie i dziwię się, że nie zdarza się to częściej na koncertach metalowych. Nie piszemy muzyki, żeby czynić ludzi bezpiecznymi ani ich ranić, ani żeby kupowali albo nie kupowali płyt. Idziemy do sali prób i gramy muzykę, którą chcemy słyszeć, tak to zawsze działało. Są ścieżki, którymi moglibyśmy podążać, żeby sprzedać więcej. Są wielkie refreny do śpiewania, które moglibyśmy wstawić o tym, jak nikt nas nie rozumie i że czujemy się samotni. Nigdy tego nie chcemy. Nigdy nie pojawiła się opcja, żeby złagodnieć. Cały stres i strach, i złość spowodowana tym wydarzeniem sprawiła, że to, co jest na albumie, jest o wiele bardziej intensywne. Nigdy wcześniej tyle nie wyciągałem z perkusji, a przecież bębny są moim głosem. Nigdy nie było aż takiej potrzeby wyrażenia się. Nie, nigdy nie było rozmowy o tym, żeby zmienić nasze brzmienie.


Zawsze świetnie brzmisz w studio i Sturm Und Drang nie jest wyjątkiem. Jak ci się to udaje?


Miałem dużo szczęścia, że gdy przechodziłem do Mapexa mieli linie bębnów Deep Forest. Grałem wtedy na Premierze i miałem czasami problemy, oczywiście nie z ich winy, bo robią świetne instrumenty. Byłem młodym dzieciakiem w młodej kapeli i byli na tyle mili, że wysłali mi perkusję, ale gdy tylko zaczęła się ona zużywać i psuć, trudno było mi otrzymać wsparcie. Dostałem wtedy telefon od Mapexa - powiedziano mi, że bardzo im się podoba nasza gra i żebym wpadł do Nashville, to jest jakieś 3 godziny samolotem z Richmond, gdzie mieszkam. Powiedzieli, że mają cały hangar pełen bębnów i żebym sobie na nich pograł. Gość, który do mnie dzwonił, był tym samym, który podpisywał ze mną kontrakt z Premierem, zmienił bowiem firmy. Powiedziałem, że nie ma sprawy, żeby zamówili mi drinka, a ja pogram sobie na bębnach. Byliśmy w magazynie i rozłożyliśmy sześć czy siedem zestawów i był tam jeden, Deep Forest z orzecha. Nawet nie zmieniałem fabrycznych naciągów ani nie stroiłem i powiedziałem, że ten zestaw brzmi jak nic, co do tej pory słyszałem, jak coś z innego świata. Przedstawiciel Mapexa odparł, że skoro tak, to mi go spakuje i wyśle do domu. Ten zestaw był na Ashes Of The Wake, Sacrament, Wrath, Resolution i na nowym albumie Sturm Und Drang. Dla mnie to jest sekret.

Szczęściem była też praca z Joshem Wilburem, naszym producentem, który jest też bębniarzem. Jest bardzo konkretny, jeśli chodzi o pomieszczenia do nagrywania bębnów. Mieliśmy farta, że budżet pozwalał nam na nagrywanie żywych bębnów, a nie programowanie na maszynie. To dziś brzmi bardzo oldschoolowo. Większość nowoczesnych metalowych kapel wszystko programuje. Josh był ze mną i naciskał na akustyczne bębny w dobrym pomieszczeniu. Nagrywaliśmy więc w wielu niesamowitych miejscach. Wrath miało miejsce w Electric Ladyland, studio Jimmiego Hendrixa na Manhattanie, Resolution popełniliśmy w Spin Studios, słynnym studio w Queens, a ostatni album nagraliśmy w NRG Studios w północnym Hollywood. Dobrze, że Josh odpowiadał za brzmienie bębnów na tych płytach.

Pomógł mi też bardzo, jeśli chodzi o moją grę. Mówił mi wielokrotnie, że lubi pracować z Lamb Of God, bo czuje się jak władca marionetek. Nawet, jeśli my wymyślimy coś fajnego, to on wymyśli coś jeszcze dziwniejszego, czego on sam nie umie zagrać, ale ja potrafię. Dzięki temu może sobie zobaczyć, jak to zabrzmi. Traktuje mnie jak nakręcaną zabawkę, na której próbuje różnych patentów. Doceniam to. Nie sprawdzam każdej kombinacji przejść czy riffów, więc kiedy dawniej proponował mi jakąś wersję to broniłem się, mówiąc, że moje jest lepsze, ale teraz jestem otwarty i zawsze próbujemy tego, co proponuje. Zawsze fajnie się z nim nagrywa. Cieszę się, że mam możliwość nagrywania w świetnych pomieszczeniach na wspaniałych bębnach z człowiekiem, który wie, co robi.


Używasz triggerów w studio?


Nie, nigdy nie używam triggerów. To się prawdopodobnie zmieni, gdy będę koncertował z Megadeth, bo oni chcą słyszeć triggery w odsłuchach. Ale nigdy wcześniej ich nie używałem, chociaż nie jestem im przeciwny. Nie uważam, że to oszukiwanie i widziałem, jak pomagają na koncertach, ale nie chcę ich, bo jedziemy z prędkością światła przez godzinę i tyle rzeczy może się zepsuć. Wstrzymuję powietrze i trzymam kciuki przez cały koncert, więc ostatnią rzeczą, której potrzebuję, jest podpinanie się do bębnów. Jest o wiele więcej rzeczy, które mogą paść i widziałem to wielokrotnie. Graliśmy koncerty z tyloma zespołami, które używają wadliwych triggerów np. numer się kończy, centralka dalej uderza, a perkusisty nie ma za zestawem, to śmieszne, nie chcę się z tym bawić.


Jak wyglądała sytuacja z Megadeth?


Nagrywałem bębny na nowy album Lamb Of God w Los Angeles w NRG Studios. Byłem tam przez dziesięć dni, w środku była niedziela, więc zrobiliśmy sobie dzień wolny. Chciałem odespać, pójść na siłownię i może do kina, a o 7 rano zadzwonił telefon. Normalnie bym go zignorował, ale mam żonę i dziecko, więc chciałem się upewnić, że to nic pilnego. Odbieram telefon jeszcze z poranną chrypką i okazuje się, że dzwoni Dave i pyta: "Cześć, Chris, co słychać?". Ja mu odpowiadam, że w porządku, że jestem w Los Angeles i nagrywam nowy album. Dave odpowiedział mi, że ma pewną sytuację i potrzebuje, żebym zagrał z nim album thrashowy. Nic tak cię nie stawia na nogi, co nie?

Zacząłem skakać po łóżku, przykryłem słuchawkę ręką, żeby nie słyszał, jak odlatuję w kosmos, bo kiedy byłem mały, Megadeth był moją kapelą. Pochodzę ze środowiska skateboardowego, punkrockowego i za młodu wkręciłem się w kapelę SOD, a potem od razu przestawiłem się na Megadeth. Od tamtego czasu byłem wielkim fanem przez jego gitarę i to, z jakimi muzykami grał. Oszalałem ze szczęścia. Myślałem, że jestem w programie ukryta kamera w hotelu. Powiedziałem, że oczywiście tak, ale powiedziałem też: "Słuchaj, wiem, że prosisz mnie o to i jest to dla mnie spełnienie marzeń, więc trudno mi o tym wspominać, ale wydaje mi się, że wszyscy chcą usłyszeć na tej płycie Nicka Menzę. Wszyscy chcą powrotu Nicka i Marty‘ego (Friedmana, gitarzysty), więc o ile chcę to zrobić, to gdybym był waszym managerem to bym próbował to spiąć do kupy". Dave powiedział mi, że odbył wiele rozmów, prób, a jego księgowi próbowali to zorganizować, ale się nie da. Mówił mi też, że wielu zaufanych ludzi powiedziało mu, że jestem ciągle w formie, od kiedy graliśmy wspólnie trasę w 2005, podobało mu się, jak gram i że fajnie by było, jakbym doszedł do projektu. Odpowiedziałem tylko, że za kilka dni kończę nagrania i potem przylatuję do niego i możemy zaczynać.


Thrash metal to inny klimat niż death. Potrzebowałeś innego zestawu muzycznych narzędzi?


Tak, całkowicie innych. Wszystko było kompletnie inne. Lamb Of God to moja własność, nasza własność. Każdy jest w 20% odpowiedzialny za to, co się dzieje, to nasze dziecko. Przychodząc do tego projektu czułem się jakbym musiał niańczyć czyjeś dziecko, ale jestem wielkim fanem Megadeth. Widziałem, jak dokonują wielkich rzeczy i jak się potykają, więc jako fan chciałem od razu być szczerym w tym, czego oczekiwałem, niekoniecznie jako bębniarz. To trudne, kiedy grasz jako muzyk sesyjny, bo właściwie płacą ci za granie tego, co każą - siedź cicho, a potem idź do domu. Ale Dave był bardzo otwarty na rozmowę o wielu sprawach, o zmienianiu wielu rzeczy, więc czułem się w pełni zaangażowany od początku. Megadeth to kompletnie inna kapela od Lamb Of God. LOG jest dla mnie czymś plemiennym, co brzmi śmiesznie, ale jest tam puls i rytm. Jest tam groove, a Megadeth zawsze dla mnie kręcił się wokół gitary. Zawsze. Gar (Samuelson), pierwszy ich bębniarz, wywarł na mnie wielki wpływ. Gdy przygotowywałem się do grania w studio, a teraz koncertów, słuchałem Chucka Behlera na So Far, So Good, So what, no i oczywiście Nicka Menzy. Ich gra jest bardzo prosta w porównaniu do tego, co robię w Lamb Of God, bo ma za zadanie podkreślić gitary. Większość moich trików zostanie sprawdzone, ale ja tam idę, by być pozytywnym elementem zespołu, bo wiem, jak grać w Megadeth, żeby podkreślić wszystko, co dzieje się na gitarach.


Jak koncerty z Megadeth?


Zagraliśmy 18 lipca, co mnie bardzo stresowało. Co rano wstawałem spocony i miałem w głowie tylko tę datę, bo to trzy dni po skończeniu naszej trasy. Bycie na trasie oznacza, że nie mam dostępu do perkusji chyba, że zaraz przed koncertem, więc nie miałem czasu na ćwiczenie. Dave wysłał mi listę 23 numerów. Siedziałem w hotelu przy poduszkach i próbowałem ćwiczyć te piosenki. To straszne, bo teraz, gdy gramy na dużych scenach, często włączasz autopilota i pozwalasz grać pamięci mięśniowej tak, że ciało wie, co ma robić. Jeśli sobie to uświadomisz to możesz konkretnie dać ciała. Nie chcę tego nazywać zaćmą, ale musisz wyłączyć część mózgu, żeby móc grać w tak onieśmielającej sytuacji, przynajmniej ja muszę. To jest już codzienność Lamb Of God, bo gramy 20 lat, a nasze piosenki znam bardzo dobrze i mogę myśleć o niebieskich migdałach, kiedy 100000 ludzi szaleje przed sceną. Nie mam tej samej pamięci i doświadczenia z Megadeth, co mnie bardzo stresowało i musiałem się wyłączyć całkowicie, żeby móc zagrać chociaż jeden raz. Potem było lepiej, ale pierwszy raz bardzo mnie stresował. Starałem się, żeby wszystko brzmiało czysto i żywo, ale to trudne zadanie. Jestem wielkim fanem i słuchałem ich, od kiedy przestałem nosić pieluchy. To nie jest obcy materiał, ale gdyby to był tylko Shawn Drover albo tylko Nick Menza, tylko Chuck Behler albo Gar Samuelson albo Vinnie Colaiuta albo Jimmy DeGrasso... Gdyby to był jeden gość, to bym go zrozumiał. Ale ja jestem siódmy i muszę znać repertuar pozostałych sześciu, żeby nie zawieść fanów. Dave mi nie mówił, że mam się tak przygotować, ale jako fan wiem, jak bardzo oczekuje pewnych rzeczy i nie mogę się nadziwić, jak ktoś był w stanie zagrać coś niesamowitego. Chcę być wierny pierwowzorom.


Czy to będzie stała współpraca?


Dave prosił mnie kilka razy, żebym dołączył do zespołu. Dla mnie to spełnienie marzeń, ale Lamb Of God to moje dziecko, którego jestem współwłaścicielem. Uwielbiam Dave‘a i serio uważam, że zmienił swoją gitarą heavy metal i dlatego wielu chce mu dopiec. Łatwo jest się kogoś doczepić, bo jest królem i zgodzę się, że było kilka sytuacji czy kilka wypowiedzi, które może nie były najlepszymi posunięciami, ale chcę, żeby odniósł sukces. To ciągle moja ulubiona kapela, chcę, żeby byli wspaniali i jestem strasznie podekscytowany tym, że mogę zagrać z nimi kilka koncertów. Omawialiśmy więcej niż jeden koncert. Będziemy grać teraz pod koniec roku, obie kapele w UK, więc gram na dwa fronty i omawiamy harmonogram na 2016 rok, żeby móc wszystko ogarnąć. Jest to bardzo żywy temat.


Na dwa fronty? Skończysz albo z najlepszą albo najgorszą kondycją życia!


Mógłbym zrzucić kilo czy dwa! Im jestem starszy, tym bardziej doceniam siłownię, rzuciłem palenie i codziennie biegam 10 km. Dzisiaj wynająłem rower i przejechałem 50 km, więc nie martwię się o swoją wytrzymałość. Mogę obu kapelom dać 110 %, ale muszę jeszcze opanować do końca materiał Megadeth.


Materiał przygotowali: Szymon Ciszek, Kajko, David West
Zdjęcia: Travis Shinn/Olly Curtis

Wywiad ukazał się w numerze październik 2015



Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama