Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Paul Bostaph

Dodano: 22.01.2016
Wszyscy chyba są świadomi tego, że jeżeli oryginalny bębniarz Slayer nie ma zamiaru dalej współpracować z zespołem, to na stołku perkusisty znaleźć może się tylko jedna, sprawdzona w boju osoba - Paul Bostaph.
Slayer przechodzi ciężki okres. Nagła śmierć gitarzysty Jeffa Hannemanna była olbrzymim ciosem dla wszystkich. W tym samym czasie legendarny Dave Lombardo toczył boje z menadżerami o jego zdaniem należne mu pieniądze za występy na arenach całego świata. Zniechęcony bierną postawą i brakiem wsparcia ze strony zespołu tupnął nogą i odszedł, chyba już na dobre… Podobnie, jak ostatnio w przypadku AC/DC, wszyscy zainteresowani czekali, kiedy pojawi się "Łysy" (Chris Slade) w miejsce wojującego z wymiarem sprawiedliwości Philla Rudda, tak samo po odejściu Lombardo wszyscy czekali na drugie wejście Paula Bostapha. Na początku pojawił się szybki "plaster" w osobie Johna Dette, który wydaje się być regularnym dublerem wielu metalowych perkusistów. Gdy sytuacja się wyklarowała podjęto decyzję o ponownym zatrudnieniu Paula, który zdążył się przecież zasłużyć w Slayer.

Dawno temu w rozmowie z muzykiem (Perkusista 5/09) przy okazji jego wizyty w Polsce z Testament, powiedział: "Ja nigdy nie zastąpiłem Dave’a, bo nigdy nie chciałem go zastąpić. Nie miałem nigdy takiego zamiaru. Byłem przede wszystkim fanem Slayera i dla mnie podstawowym zadaniem było nie zawieść zespołu i dać fanom wszystko to, co mieli do tej pory. Nie możesz po prostu zastąpić dziesięciu lat historii, ot tak. Faceta, który miał właśnie już wtedy status legendy. Jeżeli chciałbyś go zastąpić to moim zdaniem polegniesz, przegrasz i wtedy zawiedziesz fanów i zespół."

Wydaje się więc, że Bostaph miał dobre nastawienie do gry w zespole, bo z pewnością nie zawiódł. Sytuacja nie była dla niego łatwa i wielu ortodoksyjnych fanów zawsze będzie mówić, że Slayer bez Lombardo to nie Slayer. Faktem niezaprzeczalnym jest, że Paul wpasował się idealnie. Drugą sprawą jest to, że jest po prostu lepszym perkusistą od Lombardo, ale to już jest temat tabu, którego nie wypada poruszać, mając przed sobą tak zasłużoną i niezwykle sympatyczną postać, jaką jest Dave. Paul to także sympatyczny facet, niestety, miał też bardzo pechową tendencję do łapania kontuzji, stąd rozmowa w dużej mierze zawiera bliskie muzykowi tematy zdrowia i kondycji. Problemy zdrowotne przyczyniły się do jego przerw w grze ze Slayer, ale nie tylko, bo również z Testament.

Ponowne wejście Bostapha do Slayer to zupełnie inne okoliczności w porównaniu z jego pierwszą wizytą. Zespół wydawał się być teraz mocno rozbity dwoma ciosami personalnymi i wiele osób zaczęło wątpić w dalszą działalność kapeli. Co w takiej sytuacji zrobić i jak najlepiej wybrnąć z morza spekulacji? Nagrać nową płytę z autorskim materiałem i oprawić ją w solidną promocję. Tak też się stało. Mamy nowy album i przerażająco brutalny teledysk promujący.

Wiele się zmieniło od momentu, gdy byłeś członkiem zespołu. Jak te zmiany wpłynęły na ciebie jako muzyka?


Cyfrowe nagrywanie zmieniło nas wszystkich. Możesz mieć gitarzystę, który wyśle ci ścieżki z klikiem, a ty możesz sobie je wziąć do jakiegokolwiek studia, gdziekolwiek i koleś nawet nie musi przy tobie być. Nie przepadam za taką formą pracy. Lubię organiczną robotę z ludźmi. Zawsze tak pracowałem i nigdy się to nie zmieni. Jedyną rzeczą, która się dla mnie zmieniła, to możliwość cyfrowej edycji, która jest zupełnie inna od edycji analogowej. W przeszłości musiałeś używać szpulek z dwucalową taśmą i żyletek. Obecnie jest to bardzo szybka czynność, dzięki czemu sam proces nagrywania jest szybszy w momencie, gdy składasz wszystko do kupy. Staje się to bardziej interesujące. Aspekt kreatywności staje się ciekawszy, ponieważ możesz złożyć do kupy rzeczy, których normalnie nie byłbyś w stanie zagrać. Możesz edytować ten fragment z tamtym i powstaje przez to niesamowity motyw. Później możesz wyjść i to zagrać. To oszczędza czas, ale też moim zdaniem jest rozszerzeniem procesu tworzenia.


Miałeś pewne problemy zdrowotne. Jak zmieniłeś swoje podejście do gry poprzez obecność w tak wymagającym fizycznie zespole jak Slayer?


Wcześniej, grając w Forbidden, miałem zapalenie ścięgien, jakoś tak w 1987-1988. Dawno temu. Mam to już za sobą, ale na przestrzeni lat uprawiałem sporo sportu i miałem typowo sportowe kontuzje. Przeszedłem i przez to. Miałem kontuzję nadgarstka, której nabawiłem się w studio. Spowodowało to, że zerwał się jeden z moich mięśni, połączonych z palcem wskazującym i zaplątał się pod jednym ze ścięgien. Pojawił się problem, więc musiałem mieć operację, by to poprawić. Jest już wszystko perfekcyjnie. Myślę, że zmiana w moim podejściu jest taka, że nie próbuję wbijać każdego uderzenia tak mocno, jak byłbym w stanie. Tak wygląda teraz moje podejście. Za każdym razem, jak uderzałem bęben, robiłem to najsilniej, jak tylko mogłem. Częściowo spowodowane to było tym, że nosiłem zatyczki do uszu i nie mogłem usłyszeć, jak mocno uderzam. Obecnie gram w monitorach dousznych, w momencie, gdy je założyłem, miałem tak głośno gitarę, że naprawdę nie słyszałem, co gram. Uderzałem niezwykle mocno, ale zawsze chciałem tak robić. Na przestrzeni lat, dla zwykłej zabawy z bębnami, dla samego siebie, miałem tendencję do grania dużej ilości ghostów. Z tym jest zawsze radocha, perkusyjna radocha. Rudymenty i te wszystkie inne sprawy. Dlaczego miałbym tego nie wykorzystać z zespołem? Te dwa podejścia do gry są zupełnie inne. W momencie, gdy dojrzałem ze swoją grą, staram się nikogo nie zabić, a to daje mi więcej dynamiki niż wtedy, gdy gram mocno.


Jest coś ciekawego, co udało ci się odkryć w okresie, gdy nie byłeś w Slayer?


Na przestrzeni lat zawsze miałem coś takiego w sobie, że chciałem dżemować z innymi ludźmi i odkrywać inne style. Gram od zawsze metal, co bardzo kocham, ale uwielbiam też inne stylistyki. Zawsze nęciło mnie rozszerzanie swojej gry. Myślę, że pierwszy raz uderzyło mnie to wtedy, gdy byłem na trasie z Forbidden, graliśmy z zespołem Sacred Reich. Ich bębniarz był czymś zajęty, więc poprosili mnie, bym zagrał z nimi próbę dźwięku. Nie znałem żadnej z ich piosenek, więc chcieli, bym grał cokolwiek funkującego. Zaczęli grać, a ja próbowałem coś zagrać i nie wyszło mi. Pomyślałem: "Łał, wiem, że potrafię to zagrać." Zdałem sobie sprawę w tym momencie, że jest to coś, nad czym muszę popracować. Gdy wróciłem do domu, zacząłem więcej eksperymentować z tymi klimatami. Uzmysłowiłem sobie, że jest to część mojej gry, którą ignorowałem. Siedziało to w mojej głowie i kocham ten styl muzyki. Dorastałem przy funku i soulu, muzyka lat 70. Kiedyś dużo rock and rolla było funkującego. Zostawiłem te rzeczy za sobą, bo byłem tak mocno sfiksowany na punkcie metalu. Reasumując - tak, myślę więcej nad tym, by rozwijać te inne strefy mojej gry.


Zaszczepiasz teraz trochę tych rzeczy w Slayer, czy jesteś jednak bardziej w trybie metalowym?


Myślę, że jestem teraz bardziej w trybie metalowym, ale do pewnego stopnia wykorzystuję takie podejście. Działa i jest to częścią mnie. Gdy słucham swojej gry, wciąż nie słyszę tego za bardzo. Aspekt większego zwracania uwagi na groove, nawet w szybkich partiach. Słuchać więcej, jak groove’i gitara rytmiczna, co jest bardzo ważne. Jako perkusistom może nam się wydawać, że brzmi to szybko, ale twój gitarzysta gra riff, który pewnie brzmi lepiej, jak jest zagrany wolniej. Co wnoszą aspekty takiego stylu? Jeżeli chodzi o mnie, to zwracam większą uwagę na innych muzyków wokół mnie, chcę dać im czas na to, by grali i nadać też tempo, by instrumenty zabrzmiały dobrze.


Jest jakaś rzecz, którą ćwiczycie, pracując nad time’m i groove’m np. granie z klikiem w studio?


Nie. Nie robimy nic takiego. Zasadniczo gram z klikiem sam. Obecnie częścią mojej codziennej gry jest gra ze ścieżką muzyki z metronomem. Załączam i gram, niezła zabawa. Nigdy tego nie lubiłem, bo nie potrafiłem zagrać prawidłowo. Obecnie jestem lepszy, a właśnie takie coś czyni moją grę lepszą. Granie na żywo lub w studio, wszystko wychodzi naturalnie.


Jak wyglądały twoje lata formowania gry? Brałeś lekcje?


Nie. Sam się uczyłem. Uczyłem się poprzez grę do płyt. Brałem igłę adapteru, przesuwałem z powrotem i starałem się rozwikłać, co tam perkusista zagrał. Brałem lekcje przez dwa miesiące, jak już byłem starszy. Byłem technicznym dla jednego z moich nauczycieli, więc dawał mi lekcje, a ja byłem jego technicznym. Nauczyłem się od niego kilku rzeczy. Brałem też lekcje przez dwa miesiące u Jeffa Campitelli, który grał na bębnach z Joe Satrianim. Jeff był przyjacielem mojego managera z Forbidden. Gdy miałem problemy ze ścięgnami, okazało się, że miało to związek z nieprawidłową techniką. Jeff nauczył mnie technik luzowania. Dlatego właśnie mogę tu siedzieć i rozmawiać. To jego zasługa!


Jak wyglądał proces twórczy nowego albumu Slayer?


Cały materiał na płytę napisał Kerry, w związku z tym wszedł do studia z jasną wizją piosenek, aranżacji gitar oraz wizją, jaki rodzaj rytmu powinien być tu i tam. Nauczyłem się pracować z artystą, który jest kreatywny i pełni rolę przewodnią w kwestii pomysłów. Najpierw patrzeć, jaka jest czyjaś wizja, a później dopiero próbować coś dodać lub zmienić. Uważam, że niedojrzałe podejście jest wtedy, gdy zaczynasz wtrącać swoją opinię, zanim dasz komuś szansę wyrazić jego opinię. Zagraj, zobacz, czy to pływa czy tonie. Z czasem zaznajamiasz się z tym, co inny artysta chce zrobić i dopiero wtedy ewentualnie próbuj coś zmienić.


Czy jest tu jakiś materiał stworzony przez Jeffa Hannemana?


Tak, Piano Wire. To piosenka, którą Jeff skończył na ostatni album World Painted Blood. Z pewnych względów nie wykorzystał jej wtedy. Chłopaki chcieli ją z powrotem. Grałem do istniejących ścieżek i nagrałem bębny do tego, co było. Oryginał jest inny od tego, co gram. Podejście Dave’a (Lombardo) było inne od mojego, co było bardzo fajne. Trzymałem się fundamentu, ale mój pierwotny instynkt podpowiedział mi, by zagrać piosenkę z pojedynczą stopą na zwrotce, bardziej zagroove’ić i się otworzyć. Końcówka, która jest niczym bridge, jest poza taktem, ponieważ riff gitary jest popieprzony. Jeff pisał w nieparzystych rytmach, nawet o tym do końca nie wiedząc. Totalnie naturalne czucie gry. Gdy usłyszałem tę partię, koniecznie chciałem zagrać połamany podkład, utkwiło mi to w głowie.


Jakich rzeczy nauczyłeś się na przestrzeni ponad 30 lat gry, które oceniłbyś jako najistotniejsze w profesjonalnej karierze?


Najważniejszą rzeczą, cokolwiek robisz jako członek zespołu, jako profesjonalista, to przede wszystkim nie przeginać. Jest to relacja osobista. Ten zespół jest naprawdę dobry w: "Jesteśmy tu, by coś zrobić i miejmy radochę robiąc to." To też biznes. Jest to ciężkie. Jesteśmy bardzo daleko od swoich rodzin. Nie sypiamy dużo. Podróżowanie bywa ciężkie, nawet na tym poziomie. Przechodziłem przez to na różnych poziomach i jest to naprawdę ciężkie. Nie idziesz spać, ludzie stają się drażliwi. W takich sytuacjach najważniejsze staje się, by nie przeginać. Uzmysłów sobie, że wszyscy razem w tym siedzicie. Najtrudniejszą częścią jest czekanie. Czasami czekasz i się nudzisz, innym razem jest coś do zrobienia. Od momentu, jak tu siedzimy do momentu, jak wyjdę na scenę, mam cały czas coś do roboty. (Rzeczywiście, Paul miał sesję zdjęciową na scenie i zaraz po zakończonym wywiadzie pobiegł na następny) Dzięki temu staje się to dla mnie przyjemne, ponieważ jestem zajęty. Być znudzonym i nie mieć nic do roboty to najgorsza z rzeczy. Półtorej godziny, gdy jesteśmy na scenie, czyni to wartościowym. To jest nasza zapłata!


Jakie zmiany zaszły, jeżeli chodzi o twoją kondycję fizyczną?


Hej, stary, spójrz, nie mam już 23 lat. Dawniej mogłeś pić piwo całą noc, przekimać się odrobinę i dalej działać. Mógłbym tak robić i teraz, ale prędzej czy później wylądowałbym w szpitalu (śmiech)! Zasadniczo chcę dbać o ciało i umysł. Ludzie płacą sporo pieniędzy, by nas zobaczyć na żywo, więc jestem im to winny, dać z siebie wszystko i zagrać najlepszy koncert, na jaki mnie stać każdego dnia. To zaszczyt grać dla ludzi, którym sprawia radość to, co robisz. Oni nie są dla mnie. Ja jestem dla ich zabawy. Jeżeli nie daję z siebie zawsze 100 procent to tak, jakbym ich okradał. To nie w porządku. Nie zasługuję wtedy na to, by tu być. Chcę dobrze się wyspać, chcę prawidłowo się odżywiać. Mam 50 lat. Muszę na to zwracać uwagę.


Zauważyłeś jakieś ograniczenia w swojej grze z racji wieku?


Niekoniecznie. To śmieszne, ale dzieje się tak, ponieważ jestem młody sercem. Dodatkowo będąc byłym sportowcem i wiedząc, jak dbać o siebie. Umiem grać mimo bólu. To aspekt fizyczny w tym gatunku muzyki i są tu "koty", które potrafią grać znacznie szybciej niż ja. To specjalne ćwiczenie całego ciała. To nie żart. To jest jak z jakimś kolesiem, który idzie na siłownię, ćwiczy i wyciska 150 kilo. Ja tak nie potrafię, ale weźmiesz tego gościa i posadzisz za bębnami, by zagrał, to znów on nie będzie potrafił zagrać bez ćwiczenia.


Robisz coś specjalnego, by być w formie?


Jeżdżę na rowerze, pływam… Zacząłem pływać. Nigdy tego nie robiłem. To niesamowite! Moje górne partie ciała są silniejsze po dwóch dniach pływania. Byłem na basenie, pływałem przez dwa dni, robiłem kolejne baseny. To powolny proces. Najważniejszą rzeczą jest jednak grać. Uwielbiam ćwiczyć z zespołem. Głównie jest to granie z Kerrym. Kerry ma świetną etykę pracy. Kocham to. On prowadzi. Spotykamy się razem i próbujemy przed trasą. Ciągle to robimy Nie pokazujemy się i sobie ot tak gramy. Jest moment, kiedy wszyscy są w domu, a ja i Kerry idziemy do studia. On macha banią, a ja gram. Odpłaca nam się to później na scenie, ponieważ pierwszy koncert, jaki widzisz na trasie, jest lepszy od tego, jaki by był, gdybyśmy tak nie ćwiczyli. Nawet gdybym siedział w domu i sam ćwiczył.


Miałeś kiedyś jakiś moment czy też zdarzyło się coś, po czym powiedziałeś sobie: "Ok, idę ścieżką kariery perkusisty"?


No cóż, wiesz, to zabawne, ponieważ nic tak naprawdę nie potwierdziło mojej drogi kariery (śmiech). Było tyle lat w mojej karierze, kiedy nie zarabiałem żadnych pieniędzy i musiałem równolegle zarabiać pieniądze i kontynuować karierę. Wiedząc o tym, czy miałem dalej zamiar to robić? Zawsze chciałem to robić. To jest miejsce, gdzie zawsze chciałem być. Wydaje mi się, że z pierwszym albumem, nagranym przeze mnie z Forbidden, zauważyłem potencjał, że coś z tego może być, że może być z tego jakaś kariera, jakiś potencjał kariery. Mój brat miał znajomego z San Francisco Bay Area, który przeniósł się do Anglii. Poszedł do pubu i zaczął rozmawiać z barmanem na temat muzyki. Barman opowiadał mu o nowych zespołach, jakie słyszał i wspomniał o Forbidden, a ja byłem jego ulubionym perkusistą. To było przed erą Internetu. Kolega mojego brata zadzwonił, by mi o tym powiedzieć. Ktoś w Anglii lubi moje bębnienie? Łoł! Rozwaliło mnie to. Gdy tak o tym sobie pomyślę, to przecież jest tyle świetnych angielskich zespołów. Jednym z zespołów, który mnie napędzał było Iron Maiden. Mocno. Clive Burr i Nicko McBrain to moje dwie wielkie inspiracje. Szczególnie Clive, ale obaj są świetni. ELO to mój ulubiony zespół, Black Sabbath, Judas Priest, UFO, więc jak słyszę gościa w Anglii, który mówi, że podoba mu się nasz materiał, a album dopiero wyszedł, to jest naprawdę fajne. Nikt na ulicy nie podszedł do mnie i powiedział: "Koleś, jesteś moim ulubionym bębniarzem", a tu jakiś barman w Anglii tak mówi!


Wykorzystujesz sygnowany ride Stewart Copeland Blue Bell. Jak ten model blachy sprawdza się w Slayer?


Śmieszna sprawa z tym talerzem. Byłem w magazynie Paiste. Kalifornia, a my na południu Kalifornii robimy próby, dlatego od czasu do czasu wpadam do nich, gdzie dają mi popróbować blaszek. Dali mi ten. Na początku nie byłem pewny co do niego, ponieważ jest suchy. Grałem jednak dalej. Ma swój charakter. Mogę go uderzać całą powierzchnią pałki i mimo to nie wzbudza się tak bardzo. Nie uderzam tak zbyt często, bo ride’y, które kiedyś używałem, uderzane w ten sposób strasznie się wzbudzały. Miały wielki bell i są strasznie ciężkie, ale nie mają właściwości, które wpływałyby pozytywnie na rozbudzone brzmienie. Przydźwięki były mało przyjemne. Na tym ride można sobie pozwolić na taką grę. Nawet, kiedy gram thrash, to czasami sobie tak uderzam. Lubię to. To świetny talerz.


Jesteś teraz w pełni w Slayer, czy też może angażujesz się jeszcze w jakiś inny projekt?


W pełni jestem w Slayer. Stary, nie miałbym czasu na cokolwiek innego. Miałem zespół, z którym grałem przed powrotem do Slayer. W sumie nic oficjalnego, całkiem dobra sprawa, ale nigdy nie nabrała odpowiedniego kształtu. Nie miałem po prostu czasu na cokolwiek innego. Jestem w stu procentach w Slayer. Pochłania 100 procent mojego czasu. Jestem bardzo zadowolony z tego powodu. Wróciłem do zespołu, by dać z siebie 100 procent.


Nie masz aspiracji, żeby stworzyć jakiś poboczny projekt gdzieś w przyszłości, gdyby czas i inne zobowiązania na to pozwoliły?


Taaa, fajnie by było zrobić coś obok, gdybym miał czas, bo jest tyle gatunków muzyki, które lubię grać. Nawet grając na innym zestawie. Pojedyncza centrala 24", może inny werbel, bardziej rockowo zorientowany. Mam ride, sygnaturę Paiste Alex Van Halen. To wspaniały ride. Nie mogę go użyć w Slayer, bo jest zbyt ciemny, bardzo inny, ale uwielbiam go.


Czego ostatnio słuchałeś?


Cóż, skoro mowa o Van Halen, to wkręciłem się w ich A Different Kind of Truth. Kiedy płyta wyszła, słuchałem jej bardzo długo. Kocham Alexa i Eddiego. Nie słuchałem ostatnio czegoś super nowego. Byliśmy tak mocno zaangażowani w nową płytę ze Slayer, że klasycznie nie słuchałem innej muzyki. Wszystko, co mnie zainspirowało, wychodzi w muzyce. W tym okresie nie słucham niczego innego.


Masz jakichś swoich faworytów z katalogu mniej znanych utworów Slayer?


Prawie wszystko! Jest ciężko, gdy Kerry ustala setlistę. Bardzo chcesz dać ludziom piosenki, które chcą usłyszeć, ale jest też masa innych piosenek. Graliśmy Necrophiliac przez cały zeszły rok, co było super. To zabójcza piosenka, zawsze ją lubiłem. Później musisz ją odłożyć i przejść do innych, które też trzeba zagrać - Altar of Sacrifice, Jesus Saves. Gramy teraz Ghosts of War. Kocham ten utwór! Starałem się namówić chłopaków, żeby grać ten utwór już od czasów God Hates Us All. Teraz wreszcie ją gramy, co jest świetne. Każda z tych piosenek plus te z najnowszego albumu to przykład fundamentów pod szkielet, będący wizją autora. Np. Kerry powiedziałby: "W Vices chcę werbel na 1 i dwie stopy." I już wiem, co mam robić z resztą.


Materiał przygotowali: Artur Baran, Kajko, Chuck Parker
Foto: Robert Downs

Wywiad ukazał się w numerze październik 2015





Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama