Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

John Tempesta

Dodano: 10.03.2016
Zespoły takie, jak White Zombie, Testament, Exodus mogą sugerować, że mamy do czynienia z galernikiem pozbawionym finezji. Nic bardziej mylnego.
Wystarczy posłuchać jego gry w The Cult czy też Motor Sister i już wiadomo, że jest to bestia z artystyczną duszą. Owszem, potrafi rąbnąć jak mało kto i szczerze mówiąc uważam, że w Polsce jest tylko jeden zawodowy perkusista, którego można z nim zestawić - Piotr Pniak. Każdy, kto zna Piotra, wie, że nie cofa ręki, ale przy tym jest niesamowicie inteligentny muzycznie, bo słowo muzykalny to za mało. Tak, jak często się z nim nie zgadzam w różnych kwestiach, tak samo często - jeśli nie częściej - go podziwiam. Podobny odbiór może być w stosunku do Johna Tempesty.

Niestety, w Polsce przyjmuje się bardzo prostą miarę. Rąbie mocno - wyrobnik, gra finezyjnie - artysta, nic pomiędzy, bez dopuszczenia myśli, że rąbać można finezyjnie. Odłóżmy to jednak na bok i posłużmy się faktami. John jest perkusistą tego samego gatunku, co wspaniały Charlie Benante czy też młodszy o pokolenie, równie dobry Tommy Clufetos. Wie, gdzie i jak trafić w werbel, by zadrżały mury i wie, jak powtórzyć te uderzenia, co już nie jest tak oczywiste i wielu bębniarzy wykłada się na tym okrutnie. Jego dynamit w grze na centralach wręcz powala i nie chodzi tu bynajmniej o szybkość. Ma się wrażenie, że każdy cios nogą to kolejna szpila wbijana w mostek, niesamowity atak!

Rozpoczynał jako techniczny w Anthrax, później już jako garowy kolejno w Exodus, Testament, wielki skok z White Zombie, kontynuacja z Robem Zombie, przygoda z Helmet, aż wreszcie The Cult, z którym jest do dziś, co nie przeszkadza mu na inne muzyczne harce. Przykładem chociażby jest projekcik z kolegami w Motor Sister. Kolejna płyta The Cult szykuje się na początek roku (album "Hidden City" ukazał się 5 lutego - przyp. red.), więc jest trochę czasu, by zagrać kliniki tu i tam.

Niemal w ostatniej chwili pojawiła się możliwość pokazu w Polsce i dzięki firmie Zildjian ekipa Drumfest wstawiła go do swojego bogatego grafiku koncertów. Zresztą przyjechał do Polski z angielskim przedstawicielem firmy (polskiego pochodzenia) dwa dni wcześniej i obserwował zmagania konkursowiczów Young Drum Hero, a także występ ekipy Stick Men z Patem Mastelotto za garami. Mimo wspaniałej gościnności Drumfest wciąż prosił: "Dajcie mi pierogi!". Wizyta w pierogowym przybytku o aparycji baru mlecznego była dla niego wielkim przeżyciem, utrwalanym na dziesiątkach zdjęć.

Okoliczności pokazu (opisanym w listopadowym numerze Perkusisty) nie były może idealne, bo niedzielne wczesne popołudnie w Opolu raczej ciężko do takowych zaliczyć. Mimo wszystko kompletny zestaw Tama, otoczony Zildjianami, rozgrzał się do czerwoności. Jeden z uczestników pokazu wręcz z pretensją zapytał mnie później, dlaczego tylko jeden pokaz i to w Opolu?! Musiał biedak fatygować się kawał drogi, by zobaczyć Johna w akcji. No cóż, udało się chociaż tyle.

Traf chciał, że tego dnia polska piłkarska kadra grała decydujący mecz o awans do przyszłorocznego Euro. Po wyjaśnieniu okoliczności John doszedł do wniosku, że chciałby zobaczyć ten "egzotyczny" sport w tak emocjonujących okolicznościach. Nie zawiódł się i z uśmiechem patrzył w hotelowym lobby, jak skaczemy do telewizora wydzierając się wniebogłosy. Po meczu w doskonałych nastrojach zasiedliśmy w barze, by rosząc gardło porozmawiać na poważne tematy.

Ok, to możemy teraz oficjalnie porozmawiać…


Gratuluję wam i waszej drużynie, serio, naprawdę cieszę się, że mogłem to zobaczyć. Nie widziałem cię jeszcze tak uśmiechniętego jak teraz, cały czas się cieszysz (śmiech). Byłeś pochłonięty tym meczem w całości, niesamowicie przeżywałeś, to było bardzo fajne, podobało mi się.


To było po prostu prawdziwe. Tak, jak to bywa z bębnami…


Stary, to jest pasja, o to w tym wszystkim chodzi. Czyż nie?


Po prawie 40 latach bębnienia wciąż masz pasję do gry?


Tak! Nigdy jej nie straciłem. Wciąż czuję tremę przed koncertem, śnią mi się bębny, projektuję sobie nowe bębny, odkąd skończyłem 10 lat i zobaczyłem pierwszy raz na żywo zestaw perkusyjny. Później kupiłem swoje pierwsze bębny Ludwiga. Od syna sąsiadów. Moja mama przyjaźniła się z nimi, chodziła sobie grać w karty. Zawsze chciałem tam pójść, bo wiedziałem, że ten chłopak ma bębny. Schodziło się do piwnicy, gdzie miał taką fajną salkę, był tam nawet bar. No i ten Ludwig (śmiech). Od tego czasu wszystko kręci mi się wokół bębnów.


Czujesz się czasami jak duży dzieciak?


Cały czas czuje się jak nastolatek, myślę, że cały czas mam w sobie ten pierwiastek. Chyba dobrze jest pamiętać, jak to jest. Mam często dreszcz na plecach, jak siedzę za bębnami. To zaangażowanie chyba się wzięło od moich rodziców, którzy ciężko pracowali. Mój tata jest Włochem, moja mama jest Chorwatką, a ja jestem pierwszym pokoleniem urodzonym w USA. Na wszystko sam musiałem zapracować, łącznie z moim pierwszym talerzem Zildjiana.


Czyli masz w sobie południowo-europejską krew?


O tak, mama i tata ciągle krzyczą na siebie (śmiech). Bardzo się kochają, ale wciąż na siebie krzyczą z byle powodu, o jedzenie, o telewizję, dosłownie o wszystko (śmiech), ale kochają się i są już ze sobą 60 lat. Jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, uważam, że wyniosłem z domu bardzo dużo pozytywnych wartości, które pomogły mi w mojej karierze. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Mam kupę szczęścia, że mogę grać dzięki Zildjianowi takie kliniki jak dziś. Grałem też np. w Bari, mieście pochodzenia mojego ojca. Cała rodzina przyszła mnie oglądać. Z drugiej strony moi starsi bracia wrzucili mnie w Kiss, Aerosmith, Led Zeppelin, Black Sabbath. Wiesz, te zespoły były wtedy na etapie takich płyt i piosenek, jak Dream On (Aerosmith) czy Hotter Than Hell (Kiss), stary! Zawsze byłem zadziorny i nawet, jak graliśmy w football, to siłowałem się ze starszymi od siebie, nazywali mnie "Crazy John" - CJ (śmiech). Oczywiście nie zawsze się to dla mnie dobrze kończyło, ale to jest właśnie ten mój charakter.


Czyli to, jaki jesteś, przejawia się w tym, jak grasz?


Wydaje mi się, że tak. Wszystko wywiera na ciebie wpływ, środowisko, otoczenie, to, jak się zachowujesz itd.


Twoja gra jest bardzo konkretna.


To wszystko wynika ze słuchania i grania cały czas. Jak byłem młodszy to w weekendy moi koledzy lubili wyjeżdżać za miasto, uchlać się i bawić. Ja wolałem zostać w domu i grać na bębnach. Siedziałem i ćwiczyłem. Szlifowałem swój styl nieustannie. Ciągła praca i zaangażowanie. Tylko, że ja miałem nieco łatwiej, bo towarzyszyła mi pasja, szczerość i naturalna potrzeba gry.


Zasadniczo można cię uznać za perkusistę metalowego…


Wiesz, moje pierwsze zespoły jak Exodus i Testament to rzeczywiście kapele metalowe, ale mogę je uznać jako wyzwania w tym okresie. Przed tymi kapelami byłem bardziej w takim klimacie, jak Cozy Powell, czyli coś w okolicach Rainbow, UFO, Thin Lizzy, Judas Priest i Accept to były najostrzejsze rzeczy, jakie grałem. Grałem w zespole Jackals i byliśmy całkiem popularni w klubach, zasuwaliśmy sporo coverów. Później poznałem Charliego Benante, bo razem z Frankiem (Bello) chodziłem do ogólniaka. Po szkole chodziliśmy do Charliego do domu, gdzie miał rozstawiony olbrzymi zestaw bębnów jak zestaw Neila Pearta. Charlie grał wtedy z nami na gitarze, a ja zasuwałem na bębnach. Wsiąkliśmy mocno w klimaty Accept, Motorhead, Iron Maiden, Saxon. To nas ze sobą połączyło. To były też najmocniejsze rzeczy, jakie grałem. Jak rozpadło mi się Jackals i Tony zaczął grać w TNT, zacząłem szukać zespołu dla siebie, szukałem wokalisty i takie tam… Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Wtedy Charlie zaproponował mi: "Hej, a dlaczego nie pojedziesz ze mną?". Myślałem, że to jakiś żart. To był okres, gdzie mieli jechać w trasę z Metalliką, która promowała Master Of Puppets, ale już z Jasonem. Charlie wiedział, że jestem mocno wciągnięty w bębny, chodziliśmy razem do sklepów i o bębnach wiedziałem wtedy po prostu wszystko. Dlatego sprawdziłem się jako techniczny. Pojechałem z zespołem w trasę i zauważyłem, że może być fajnie, zwiedzać świat, być poza domem rodziców, poznawać nowych ludzi i zarabiać przy tym pieniądze. Najważniejsze było w tym wszystkim to, że ludzie przychodzili oglądać, jak gram próby dźwięku. "O, ten koleś nieźle gra!" - mówili. Randy Castillo, Eric Carr, przychodzili popatrzeć, co było niesamowicie budujące. Zachęcali mnie i powtarzali, że powinienem znaleźć sobie zespół. Eric poznał mnie z Acem Frehleyem, który szukał wtedy ludzi do zespołu. To był wspaniały facet. Koleś z wielkiego Kiss przyszedł specjalnie na przesłuchanie do Ace’a i zostałem przedstawiony. Rozumiesz? Tak samo Randy, który grał z Ozzym Osbourne’m wtedy. Nazywał mnie John "Tempestuist" i ciągle powtarzał, że muszę grać w zespole.


Podobnie miał Nick Menza, który był najpierw technicznym w Megadeth.


Dokładnie tak, tylko, że u mnie było to nieco wcześniej. Ten system się sprawdził, bo przejechałem pół świata jako techniczny i ludzie widzieli, jak sobie radzę, jak gram, a ja przy okazji poznawałem ludzi. W ten sposób dostałem robotę w Testament, ponieważ chłopaki zobaczyli mnie przed koncertem Anthrax, jak gram, wiedzieli, że rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, jak to się je. Zarówno Exodus i Testament grali przed Anthrax i właśnie w ten sposób zostałem zaangażowany do roboty.


Czyli odrobiłeś zadanie domowe jako techniczny.


Powiem ci, że Eric i Randy nauczyli mnie jeszcze jednej rzeczy. Ci faceci przeszli bardzo długą drogę, dzięki nim zrozumiałem, że trzeba umieć być człowiekiem… Chodzi o to, ze trzeba zachowywać się tak, by chciano cię zatrudnić. Nie możesz zgrywać najmądrzejszego gościa na świecie! Musisz pójść na pewne kompromisy i wiedzieć, gdzie jest twoje miejsce. Dzięki temu miałem przyjemność pracować z tyloma zespołami przez dłuższy okres. Nigdy nie mówiłem żadnych głupot na czyjś temat, nigdy nie gadałem głośno o zobowiązaniach w zespole. Nie tędy droga, to rodzi sporo niezdrowego gówna…


Jak postrzegasz współczesnych perkusistów, aspirujących do bycia zawodowymi, mocno bijącymi bębniarzami?


Wiesz, to ma wiele różnych elementów. Widzę dzieciaki na YouTube, ok, to fajne, że sobie grają, ale wolałbym, by wychodzili z domów, szli na koncerty, płacili za bilety i oglądali show. Ja tak robiłem, może dlatego mam takie podejście. Chciałem kupować płyty i być wśród ludzi. Moim zdaniem teraz to wszystko przychodzi za łatwo i nie jest doceniane. Jeżeli to działa na ciebie to ok, np. lekcje w Internecie. Dla mnie nie było problemu gnać przez śnieg kilka mil do swojego nauczyciela. Może to brzmi trochę "Jak ja byłem w twoim wieku to…" (śmiech), ale taka jest prawda. Uważam, że wyróżnikiem jest po prostu ciężka praca. Tak, jak mówiłem, jestem z tego pokolenia, które dochodzi do wszystkiego pracą. Po szkole pracowałem jako kurier, ale chodziłem do sklepów i patrzyłem, co nowego się pojawiło. Ta pasja jest do tej pory. Chłopaki z The Cult zauważyli, że potrafię spędzać godziny na rozmowach o bębnach. Kocham to.


A nastawienie się na zarabianie w metalu? Ma to sens?


Sytuacja jest teraz zupełnie inna, branża muzyczna jest kompletnie inna. Nie uważam, żeby takie nastawienie było dobre, jest to teraz niezwykle ciężkie. Byłem technicznym i stałem się perkusistą na pełny etat, miałem dużo szczęścia. Trafiłem do White Zombie, trafiłem do The Cult, które są konkretnymi dużymi zespołami. Wsiąść do busa i zjechać kraj grając koncerty jest fajnie, ale raczej nie zarobisz na tym pieniędzy, jest to dobre doświadczenie. Szczególnie, jak jesteś starszy i masz rodzinę. Pogodzenie tych dwóch rzeczy, czyli gry metalu i zarabiania na życie, jest strasznie trudne w obecnych czasach, bo czasy są zupełnie inne. Nie chcę tu nikogo zniechęcać, ale po prostu takie są fakty i dobrze mieć świadomość, by później nie być niemile zaskoczonym.


Poszedłbyś jeszcze raz tą samą drogą?


Teraz? Zdecydowanie! Do cholery, bez dwóch zdań zrobiłbym to! Bębny są na pierwszym miejscu, a cała reszta jest do ogarnięcia, tylko trzeba to umieć robić. Media społecznościowe i cała reszta możliwości, jaką daje Internet w autopromocji, to bardzo silna broń. Ta współczesna generacja jest inna, ale nie znaczy, że nie da się już nic zrobić. Trzeba umieć korzystać mądrze z tych wszystkich ułatwień. Przede wszystkim bardzo prosta sprawa - nie bądź naiwny! Masz Facebook, Instagram itd. Musisz z tego korzystać i promować się samemu, bo nikt tego za ciebie nie zrobi. Wciąż musisz coś dodawać, ponieważ ludzie szybko się nudzą. I tu właśnie dotykamy problemu, z którym trzeba sobie poradzić! Ludzie szybciej niż kiedyś tracą zainteresowanie daną rzeczą. Wszystko jest szybkie, krótkie…


Racja, nawet u nas w magazynie postawiłem na krótkie szkoły video…


…bo ludzie szybko się nudzą. Racja. Takie 3 minuty to maks. Każdy siedzi na telefonie, klika non stop i jest wciąż rozkojarzony, ciężko skoncentrować się na czymś, nie myśląc o czymś innym. Nie myśli się o płytach, tylko o piosenkach. Pamiętam, jak wychodziło Kiss Destroyer. Siedziałem, jak na szpilkach w szkole i czekałem na koniec lekcji. Przeczytałem w gazecie, że tego dnia będzie premiera płyty. Pobiegłem jak szalony i kupiłem tę magiczną płytę. Wyobraź sobie reakcję dzieciaka na ten album na winylu, z tą genialną okładką, super bohaterowie, od razu chciałem być jak Peter Criss! Kładziesz igłę na płytę i słyszysz nagle Detroit Rock City! I jesteś wciągnięty! Trochę mi żal, że młodzi ludzie nie przeżywają teraz wydarzeń muzycznych w ten sposób, to wielka strata. Mimo plusów współczesnej technologii to akurat jest bardzo słabe. A wracając do tematu koncentracji - zwróć uwagę na to, co robią dziś perkusiści. Idziesz do sklepu, gdzie jest jakiś pokaz, nie wiem… spotkanie z perkusistą. 5 sekund i jest młyn, no żesz… To samo dziś na konkursie, który oglądaliśmy. W amerykańskich sklepach jest dokładnie to samo. Chciałbym, by na scenę wyszedł gość i zagrał przez 20 sekund Back In Black AC/DC, bez żadnych pieprzonych przejść! Żeby zagrał tak, jak leci, a nie czarował nie wiadomo o czym.


Wiem, o czym mówisz, sam często proszę młodych, by zagrali mi Billie Jean Jacksona - nie wytrzymują, rączka ucieka (śmiech).


Ha! 5 minut takiego grania jest zabójcze. Wystarczą dwie minuty.


Widzisz rozwiązanie tego - nazwijmy to - problemu?


Czy ja wiem…? Nie ma na to jakiejś recepty. Tak chyba powie każdy z moich znajomych, a 90% z nich to perkusiści (śmiech). Każdy pracuje na własne konto i każdy jest inny. To jest jedna z piękniejszych rzeczy w środowisku perkusyjnym, że każdy jest inny. Każdy dorasta i często wyrasta z pewnych nie do końca mądrych spraw, jak np. usilna próba kopiowania kogoś innego. Dlatego wydaje mi się, że tak czy inaczej samo się to układa, tylko forma jest w tych czasach zupełnie inna.


Fajnie się z tobą rozmawia, czym cię najlepiej wciągnąć do rozmowy?


Cokolwiek, jeżeli chodzi o bębny i muzykę, to wtedy możemy nawijać bez końca. Bo to jest tak, jak dzisiaj ten chłopak na pokazie - Filip. Powiedziałeś, by wszedł na scenę, co było super pomysłem. Zasiadł za moimi bębnami, jak gdyby nigdy nic i zaczął coś tam próbować. Był strasznie pewny siebie, chłopak ma jaja! Bardzo mi się to podobało. Lubię takie spontaniczne, szczere akcje. Właśnie taką osobą jestem, chociaż gdybym to ja poszedł np. na klinikę Terry’ego Bozzio, to bym jednak nie odważył się na taki ruch. Jeżeli mogę w czymś pomóc, a ten ktoś osiąga przez to sukces, to jestem bardzo szczęśliwy, to niesamowita i szczera radość. Nie jestem jednak typem nauczyciela, bo za bardzo jestem impulsywny. Odzywa się ta włoska natura, wiem o tym, ale jak mogę to chętnie pomogę.


Testament Low to był istotny krok w twoim marszu w stronę dobrze płatnego grania…


To było jeszcze przed Zombie, tak. W odróżnieniu od White Zombie na Low nie nagrywałem z metronomem, a tytułową piosenkę nagrywałem sam. Fajne było to, że wzmacniacze stały w pomieszczeniu z bębnami, więc można było nagrywać, przebijając się przez gitary. Dlatego bębny są tam tak masywne. Ciekawostką jest to, że nie byłem mocno zżyty z chłopakami z zespołu, coś nam nie żarło. Wyrzucałem wszystkich z pomieszczenia, liczyłem, nabijałem i jechałem całą piosenkę bez metronomu. Sesja z White Zombie była zupełnie inna.


Czyli jaka?


To była naprawdę świetna, przemyślana sesja, nagrywał to Terry Date. Napisaliśmy najpierw wszystko razem i nagraliśmy na czterośladzie, bo Rob zawsze wszystko rejestrował. Charlie Clouser, który zajmował się programowaniem kilka tygodni przed sesją, pojawił się z całym przygotowanym materiałem. Wszystkie kliki były zrobione, co zasadniczo ułatwiło mi całą robotę.


Spodziewałeś się takiego efektu? Wspominałeś mi wcześniej o groove’ie do More Human Than Human…


O tak, tak, ten groove! Na jednej próbie w pewnym monecie zacząłem grać ten groove, on jest taki mocno Bonhamowy. Rob to usłyszał i krzyknął "Keep playing that, man!" (John powiedział to, idealnie naśladując głęboki głos Roba!). Nie miałem kompletnie świadomości, ze będzie z tego flagowy utwór z płyty. Później Charlie dołożył do tego loop, przez co piosenka nabrała więcej przestrzeni i życia. Jestem z tego bardzo dumny, bo na tym groove’ie zbudowany jest ten utwór, a piosenka wylądowała w olbrzymiej ilości filmów. Wszystko to dzięki podejściu Roba, który chciał mieć duże bębny. Tym bardziej mi się to podobało - bębny są na pierwszym planie, rytm pompuje non stop. Piosenka pociągnęła cały album za sobą. Cały sekret polegał na tym, żeby można było do tego tańczyć. Brzmienie albumu jest świetne.


Gdzie to było?


W NRG Studios, świeżo postawione studio. Byliśmy chyba drugim zespołem tam nagrywającym. Technikiem był techniczny Ringo Starra - Jeff Chonis. Pamiętam to dokładnie, bo właśnie przeskoczyłem na Tamę. Zaraz potem pojawił się Starclassic, a Jeff miał prototyp tych bębnów. Cała płyta miała groove’ić i tak się udało zrobić, zresztą Rob zawsze chciał mieć taki efekt na płycie.


Skąd pomysł na łysą głowę!?


Miałem wtedy długie włosy, ale moja łysa pała była wizją Roba. Rob miał dredy, kojarzysz? Powiedziałem, że ja na pewno nie będę miał dredów. Rob na to, że powinienem ogolić głowę, bo będę wyglądał inaczej od metalowych gości. No dobra, wziąłem golarkę i poszliśmy na imprezę, gdzie były striptizerki i takie tam historie, był tam nawet Gene Simmons. Scott Ian z Anthrax wziął i ogolił mi moją pieprzoną głowę! Na drugi dzień się obudziłem, patrzę w lustro i… "Whaaaat?". Ale taka była wizja Roba, bardzo dużą wagę przykłada do wizerunku. Ludzie patrzyli na mnie na płycie i myśleli, że to jakiś wielki cham (śmiech). Zobacz na moje ręce. Są całe w tatuażach. Wcześniej miałem tylko jeden, ale trzeba było sobie je zrobić, bo taki był plan na wizerunek. Myślisz, że przesadzam? To zobacz na Tommy’ego Clufetosa, to świetny perkusista, ale też musiał się cały wydziarać do zespołu Roba. Jeżeli chcesz być częścią tego przedsięwzięcia, musisz dostosować swój wygląd do wizji, jaką ma lider.


Uważasz więc, że image jest ważną rzeczą i młodzi perkusiści powinni zwracać na to uwagę.


Nie za mocno. To istotna sprawa, ale przede wszystkim trzeba się zająć swoją grą. Wizerunek jest sprawą drugorzędną w takim układzie. Wiesz, mieszkam w Los Angeles i tam ludzie za bardzo zwracają uwagę na to, jak wyglądasz. Nienawidzę tego, jak niektórzy oceniają cię wyłącznie po wyglądzie. Jeżeli bierzesz udział w przesłuchaniu do jakiegoś wielkiego zespołu to rzeczywiście przykłada się do tego wagę. Nie możesz być jakimś tam zwykłym kolesiem w dresach. Słuchaj, możesz teraz robić, co tylko chcesz, rób to, pamiętaj jednak wciąż o muzyce. Szczególnie rock and roll powiązany jest z wizerunkiem. Możesz być najlepszym bębniarzem na świecie, ale musisz mieć też "to coś" w sobie. Przykro mi, ale ciężko będzie się wybić w rocku, mając wizerunek jak Charlie Watts, jest tylko jeden Charlie Watts. Nawet, jak tnę rękawki z koszulki to chodzi tu o eksponowanie tatuaży. Skoro już je mam i wpieprzyłem w nie kupę kasy, to muszę to wykorzystać. Jest to część tej pracy i trzeba zwracać na to uwagę. Trzeba dbać o siebie. Trzeba zwracać uwagę, w czym się gra na scenie, ale bez przesady, bo trzeba przy tym być sobą. Rock and roll mówił zawsze o wolności i nie wolno o tym zapominać.


Mówi się też, że jest tam dużo pozy…


Tak, jest w tym jakaś poza, ale co z tego? Jest masę pozerów, jak Poison czy Motley Crue, którzy robią to bardzo dobrze, zawodowo. Rób, co chcesz i wierz w siebie! Brzmi niby łatwo, ale musisz o to walczyć, musisz to poczuć, musisz zapracować. Przede wszystkim zapracuj na to. W L.A. wiele osób podpowiada, żeby zrobić to czy tamto. Najpierw muszę uwierzyć w siebie i w to, co chcę osiągnąć. To ciężko przekazać słowami, bo we wszystkim musi być jakiś umiar, wszystkiego trzeba po trochu, bądź sobą, wariuj, ale też dbaj o to i nie miej pretensji, że komuś się to nie podoba. Pamiętaj też, że jak ćwiczysz to wyrabiasz w sobie pewność i nie ma znaczenia, czy grasz dla 20 osób czy dla 20 tysięcy. Zawsze dajesz z siebie wszystko, każdej nocy.


Zatraciłeś się w rock and rollu…


W całości, na zawsze…


Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Bjørn Jansen Photography (sesja)

Wywiad ukazał się w numerze grudzień 2015





Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama