Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Leszek Biolik

Dodano: 13.04.2016
"Do szału doprowadza mnie, kiedy perkusista ciągle coś dokręca przy zestawie między numerami...". O perkusistach rozmawiamy z Leszkiem Biolikiem.
Bardzo przepraszam za spóźnienie. Korki w mieście potworne, a moja lista pytań w głowie długa. Już startujemy! Czy Leszek Biolik zagrałby z każdym perkusistą?


Oczywiście, że nie! (śmiech) Mógłbym próbować, ale nie wiem, czy zawsze wyszłaby z tego muzyka. Nie musimy być razem z perkusistą w studio, by się poznać jako ludzie i wiedzieć, czy coś z tego wyjdzie. Osobiście lubię perkusistów, którzy panują nad czasem. Zwykle znaczy to, że są dość punktualni… (śmiech) Po drugie, perkusista jest to dla mnie ktoś, na kim można polegać. Kiedy grając wszyscy inni dostają dźwiękowego obłędu, każdy mówi, że coś jest nie tak, a atmosfera wrze, perkusista jest zwykle tym, który milczy, stoi spokojnie i wreszcie pokazuje wszystkim, gdzie jest raz. W bębniarzach szukam i gdy znajdę, szanuję to, że jest osobą, której można zaufać. Na której można polegać. Są jak ściana, o którą można się oprzeć. Pod każdym względem. Osobą, która to samo robi, co mówi. Są zwykle świetnym materiałem na przyjaciela. To jest moja analiza psychiczna struktury doskonałego bębniarza. Cała reszta to - to, czy gra lepiej lub gorzej. Jeśli posiada takie cechy lub je rozwija, jest kwestią czasu i ćwiczenia.


Rozumiem, że czterdzieści minut spóźnienia definitywnie mnie dyskwalifikuje... (śmiech)


Masz szczęście, że uwielbiam bębniarzy... (śmiech) Jesteście fantastycznym rodzajem muzyka.


Uff... Co to znaczy, że gra lepiej, a co, że gra gorzej?


To znaczy, że jeżeli ma jakiś pomysł to jest go w stanie wykonać. Dobry perkusista to ten, który wie, co chce zagrać i to się za chwilę dzieje. Perkusista niezupełnie dobry to ten, który może mieć pomysł, ale ciągle coś nie wychodzi z realizacją.


I wtedy, jak sugerował Nick Mason, spogląda zmarszczonym wzrokiem na swojego basistę?


Jeżeli basista wie, o co chodzi i jest dobrym kolegą, to weźmie to na siebie... (śmiech) Dobra sekcja to nie tylko taka, która dobrze ze sobą pulsuje, ale też taka, która kiedy się myli, razem wychodzi z opresji. Czyli, że tylko basista wie, że bębniarz rozpoczął przejście za wcześnie i będzie trwało za długo. I tylko on wtedy jakimś cudem wie, gdzie będzie raz. Albo gdy basista ma kaca, kolega z sekcji jest w stanie go "uciągnąć" przez cały koncert… Gorzej, gdy perkusista nie jest w formie…


Pamiętasz swojego pierwszego bębniarza?


W roku 1981 usłyszałem w moich Gliwicach fantastyczną kapelę. To byli reprezentanci lokalnej sceny. Nazywali się 40 i 4 i byli trochę znani w okolicy. Ich muzyka spodobała mi się do tego stopnia, że zacząłem przyjeżdżać na próby. Oczywiście w charakterze gościa. Podejrzewam, że gdyby nie perkusista tej formacji, nigdy nie zacząłbym grać. Byłem strasznie zakręcony na muzykę. Pewnego dnia ich basista - Janusz Skwarek, zastąpił w składzie bębniarza. Powiedzieli mi, że szukają basisty. Zaproponowali mi granie, pod warunkiem, że nauczę się partii, które grał Janusz. Przez trzy tygodnie, wykorzystując zapalenie płuc, ćwiczyłem po osiem godzin dziennie. Kolega z zespołu wpadał do mnie nastroić mi bas, bo jeszcze o tym wtedy nie miałem pojęcia. Po tych trzech tygodniach ciężkiej pracy, zagraliśmy trzy próby i pojechaliśmy na przegląd młodych kapel, gdzie zagraliśmy cztery numery i wygraliśmy. Jasiu Skwarek był i mam nadzieję, że nadal jest, fenomenalnym bębniarzem i jeszcze lepszym basistą. Inspiratorem. Wychowanym na muzyce Tadeusza Nalepy, zespołu Breakout. Jako pierwszy pokazał mi proste ćwiczenia, które po latach sprzedaję młodszym kolegom. Pamiętam, że graliśmy te same dźwięki, tylko u niego to grało, a u mnie nie. Chodziło o granie pulsacji na jednym dźwięku. U niego to był groove, a u mnie przypadkowa seria wydawanych dźwięków. Janusz był basistą i miał nieprawdopodobnie dobry groove.


Co to jest groove? Jaką masz definicję?


Stworzę ją na poczekaniu i trochę pofilozofuję. (śmiech) Dla mnie muzyka to nie są uderzenia, ale przestrzeń pomiędzy nimi. Jeśli chodzi o bębny, to jest to przestrzeń pomiędzy stopą a np. werblem, czy hi-hatem. Trzeba być tu i teraz. Być obecnym w czasie i tylko lekko ten czas popychać.


Współczesne trendy grania na poczwórnej stopie mocno tę przestrzeń ograniczają, nie sądzisz?


Wobec każdej gęstości uderzeń, trzeba dbać o miejsce na oddech. O powietrze. Kilka lat temu byłem mocno zafascynowany muzyką Fela Kutiego. Wydał on bardzo dobrą płytę z Gingerem Bakerem. Bardzo dużo grałem wtedy na basie z metronomem. W przerwach od grania, biegałem z metronomem. Na tej czarnej muzyce, zauważyłem, że wszystkie figury basowe są konstruowane trochę na zasadzie oddechu biegnących wojowników, którzy cały czas śpiewają, ale muszą mieć miejsce na oddech. Żeby zagrać melodię, trzeba zrobić miejsce na oddech. Jeżeli w figurze basowej nie ma oddechu, zaczynamy mówić o mechanice. Przestaje to być organiczne. Jest tyle sposobów rozumienia i widzenia świata, ilu patrzących. Na ten czas tak zrozumiałem Fela Kutiego. I pomogło mi to pracować z metronomem. Czas w tym wszystkim jest pojęciem bardzo względnym. Możemy grać bardzo szybki numer, ale jeżeli nasze ciało funkcjonuje w tym samym tempie, to tej przestrzeni pomiędzy dźwiękami jest dokładnie tyle samo, ile w tym samym numerze granym wolno, kiedy ciało funkcjonuje wolno. Łatwo to zauważyć, gdy jedziemy samochodem. Jeśli jedziesz non stop 180 km/h to jak zwolnisz do 140 km/h, robi się potwornie wolno. Ale gdy jedziesz 70 km/h i przyspieszysz do 180 km/h, robi się potwornie szybko. Te słupki przy drodze nagle tak szybko śmigają za szybą... Wszystko jest zatem kwestią percepcji, dlatego uważam, że dobra umiejętność grania na bębnach, grania groove’u, to jest umiejętność wewnętrznej zmiany percepcji w stosunku do całego numeru. Jeżeli twój umysł działa na wysokich obrotach, to mimo tego, że grasz szybko wciąż grasz normalnie, bo tej przestrzeni przecież nie zabrakło. Słupki przy drodze, jak stały, tak stoją. (śmiech) Sztuką jest jedynie jechać spokojnie, bez napięcia. Ze spokojnym oddechem... (śmiech)


W wywiadzie dla "Perkusisty" Sławomir Ciesielski, z którym grałeś w Republice, a obecnie w Nowych Sytuacjach powiedział: "Sporo czasu na próbach spędzaliśmy na eksperymentowaniu, na szukaniu innego sposobu grania". Jak wspominasz granie z tym fantastycznym, skromnym muzykiem?


Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek to o Sławku powiedział. To jest perkusista, z kasty tych, którzy potrafią malować na bębnach. I których wiele reguł nie dotyczy. Jest poetą. Nie jest wyłącznie bębniarzem groove’owym, który po prostu gra groove. Jest z tego samego rodzaju bębniarzy, jak np. bębniarz The Doors albo Hendrixa. Gra dużo na kotłach, zmienia kolory, brzmienia i właściwie to Sławek był i jest jedyną osobą w Republice, która improwizowała. My wszyscy dokładnie wiemy, co mamy zagrać. Działamy jak maszyna, a on gra punkty, które powodują, że to wszystko pracuje na scenie, ale również potrafi zaskakiwać i zmieniać płynnie reguły. Każdy koncert z nim jest inny. Jest to bardzo inspirujące.


To chyba trochę kłóci się z tym, co mówiłeś wcześniej, że dobry bębniarz to ten, który jest jak ściana. Przewidywalny, można się oprzeć. Opoka zespołu...


Złapałeś mnie… (śmiech) ...ale nie do końca. To zależy od zgrania. Na tym polega tajemnica dobrego funkcjonowania i brzmienia zespołu. Zgranie tworzy wartość dodaną, która jest poza schematami. Pozwala wytworzyć umiejętność płynnej zmiany ruchu bez wcześniejszego ustalania. Jak stado sardynek. Dostępna jest tylko w tym konkretnym układzie ludzi... Każda inna będzie miała inną chemię i brzmienie. Jeżeli masz dziewczynę i wychodzisz z nią w miasto, gdzie spotykasz swoich znajomych, oni zwykle reagują trochę inaczej niż wtedy, gdy sam wychodzisz na spotkanie z nimi. Gdy ona wychodzi sama ma pewnie to samo. Jeśli w danym miejscu i czasie jesteście razem, tworzy się inna energia i okazuje się, że wszystko klika inaczej. Po odejściu Grześka Ciechowskiego, przestaliśmy grać. Przestaliśmy tworzyć, bo nie wytworzyła się chemia, która tworzyła z nas jeden muzyczny organizm. W stole zabrakło jednej nogi. Każda następna sprawiłaby, że nie byłby to już ten sam stół. Pozwoliłem sobie na porównanie Republiki do stołu. Koledzy mnie zabiją… (śmiech)


Ale gracie od 12 lat Nowe Sytuacje i ten stół się jakoś trzyma bez tej nogi...


Nowe Sytuacje to nie jest Republika. Jest to spektakl czy może jednak koncert, na którym gramy numery Republiki. Nasza obecność sprawia, że jest to wiarygodne, kiedy gramy to w oryginalnych wersjach. Jednak nie jest to Republika. W tej chwili muzycy i wokaliści, którzy z nami występują sprawiają, iż tworzy się coś nowego. Zaczynam czuć, że tworzy się zespół. No cóż, zobaczymy..


Czym jest dla ciebie perkusja?


Jest instrumentem bardzo pierwotnym. Dla wielu, ot, dziki człowiek bierze kijek i uderza drewnem w drewno. Ten pierwotny instynkt wciąż tam pewnie jest. Jednak jest to niewiarygodnie trudny instrument. Ogromna wiedza o strojeniu go. O tym, jak wydobyć dobry dźwięk. Dobranie strojących blach, które mają odpowiednie brzmienie. Dobór werbla lub werbli do repertuaru. W jaki sposób kreować całość, by rytm nie był beznadziejnym hałasem. Wy częściej, a często nawet jako jedyni, świadomie liczycie. Melodycy często po prostu płyną sobie z melodią i jak się kończy to wchodzą. Wy kontrolujecie i przeliczacie cały czas ten Matrix. Świetnym przykładem jest mój kolega, z którym często gram - Andrzej Rajski. On świadomie liczy i wie, w którym momencie taktu i formy jest, a ja po prostu opieram się na nim i słucham melodii. Jak się pomylę, zawsze uratuje mnie gliss. Ale on wie!!!Ufam mu totalnie i mam z nim świetną relację. W was jest właśnie to, o czym mówiłem wcześniej. Oprócz liczenia i pulsowania, można wam ufać i czuć się bezpiecznie. Oczywiście, nie wszystkim... (śmiech)


A rola basu w relacji z bębniarzem?


Jak w dowcipie… Tłumaczymy reszcie, co chciał powiedzieć perkusista. A na poważnie rolą gitary basowej jest posklejanie całego zespołu. Może dlatego bardzo lubię nagrywać bas na końcu sesji. Z bębnów i z gitar staram się wyciągnąć charakter i dobre brzmienie, a basem staram się operować tak, by to wszystko scalić i by zabrzmiała całość.


Jesteś muzykiem, ale i producentem. Pracujesz z bębniarzami w studio. Czego tam od nich oczekujesz?


Przygotowania do sesji, znajomości materiału, gotowości do wprowadzenia zmian. Dbałości o jak najlepsze brzmienie swojego instrumentu. Na scenie jest inaczej. Tam ważna jest energia. Studio to totalnie inne środowisko. Nic w sali prób, gdzie mamy jakiś pogłos, czy może jest całkiem wytłumiona, nie brzmi tak samo, kiedy się wchodzi do studio. Potrzebna jest szybka analiza i jeśli zachodzi taka potrzeba, korekta, w stosunku do tego, jak instrument brzmi na "taśmie". Tu o wiele istotniejsza niż na scenie jest umiejętność słyszenia soundu. Rozumienie i opanowanie każdej figury, którą wymyśliliśmy w zapale grając z kolegami. Ważna jest umiejętność kontrolowania artykulacji. Szczególnie na werblu, żeby co drugi nie brzmiał inaczej - mniej sprężyn, więcej środka. Podobnie ze stopą. Ogromnie ważna jest dobra dynamika uderzenia w stopę, równa artykulacja. Wszystko m.in. dlatego, że gdy później w procesie produkcji na zebrane brzmienia nakłada się kompresor i wszystko się lekko prasuje, to stopa i werbel brzmią dobrze i budują sound całego numeru. W przeciwnym razie jest katastrofa... Niedobrze jest też własne braki nazywać feelingiem. To, co czujemy, niestety, nie zawsze jest prawdą. Taśma nie kłamie…


Czego oprócz spóźniania się nie lubisz u perkusistów?


Może jeszcze o tym, co lubię… Lubię, gdy perkusista spóźnia się świadomie. Podczas grania, jego bębny są np. minimalnie z tyłu. Albo trochę z przodu. Jeśli to robi świadomie, potrafi tym umiejętnie zarządzać, kontrolować, to jest super. Można wytworzyć wtedy kontrolowane napięcie pomiędzy instrumentami. Często w punku jest tak, że perkusja jest trochę z przodu. Wtedy ogólne wrażenie jest takie, że numer brzmi jakby wolniej. Co jest zaskakujące. Lubię, jak perkusista panuje nad materią.


Wskaż przykład ulubionego bębniarza.


Jack DeJohnette. Geniusz, którego słucham od lat. Obok niego Steve Gadd. Niewiarygodnie sprawny, dokładny perkusista. Gra z dużym spokojem i niezwykle dobrze brzmi. Klasyk. Wielka kultura. Trzeci to Jojo Mayer. Niezwykle muzykalny. Miałem okazję oglądać go w pracy na bardzo kameralnej imprezie i zrobił na mnie wielkie wrażenie. Totalny szaman Ronald Shannon Jackson. Simon Phillips, którego ostatnio widziałem z Hiromi Trio Project i po raz enty mnie zaczarował. W tej plejadzie gwiazd chcę wspomnieć o moim przyjacielu Andrzeju Rajskim, z którym nagraliśmy już kilka płyt, robimy następne i który nie przestaje mnie zadziwiać. Jest przykładem pełnego "kompletnego" perkusisty. Granie z nim jest niezwykle inspirujące…


Na co zwróciłbyś uwagę młodym kolegom po pałce, rozwijającym się dopiero za instrumentem?


No cóż… Może na to, by dążyli do wszechstronności grania na bębnach. Nie ograniczali się do jednego stylu i starali się rozwijać. Grali w różnym metrum i nie bali się eksperymentować. By szukali w różnych tempach, gatunkach, również w muzyce ludowej. Nie bali się czerpać z autorytetów, ale nie starali się ich całkowicie skopiować. Czerpanie z nich jest super. Kopiowanie słabe. Żeby być dobrym muzykiem, trzeba słuchać. Jak najwięcej słuchać. Próbować zrozumieć to, co się słyszy. Znaleźć w tym swoją własną drogę. Nie da się inaczej.


Wkurzył cię kiedyś perkusista?


Oczywiście! (śmiech) Wielokrotnie! Najbardziej wkurza mnie pewna niewytłumaczalna maniera. Jest próba, w przerwie, gdy rozmawiamy, bębniarz zawsze musi coś klepać cicho na werblu. Daj Boże, cicho. Ale czasem uderza w werbel mocno. Można dostać zawału. Nie rozumiem tego! Po co puka w ten werbel? Żeby co? Sprawdzić, czy naciąg cały czas trzyma? Chce siebie usłyszeć, jak inni nie grają? Prawie z każdym perkusistą to przerabiam... (śmiech) Zauważyłem, że bębniarze też potrafią rozmawiać z kimś i uderzać jak nie w werbel, to we floora. Kurka! Panowie! Być może dla was to jest normalne, ale dla innych ludzi to jest cholernie wkurzające! A już do szału doprowadza mnie na koncertach i na próbach też, nieustanne dokręcanie czegoś przy zestawie między numerami. O rety! Czterdzieści sekund czasem się czeka, aż ten poprawi sobie werbel albo coś innego dokręci, zanim zacznie grać... Horror! (śmiech)


Grasz na bębnach? Poświęciłeś temu instrumentowi więcej uwagi?


Grałem na różnych instrumentach perkusyjnych, ale nie na zestawie. Myślę o tym, żeby w końcu znaleźć sobie czas, miejsce i instrument, by go z pasją postudiować. Dla mnie opanowanie gry na bębnach jest równoznaczne z opanowaniem sztuki chodzenia po linie. Każdy inny instrument - np. gitara - odbywa się w głowie i w palcach. Bębny to jest praca całym ciałem. To umiejętność zrównoważenia oddechu, fizyczności, brzmienia, postawy. No, to jak chodzenie po linie! (śmiech) I najfajniejsza rzecz - praca z metronomem...


Co?! Z metronomem? Najfajniejsza?! Większość znanych mi bębniarzy nie przepada za pukadłem...


Metronom nigdy nie jest problemem. Problem jest zawsze w nas. Widzę to tak. Jak nie można z czymś wygrać, to trzeba to polubić. Kiedyś nagrywałem kolegę, który strasznie szczerzył zęby na metronom. Zapytałem go, jakiego bębniarza lubi najbardziej. Odpowiedział - Ringo Starr. Odpowiedziałem mu - ok, to pomyśl, że Ringo Starr siedzi obok ciebie i stuka w cowbell. Nie walcz, tylko mu zaufaj. Trochę pomogło... (śmiech) Przyznaję, że lubię pracę z metronomem. Żyjemy w świecie programów komputerowych, w których grid i nagrywanie do clicka stało się standardem. Ułatwia to nagrywanie osobno tracków czy kopiowanie całych sekwencji. Z drugiej strony, jeśli zespół nagrywa live, dobrze się razem czuje, razem przyspiesza czy zwalnia to też super. Wszystkie chwyty dozwolone. Mnie chodzi tylko o to, by być tego świadomym. A przynajmniej staram się wymagać tego od siebie…


Materiał przygotował: Wojciech Andrzejewski

Wywiad ukazał się w numerze styczeń 2016



Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama