Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Ireneusz Loth

Dodano: 14.01.2016
Jest jednym z twórców polskich bębnów metalowych. W czasach, gdy światowe zespoły przebierały w sprzęcie i jeździły w światowe trasy, on budował Kat - zespół legendę, zmagając się z szarą rzeczywistością PRL.
Ponad 30 lat na scenie, wciąż w dobrej formie, właśnie wyszedł ze studia z kolejną płytą w dorobku. Płytą, która jest wyjątkowa, ponieważ przenosi nas w lata, gdy na rodzimej scenie nikt nawet nie myślał o czymś takim, jak heavy metal. Jego image jest tak charakterystyczny, że z daleka widać, kto się przymierza do gry, jeszcze zanim uderzy w bębny. Czapeczka i nieodłączny wąs. Włos wciąż długi, mimo, że już nie najgęściejszy. Można powiedzieć, że przez całą swoją karierę musiał ich nieco z głowy narwać w konfrontacji z realiami poprzedniego ustroju, a później młodym polskim kapitalizmem.

Musimy uderzyć się w pierś, bo tak późna wizyta na naszych łamach jest karygodna. Irek tworzył polską scenę metalową i przecierał wspólnie z Tomkiem Goehsem szlaki. Wykonał chyba kawał dobrej roboty, bo świat zna współczesnych polskich wymiataczy, którzy przecież namiętnie słuchali KAT. Za to należą się Irkowi wielkie podziękowania.

Spotkaliśmy się w Katowicach, zbliżał się koniec sierpnia, słońce prażyło niemiłosiernie, zasiedliśmy w ogródku jednej z knajpek obok Pałacu Młodzieży. Dobrze się złożyło, bo Irek ma sporo wspomnień, związanych z tym miejscem…

Co cię skłoniło, byś zasiadł za bębny?


Nie wiem, naprawdę nie wiem (śmiech). Byłem wtedy piłkarzem i bardzo dobrze mi szło. Miałem taki rok na rozdrożu, bo grałem w lidze juniorów A, skąd brali do klubów zawodowych. Musiało mi iść dobrze, bo rocznikowo grałem ze starszymi. W tamtych czasach nie było tak, jak teraz, ale można było dostać mieszkanie. Pamiętam, kiedyś Ruch Chorzów przyszedł i powiedział, że dostanę kolorowy telewizor, pralkę, lodówkę i mama się ucieszy. No, ale to Ruch (śmiech). Najlepiej by było z Górnika albo z GKS-u. GKS dawał mieszkanie, dwa pokoje w nowoczesnym budownictwie, wszystko ekstra. A z bębnami to było tak, że po prostu zaczęliśmy sobie pogrywać z chłopakami. Na osiedlu 1000-lecia w Katowicach w osiedlowym domu kultury. Nie ma co ukrywać, mam inklinacje muzyczne, od strony ojca i mamy. Ojciec był multiinstrumentalistą, skrzypce, gitara, pianino, bębny, cyja. Nie był zbytnio zadowolony, że chciałem grać na bębnach. Pamiętam, jak była taka gazeta ogólnopolska Panorama i zrobili nam rozkładówkę, plakat. Dumny pokazałem mu, obejrzał i: "No i co? No i co z tego?". De facto miał rację, no bo co z tego, ale dla nas to była nobilitacja, bo w całej Polsce nas oglądają.


A jak wspominasz pierwsze kontakty z instrumentem?


Coś w tej podświadomości musiało być, bo ojciec przecież grał na bębnach. Nie pozwalał ich ruszać. Wracałem wcześniej ze szkoły, zdejmowałem to wszystko z szaf, póki rodzice w robocie, rozkładałem, rozkręcałem magnetofon na full, z zegarkiem w ręku szybkie trzaskanie. Patrzyłem, która godzina, czas składać, 20 minut mi to zajmie, pyk na szafę elegancko tak, jak było i nic się nie działo, "czeski film" (śmiech).


Co was skłoniło do grania takiego hałasu, przecież początek lat 80 to NWOBHM, a u nas w PRL ciemna dziura?


Wtedy to nam grali bardziej Purple i Zeppelin niż Iron Maiden. Na początku graliśmy hardrockowe rzeczy. Takie czasy. Ciężko było o wokalistów, bo człowiek się nasłuchał tych Gillanów i Plantów. Przede wszystkim ciężko było z komunikacją, nie tak, jak teraz w dobie Internetu. Każdy się teraz prezentuje, wtedy tak nie było.


W którym momencie pomyślałeś, że to jest to, co będziesz robił zawsze?


Nigdy nie miałem takich myśli, to było krok po kroku. Trzeba było objeździć wszystkie festiwale, jakie były, no to obijaliśmy się tymi pociągami po Polsce, od morza po Tatry, gdzie się dało, to się grało. Pamiętam, że gdzie nie graliśmy to gwiazdą był Lombard, ewentualnie Maanam, bez przerwy, cały czas to samo (śmiech). Nigdy nie trafiliśmy na festiwalach na TSA, co ciekawe, głównie to był Lombard. Taki przykład: jakiś tam konkurs, chyba w Bydgoszczy, mieliśmy niemal pewność, że wygramy, bo obserwowaliśmy inne zespoły, jak grają. Był tam taki punkowy zespół WC, gdzie chłopcy mieli dosłownie po dwie struny przy gitarach. To, co grali, wołało o pomstę do nieba, ale jury chyba się czegoś nażarło, bo dało im zwycięstwo. Wystąpili w finale, gdzie gwiazdą był kto? Lombard!


Byliście pionierami. Jak miałeś ze sprzętem?


Fatalnie!


No tyle to ja się domyślam. Jak to dokładniej wyglądało albo raczej nie wyglądało?


Nie było sprzętu. To był rok 80 albo nawet 79… Jak mówię 79, to się już sam boję (śmiech). Tam w tej sali na osiedlu 1000-lecia były jakieś bębenki miejscowego zespołu. Potem przenieśliśmy się tu do Katowic do Pałacu Młodzieży. Duża sala koncertowa. Pełno zespołów, bębenki jakieś były, ale to wszystko poniszczone, bo każdego dnia na tym samym sprzęcie grała inna kapela, masakra. Zespoły jednak się wykruszały. Mieliśmy próbę raz w tygodniu, ale zaraz odpadł jakiś zespół, to my hop na ich miejsce itd. Były paczki Vermona, Eltron, a bębny Polmuza, przy których oczywiście trzeba było długo posiedzieć. Okrutne blachy do tego, do ścinania głów bardziej się nadawały!


Tam, gdzie jeździliście, sprzęt mieliście na miejscu?


Tak. Chociaż zapomnij o czymś takim, jak firma backline’owa. Była miejscowa kapela i bębniarz później kosił od tych, co grali, pół litra od tego, pół litra od tego i wyjeżdżał bardzo zadowolony.


Swojego sprzętu nie miałeś?


Do moich pierwszych bębnów dołożyła się babcia, chyba kilka tysięcy ówczesnych złotych, a mama dodatkowo wzięła pożyczkę w pracy. Pierwszą płytę nagrywałem jeszcze na bębnach akrylowych z SBB, to był Ludwig, okropnie mi się na tym grało, do SBB mogło pasować, ale mi zupełnie nie leżało. Pierwsza płyta wyszła nie tylko w Polsce, ale w ogóle w Europie, pełne szaleństwo. Dostaliśmy jakąś zaliczkę po 150 dolarów, a to były wtedy niezłe pieniądze! Konto "A" otwarte w banku, młode szczawie wchodzą i wybierają całe 150 dolarów, babki się patrzą, Boże drogi (śmiech)! Jakimiś kanałami udało się kupić blachę czy coś, bo na Zachodzie wiadomo, że kosztowało to normalnie. Później pojechałem do Nowego Sącza, do Słowika i dogadałem się z nim, że za reklamę zrobi mi całe bębny. Na zamówienie, wszystko od a do z.


Ciekawe, endorsering w latach 80, bardzo ciekawe!


Widzisz? Już wtedy to funkcjonowało. Zrobił mi te bębenki, podwójny zestaw, dwie centralki. 4 wiszące kotły, jeden boczny, statywów od metra. Pedały też robił, ale ja miałem zachodnie, chyba Pearla… To już trzeba było, bo polskie kaleczyły umysły. Można się było starać nie wiadomo jak, a to grało po swojemu.


Pierwsza płyta, pamiętasz?


Taa… Teatr STU w Krakowie. Nagrywał to… Jos Kloek, Belg. Nic nie rozumiał po polsku. Piotrek Brzeziński mu asystował wtedy, który teraz chyba ma sam studio, bo widzę, jak jego nazwisko przewija się w różnych produkcjach. Wszyscy asystenci mieli wielki oczy, jak ten Belg robił dziwne patenty na Studerze (magnetofon studyjny), jakieś opóźniania taśmy… Co tam się działo! Chór zrobiliśmy w dwóch numerach, sto głosów z sześciu. Wtedy to było, o rany! W to mi graj! To było fajne. No i ta klatka na bębny, nienawidziłem nigdy w klitkach grać. Jeszcze przed tą płytą mieliśmy dwie sesje nagraniowe w Polskim Radio w Katowicach, to też mnie wtedy zamknęli w takiej klitce, gdzie się ledwo bębny mieściły. To było straszne. Lubię, jak bębny stoją w otwartym, normalnym pomieszczeniu studyjnym, aczkolwiek nie mam klaustrofobii, jednak zamknięte bębny źle brzmią. Za dużo hałasu przebija przez słuchawki, nie słychać pilota.


Stres oczywiście był…


Pewnie, że był stres. Pierwsza płyta i to od razu na Zachód, no ja cię kręcę! Z dnia na dzień jakoś to przechodziło. Byliśmy już po kilku sesjach, dwie radiowe, w klubie, no i Jarocin wygraliśmy, nagrodą było nagranie singla i wydanie przez Tonpress. Doświadczenie już mieliśmy, malutkie, ale było. Zawsze to jednak inaczej niż na próbie, gdzie się nagrywało, żeby zobaczyć, co się tam rozrabia, w studio człowiek był na golasa.


Jak twoja reakcja na płytę, gdy ją pierwszy raz usłyszałeś?


"Szóstki"… Kurka wodna, trochę byłem zdziwiony, bo on to zrobił tak, że to dziwnie brzmiało nawet w tamtych czasach. Sam Mann, jak puszczał ją wtedy w Trójce, mówił, że trochę dziwnie brzmi. Ona jest faktycznie taka "puszkowata", sporo pogłosu, chociaż w sumie wtedy była taka tendencja. Pewien wynalazek nam się przytrafił podczas nagrań. Zapomnieli wyłączyć jeden mikrofon, który stał przy fortepianie. Wszystko się nagrywało normalnie, a fortepian przecież brzmiał! Szukają, kurka wodna, wyłączają kanały, a to prawie na wszystkich kanałach słychać. Dodało to jakiegoś kolorytu. Teraz jest tak, że wymyślane są różne patenty, a ludzie i tak tego nie usłyszą. Te 10 osób, które brało udział przy płycie wie, że ten mikrofon stał bardziej z lewej strony za wersalką i to obok telewizora.


Nie czułeś rywalizacji z Tomkiem Goehsem?


Pewnie, że czułem i on chyba też czuł. Była to przyjazna rywalizacja, absolutnie bez żadnych złośliwości. Dawno nie widziałem Tomka, bardzo, bardzo rzadko się widujemy. Gramy na zupełnie innych imprezach, odkąd jest z Kazikiem. Graliśmy kiedyś razem, a jego Turbo nas supportowało w Spodku. Zresztą to było mistrzostwo świata, a raczej cud świata, bo takie rzeczy nigdy się już nie wydarzą. Zobacz, jak można zrobić w Spodku dzień czy dwa dni przed Sylwestrem koncert na dwie kapele?! Turbo i Kat, a przyszło 5 czy 6 tysięcy ludzi! Telewizja to skręciła, mam to gdzieś nagrane, fantastyczna historia. Gdzie by teraz coś takiego było? Gdzie tam! Wiadomo, że od razu zrobiliśmy sobie Sylwestra na dwie kapele. Hotel Olimpijski w Spodku był cały nasz i było nieźle (śmiech).


A bywało "nieźle"?


No tak. Niektórzy mówią, że artyści spożywają… W każdej robocie spożywają. Nie sądzę, by muzycy byli jakoś wyjątkowi. Mają pewnie więcej okazji. Zdarzało się, że ktoś zaniemógł, ale to była rzadkość. Bardziej na zasadzie, że raz ktoś spróbował, zobaczył, że jednak coś jest nie tak, wszystko się rozpływa i jest to bezsensem, no i dalej już nie próbował. Człowiek się uczył. Dużo chodziliśmy wtedy na dżemowania do fantastycznego klubu w parku w Chorzowie, nazywa się Leśniczówka. Piękna salka, gdzie czekało się cały tydzień, by w piątek i sobotę sobie pograć. Oczywiście, tam alkohole wszystkie występowały. Podglądaliśmy starszych, doświadczonych już wtedy muzyków i graliśmy z nimi, było ekstra, typowe dżemowanie.


Co składało się na sukces Kat?


Dużo nam pomogła trasa z Hanoi Rocks, po pierwszej płycie. Chcieliśmy coś zrobić, coś wykreować. Mieliśmy zaprzyjaźnionego choreografa i koncerty były przećwiczone wizualnie tak, jak masz teraz koncerty zachodnie. Rzadko jest tak, że ludzie samopas bujają się po scenie, tylko w tym miejscu jest to i to, światła są tu takie, a tam takie itd. Takie rzeczy zaczęliśmy wprowadzać u nas, by było to bardziej uporządkowane. Łącznie z tym, że kiedyś zatrudniliśmy babki z teatru, które zatańczyły pięknie w czasie koncertu kilka scenek, po czym na swych wątłych, choć nadobnych ramionach wynosiły Romka ze sceny. Prrrawdziwe czarownice… (śmiech)


Jak się zapatrywałeś na ten diabelski image? Z twojego punktu widzenia…


To była zawsze fajna zabawa. Roman pisze teksty, więc może trochę inaczej do tego podchodzi. Chociaż uważam, że też traktował to jako fajną zabawę, którą oczywiście trzeba profesjonalnie zrobić, na ile się dało, na możliwości tamtych czasów. Różnie to z tym przecież bywało. Muzyka, muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka. Nauka angielskiego w tych czasach była reglamentowana i większość Polaków nie wiedziało, co tam zachodnie zespoły śpiewają. Myśmy się tak wychowywali na tej muzyce z angielskim w stylu "rawrl-rawrl-rawrl", a muzyka była muzyką. Może dlatego mniejszą wagę przykładałem zawsze do warstwy tekstowej, bardziej interesowały mnie dźwięki. Roman robił rzecz trudną - bo język polski jest trudny do śpiewania - żeby napisać tekst, który ma sens, żeby to siedziało w muzyce, gdzieś tam jest jakiś akcent, trzeba użyć słowa twardszego, mocniejszego, bo nie zaśpiewasz "kwiatek", a tu jest dup! Tu zawsze Roman wykonuje kupę roboty, to razem siedzi. Mnóstwo polskich kapel tworzy i śpiewa po angielsku, bo jest łatwiej. Teraz wszystko można w studio porozbijać na częstotliwości i wokalista musiałby być dużym nieudacznikiem, by go nie zrozumieć. Wtedy, żeby kapela brzmiała i żeby muzyka z głośnika łoiła i wokal był czytelny, łooo, to była masakryczna praca. Zawsze wszyscy realizatorzy nagrań mieli z nami przerąbane. Tu musi tekst być czytelny, ale to musi też łoić. Przerąbane…


Mówisz też, że różnie bywało z produkcją koncertową…


Jak ja sobie przypomnę, jak pirotechnika wtedy działała… Boże drogi! Przychodził pirotechnik, przybijał coś gwoździami do sceny, gdzieś tam miał wokół te kable, strzelało to ludziom przed twarzami, masakra… Jakby dzisiaj coś takiego było, to by wszyscy siedzieli (śmiech). To normalne wtedy było i nie tylko my tak robiliśmy, wszystkie kapele, które miały jakieś tam efekty specjalne. Wyglądało to podobnie. Kable się szwendają, ci, co byli w pierwszych rzędach mieli je w zasięgu ręki, a to przecież i poparzyć się można, i w ogóle... Potem po czasie, jak się o tym pomyślało, to… koniec świata. Nic się nikomu nie stało na szczęście. Pamiętam, kiedyś basista Tomek Jaguś wiedział, że są ładunki rozmieszczone z tyłu sceny, które wystrzelą w tym konkretnym utworze i w tym momencie. To były takie rurki jak od flagi, połączone w kilka razem. Tomek zapomniał raz o tym i jak to rockman stał w rozkroku, a to bum, no i przez 3 dni chodził ostrym rozkrokiem (śmiech). Ja zawsze mówiłem - z daleka od bębnów!


Co wam przeszło przed oczami… Jest coś, co można skwitować krótkim "Szkoda, że…"?


Jest taka rzecz. Przede wszystkim to, że przez tamten system nie wyjechaliśmy nigdy na Zachód, a mieliśmy taką propozycję. Zrobiliśmy trasę z Hanoi Rocks po wielkich halach sportowych w Polsce. Trasa kończyła się w Poznaniu, gdzie przyjechały inne zachodnie kapele. Grało tam też wtedy Pretty Maids, dość popularny wówczas zespół. Manager przyszedł do nas po sztuce, powiedział, że nas bierze na trasę, która będzie tu, tu i tu. My takie oczy! Tylko, że… zero paszportów, a wiedzieliśmy, że co najmniej dwóch z nas paszportów absolutnie nie dostanie, bo nie byli w wojsku, a wtedy to był zaszczytny obowiązek. Wiedzieliśmy, że temat będzie z głowy. Jeszcze coś kombinowaliśmy, ale wiedzieliśmy, że armia nie odpuści. Fajne było to, że ten manager sam do nas przyszedł i wszystko konkretnie nakreślił. Wiadomo, że by nas wycyckali, ale na wejściu trzeba było frycowe zapłacić. Teraz nasze kapele jeżdżą po świecie i wszystko się zgadza. My mieliśmy to samo, tylko ze 30 lat wcześniej. A tak siedzieliśmy w Polsce grzecznie i uciekaliśmy przed wojskiem.


Jak wyglądały zmiany w zespole?


Normalnie, jak patrzysz na zespół, to widzisz pięć osób, gdzie ten się zmienił, tamten się zmienił, ale jak masz jakąś fabrykę samochodów czy szkołę, to nie wiesz, że tam też jest rotacja ludzi. To normalna sytuacja. Czasami niektórzy nie wytrzymują ciśnienia. Tak mieliśmy z Wojtkiem Mrowcem, bo wtedy mieliśmy straszny zapieprz, tu Warszawa, teledyski, tu choreografia, a on chciał spokojnie grać. Szkoda, bo to bardzo dobry gitarzysta. Bajm go nam nawet chciał ukraść! Został u nas, ale później i tak zrezygnował. Tomek Jaguś wyjechał do Niemiec z celownikiem na Stany Zjednoczone i udało mu się.


Twoja przygoda z zespołem Pik.


To chłopcy ze Śląska. Wyjechali do Niemiec i postanowili nagrać płytkę. Zadzwonili, że może na bębnach im zagrać. Miałem przerąbany miesiąc, robiliśmy w tym czasie Bastarda, co najśmieszniejsze w budynku GKS Katowice, co oni tam z nami mieli... (śmiech) Wygospodarowali nam jedną salę, trochę sobie ją wytłumiliśmy, ale 4 razy w tygodniu po 5 godzin niosło się po tych wszystkich korytarzach. W domu kultury w Bytomiu robiłem próby z Pikiem, no i zapomnij o samochodzie - tramwaj! Musiałem targać stopki i blachy. Przyjeżdżałem do domu, szybki obiad i na drugą próbę, jak wracałem do domu to zasypiałem przy kolacji. I tak prawie miesiąc. Z Pik wyszła taka rockowa płytka. Druga płyta to już ciachanka i śmigała w rękach gitarzystów.


Nie możemy przejść, jak gdyby nigdy nic, obok tematu rozłamu w zespole. Skomentuj to w kilku słowach.


Dotykamy sfery, której nie lubię, bo już mnie to nudzi. Facet nagadał się wystarczająco głupot i niech żyje sobie w tym bałaganie, duchowym przede wszystkim. Nawet nie chce mi się tu swojej wizji przedstawiać. Powiem oględnie. Zrobiliśmy kilka koncertów jako Alkatraz, no, ale wiadomo, zagrało się przy okazji kilka numerów Kata, no i pełne szaleństwo. Jeden, drugi, trzeci koncert i mówię, że może przestańmy się wygłupiać, czterech nas tu jest, więc przestańmy "alkatrazować". Zagraliśmy trasę i zaprosiliśmy pewnego pana, który zobaczył pełne sale, no i… zaczęło się. Potem było już do nie wytrzymania. Jak masz iść do pracy, jak za 15 minut puścisz pawia? Po naszej pierwszej oddzielnej trasie porobiły się cyrki z nazwą itd. Szkoda gadać. Teraz jest spokojnie i o to chodzi.


Co było obciachem w latach 80 dla bębniarza Kat?


Hm, obciachem by było, jakbym zagrał wtedy w Kombi. Ja cię kręcę… To by było straszne. Dlatego Jurek Piotrowski miał dylemat, bo z jednej strony SBB i klimaty Mahavishnu Orchestra, a z drugiej Kombi. Ludzie łatwo szufladkują i nie dopuszczają myśli, że z kapeli rockowej można wylądować gdzie indziej. Wydaje im się wtedy, że przez 10 lat byli okłamywani.


Co cię denerwuje w bębniarskiej prozie życia?


Jak nie brzmi. Możesz mieć fantastyczne bębny, gdzie wszystko ci pasuje, po czym jedziesz na koncert i jest np. bardzo "zdolny" akustyk, który jest pewien, że jest wszystko fajnie. Ty mu tłumaczysz, ale on ma albo drewniane ucho, albo jest takim bufonem, do którego nic nie dociera. Jak wszystko fajnie brzmi to chce się grać, chce się poimprowizować. Nie ma tego poczucia, że trzeba coś odegrać, czego nienawidzę. Nie ma takiej sytuacji u mnie, że trzeba odegrać… Trzeba zagrać! Zamykam się w swoim świecie i jadę z tym koksem. Może dlatego, że słuchało się Purpli i Zeppelinów i lubiłem ich koncertowe wykonania, gdzie zawsze było coś nowego. Nawet, jak są jakieś błędy, to rewelacja. To są też tzw. smaczki.


Śledzisz nowinki techniczne w bębnach?


Tyle, o ile dotyczy normalnych brzmień. Bawi mnie to, jak gitarzyści zaczynają gadać o tych swoich bajerach, wtedy z basistą mówimy: "Dobra, idziemy na piwo". Bębny jako natura. Staram się nie dopuszczać nawet do tego, żeby bębny wytłumiać. Stroję, tak mają brzmieć i ma mi pasować. Żadnej chemii, cudów, nienawidzę triggerów. Ma być naturalnie.


Dołączyłeś do ekipy Czarciego Kopyta.


Władek zrobił mi specjalne z grawerką "Irek Loth". Jeszcze na nich nie grałem. Trzymam je jak eksponat muzealny, muszę je otworzyć wreszcie.


Najsłabsze strony w twojej grze?


O ty! Wiele jest takich rzeczy, bo jak spojrzę na Buddy Richa, to mogę się nabawić kompleksów. Jak uczyłem się grać na bębnach był jednym z moich "nauczycieli". Biedny, nawet o tym nie wiedział (śmiech). Podobnie Paice i Bonham. Nie potrafię wielu rzeczy, jakie Buddy Rich robił, przestałem je ćwiczyć, bo nie wykorzystałbym ich i tak w tym gatunku, jaki gram. To, co kiedyś umiałem, to już umknęło, bo normalnie tak nie gram. Czasami sobie do tego wracam i łapię się, że: "Oho, coś nie idzie" (śmiech). Czasami bym chciał zagrać inaczej niż zagrałem. Tak miałem przy przedostatniej płycie. Nagrałem pełno prób, chciałem wyselekcjonować to, zapamiętać wszystkie przebitki i uzbierałem tego za dużo. Miałem taki bałagan w głowie zamiast siąść i zagrać. Grałem z tą myślą, że zaraz ma być to, a za chwilę to. Za dużo myślenia. Nie wiem, jak inni, ale ja tak mam, że mam wszystko przygotowane i nie mam problemów, ale w studio wiadomo, jak to bywa, zahaczysz gdzieś o mikrofon i przebitka poleciała w kosmos. Grasz dalej, ale myślisz o tym mikrofonie. Dobrze mieć przygotowanych kilka rzeczy, ale dobrze też działać na bazie improwizacji.


Da się wyżyć z bębnów?


No chyba tak. Trzeba jakoś utrzymać rodzinę. Gramy dużo koncertów, mniejsze - większe, do tego zajmuję się organizacją koncertów. Internet spowodował, że bardzo dużo zespołów dużo koncertuje. Kiedyś wystarczało zagrać jedną trasę po płycie, teraz płyta tydzień po premierze jest już cała w Internecie i jest pozamiatane, a pieniądze są na drzewach. Widzisz, co się u nas dzieje, czas jest, ale portfele ludzie mają te same. Portfel nie nadąża za czasem.


Inferno prosił, by zapytać cię o słynny i jedyny w swoim rodzaju… wąs! Skąd się wziął?


(śmiech) Bo ja wiem? 15 lat miałem wtedy, tak rósł, rósł i się ostał. Raz zgoliłem i czułem się jak łysy koń. Jakieś 10 lat temu w wakacje zrobiłem taki eksperyment. Najbliżsi znajomi mnie nie poznawali. Szedłem raz ulicą, przechodzi koleżanka i widzę, że patrzy na mnie, ale jest niepewna. Idę twardo, nie robię żadnych min, no i przeszła.


Nowa płyta…?


Nagraliśmy "szóstki" na nowo. Nie wiem, czy to dobry pomysł, czy zły, ale sporo kapel nagrywa na nowo starsze płyty. Zagraliśmy na setkę, oczywiście drobne sytuacje były dogrywane, czyli jakieś solóweczki, ale tak to pełna setka. Chodziło o to, żeby było żywo. Przestrzegaliśmy realizatora, by nie pakował tam żadnej chemii. Niektóre utwory są nieco przearanżowane, fajnie, tu się pochwalę. Nie w całości, żeby nie zaskoczyć niepozytywnie. Materiał wyjdzie nakładem Mystic.


"Kolegujesz" się z metronomem?


Dosyć łatwo mi idzie, może dlatego, że dużo słuchałem muzyki i mam to w sobie. Nagrywałem też sam dla siebie różne koncerty, czy coś mi pasuje, czy dobrze zagrałem tu i tam, no i przede wszystkim, czy jest równo. Robiliśmy nasze DVD sprzed kilku lat to byłem w szoku, bo jak mierzyliśmy czasy utworów to były takie same, jak ileś lat temu, tempo się zgadza, wszystko się zgadza, jest równiutko. Koncertów nie gramy z metronomem, płyty tak, bo to ułatwia. Pierwszej płyty nie nagrywaliśmy z metronomem.


Co jest twoim zdaniem najważniejszą cechą muzyka?


Jedną z najważniejszych rzeczy, jeżeli chodzi o muzyków w ogóle, to mieć swój charakter. Idę na tego bębniarza, czy na tego gitarzystę, bo on gra tak, że "do mnie to rozmawia" i jest ok. To zawsze ceniłem, dlatego później ludzie mówią o takich bębniarzach, jak Bonham czy Paice. Jest jednak pełno kapel, gdzie są gitarzyści i perkusiści, którzy wystukali swoje i tyle. Maszyneria też robi swoje. W studiu można czynić cuda, a chodzi o to, żeby zagrać, a nie czynić cuda. Coś tam można poprawić, wiadomo, ale bez przesady. Czasami mi się nie chce słuchać tego, co się dzieje w stacjach radiowych, chemii, chemia… Nawet w rocku. Kiedyś na Page’u z Zeppelinów ludzie psy wieszali, że gra nieczysto i niechlujnie, ale to jest właśnie ten jego bajer.


Uważasz, że zrobiłeś karierę?


Być może, jak na Polskę… Bo co to znaczy kariera? Kojarzy się z domami, samochodami i dobrobytem, sięgającym niebios. W Polsce tak nie jest i dotyczy to kilku zespołów i artystów. Jakąś tam karierę zrobiłem. To, co zrobiłem, zostało w jakiś sposób zaznaczone.


Czujesz się spełniony?


Ach, spełniony nigdy, ale szczęśliwy na pewno.


Materiał przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia; Katarzyna Loth i Romana Makówka

Wywiad ukazał się w numerze październik 2015



Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama