Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Josh Eppard (Coheed and Cambria)

Dodano: 27.04.2016
Coheed and Cambria wydała na jesieni swój ósmy album, ale pierwszy, który nie jest w klimacie koncepcyjnym.
Josh opowie nam, jak wyglądała praca w studio, bo w tym przypadku wyglądało to nieco inaczej niż zazwyczaj. Warto się pochylić nad wyzwaniami, jakie stanęły przed nim i przed całym zespołem.

Zdefiniowanie muzyki zespołu może niektórym sprawić nieco problemów. Z jednej strony są tu formy stricte progresywne, a z drugiej mamy olbrzymią dawkę alternatywnego rocka. Dokładając do tego pomysły na płyty robi się niezły miszmasz, który stawia przed słuchaczem bardzo proste zadanie: "Posłuchaj, nie oceniaj po etykiecie i szufladce." To typowo nowoczesne podejście do muzyki, gdzie gra się to, co chce, a nie trzyma sztywnych zasad. Kapela ma jeszcze tę przyjemną manierę, że gra cały album na żywo, co jest bardzo uczciwym podejściem do fanów. Podkreśla, że wszystko, co zagrali w studio, są w stanie zagrać na żywo, a z drugiej strony zmusza do starego stylu słuchania muzyki, czyli słuchania całych albumów, a nie pojedynczych piosenek, czy też - o zgrozo - fragmentów. Przy okazji naszego wywiadu grali In Keeping Secrets Of Silent Earth: 3, co nostalgicznie odebrał Josh: "To jak tatuaż, który robisz sobie mając 30 lat, a jak masz 35 - myślisz, o co ci chodziło." Po czym dodaje: "Ale poważnie, to jest wycinek twojego życia z tamtych lat. Czy zagrałbym teraz jakieś rzeczy inaczej? Oczywiście, ale podkreślę, to okres w naszym życiu, z którego kreatywnie wyszliśmy. Myślę, że ma to w sobie wdzięk i jest całkiem przyjemne."

Eppard przeszedł dość wyboistą drogę, odszedł z Coheed and Cambria w 2006, by poradzić sobie z uzależnieniem, wrócił w 2011, czyściutki i trzeźwy, a swoje doświadczenie przelał w muzykę ze swoim… hip-hopowym projektem Weerd Science. Wydawałoby się to dziwne, zważywszy na mocno rockowy charakter jego macierzystego zespołu. Josh ma jednak mocne korzenie w hip-hopie, dorastał u wuja w jego Applehead Studio w Woodstock w stanie Nowy Jork. Od 12 roku życia zasuwał na bębnach razem z raperami, którzy przychodzili nagrywać. "Grałem na olbrzymiej ilości płyt hip-hopowych od R.A. The Rugged Man po płyty Priority i rzeczy z Darrylem Jenifer z Bad Brains. Oznacza to, że miałem groove." - wspomina. "To jest to coś, co mnie pociąga w bębnach i trzyma przy nich, chodzi o osadzony groove. Granie hip-hopu zdecydowanie nauczyło mnie, jaka jest moc groove’u." Wydawałoby się, że to teoretycznie dziwna mieszanka progresywnych zapędów Coheed And Cambria i hip-hopowych korzeni, jednak w praktyce operowanie na tak specyficznym instrumencie, jak perkusja, pokazuje, że wszelkie granice wydają się być iluzoryczne.

Czy to prawda, że wasza ostatnia płyta The Colour Before The Sun była pierwszym razem, kiedy zagraliście wspólnie w studio?


Zwykle nagrywamy płyty tak, że najpierw wchodzimy ja i Claudio. Pierwszy dzień czy dwa kręci się wokół brzmienia perkusji. Siedzimy w studio i wyrywamy sobie włosy, zmieniamy bębny, myśląc, że już mamy coś, co dobrze brzmi. Potem ktoś mówi, żeby jednak coś zmienić. To długi proces. Potem Claudio robi piloty gitarowe i nagrywamy same bębny. Potem dodajemy bas, gitary. Kiedy nagramy z 4000 ścieżek gitar wchodzi wokal. To zajmuje dużo czasu, zwykle tydzień na jedną piosenkę. Na tej płycie słyszysz, jak gramy wszyscy na raz. Nigdy nie nagrywaliśmy w ten sposób. Graliśmy jedną piosenkę dziennie, mix robiony był w trakcie nagrań. To był nowy ciekawy sposób na nagranie. Jesteśmy dobrym zespołem, więc może to nam pozwoliło robić to, czego inne zespoły nie mogą. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy możesz nagrywać z kimś, kto ledwo umie grać na bębnach, bo i tak komputer to wyrówna. Zmieniają muzyków w maszyny perkusyjne. Podoba mi się to, że na tej płycie muzyka się rusza i słychać, że grają ludzie. Czy to nie dlatego spędzamy te wszystkie godziny w garażu i salach prób? Aby być muzykami, móc grać i nie polegać na jakimś komputerze, który wyssie z nas człowieczeństwo?


Zbyt łatwo jest przedobrzyć z technologią.


Jest tak łatwo! Znam utalentowanych muzyków, którzy są tak przyzwyczajeni do poprawek, że już nie słuchają, tylko patrzą na ścieżki i mówią: o, tu jest nierówno. Czekajcie - przecież puść Marvina Gaye’a. On gra ‘nierówno.’ Puść Ala Greena. On gra ‘nierówno.’ To sprawia, że muzyka jest wspaniała. Chcę, żeby mój werbel był do tyłu, to jest zamierzone. Czy dzięki temu kiwasz głową, a muzyka ma dobry feeling? Jeśli tak, to nie jest ‘nierówno.’ Teraz ci wszyscy inżynierowie widzą to na komputerze i powtarzają, że trzeba poprawić to i tamto, i zrobić, żeby było idealnie. Producenci zawsze myślą, że kłamię, dopóki im nie udowodnię tego, że jeśli ruszą moje ścieżki nawet o milimetr, to będę to wiedział. Jeśli zaczynasz bawić się w detektywa to bawisz się z moją duszą. To doprowadza mnie do szału. Znam wielu świetnych utalentowanych muzyków, którzy zostali inżynierami i to wyssało wiele uczucia z ich muzyki. To też gra na nerwach, bo jest jak w grze Tetris, gdzie chcesz, żeby wszystkie klocki pasowały do siebie. W takim razie - czemu nie kupić maszyny perkusyjnej? Czemu w ogóle mieć zespół? Moglibyśmy wtedy płacić za słuchanie, jak pięć komputerów puszcza swoje ścieżki i udawać, że kiwamy głowami. Wróćmy do bycia ludźmi.


Nagrywaliście w St Charles Studio w Nashville, z producentem Jay Joycem. Czy pokój na bębny był dobry?


Tak, mieli świetne pomieszczenie. To stary kościół. Nie ma reżyserki. Producent często siedział z nami na scenie, gdy nagrywaliśmy. Praktykanci, główny akustyk, dużo ludzi, którzy tam pracowali, byli z nami w pokoju. Nawet Claudio nagrywał wokale bezpośrednio przy stole mikserskim. To dało atmosferę wspólnoty, co było dość fajne. Nagrywam płyty od dawna, grałem na wielu więcej niż tylko Coheed i nie widziałem nic takiego. Graliśmy piosenkę dziennie, nagrywaliśmy całą płytę w 10 dni. Pytałem Jaya, czy wchodzimy na scenę, a on odpowiadał mi, że dzisiaj nagrywamy w łazience. No i nagrywaliśmy bębny w łazience. Nie uwierzysz, ale ten mały kibelek brzmiał potężniej niż wielkie pomieszczenie. Na dole mają wiele małych kabin z izolacją, ale ogólnie to bardzo wszechstronne studio. Nie mogę wystarczająco go polecić. Nagraliśmy wiele płyt, na różne sposoby i nigdy nie graliśmy w ten sposób. To wstrzyknęło w nas trochę nowego życia i przede wszystkim było świetne.


Materiał był pewnie bardzo przećwiczony?


Chyba przestraszyliśmy producenta tym, jak dobrze byliśmy przygotowani. Claudio i Travisowi urodziły się dzieci, byliśmy na trasie w USA, ale nie spędzaliśmy czasu razem, więc zaczęliśmy grać bez technicznych, bez pomocy, gdyby coś miało się zepsuć, po prostu czterech facetów w piwnicy. Myślę, że to było fajne i stąd zrodziło się nasze przygotowanie. Producent przyzwyczajony był do zespołów, wchodzących do studia bez materiału, z pojedynczymi riffami, gdzie musiał pisać piosenki razem z nimi. Śmiał się kilka razy, że nie wie, po co jest nam potrzebny! To prawie brzmi, jakbym łechtał nasze ego, ale to było ekscytujące i schlebiające, gdy mówił, że jesteśmy najlepszym zespołem, jaki nagrywał, że go inspirujemy tym, jacy jesteśmy dobrzy. Był przyzwyczajony do nieprzygotowanych ludzi. Można na to spojrzeć, jak na ciekawy sposób tworzenia płyt. Może kiedyś przyjdziemy z niczym i zaczniemy z kimś pisać, a może powiemy, że na pewno nie potrzebujemy producenta i możemy nagrywać sami. Nie wiem, to dwie różne drogi. Zobaczymy, na którą wejdziemy w przyszłości. Lubimy być przygotowani, bo z tego wychodzi frajda grania. Jeden z pracowników studio powiedział, że byli ciekawi, czy jesteśmy dobrą kapelą, czy studyjnymi magikami i byliśmy bardzo podekscytowani, żeby to pokazać na żywo. Dlatego zrobiliśmy taki prawdziwy album i sam fakt, że tego dokonaliśmy pokazuje, do czego doszliśmy jako muzycy i zespół.


Nie było cię w zespole kilka lat. Jak się czułeś, gdy wróciłeś?


Czułem się, jakbym wrócił do jazdy na rowerze. To jest mój zespół. Graliśmy razem w piwnicach, potem w domach kultury, klubach. Dokonaliśmy tego wszystkiego razem, więc nie bycie częścią zespołu było dla mnie traumą. Jechałem do domu Claudio z nadzieją, że wszystko do mnie wróci i wróciło. Te stare piosenki, których nie graliśmy od trzech lat przed moim odejściem, zagraliśmy je i wszystko wróciło. To faktycznie jak jazda na rowerze, jakaś pamięć mięśniowa, która żyje w twoim DNA, gdzie na trzy sekundy przed partią myślisz, co tu grałeś i wszystko wraca. Nie chcę, żeby to brzmiało kiczowato, ale dla mnie to trochę jak przeznaczenie, jeśli chodzi o sposób, w jaki to się odbywa. To dla mnie głębokie, mocne przeżycie.


Obok Coheed masz jeszcze projekt hip-hopowy Weerd Science. Czy nagrywanie piosenek takich, jak 10 Smack Commandments było oczyszczające, kiedy wychodziłeś z nałogu?


Pewnie. Wydajemy właśnie trzecią EP. To będzie piąte wydawnictwo Weerd Science. Całe to wydarzenie jest oczyszczające. Może bardziej niż sobie czasami zdawałem sprawę. Byłem narkomanem, więc szukam sposobów na oczyszczenie swojego życia. Nawet nie umiem tego powiedzieć, ale to prawdziwe dla każdego kompozytora, perkusisty, gitarzysty, który wyciąga z wewnątrz coś kreatywnego. Jestem z NYC i wszystkie dzieciaki zawsze rapowały. Hip-hop nauczył mnie, jak grać na bębnach. Grałem na kilku hip-hopowych albumach jako 13-letni dzieciak i to pociągnęło za sobą miłość do tej muzyki. Nie wyobrażam sobie życia bez Weerd Science, to dla mnie bardzo ważne. Na szczęście znaleźliśmy małą, ale wierną publiczność, która trzyma nas przy życiu do kolejnego albumu. Jestem im niesamowicie wdzięczny i czuję się szczęściarzem, że mogę to robić.


Czytałem wywiad z Duffem McKaganem. Mówił on o uczeniu się grania na nowo na trzeźwo. Przechodziłeś ten proces?


Pewnie. Dawniej nie wypijałem nawet jednego piwa przed koncertem, bo się bałem, że mnie spowolni. Teraz słucham nagrań z tych występów i widzę, że mogłem wypić, bo wszystko grałem 30bpm szybciej. Byliśmy wtedy dzieciakami, bardzo napalonymi. Ludzi ciągnęło do tego zapału, nawet, jeśli kapela brzmiała okropnie, to emocje były prawdziwe. Natomiast przez lata narkotyków było już tak dużo, tak długo nie grałem koncertu na trzeźwo, że musiałem się od nowa tego nauczyć. Byłem strasznie zdenerwowany. Na pierwszym koncercie - powrót do Coheed - byłem trzeźwy, stremowany i przestraszony, ale zagraliśmy świetnie. Tak mi się wydaje, byłem tak zestresowany, że nie pamiętam, ale wiem, że ludziom się podobało. Do dzisiaj jestem stremowany aż do trzeciej, czwartej piosenki. Przez pierwsze numery zastanawiam się, jak sobie poradzę przez cały koncert, jak bardzo bolą mnie ręce. Ludzie zawsze pytają, dlaczego ja i Mike (basista) byliśmy narkomanami. Nie znam powodu. Może to była próba radzenia sobie z wielkim sukcesem, na który nie byliśmy przygotowani. Z narkomanią wiąże się pewien image: "Hej, to jest sprawdzone i działa. Zagramy lepiej niż ktokolwiek kiedykolwiek." Próbowaliśmy ćpać najwięcej, jak się da, przed koncertem. Dlaczego to robiliśmy - nie jestem w stanie ci powiedzieć jako trzeźwa osoba. To smutne. Alkohol? Bycie pijanym to był standard. Pamiętam, jak graliśmy w MTV w programie Total Request Live, na żywo, w czasie najlepszej oglądalności. Jestem naćpany koką i heroiną przed wejściem. Ostatni strzęp mnie powtarzał mi: Co robisz? Ale tylko to umiałem robić i wiesz co? Brałem, bo to wydawało się dla mnie normalne.

Rozumiem, co mówił Duff. Jesteś nowym człowiekiem, w taki sposób, że te kilka lat czystości są jak całe życie. Nie myślę o narkotykach, bo nie są częścią mojego życia. Duff pewnie myśli tak samo. Wiem, że jest w świetnej formie. Ja ważyłem 130kg i schudłem 45kilo, biegam 8-10 mil dziennie. Nie znam Duffa, ale to zabawne, że o nim mówisz, bo często o nim myślę. Graliśmy trasę w USA w 2013, Uproar, festiwalową, ale z mniejszą ilością kapel. Kapela Duffa tam grała. Widziałem go, jak ćwiczył sztuki walki, był dla mnie jak bohater. Chłopaki z kapeli pewnie by się zdziwili, że o nim mówię, ale często o nim myślę, o tym, co przeszedł i czego dokonał. Jest dla mnie inspiracją, podoba mi się to, co robi. Rozumiem, co mówi o uczeniu się wszystkiego od nowa. Nienawidziłem tras koncertowych. Chciałem wracać do domu. Byłem jak rozpuszczony dzieciak! Potem dostałem solidną dawkę rzeczywistości, kiedy wyrzucili mnie z kapeli, kiedy zostałem bez grosza przy duszy i myślałem, że straciłem okazję życia. Mam na tyle szczęścia, że mogę znów grać, więc jeśli muszę się od nowa nauczyć grania, to się nauczę. Koniec końców podoba mi się to, co robię i to jest prawda. Jestem szczęśliwym sukinsynem.


Materiał przygotowali: Szymon Ciszek, Kajko, David West
Zdjęcia: George Fairbairn

Wywiad ukazał się w numerze styczeń 2016



Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama