Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Bartek Pawlus

Dodano: 28.01.2016
Jest chyba jednym z najbardziej niespokojnych charakterów naszej perkusyjnej sceny.
Szczery do bólu, wiecznie w ruchu, niezwykle pracowity, nie szuka tanich i szybkich rozwiązań, ale ciężką orką wygrywa miarowo swoją ścieżkę kariery. Obecnie napędza zespół Bracia, ale w międzyczasie knuje nad kolejnymi perkusyjnymi wyzwaniami. Szalony chłopak…

Przyznam szczerze, że rzadko spotykam człowieka, który w taki sposób reagowałby na niektóre perkusyjne zagadnienia. Pamiętam jego wizytę na opolskim festiwalu Drumfest, rok po tym, jak wygrał słynny festiwalowy konkurs. Jeszcze jako gołowąs miał przyjemność zagrać wtedy przed Akira Jimbo. Jego gra była niezwykle żywiołowa, ale nie ona przykuła moją uwagę tego popołudnia, tylko to, co było później. Akira zasiadł za swoim zestawem i zaczął swój program przygotowany jak zawsze perfekcyjnie, niemal co do uderzenia. Bartek zasiadł w pierwszym rzędzie i wyglądał jakby targały nim jakieś konwulsje. Zwijał się, klękał, skakał na fotelu, reagując na każdy ciekawy moment występu gwiazdy. No w kaftan chłopaka! W życiu nie widziałem, żeby ktoś przeżywał w ten sposób występ gościa, który "patyczkami walił w jakieś antałki, powlekane plastikiem i metalowe płytki zawieszone na kijkach". Tym bardziej, że Akira pewnie nawet nie pamięta już tego występu, bo mimo pełnego profesjonalizmu był to po prostu jeden z kolejnych jego pokazów. Dla Bartka to była okazja, by wycisnąć występ do suchej nitki i włączyć jakiś element do swojego repertuaru, a to, że przy okazji powycierał trochę podłogę, to już jedynie rykoszet wliczony w koszt.

Minęło od tego czasu dobrych parę lat. Po drodze Bartek wykosił jeszcze Grand Prix konkursu we Frankfurcie i został zaproszony na słynny festiwal La Rioja w Hiszpanii, gdzie również powbijał w głowy słuchaczy trochę gwoździ. Przyszedł wreszcie czas na złapanie się za bary z rodzimą codziennością. Z wielką obawą obserwowaliśmy, czy nieposkromiony jeszcze talent poradzi sobie w dżungli muzycznego show-biznesu. Muzyk nie przestawał ćwiczyć i poszukiwać. Korzystał z warsztatów i pokazów, jakie były organizowane w Polsce, a przy tym poszukiwał miejsca dla siebie. Ambicja nie pozwalała mu na zaspokojenie się internetowym tłuczeniem. Ostatecznie wylądował w zespole Bracia i wydaje się, że jest to dla niego idealne miejsce, mimo, że jest to zespół wciąż trochę niedoceniany i przez wiele osób pogardliwie wrzucany do worka komercyjnych artystów "letniego sezonu." Niesłusznie, bo gdy odstawimy ten wpisujący się niestety w polski charakter filtr pogardy, to jawi się nam przed oczami kapela z rasowymi draniami muzycznymi na międzynarodowym poziomie. A zza swoich bębnów kieruje nimi właśnie Bartek - no cóż, taka rola bębniarza. Bracia stali się jego starszymi braćmi, dzięki czemu mogą sobie pozwolić na scenie na spontaniczne harce gitarowo-wokalne. Za ich plecami szaleje bębniarz, który wie, jaka jest jego rola w zespole i jak trzeba rąbać pałami, by publika robiła jedną z najważniejszych rzeczy - stukała, pukała, kiwała się w rytm.

Bart nie poprzestaje na grze z Braćmi. Podczas niedawnego Warsaw Drum Festival wystąpił w duecie z Adamem Tkaczykiem z zespołu Kombii i jeżeli panowie będą rozwijać swoją myśl to zapowiada nam się bardzo inspirujący zespół perkusyjny. Także o tym projekcie, Braciach, sukcesach, porażkach, nadziejach rozmawialiśmy w jednej z krakowskich knajpek. Na stole szybko wylądował rockandrollowy "oręż", więc słowa popłynęły już same…

Obserwuję cię tyle lat i często miałem wrażenie, że miałeś kompleks swojego pochodzenia…


Nie wiem, czy to był kompleks. Dla mnie to było coś takiego, że miałem kłopot z wyrwaniem się. Zawsze to łączyłem z sytuacją wygranej w ramach Mapex Drummer OF Tomorrow w 2010, a wcześniej w Drumfest. Wygrałem - jakby nie mówić - konkurs światowy, który był na światowym poziomie. Wracam samochodem z Frankfurtu, wchodzę do domu, stawiam statuetkę na półce, schodzę do piwnicy i zaczyna się to samo. Jestem dalej tym samym człowiekiem, jakim byłem przed tą wygraną, mieszkający w tym samym miejscu, chodzącym po bułki do tego samego GS-u, budzony przez tego samego koguta. Kwestia opierała się bardziej na tym, że nie miałem tego poczucia, że złapałem tę "złotą kurę" za jajca. O to chodziło.


No, ale festiwal La Rioja?


Po wygraniu konkursu we Frankfurcie napisał do mnie od razu Dom Famularo, który zaproponował mi, bym zagrał na festiwalu La Rioja w Hiszpanii. Wyjechałem na ten festiwal, a tam świat... Piłem wódkę ze Stevem Smithem i Davem McClainem, który nazwał mnie nawet swoim dzieciakiem (śmiech). Młody byłem. Ten weekend był dla mnie niesamowity, świat u nóg. Wszystko pięknie, ale przyjeżdżasz później do Cięciny i siadasz za te same bębny, no i myślisz sobie - ja pie*dolę… Miałem lekką złość, więc nie nazwałbym tego kompleksem. A to, skąd pochodzę, zauważyłem, że teraz staje się atrybutem i zaczynam to doceniać.


Co było dla ciebie punktem przełomowym w tym okresie?


Punktem zwrotnym był moment, kiedy zadzwonił do mnie Piotrek Wróbel z zespołu Akurat. To była naprawdę przełomowa dla mnie chwila, bo byłem zły na ten cały świat. Chcieli się ze mną spotkać i żebym wpadł do nich na próbę. Zapytali, czy zrobię 4 numery. Siedziałem i wybiłem wszystko na blachę, wyryte, porobione w różnych tempach, chciałem być przygotowany perfekcyjnie, wiedziałem, że taka szansa więcej może się nie powtórzyć! Muzyka Akurat jest bardziej transowa i nie ma miejsca na jakieś przejścia, więc starałem się, żeby nie przesadzić, a być jednocześnie oryginalny. Przyszedłem, zagrałem, nie było pytań - mówiąc już tak bezczelnie. No, tak było, nie było się do czego przyczepić. W zasadzie zaczęła się wtedy dla mnie kariera muzyka, czyli muzyka, który ćwiczy, przygotowuje się do pracy, wykonuje ją i dostaje za to wynagrodzenie.


Jakie miałeś oczekiwania po tym mocnym starcie?


Chciałem, żeby ktoś mnie zauważył. Zrobiłem wtedy wielki postęp, miałem największy przyrost techniki, muzykalności, wszystkiego na raz. Wystrzeliłem jak z trampoliny, to była taka piguła, że chciałem grać! Być zaangażowanym w grę w zespole. Nie ukrywam, w zespole, który ma odpowiedni poziom na polskiej scenie, ma otwartych wiele drzwi. Może ktoś pomyśli teraz, że liżę dupę, ale zespół Bracia jest najlepszą alternatywą, jaką sobie wymarzyłem w tym kraju.


Zanim zacząłeś grać z Akurat, liczyłeś na to, że ktoś się odezwie?


Nie. Nie liczyłem na to, bo po tej całej sytuacji z konkursem nie było żadnego wsparcia. Nie oczekiwałem na żadną pomoc, bo nie widziałem światełka w tunelu. Miałem taki moment, przyznaję. "Fajnie zagrał, wygrał" i tyle. Dopiero ludzie obok zaczęli mówić, że "Stary, no jak to tak? Wygrałeś światowy konkurs, jak może zostać to pominięte?". Nic się nie dzieje bez przyczyny i ja jestem chyba tego potwierdzeniem. Byłem mocno aktywnym chłopakiem, jeżdżącym na przeróżne warsztaty, byłem głodny wiedzy, spotykałem się z ludźmi, zbierałem kasę tylko po to, żeby wyjechać gdzieś i się z kimś spotkać, bo może coś się pogra, jeździłem na pokazy, dżemy... Jednak największą dla mnie korzyścią okazały się warsztaty w Jaworkach. Spotkałem Wojtka Olszaka, który ostatecznie mi pomógł po tym całym zamieszaniu. Bezinteresownie, bez żadnego punktu zaczepienia, wysłał mi maila - co już było dla mnie szokiem - że szukają bębniarza do Kasi Kowalskiej. Zrobił zamieszanie wokół tego mojego występu na La Rioja, że jest taki młody, ambitny. Ostatecznie okazało się, że jestem za młody i obawiano się, że mogą być ze mną problemy właśnie z racji wieku, byłem dla nich niestabilny, że mi zaraz coś odbije i w ogóle, ale nie minął miesiąc i już grałem z Braćmi!


Jak trafiłeś do tej ekipy?


To była niesamowita akcja! Grałem trasę z Akurat, przyjechałem do domu, mieszkałem wtedy w Krakowie, siadam taki zrezygnowany, bo z całym szacunkiem, ale to nie jest moja muzyka i nie czułem jej tak jak powinienem. Odpalam Facebooka, a tam ogień, z 15 wiadomości. Wojtek Olszak pisał, że Cugowski będzie się do mnie zgłaszał. Na drugi dzień wszystko już było jasne, dostałem zapytanie, czy nie byłbym zainteresowany, no i pojechałem. To było 5 grudnia, pamiętam dobrze. Zrobili mocne powitanie, bo chcieli sprawdzić, jakim jestem człowiekiem, jaki będę w zespole, to bardzo ważne. Chciałbym, żeby było więcej takich ludzi. Wszystko wyszło naturalnie, była… masakra (śmiech). Na drugi dzień o 17 próba, a mnie głowa boli niemiłosiernie. Zapomniałem zabrać metronom z hotelu, grałem na pożyczonych beczkach, ale zagrałem jak najlepiej potrafię, czyli zza ucha, chciałem być po prostu sobą. Przez kolejne dwa tygodnie było u mnie lekkie wahanie, grałem z Akurat, co było fajne, ale to, jak powiedziałem, to nie była kompletnie moja muzyka. Chciałem grać z Braćmi, miałem już taką straszną chęć! Tydzień przed Sylwestrem dali mi znać, czy nie zagram z nimi w telewizji, no i poszło.


Czego się nauczyłeś od grania z Braćmi?


Pokory. Pokory, pokory, bardzo, bo jestem bardzo nieposkromiony.


A co to znaczy dla ciebie?


To stan ducha, w którym nie czuję się najlepiej, ale się nauczyłem… Uczę się, bo to pomaga. Wiem, że jestem szalony chłopak i mam cechy charakteru, które wzniecają, to takie moje "wariactwo"… czasami. Lubię towarzystwo, lubię być w centrum zainteresowania, lubię alkohol, lubię zabawę, a to wszystko jeszcze bardziej wznieca we mnie te cechy. Dostajesz nagle sporo możliwości, bo dostajesz fajne pieniądze za koncerty, jesteś w telewizji, wychodzisz na scenę, wszyscy klaszczą, jest ok i rzeczywiście to wszystko jest fajne. Ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest zabawa, jest to praca. Jest to coś bardzo wyjątkowego, bo nie każdy dostaje taką szansę. Wiem o tym, że na moje miejsce jest wielu i już czekają gotowi w blokach, chociaż wiem też, że jestem na tyle wyjątkowy - i nie boję się tego powiedzieć - że pasuje chłopakom to granie. Dostałem taką informację, że jakbym grał beznadziejnie to już dawno byśmy się pożegnali po przeróżnych akcjach, które z nimi przeżyłem. Nie mogę na tym wciąż jechać, wiem, może to brzmi pysznie, ale tak jest. Zaplecze techniczne, emocjonalne, duchowe, to wszystko im pasuje, tylko w krótkim czasie musiałem nauczyć się tej pokory. Uczę się wciąż. Mam świadomość swojego charakteru i muszę się często hamować.


Jaka ekipa musiałaby się pojawić, żebyś dla niej zrezygnował z gry z Braćmi? Politycznie poprawnie to chyba Whitesnake?


No tak, to by raczej nie bolało (śmiech). Powiem może tak. Gra się nam razem świetnie, jednak chłopaki mają świadomość tego, że w sumie w każdej chwili mogę odejść, ale wiem też, że chcieliby, bym grał "za wodą". Czują, że jest to miejsce dla mnie i ja też to czuję. Wiem, że dałbym radę. Nie jestem jeszcze może do końca przygotowany psychicznie, ale poradziłbym sobie. Bracia nie powiedzieli mi tego prosto w twarz, ale czuję, że tak jest. Jarek, drugi gitarzysta, mówi mi otwarcie: "Kup bilet i uciekaj stąd!". Chciałbym mieć ten komfort, że pojechałbym tam np. na rok spróbować i w razie czego, jakby mi się nie udało, to mógłbym wrócić do zespołu. W sumie nawet dałoby się tak zrobić.


Dlaczego Bracia to najlepsze miejsce dla ciebie?


Osiągnąłem w pewnym momencie bardzo dużo, później była pauza i spad, dlatego ta pokora musiała się samoczynnie pokazać, inaczej bym przepadł. W moim życiu były ciężkie momenty, myślałem sobie: "Co ja mam, ku*wa, robić? Przecież daję radę! Sumiennie ćwiczę, wszystko jest - stopki, metronom, nuty, co byś nie chciał, fru, fru!". A tu nie ma grania i nie ma mnie w Polsce, jestem "no-name’m". Stąd mówię, żeby to jasne było - Bracia to najlepszy dla mnie zespół w tym kraju i nie ma nic wyżej. Piotrek śpiewa światowo, Wojtek gra zjawiskowo na gitarze, Jarek jest wybitnym kompozytorem i gitarzystą, a Tomek gra tak na basie, że szczena opada. Chłopaki chcą wyjść poza ramy, uderzyć za granicę. Nie jest to zespół zamknięty, bazujący na tym, że w Polsce osiągnęło się już coś, zarabia się i już wszystko z głowy. Wiem też, że trzeba iść na pewne kompromisy, dlatego nabijanie na chinie i "uaaaaa!" nie zawsze przejdzie. Dobrze, że są koncerty i tam wszyscy możemy się wyżyć!


Jak praca nad nowym materiałem?


Siadamy do płyty. Stać nas na takie piosenki, że wszyscy zbledną z wrażenia. Wierzę, że będą świetne.


Jakie masz wytyczne w kwestii partii bębnów?


Dowolność budowania partii leży po mojej stronie. Nie ma nic ustalonego i mogę spokojnie tworzyć, chociaż wiadomo, że musi to być zaakceptowane. Wierzę w to, że płyta będzie bardzo organiczna, żywa, pełna energii. Zbudowane jest nowe studio - Studio Bracia w Lublinie. Myślę, że to będzie fajna akcja. Podejrzewam, że wejdziemy nagrywać pod koniec jesieni albo już w zimę. Nie mam jeszcze pewności, jak to będzie wszystko wyglądać, są różne pomysły, o których jeszcze do końca nie mogę mówić. Jestem dobrej myśli. Chciałbym zaaranżować partie bębnów, z których będę po prostu zadowolony.


Zapewne głównie rockowe klimaty, wkręciłeś się?


To, że ja gram w zespole rockowym i mam takie zacięcie, to nie jest do końca tak, że jestem zamknięty. Jestem fanem muzyki, oczywiście dobrej muzyki. Nie chciałbym być zaszufladkowany i kojarzony tylko z jedną stylistyką. Wiem, że to jest ciężkie. Jestem z tej nowoczesnej ery, niestety albo "stety", gdzie popularne stały się czopsy, wygibasy i inne cuda, które inspirują. Jednak trzeba wiedzieć, gdzie co można użyć.


Coś jak Ilan Rubin?


Dokładnie!! I to mnie kręci. On jest wyjątkowy. Bardzo muzykalny i świadomy! Chciałem się pokazać właśnie od takiej strony "modern". Nie chcę, by mówiono, że gram jak ktoś tam, chcę połączyć to wszystko, co mam. Zostać zapamiętanym, jaki ja jestem, a nie poprzez to kogo naśladuję. Z drugiej strony nie kręci mnie ta filozofia Maćka Gołyźniaka, którą bardzo podziwiam, ale on taki jest na serio. Ja taki nie jestem i pewnie zgodzi się ze mną, że każdy powinien stworzyć swoją drogę i wybierać to, co mu pasuje. Nie chcę być wciągany w jakąś bramkę.


Grasz na dwa zestawy z Adamem Tkaczykiem - jak przedstawisz ideę tego duetu?


Jest to forma zaprezentowania młodym ludziom, jak można wykorzystać na maksa wszystko to, co udało nam się osiągnąć w tak krótkim czasie, co może być inspiracją dla naszych jeszcze młodszych, ale też i starszych kolegów.


Jakie dalsze plany?


Liczymy na to, że może uda się wyruszać w trasę przede wszystkim po kraju. Chcielibyśmy zachęcić ludzi i pokazać im, że da się, bo zdobyliśmy doświadczenie w krótkim czasie. Adaś jest nieco starszy ode mnie i doświadczenie ma większe. Chcemy pokazać, że trzeba iść do przodu i ćwiczyć. Trzeba też ocierać się o te pierwiastki szczęścia, które niepisane gdzieś krążą wokół. Chcemy pokazać swoją percepcję na ten nowy nurt perkusyjny, jaki się wytworzył i trwa. My - zainspirowani starym graniem, nowym graniem, nowoczesnym, old schoolowym, chcemy złapać to w jedną ryzę, jako taka świeża krew. Mamy kompletnie różne style gry. Z Adamem jest fajny układ. Ja jestem postrzelony, on spokojny, ja nie mogę usiedzieć na jednym miejscu, on może siedzieć i siedzieć… (śmiech) Warsztaty, które graliśmy, niesamowicie przeżywałem. Nasza dwójka jest kompletnie różna, ale to dzięki temu razem doskonale się miksujemy, czuję to. Niejednokrotnie z tego połączenia wychodzą fajne rzeczy. Adaś często mnie uspokaja i jest katalizatorem pewnych sytuacji. Bo sam wiesz, jaki jestem…


Widać to nawet w waszych zestawach.


Bardzo lubię duże bębny. John Bonham to moja największa inspiracja. To dlatego tak lubię kopyto 24", 26", ach! Rozsadza mnie to! Masakra! Duże tomy - mnie to kręci! Jakbym widział cycatą blondynę z 60 w pasie (śmiech)! Nie będę robił tu "ą, ę", ale na 20" i 22" można zagrać rewelacyjne rzeczy, na 26" gra się bardzo trudno, trzeba mieć kopnięcie. To nie jest takie hop siup, naprawdę. Dowalić i mieć kontrolę ciosu, nie ma przebacz, musi być orka. Z drugiej strony nie wolno grać siłowo, by nie zapychać bębnów. Trzeba umieć dostosować się do gabarytów i takiego zestawu.


Zagraliście na Warsaw Drum Festival. Jak wrażenia?


Brakuje mi tych rozmów z bębniarzami. Fajnie, że taka inicjatywa rodzi się w Polsce. Jest rzesza fanów, jakakolwiek by ona była - liczna bądź nieliczna. Fajnie, że można się spotkać w takim miejscu, wszyscy bębniarze, którzy widzą się na ekranie monitorów. Profesjonalnie przygotowana impreza, ale zabrakło kilku szczegółów, które można wybaczyć z racji pierwszej edycji, szczególnie w komunikacji. Np. o grafiku imprezy dowiedziałem się dopiero ze strony Perkusisty. Równoległe ułożenie Matta Garstki i naszego występu też nie był do końca trafny.


Nie jesteś typem gościa, który ma oficjalne stopnie edukacji muzycznej.


W gruncie rzeczy sam się uczyłem, chociaż nie chcę tu urazić nikogo, kto miał ze mną styczność w kwestii edukacji muzycznej. Nie skończyłem szkoły muzycznej w klasie perkusji, więc można z tego punktu widzenia uznać, że jestem samoukiem - mimo, że brałem prywatne lekcje. Mając 7 lat chodziłem do szkoły na fortepian, ale ją rzuciłem, bo kretyn nauczyciel tłukł mnie po palcach, a to w przypadku siedmioletniego dzieciaka niezbyt dobrze wpływa na psychikę. Takie rzeczy zrażają. Mój brat grał na perkusji. Zniosłem bębny Polmuza ze strychu i zaczęło się. Jestem samoukiem, który wychował się na pierwszym Kornie, Metallice, ale i płytach Weckla, Vinniego Colaiuty oraz Steva Gadda.


Brakuje ci edukacji szkolnej?


Czasami tak, czasami nie. Wiem, co chciałem i chcę zrobić, ale nieraz patrzę na tych wszystkich, co mieli ten pułap zapewniony i osiągnęli sukces podobny do mojego. Widać tak miało ze mną być, tak się to miało u mnie potoczyć. Teraz nadrabiam czytanie nut, dokształcam się, jak tylko mogę, chociaż mi to ciężko idzie, bo... po prostu jestem góralem. Lubię improwizowane solówki, rozumiesz?! Nie lubię ludzi, którzy mają wyuczone sytuacje. Lubię, jak ktoś gra muzykę, czasem się wyj*bie, dobra, ale gra dalej. To są inspiracje dla samego siebie. Żeby było jasne, nie mówię tego, bo się uważam za jakiegoś skończonego muzyka, nie, tak nie jest. Chcę się rozwijać cały czas, jest wiele rzeczy, nad którymi muszę jeszcze sporo popracować. Nie chcę być zakompleksionym muzykiem! Chcę mieć zrobiony w jakimś stopniu jazz, stopy, miotły, wszystko w miarę swoich możliwości, rzecz jasna.


Co cię wkurza we współczesnym graniu?


To jest dobre pytanie. Przekleństwo tych czasów, co słychać, że ludzie za dużo są pod wpływem YouTube’a, uczą się kompletnych patentów. Za mało jest "flow", za mało jest serca, za mało jest spontaniczności, za mało jest bycia sobą, za mało świadomości, kim się jest i co potrafi w tym momencie. Za dużo naśladowania, pozerki i np. czopsów w balladach! No słuchaj! Bum… tach… bum… tach… dygydygydgy, no przecież na miejscu wokalisty wyrzuciłbym takiego gagatka od razu z kapeli. Za dużo tej lanserki, na dżemach, młodzi czekają tylko do pierwszego przejścia, już, żeby po czterech taktach zagrać solo. Te czasy nie dają nic zjawiskowego. Jazz, blues, wszystko ma swoje ramy, rock się przewija przez lata i tego się trzeba trzymać. Jest brak stylowości. Bębniarze nie grają stylowo, jest z tym kłopot. A ci, co grają, to chwała im za to. Jest dużo nijakości i braku charakteru. Moim zdaniem każdy z bębniarzy obsługuje najtrudniejszy instrument. Jesteśmy na samym końcu "układu pokarmowego", a jesteśmy praktycznie najważniejsi. Zobacz, dziś oglądałem perkusistę - Steve Goold, zwykłe 4/4, tu się nic nie wydarzyło nie wiadomo jakiego, ale te bębny są tak zaaranżowane, że mogę powiedzieć o tym gościu, że to jest perkusista naszych czasów. Zobacz, 3 minuty, możemy sobie looknąć… (w tym momencie poszedł w ruch telefon z filmem "Drumcam - Ben Rector (Follow You)"). Rozumiesz. To jest odpowiedź na twoje pytanie - "modern drummer"!


Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Tomasz Możdżeń
www.tomaszmozdzen.com

Wywiad ukazał się w numerze październik 2015





Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama