Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Tommy Lee

Dodano: 22.04.2016
Mötley Crüe schodzi z rockandrollowej sceny z wielkim hukiem. Nie jest to jednak głośny upadek czy też inna katastrofa.
Stare wygi doszły do wniosku, że trzeba skończyć imprezę, zanim wszyscy skończą z głową w sedesie. Tommy Lee jest jednym z wodzirejów i wie, czym się kończy dobrze zakrapiana balanga.

Jest z pewnością jedną z najbardziej kolorowych postaci w świecie rockowej perkusji. Budzi równie wielkie perkusyjne kontrowersje jak Lars Ulrich, ale z pewnością nie należy ujmować mu talentu, ponieważ jest to niezwykle bystry muzyk. Druga sprawa, że w kwestii gry na bębnach jest on zwykłym leserem, obibokiem i aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wciąż siedział uczciwie regularnie po te kilka godzin dziennie nad bębnami. Tommy’ego jednak ciągnął blichtr sławy. Panienki, fajki, dragi, a w ręku flaszka - zawsze do połowy pełna.

Życiówka


Sukces Motley Crue w pierwszej połowie lat 80 opierał się na hardrockowej energii, opartej na opisanym powyżej wizerunku. Kompozycje proste, ale nie banalne, teksty wyjątkowo głupawe, ale chwytliwe, w sam raz do zalewania się wieczorami w trupa, leżąc twarzą w jakimś obfitym biuście przypadkowo poznanej laski, której imienia się nawet nie pamięta. Królowie życia wyciskający, ile się da z show biznesu Los Angeles, będącego wtedy u szczytu w swej dekadencji. Nikt nie liczył, ile kosztuje sesja nagraniowa, wytwórnie doiły pieniądze z niezwykłą skutecznością w każdym miejscu, gdzie pojawiła się jakaś potencjalna gwiazda i z bólem, ale opłacały wybryki kapel. A Motley Crue zostawiało po sobie okrutny bajzel i aż dziw bierze, że muzycy nie przekazywali sobie wzajemnie różnych "niespodzianek", bo drzwi ich garderoby zazwyczaj się nie zamykały, a panienki ochoczo badały anatomię wszystkich muzyków.

Przełom lat 80/90 to absolutny szczyt "pudel metalu", który chwilę potem wypalił się do cna, ustępując miejsca nowym gatunkom rocka. Motley Crue zapadło się równie szybko jak cała reszta. Złoty okres zakończyli udaną płytą Dr Feelgood (1989), która ma fenomenalny wstęp perkusyjny w tytułowym utworze, pokazujący, jaki potencjał drzemie w Tommym. Później nie było już tak kolorowo, bo w 1992 roku, w momencie załamaniu rynku hair-metalu, odchodzi wokalista Vince Neil, a gdy wreszcie po kilku latach zdecydował się wrócić, to w 1999 roku Tommy się ofukał na resztę i wyparował z kapeli (na jego miejscu pojawia się nieodżałowany Randy Castillo). 5 lat motał się Tommy ze swoimi projektami solowymi. Niestety, w cenie były aspekty, związane z życiem pozamuzycznym, ale Tommy sam sobie na to sumiennie zapracował. Najpierw prowadzał się parę lat z aktorką Heather Locklear, którą puścił kantem z gwiazdką porno, a następnie posiadł sex bombę z popularnego serialu Baywatch (Słoneczny Patrol), Pamelę Anderson, ówczesny cukierkowy, biuściasty obiekt pożądania zarówno pryszczatych komputerowców, jak i białych kołnierzyków. To z nią nakręcił jeden z bardziej znanych filmów przyrodniczych, więc o tym, że jest to utalentowany muzyk mówiło się wtedy najmniej.

W roku 2004 perkusista postanawia z powrotem zasiąść za bębnami w zespole, który dał mu sławę. Motley Crue po kilku latach zawieszonej działalności wyczuło dobry moment na powrót na scenę. W tym okresie wróciło z banicji wiele kapel lat 80, jak np. Whitesnake czy Europe, które wreszcie odnalazły swoje miejsce na rynku muzycznym i z powodzeniem grają do tej pory. Z biegiem lat status Motley Crue urósł do poziomu legendarnego i koncerty w dużych arenach często kończyły się magicznym napisem "sold out!" (wyprzedany). Na publice widać było kilka pokoleń fanów. Mimo upływu lat dawne fanki nastolatki, teraz jako dorodne "milfy" nie poprzestawały z ochoczym prężeniem torsów. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, dlatego zespół postanowił zakończyć koncertowanie wielka trasą, która swoje zwieńczenie ma już po pojawieniu się w sprzedaży niniejszego numeru Perkusisty - 3 koncerty w stolicy rozwiązłego rocka, czyli Los Angeles, na koniec grudnia 2015. Znając życie, może się to pożegnanie nieco przedłużyć, czego przykładem jest chociażby Kiss, które gra swoją trasę pożegnalną od ponad 15 lat lub Judas Priest, które jakoś nie może zejść ze sceny od 4 lat albo Ozzy Osbourne, który zapowiedział, że żegna się z dechami scenicznymi w… 1992 roku.

Muzyk


Już na samym początku działalności Motley Crue widać było, że facet ma wielki potencjał i szczególnie na koncertach prezentował się najsolidniej spośród swoich kolegów. Klasyczny zestaw-czołg, czyli dwie centrale z pentagramami na naciągach i dwa wielkie tomy przed sobą, otoczony blachami Paiste, które z czasem zmienił na Zildjian. Tommy miał zawsze tendencje do częstego gadania różnego rodzaju patosiastych durnot podczas swoich solówek, które to znów nie były typowymi pokazami. Bębniarz wymyślał coraz to nowe bajery i w momencie, jak zaczął grać do góry nogami (co kilkanaście lat później powtórzył Joey Jordison) wydawało się, że osiągnął szczyt absurdu. Na ostatniej trasie muzyk dopracował do perfekcji swój największy cyrkowy pomysł, jakim było granie solo na zestawie umieszczonym na swego rodzaju kolejce górskiej.

Z biegiem lat jego zestaw perkusyjny także ewoluował, oprócz zmian blach zmniejszył ilość centralek i tomów. Nadrobił to jednak rozmiarami bębna basowego, którego jeden z egzemplarzy został wykonany specjalnie na życzenie przez firmę DW, a John Good przewraca oczami na samo wspomnienie tego zamówienia. Ostatecznie Tommy zagrzał miejsce w firmie Pearl, gdzie akrylowe zestawy, w które można nawciskać mnóstwo lampek, wydały mu się idealne na scenę.

Jeżeli chodzi o jego styl to jest to niesamowicie energiczna rockowa gra "zza ucha". Wizualnie perkusista prezentuje się fenomenalnie, a merytorycznie? Jak wspomnieliśmy wcześniej, nie wolno odmówić Tommy’emu wielkiego talentu. Jest z pewnością człowiekiem o dużej muzycznej wyobraźni, jego partie zawsze dobrze zażerały z całym kontekstem muzyki. Nie wychodził przed szereg i nie zasypywał kanonadą przejść, akcentuje trafnie i celnie, co wbrew pozorom nie jest proste. Godne polecenia są urozmaicone partie bębnów w Live Wire czy też bardzo inteligentne podkręcanie emocji z Kickstart My Heart. Początkowy groove z Dr Feelgood, to typowa "groove’owa pułapka", ponieważ prosta fraza okazuje się już nie taka prosta w momencie, gdy ma bujać i nosić tak, jak to robi oryginał. Spróbujcie! Te trzy kompozycje z tak zaaranżowanymi bębnami są przykładem na to, że autor nie jest wyrobnikiem, czy też ślizgającym się na skandalach farciarzem. Takie partie układa ktoś, kto myśli wielowymiarowo, przynajmniej w muzyce. A już kwintesencją jego talentu jest tytułowy album, nagrany z Johnem Corabi na wokalu. Płyta niestety bardzo niedoceniana z racji bardzo konserwatywnego podejścia fanów.

Co ciekawe, jego siostra, wciąż dość urodziwa Athena (rodzinka Lee pochodzi z Grecji) także jest perkusistką, popularną w środowisku rockowym Los Angeles nie tylko z racji słynnego brata. Radzi sobie za bębnami całkiem przyzwoicie i oglądając ją zza pleców, co mieliśmy okazję np. na Bonzo Bash przypomina mocno swojego brata z powodu pajęczych ruchów. Rodzeństwo wydaje się być nieco szurnięte, ponieważ Athena była małżonką perkusisty Scorpions - Jamesa Kottaka, który delikatnie mówiąc, do najmądrzejszych nie należy.

Tommy Lee kończy - przynajmniej teoretycznie - przygodę z Motley Crue, ale nie kończy przygody z muzyką. Jesteśmy przekonani w redakcji, że Motley zagra jeszcze nie raz, a w między czasie Tommy chwyci gitarę, klawisz i skomponuje jakąś zakręconą nutę, co wiele razy uczynił w przeszłości. Trasy koncertowe takich zespołów, jak Motley Crue, mają w zwyczaju omijać Polskę i rok 2015 nie był wyjątkiem od reguły. Europa mogła delektować się wesołym rockandrollowym cyrkiem. Była to okazja, by podpytać Tommy’ego, jak czuje się w trasie, kończącej tak ważny rozdział jego życia.

Mötley wciąż zapełnia wielkie sale koncertowe, skąd więc pomysł na nagłe skończenie tej przygody?


To nie jest coś na zasadzie: "Hej chłopaki, zróbmy to!". Rozmawialiśmy na ten temat przez jakieś sześć lat. Siedzieliśmy w japońskim hotelu i zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, jak chcemy, by nas zapamiętano i jak chcemy to wszystko skończyć. Czujemy, że doświadczyliśmy wszystkiego, czego mogliśmy doświadczyć, ludzie się starzeją i każdy chce robić też inne rzeczy, a bycie w Motley Crue pochłania cały nasz czas. Zastanowiliśmy się nad datą i stwierdziliśmy, że będzie to początek roku 2016. Im więcej na ten temat rozmawialiśmy, tym bardziej zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że będzie to najbardziej szlachetna droga, by godnie zejść ze sceny. Chcieliśmy być w opozycji do tego, co często widzimy w przypadku wielu znanych kapel, które nagle kończą graniem w ogródku piwnym dla 100 osób. Nie chcieliśmy być tak zapamiętani. Chcieliśmy odejść, gdy wszyscy są zdrowi, odejść będąc na wysokim poziomie. Pomyśleliśmy, że byłoby to chwalebne i wzbudziłoby szacunek. "Było nieziemsko, odchodzimy, trzymajcie się!". Wszyscy się uśmiechaliśmy, mówiąc o tym, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę z tego, że to jest właściwa droga.


Picie, ćpanie i bójki było waszą normą w latach 80 i mało kto by pomyślał, że ten zespół dotrwa do 2015 roku. Jak Motley Crue przetrwało przez 35 lat?


Może dlatego, że mieliśmy wystarczająco dużo oleju w głowie, by się zorientować, że przesadzamy. Pamiętam dokładnie w 1989 roku przed Dr Feelgood, jak usiedliśmy razem i postanowiliśmy sobie, że wystarczy tego dobrego. Ludzie zaczynają przeginać, ludzie stają się pier*olnięci, ludzie nie budzą się wcześnie, nie budzą się wcale. Mieliśmy masę różnych ekscesów. Ciężko to wytłumaczyć, ale to było kur**sko szalone, a to, że wciąż jesteśmy, jest rezultatem tego, że w jakiś sposób, kiedyś tam, byliśmy w stanie zatrzymać się na chwilę i zdać sobie sprawę, że jeżeli będziemy kontynuować ten styl, to będzie koniec. Jeden z nas zaraz padnie. Postanowiliśmy sobie, że zatrzymamy się i skoncentrujemy się na muzyce. Wyjechaliśmy z domu do Vancouver, by nagrać Dr Feelgood. Tam nic nas nie rozpraszało. Żadnych du*eczek, dilerów, po prostu oderwaliśmy się od tego g*wna, jadąc do tego deszczowego miasta, gdzie nie mieliśmy nic do roboty, tylko tworzenie muzyki. To było idealne dla nas. Jest tam jedna z przyczyn, dlaczego wciąż jesteśmy. Kolejną jest fakt, że zawsze wkładaliśmy dużo pracy w rozwój.


Widowiskowość to ważny element twojego wizerunku scenicznego. Którego showmana zobaczyłeś jako pierwszego?


Tommy Aldrige był jednym z pierwszych efektownych perkusistów, jakiego ujrzałem. Widziałem kręcenie pałeczkami w marszowych zespołach, ale tutaj po raz pierwszy widziałem perkusistę rockowego, kręcącego pałkami, będącego widowiskowym w momencie uderzania w blachy. Zdecydowanie był jedną z moich inspiracji.


Włączyłeś coś do swojego repertuaru?


Zawsze to lubiłem, myślałem, że to jest takie super fajne. Inspirowało mnie na tyle, by wprowadzać te triki u siebie i jednocześnie tworzyć własne. Grałem kiedyś i wyleciała mi pałeczka, pomyślałem "łał!". Zacząłem uderzać w bęben razem z rimem i pozwalałem, by pałeczki leciały w górę. Dostałem kilka razy w twarz, ale potem wyciągnąłem werbel na podwórko za domem i tam zacząłem nieustannie ćwiczyć. Wreszcie doprowadziłem do tego, że miałem wyczucie, kiedy chcę uderzać w ten sposób. Używałem tego triku, gdy mogłem trzymać rytm za pomocą jednej ręki, drugą ręką mogłem uderzać tak, by pałka leciała w powietrze. Typowo wizualna sprawa.


Twoje solówki były zawsze widowiskowe. Czy od początku miałeś zamiar powstrzymywać fanów, którzy wykorzystują perkusyjne solo jako okazję do wyjścia do baru?


To było świetne, czuję, że osiągnąłem to, co chciałem od początku w kwestii solówek. Tommy zainspirował mnie, by zrobić coś innego. To wielki perkusista, ale wtedy też zobaczyłem ten proceder podczas solówki i pomyślałem: "Gdzie ci ludzie idą?". Część szła po browar, część po prostu sobie gadała, tymczasem ten koleś po prostu zabijał na scenie, a ludzie szli sobie kupić koszulkę. Nie rozumiałem tego, ale im bardziej się przyglądałem, to zdawałem sobie sprawę, że za wyjątkiem jego kotłujących się włosów widać było okazjonalnie, jak śmignie pałeczka, ponieważ był zasłonięty dość szczelnie przez bębny. W tym było sedno. Myślę, że ludzie nie mieli zielonego pojęcia, co on robi, bo nie widzieli nic i przez to tracili zainteresowanie. Pomyślałem, że może by ustawić lustro nad bębnami, żeby publika widziała jego stopy i w ogóle, żeby widziała, co robi za bębnami, no, w innym wypadku widzisz tylko ścianę bębnów i włochatego kolesia, gdzieś tam z tyłu, wtedy to zaczął się u mnie cały ten koszmar! Zacząłem odchylać bębny, żeby ludzie mieli wgląd w mój zestaw. To doprowadziło do motywu z klatką, no i teraz do kolejki górskiej, gdzie pojawiam się i znikam.


Od przekręcania bębnów do latania nad publiką na kolejce górskiej, każda z tych akcji musiała być wielkim wyzwaniem.


To wielkie przedsięwzięcie. Wymaga dużego zaangażowania ode mnie, ponieważ ludzie widzą, co robię i pytają później, co mam zamiar zrobić za rok. To mnie podkręca do tego, żeby zrobić coś jeszcze bardziej szalonego. Nie chcę, by ludzie mówili: "Ok, to było spoko." To musi być takie, że ja pie*dole! Zawsze chciałem zobaczyć coś tak popieprzonego."


Na tej trasie pojawiłeś się z Cruecifly, wielką kolejką górską, rozciągniętą po całej publice.


Jest ogromniasta, ciągnie się na 200 stóp (ponad 60 metrów) i ma 60 stóp wysokości (trochę ponad 18 metrów), to obłęd. Jedną rzeczą jest zaprojektowanie czegoś takiego na papierze razem z inżynierami, a drugą, jak przychodzi ten konkretny dzień budowy i przychodzisz obejrzeć efekt. Gdy zobaczyłem to pierwszy raz powiedziałem "Oż, ty ku*wa, co ja narobiłem? Ja się na to zgodziłem?". Jak przyszło co do czego i trzeba było zagrać na żywo nie wiedziałem, jak to ogarnę. To naprawdę zabawne, jak wygląda ta ewolucja ciągłego ulepszania, by było szybciej, więcej, bardziej szaleńczo.


Jakie jest twoje zdanie na temat przyszłości widowiskowego grania?


Widzę wiele młodszych kapel, ale nie widzę osobowości, a może to być wokalista, bębniarz lub ktokolwiek. Nie widzę nikogo, kto by stworzył coś nowego. Jest wiele momentów, że jak zamkniesz oczy to słyszysz kogoś innego. Nie usłyszałem nic, co by mnie zmusiło do myślenia "Oo, tak, to jest kolejny je*any etap!". To są wspaniałe momenty, jak wtedy, gdy pojawiło się Motley i nikt nie wiedział, czy to punk rock, metal lub coś jeszcze innego, później znów pojawiła się Nirvana i również pozamiatała. Takie rzeczy nie dzieją się często, więc może czai się coś za rogiem, ale ja jeszcze tego nie widziałem. Przez ostatnie półtora roku wiedziałem, że zbliża się nasz koniec, więc wziąłem się jak szalony za tworzenie. Jak to wszystko się szczęśliwie zakończy, wezmę trochę wolnego i złożę całość do kupy, bo myślę, że jest to coś nowego, strasznie po*ebanego i najbardziej chorego, jak tylko możesz sobie wyobrazić.


Elektronika także odgrywała wielką rolę w twojej perkusyjnej ewolucji. Zacząłeś eksperymentować z tym w okolicach płyty Girls Girls Girls, prawda?


Zacząłem wciągać elektronikę w brzmienie bębnów i nagrania jakoś właśnie w tym okresie, tak. Nudzę się, jak coś brzmi i wygląda wciąż tak samo, zawsze się rozglądam za jakimiś ulepszeniami. Zacząłem w 1982 z komputerami Macintosha, ucząc się, jak nagrywać, edytować i ulepszać rzeczy. Zacząłem robić sample i podchodziłem do spraw z zupełnie innego pułapu. Była to dla mnie duża ewolucja - tworzenie hybrydowych wersji akustycznego zestawu.


Świat wtedy był nieco inny niż teraz. Czy natykałeś się na opór, gdy chciałeś wprowadzać elektronikę, sample, triggery do rockowego brzmienia?


Z pewnością nie była to rzecz utożsamiana z rockowymi kolesiami. Ponadto technologia nie była taka, jak teraz. Zastanawiałem się, jak mogę striggerować pirotechnikę z zestawem, jak mogę wysłać komunikat midi do stołu piro. Jak mogę zwiększyć interaktywność, co mogę zrobić, by brzmiało to niesamowicie? W tamtych czasach były te gó*niane, ręcznie robione triggery, ale udało się to jakoś zgrać i brzmienie było nieziemskie. Mimo, że na wielkich arenach miałeś naturalny atak centrali dzięki olbrzymim systemom PA, ale nie zawsze uzyskiwałeś dźwięk, który by pasował do dodatkowych sampli. Mogłeś dostroić sam sampel i go odpowiednio dopasować. Zachowywałem się jak mały dzieciak i gdy zorientowałem się, co można z tym zrobić, zacząłem się na swój sposób ścigać. Teraz można łączyć brzmienie werbla i położyć je na samą górę. Kompletnie się w tym zatraciłem.


Czy miało to wpływ na twoją grę i partie bębnów, jakie nagrywałeś na płyty?


Zdecydowanie, zmieniło to sposób mojej gry i brzmienie moich bębnów, co wpływało na klimat utworu. Nagrywałem rzeczy w pełni elektronicznie, wszystko na padach, a później podmieniałem zupełnie inne brzmienia bębnów. Możliwości są nieograniczone. Nie jesteś zmuszony do jednego brzmienia bębnów. To oklepane, wk*rwia mnie to.


Sam jednak zorganizowałeś sobie konkretne, duże brzmienie bębnów na Dr Feelgood.


Pracowaliśmy z Bobem Rockiem i Randym Staubem bardzo ciężko. Chcieliśmy stworzyć kolejne wielkie brzmienie. Ci faceci byli w tym samym świecie, co ja. Spędziliśmy chyba ze 3 tygodnie tylko po to, by ustawić bębny w pomieszczeniu we właściwej pozycji, później budowaliśmy tunele, które kierowały dźwięk do pomieszczenia, gdzie podjeżdżasz z ładunkiem tyłem ciężarówki i tam mikrofonowaliśmy. Werbel izolowaliśmy wokół dywanem, by solidnie go odseparować. To była niezła zabawa i w rezultacie chłopaki z Metalliki zechcieli, żeby Bob produkował ich album, bo nasze brzmienie było obłędne. Wykonaliśmy wtedy kawał dobrej roboty i ustanowiliśmy nowe standardy w kwestii tego, jakie powinno być brzmienie.


Brzmienie tego zestawu było o niebo inne od tego gotowca, jaki mieliście na Too Fast For Love.


Miałem 17 lat podczas sesji Too Fast For Love i - szczerze mówiąc - byłem kompletnie zielony. Rozmawialiśmy wczoraj na temat tej płyty, nie wiedzieliśmy zupełnie, co robimy i na tym polega jej piękno. Wiedzieliśmy, że chcemy zrobić coś wielkiego. Wspominając teraz ten album była to produkcja bardzo instynktowna. Weszliśmy do studia i "Ach, dobra, to brzmi dobrze. No, tak, to jest fajne." Byliśmy młodziakami, podekscytowanymi faktem, że tam jesteśmy, więc nie zastanawialiśmy się za bardzo nad wieloma rzeczami. Nie poświęciliśmy dużo czasu na to, by brzmienie było perfekcyjne. Ta płyta ma w sobie naturalną surowość i niewinność jednocześnie.


Utwór otwierający - Live Wire - ma w sobie te partie podwójnej stopy na przodzie…


To wyszło naturalnie. Grałem i już po prostu padałem, gdy nagle Mick wyszedł z tym riffem. Pomyślałem: "O, tak, mam to, wiem, co tam trzeba." Nie byliśmy zespołem metalowym z kategorii tych, co miał mnóstwo podwójnej stopy, dlatego był to ten jeden konkretny utwór, gdzie mogłem zrobić to naprawdę dobrze. Byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że Mick wyszedł z tym riffem, bo mogłem z nim pojechać jak należy.


Podczas nagrywania Shout At The Devil w 1983 roku byłeś już znacznie bardziej pewny siebie…


Zaczęliśmy współpracować z lepszym realizatorem i producentem, no i niespodziewanie pojawił się klik. Poza tym piosenki nie były już tak szalone, trzymałem wszystko bardziej w garści. Mieliśmy wtedy ostry okres szaleństwa i imprezowania, ale mimo to nauczyliśmy się wiele i przeszliśmy na kolejny etap w tworzeniu i nagrywaniu czegoś naprawdę dobrego. Wspięliśmy się na tym albumie. Pracowaliśmy z Geoffem Workmanem, który nagrywał Led Zeppelin. Wiedząc o tym, że nagrywał Johna Bonhama, byłem tak podjarany, że ja pie*dolę, będę miał bębny jak John Bonham. Imprezowaliśmy, ale mieliśmy zrobiony niezły materiał. Ta płyta była przyjemnością i kolejnym krokiem.


Sporo tego imprezowania było od Too Fast For Love z 1981 aż po Dr Fellgood w 1989 roku…


To była prawdziwa szkoła życia. Nauczyłem się właściwego tempa w trasie, imprezowaniu, w grze. Przedtem siadałem i szedłem na przebój, zdzierałem sobie łapy do krwi, miałem wszędzie krwawe blizny. Na trasie nauczyłem się nosić rękawiczki i zaklejać ręce. Wciąż się uczyłem czegoś, co dawało mi długowieczność i pomagało przejść przez trasę, bo przecież byliśmy tylko gnojkami. Jeżeli siadasz i się mordujesz to nie jest dobrze!


Mötley jest często klasyfikowany jako typowy przedstawiciel hair metalu, ale widać ewolucję w muzyce od punkowego brzmienia na początku poprzez bluesowe zapędy na Girls Girls Girls po klimaty industrialne na albumie tytułowym. Chyba ważną rzeczą było nie stanie w miejscu?


Z każdą płytą zmienialiśmy kierunek, brzmieliśmy zupełnie inaczej. Tacy ludzie, jak David Bowie, za każdym razem wychodzą z innym fajnym brzmieniem i wizerunkiem, on był jak kameleon. Takie podejście odbiło się na nas. My także staraliśmy się być w ruchu. Podobnie z piosenkami - hymny, które przetrwały próbę czasu. Wciąż brzmią dobrze. To niezła jazda oglądać 11-latka, który siedzi na ramionach ojca i śpiewa Shout At The Devil. Nie ma możliwości, by znali ten utwór. Jest cała nowa generacja ludzi, którzy nas obserwują. To strasznie fajne uczucie, nie spodziewałem się, że kiedyś przyjdzie taki dzień.


Dr Feelgood było wielkim sukcesem, zarówno pod kątem materiału, jak i brzmienia. Później jednak odszedł Vince, a w jego miejsce na wokalu pojawił się John Corabi, z którym nagraliście dość industrialny album…


Uwielbiałem ten album, to jedna z moich ulubionych płyt. Mieliśmy wiele do udowodnienia, ponieważ zmieniliśmy jeden z głównych elementów zespołu, jakim jest wokalista. Zmieniliśmy całe brzmienie, bardzo mocno pracowaliśmy nad tą płytą. John gra na gitarze, więc doszedł kolejny element. Byłem bardzo podjarany faktem, że staliśmy się zespołem dwugitarowym, bo wiosła były przez to większe i szersze, stereo w miksie. John ma ten fajny, żwirowaty wokal, zupełnie przeciwny do głosu Vince’a. Było to bardziej "steven tylerowe". To było bardziej bluesowe, ta płyta jest niesamowita, jest tam więcej dynamiki. Pisanie materiału i nagrywanie było wielką radochą, byliśmy strasznie rozczarowani, że nie zażarła, jak należy. Nasi fani są bardzo lojalni, po prostu nie znali innej wersji Motley Crue.


Grałeś na ostatnim albumie Smashing Pumpkins. Nie wygląda to na naturalną współpracę.


Co za wesoły projekt dla mnie, stylistycznie uwielbiam ten klimat, ale nie jest to to, co gram na co dzień. Potrzebowałem tego, to było przyjemne wyzwanie grać nieparzyste rytmy. Billy pisze zakręcone aranżacje. To był moment, żebym się przyłożył i ogarnął to wyzwanie. To był cios, to świetny facet, a piosenki były super fajne do grania.


Czy tak będzie wyglądała twoja praca w studio?


Z pewnością. Nowy Rok kończy ten etap z Motley, nie myślałem o tym za bardzo aż do tej por y, ale jest to niemal jak koniec małżeństwa i będę znowu singlem, znowu gościem do wzięcia. Będę mógł zaangażować się w te różne inne rzeczy. To świetna sprawa, mogę sobie grać na bębnach z kimkolwiek. Przyszłość wygląda ekscytująco, bo zapowiada się sporo takiego grania, to trzyma człowieka przy życiu. Niektóre z tych piosenek grałem po milion razy, na żywo gram je różnie, by utrzymać świeżość, ale grać i robić rzeczy na płycie Billy’ego lub na ostatniej płycie Courtney Love to prawdziwa radocha.


Nie ma więc zagrożenia, że odejdziesz na perkusyjną emeryturę?


Nie ma takiej opcji! To się nigdy nie stanie, prędzej bym sobie oczy wydłubał. Bębny zawsze będą obecne w moim życiu.


Materiał przygotowali: Staszek Piotrowski, Maciej Nowak, Kajko, Rich Chamberlain

Wywiad ukazał się w numerze styczeń 2016






Galeria

Pozostałe

Paul Mazurkiewicz (Cannibal Corpse)

Dodano: 29.09.2016

Jeden z najsłynniejszych zespołów deathmetalowych na świecie współtworzy perkusista o bardzo swojsko brzmiącym nazwisku.

czytaj dalej

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama