Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Dani Löble (Helloween)

Dodano: 16.06.2016
Bębniarz słynnego Helloween z wielkim entuzjazmem odpowiada na każde pytanie. Nie boi się powiedzieć wprost o tym, jak naprawdę wygląda życie w trasie, jakie są jego słabości i co sądzi o jazzie. Niepoprawny politycznie perkusista?
Praca bębniarza w tym legendarnym niemieckim zespole nie należy do najłatwiejszych. Sporo galopujących utworów, wypełnionych częstą kanonadą przejść, gęstych struktur, naszpikowanych akcentami. Do tego dochodzą dwaj charakterni poprzednicy, którzy zapisali się na tyle wyraźnie, że nie można przejść obok ich twórczości niepostrzeżenie. Dani ma nad czym pracować i najwyraźniej wychodzi mu to nieźle, bo jest w Helloween najdłużej ze wszystkich perkusistów. Po odejściu i później tragicznej śmierci Ingo Schwichtenberga, miejsce za bębnami zajął Uli Kusch, który umiejętnościami technicznymi, muzykalnością i talentem przerastał większość perkusistów z tego gatunku (i nie tylko). Niestety, coś za coś, ciężki charakter bębniarza wziął górę. Po krótkim okresie bałaganu za bębnami usiadł mało znany Dani Löble, który musiał okiełznać żywiołowe utwory Ingo i naszpikowane pułapkami kompozycje Uliego. Udało mu się doskonale i dzięki temu mógł zająć się pisaniem własnego rozdziału w historii Helloween.

Przyjechał do Polski na jeden koncert w warszawskiej Progresji. Szczupły, z krótkimi postawionymi włosami, niesamowicie pogodny człowiek, lubiący pożartować, ale bez żadnej taniej błazenady. Szybko otworzył się jak książka, z której można było bez problemu czytać. Zastanawiało nas, jak to wreszcie jest z jego narodowością, czy jest Niemcem czy Szwajcarem? "Jestem Niemcem, urodzonym w Szwajcarii, bo mam bliżej do szpitala w Zurychu niż w Niemczech, jakieś pół godziny, mieszkam dokładnie na granicy. Szwajcarzy nie przepadają za Niemcami, ale z racji tego, że jestem w jakimś tam kręgu popularny to mówią, że jestem Szwajcarem. Nic z tego! Na świat przyszedłem w Szwajcarii, ale jestem Niemcem."

W zeszłym roku zagrał na festiwalu w Cieszanowie, szybko przypomnieliśmy mu ten fakt. Dani zasępił się: "W zeszłym roku, w zeszłym roku… Hm… Możliwe, czasem mi się to myli".

Masz niekiedy problem na trasie z lokalizacją?


Oj, tak, zdarza się, że lekko jestem zmieszany, gdzie jestem, jaki jest dzień, która godzina, szczególnie tak, jak teraz, gdzie podróżujemy i dzień za dniem gramy w innym miejscu. Nie jestem tu pierwszy raz, więc widziałem już wiele rzeczy i zajmuję się innymi rzeczami.


Jaki jest twój rytuał na trasie?


Wstaję w okolicach 12, piję kawę, czytam, co tam mam pod ręką, teraz np. czytam biografię Erica Claptona. Po godzinie 13 idę się ogarnąć, wykąpać, patrzę, gdzie jesteśmy, robimy próbę dźwięku, chociaż dzisiaj jej nie robiliśmy, bo mamy świetną ekipę techniczną, która dba o każdy szczegół i wszystko się zgadza. Później robię swoje biurowe sprawy tak, jak teraz - udzielam wywiadów, zjem obiad i idę się zdrzemnąć tak do pół godziny przed godziną koncertu, wyciszam się i szykuję się mentalnie do grania, myślę, co mam zrobić, co poprawić, co zmienić.


Przykładasz uwagę do detali.


Oj tak, jestem bardzo dokładny w tej kwestii. Staram się zagrać dokładnie tak samo każdego wieczora i nie przepuścić żadnego uderzenia. Gra na scenie w Helloween to olbrzymia praca. Wiele rzeczy związanych jest z drobnymi komunikatami, informacjami, nabijaniem w odpowiednim momencie, to prawdziwy ogrom zadań. Wszystko, co słyszysz na scenie, ma swój sens, tam nie ma przypadku, każdy dźwięk ma swoje miejsce i zadanie, jest milion rzeczy, które trzeba tak ogarnąć.


Ciężko cię wyprowadzić z równowagi przed i w trakcie koncertu?


To ciekawe, wiele ludzi może myśleć, że jestem człowiekiem, który szybko się złości, a prawda jest taka, że jestem bardzo pozytywnie nastawioną osobą i ciężko zepsuć mi dzień. Oczywiście, jeżeli przychodzi jakaś zła informacja z domu odnośnie mojej żony, rodziny itd., nie tyle burzy mi dzień, co powoduje, że wciąż o tym myślę i odlatuję mentalnie w tamtą stronę, co jest normalne. Wcześniej potrafiłem się zezłościć i później robić jakieś błędy na koncercie, ale z wiekiem śmieję się z tych błędów. Co zrobić, zdarza się. Mówię sobie, że jestem tu w środku bitwy i już nie będę popełniał żadnych błędów.


W tak gęstym graniu chyba nie masz czasu nad myśleniem nad błędami i innymi rzeczami.


Miewam. Rutyna ma to do siebie. Czasami potrafi się wkraść w grę i podczas piosenki zaczynam się zastanawiać, co tam słychać w Bayernie Monachium, czy Lewandowski znowu strzela (śmiech)? Bywają absurdalne sytuacje, kilka koncertów temu po zagraniu Eagle Fly Free nie wiedziałem, czy w ogóle zagrałem tę piosenkę! Czy to się stało? Byłem gotowy do kolejnej piosenki, nikt się nie odwraca, więc chyba wszystko było ok. Gdzie była ta piosenka!? Gram ten utwór od 11 lat, zrobiłem to nie wiem ile razy, obudź mnie w środku nocy i ci to zagram. Jednak zdarza się czasami taka sytuacja, że jesteś gdzie indziej, chyba każdemu się coś takiego zdarzyło, tylko każdy się wstydzi o tym powiedzieć.


Zgadzam się, z drugiej strony jednak jest to też efekt perfekcyjnego opanowania materiału…


Tak, jestem bardzo szczegółowy, jeżeli o to chodzi. Do tego dochodzi pamięć mięśniowa. Potrafię zagrać każdą piosenkę bez udziału zespołu, zresztą tak też nagrywamy. Uczę się piosenki od góry do dołu, gram ją później zupełnie sam i bez metronomu. Klik puszczam tylko na początku, by wejść w tempo.


Nie ćwiczysz tylko na żywej tkance - piosenkach, ale też w tradycyjny sposób…


Jak wracam do domu z trasy to siadam i ćwiczę wiele rzeczy, łapię się za różne skomplikowane ćwiczenia, naprawdę to lubię. Ćwiczę w domu ok. 3 do 4 godzin dziennie. Szlifuję swoje słabe strony jak np. shuffle, odd time’ing - nad time’m zawsze pracuję! Staram się uzyskać tę pamięć mięśniową, która potrzebna jest w Helloween, przy utrzymaniu takiej prędkości. Oczywiście nie mówimy tu o jakichś absurdalnych tempach pokroju 220 bpm. Najszybsze rzeczy, jakie muszę okiełznać, są w okolicach 195 bpm. Problem w tym, że muszę to grać nogami tak głośno, jak to jest możliwe, muszę rąbać w centralę najgłośniej jak się da. Na żywo i w studio, praktycznie przy każdej kolejnej piosence zmieniam naciągi. Charlie (Bauerfeind - producent) nie wypuści mnie ze studia bez dobrego brzmienia bębnów i nie obchodzi go, jak szybko jest zagrane, centrale mają być piekielnie mocno wybite. To samo też mam na żywo.


W takiej sytuacji po koncercie jesteś pewnie wyczerpany?


Niekoniecznie, teraz już tak nie jest. Biorę to na miękko. Nauczyłem się tego po trasie z Judas Priest. Scott (Travis, garowy Judas Priest) nigdy się nie poci, gra wszystko bardzo spokojnie. Sztuka polega na tym, że on doskonale wie, jak uczynić brzmienie Judas Priest wielkim i nie musi się to wiązać z mocną nawalanką. Na początku myślałem, że on wali bardzo mocno, później zwróciłem uwagę, że on to robi… właściwie. To była niezła lekcja dla mnie. Na scenie nie walę w blachy tak mocno, jak to by się mogło wydawać. Staram się grać na równym poziomie, dzięki czemu dźwiękowiec nie musi wciąż machać suwakami na stole między mikrofonami przy bębnach w stylu "o, teraz trzeba mocniej tomy wziąć, bo w blachy uderza mocniej, a w tomy słabiej". Nie, niezależnie jak szybki jest utwór, próbuję utrzymać równe proporcje dynamiki w brzmieniu całego zestawu.


Paiste musi więc być szczęśliwe, że nie łamiesz dużo blach.


Gram na tych białych blachach, od… upfff... 5-6 lat? Pękło mi przez ten okres może z 10 talerzy - przy tak intensywnym koncertowaniu. A ile tych koncertów zagraliśmy? Aż ciężko zliczyć! Mam blisko do fabryki Paiste, ale nie muszę męczyć Christiana (Wenzel, menedżer ds. kontaktu z artystami w Paiste) często o podmiankę. Jeżeli przyjrzysz się dziś na koncercie, to zauważysz, że uderzam w talerz praktycznie od góry. Nawet brzmią przez to lepiej niż jakbyś walił w kant. Duże znacznie ma też sytuacja, jaka panuje na scenie, często proszony jestem, by grać na werblu ciszej. Z przodu wygląda to, jakbym miał zaraz rozwalić bębny. To taki trik. Scott Travis to udowodnił i zaimplementowałem to do swojej gry. Zespół brzmi przez to lepiej. Mikrofony są coraz lepsze, nagłośnienie jest coraz lepsze, dlatego nie ma sensu niszczyć bębnów. Podobnie gra Eric Singer. Zanim dołączył do KISS to wszystko rozwalał. Później musiał naśladować Petera Crissa i zmienił styl. Zmienił sposób uderzania i uczynił brzmienie zespołu niesamowitym.


Tommy Aldridge mówił mi, że blacha, która u niego ma ponad 2 miesiące, to już vintage…


Och, Tommy to jest jeden z moich bohaterów. Energia i technika gry, wciąż kradnę od niego różne zagrywki. Wciąż ma na mnie wielki wpływ i mówiąc wprost - rżnę od niego różne pomysły (śmiech). Jedno, co mi się w nim nie podoba, to fakt, że nieważne, czy gra mocne Still Of The Night czy balladę Is This Love, to gra to w tej samej dynamice, dla mnie to jest taki minusik jego gry. "Tam dam tam dam! Is This Love uaaaa!", hej, to jest ballada (śmiech)! Ale tak czy siak to jest mistrz, mój wielki mistrz, uwielbiam go. Jedyny w swoim rodzaju. Nauczyłem się w Helloween, by zawsze dać wyrównane brzmienie naszemu dźwiękowcowi, brzmienie które pasuje do zespołu i chwili. A tak naprawdę chodzi o to, by ludzie mieli poczucie dobrze wydanych pieniędzy, że ciężko pracując wydali je właściwie, a nie obserwowali, jak wywalam na scenę swoje ego.


Po prostu trzeba znać swoje miejsce i rolę w zespole.


Dokładnie. Musisz wyostrzyć swoje zmysły, by piosenka zabrzmiała jak najlepiej. Dajmy przykład Forever And One. Uli grał to z bardzo bluesowym zacięciem i gdybym grał teraz tak, jak powiedzmy Tommy, to mogłoby to się niezbyt dobrze skończyć dla piosenki. Staram się oddać charakter utworu, jaki był na płycie, to, do czego przyzwyczajeni są fani.


Ciężko naśladować Uliego?


Ciężko, bo Uli miał zupełnie inny styl gry na bębnach. Staram się oddać to, co on zagrał na płytach. To ma sens, ale musisz być bardzo uważny, by móc zrobić to właściwie. Próbuję to robić tak, jak próbuję oddać wiernie partie Ingo Schwichtenberga. Jeżeli posłuchasz to, co robię, to zauważysz przejścia i zagrywki, które on stosował, traktuję to bardzo poważnie. Oczywiście, interpretuję je po swojemu, ponieważ jestem Dani a nie Ingo, ale próbuję oddać honor jego partiom każdego wieczora, czego niektórzy wcześniejsi muzycy nie robili do końca… Nie oznacza to, że uważam się za kogoś lepszego, absolutnie nie! Każdy wcześniejszy muzyk był idealny w tamtym momencie i doprowadził do tego, czym jest ten zespół obecnie. Zostawili swój ślad i zapisali się w historii zespołu. Teraz moja kolej, jestem tu już 11 lat i chyba jestem najdłużej grającym perkusistą w kapeli, zobaczymy, gdzie nas to zaniesie.


Uczyłeś się bębnienia w Szwajcarii. Co ci dała nauka gry w szkole?


Dużo technicznych aspektów, nauczyłem się, jak podać to, o czym teraz tu mówimy. Nauczyłem się też tej wiedzy na temat historii bębnów. Myślę, że to jest ważne, by znać historię, by wiedzieć, jak wyglądały bębny w przeszłości, jak wyglądały np. w latach 20, jak się zmieniały, skąd w ogóle się wzięło coś takiego jak tom. Zrozumienie tych wszystkich rzeczy na temat bębnów uczyniły mnie lepszym muzykiem. Musiałem grać jazz, a ja nie znoszę jazzu, serio. Te wszystkie dziwne harmonie łiiiituiliłitłiii nie trafiają do mnie, ale oczywiście jest to na swój sposób wspaniałe. Techniczna strona takiego grania rozwinęła mnie i nauczyła lepszego słuchania innych muzyków, ponieważ każdego wieczoru grali coś zupełnie innego. Dzięki temu musiałem się nauczyć reagować, nawet, kiedy to brzmiało jak metalowy perkusista, grający jazz. Nie czuję tej muzyki, to nie moja bajka, mimo, że interesujące są te wzajemne zależności między instrumentami, ale muzyka sama w sobie… Och, daj spokój. Co jeszcze, oczywiście latino, rudymenty w każdą stronę, jak uczyć innych, musiałem zrobić program nauczania, no i rzecz jasna czytanie muzyki.


Przydaje ci się znajomość nut w Helloween?


O, tak. Po dołączeniu do zespołu nagrywaliśmy "trójkę" Keepera. Piosenka jest już gotowa, a ja mam zagrać dokładnie to, co jest na demo, ale też mogłem dorzucić coś od siebie. Wstałem rano i rozpisałem sobie całe partie, wszystkie miejsca. Usiadłem do nagrania, patrzyłem na kropy, metronom mi nabił tempo i tak nagrałem tę płytę. Jestem dumny z tej sesji, bez umiejętności ogarnięcia nut nie byłbym w stanie sprostać tej robocie. Hej, Keeper 3 (czyli otwierający płytę utwór The King for a 1000 Years) to utwór, który ma prawie 15 minut. Bez takich notatek, które były naprawdę bardzo dokładne, nie było możliwości nagrania tej płyty.


Obserwujesz w mediach nowe pokolenie bębniarzy?


Tak, przeglądam sobie YouTube. Jest taki jeden perkusista, którego strasznie lubię i on wie o tym. Nazywa się Eloy Casagrande , uwielbiam go, potwór. Jeden z niewielu młodych perkusistów, którego lubię oglądać. No, tylko, że chłopak musi się nieco wygrać, by zrozumieć, jak to właściwie robić (śmiech), to jest to, o czym mówiliśmy wcześniej w przypadku Scotta Travisa. Eloy daje w kość tym swoim talerzom Rude. Mimo to ma piekielne umiejętności techniczne i jest muzykalny, powoduje to, że jestem w niego wpatrzony. To potwór! Musi tylko troszeczkę zacząć się prowadzać lepiej podczas koncertów. Sepultura gra kluby, a jedyne, co słyszysz, to obijany niemiłosiernie Rude. A gdzie jest piosenka? (śmiech) Jest młody, nauczy się panować nad sobą i używać swój bagaż umiejętności. Od niego też zrzynam patenty. W końcówce jednego utworu Helloween wykorzystuję zagrywkę Eloya. Czuję się dumny, że mogę naśladować tak wspaniałego perkusistę. Ale to tylko, jeżeli chodzi o niego. Jeżeli chodzi o pozostałych młodziaków to bardziej jakieś zawody sportowe są. Wielu młodych metalowych perkusistów przychodzi do mnie i pyta, czy umiem zagrać 220. Nie, nie umiem, "Oj, myślałem, że jesteś zawodowcem?". Mam ponad 40 lat, pewnie i mógłbym zagrać spokojnie ponad 200, ale przy takim poziomie głośności, jaki bym chciał? Raczej nie da się. Największe piosenki są w nieco wolniejszych tempach, Bon Jovi, Stonesi, Kiss, nawet Metallica!


Nauczasz, więc masz styczność z młodzieżą.


Nauczanie jest moim hobby, nie jest to moje główne zajęcie. Gdy wracam do domu, zajmuję się też nauczaniem. Wiele osób przychodzi do mnie na lekcje. To, co lubię najbardziej, to nagrywanie z nimi. Nagrywamy i analizujemy, jakie są różnice w ćwiczeniu i w praktyce. Posłuchaj werbla, każde uderzenie jest inne, posłuchaj centralki, posłuchaj, jak gra centrala z werblem itd. Tu hi-hat za głośno, tu werbel nierówno. Powtarzałem to już kilka razy dziś, chodzi o zrównoważone granie i umiejętność panowania nad sobą.


Twoje początki i rozwój to dość zwyczajna historia i chyba nie ma sensu, byśmy o tym tu rozmawiali.


Tak, to w sumie nic ciekawego, zwykłe przechodzenie kolejnych etapów, normalne fakty. Takich historii jest pełno.


Ale musiał być wreszcie taki moment, który zmienił twoje muzyczne życie.


To pierwsza sesja nagraniowa z Helloween. Wszystkie rzeczy, o których była mowa przy moim przyłączeniu do zespołu, nagle musiały stać się faktem. Był czas na ćwiczenia, to teraz pokaż, co potrafisz. Czas na nagrania, tu i teraz. Nie byłem bardzo zdenerwowany, ale presja i oczekiwania były i wszystko to musiałem spełnić. Ta sesja zmieniła moje życie i przyznam ci, że wciąż do tego wracam i wciąż to ćwiczę. Na nowo to odkrywam i odkrywam. To niekończące się podejście do utworu.


Jaka była twoja reakcja, jak dostałeś płytę? Jedziemy z następną?


Nie. Chodziłem po studio z kartką, pytałem i notowałem, nad czym mam popracować. Mijały kolejne lata, a ja wciąż nad tym pracuję. Pracuję też nad tym na scenie podczas trasy koncertowej. Wciąż się rozwijam. Mówiłem na początku o pewnej rutynie, która może się wkraść każdemu, ale nawet to jest jakimś świadectwem tego, że jesteś na właściwym miejscu. Musimy być zorganizowani, jesteśmy perkusistami. Musimy zorganizować hałas. Powoduję, że hałas zaczyna groove’ić. Zapytaj każdego zawodowego perkusistę, jeżdżącego w trasy, każdy z nich jest zorganizowany i ma rutynowe działania każdego dnia. Tak jak twoja gra - musi być zorganizowana, wszystko musi mieć swoje miejsce. Stopa, werbel, stopa, werbel, to jest organizacja!


"Ordnung muss sein!"


Tak (śmiech), rzeczywiście to bardzo niemieckie, ale takie jest moje życie. Weiki (Michael Weikath - lider Hellowen) przypomina mi, że jest to takie organiczne narzędzie wewnątrz perkusisty, które pokazuje, że jest się właściwym gościem we właściwej robocie. Właśnie dlatego, że jestem zorganizowany. Wszystko jest jasne i przejrzyste, kawa, kupa, maile, ciach, ciach, ciach! Staram się każdego dnia tr zymać ten schemat, może dlatego, że daje mi to jakieś poczucie kontroli nad życiem. To jest ta natura. Najlepszymi menedżerami są perkusiści, bo z natury muszą być zorganizowani. Nasz menedżer też był perkusistą.


Jak wygląda twoja dowolność w tworzeniu partii bębnów w zespole?


Helloween jest rozrzucone po całej Europie, od Wysp Kanaryjskich przez Hamburg, Berlin. Każdy ma swoje studio i każdy wychodzi z kompletnymi piosenkami demo. Programują zarys bębnów, ja to ściągam i sprawdzam. Później nagrywam to sam i wysyłam chłopakom swoje propozycje bębnów. Oni sugerują jakieś zmiany, bo zamysł mieli taki i taki. Wykorzystajmy w pełni możliwości, jakie daje Internet. W większości przypadków mam wolną rękę. Jest to dla mnie wielki zaszczyt, ponieważ to oni są autorami i twórcami kompozycji. Ja się tym nie zajmuję, nie gram na gitarze, gram na bębnach. Nie umiem pisać piosenek, zajmuję się bębnieniem, niektórzy perkusiści mówią z dumą: "Gram na bębnach, ale piszę piosenki". Fuck off! Jestem perkusistą, nie umiem pisać piosenek, nie znam się na tym. Ja powoduję, że twoje melodie mają odpowiedni puls. Pamiętam swoje egzaminy w szkole z gry na pianinie… No, wystarczy mi (śmiech). Nie, no jasne, słyszę, co jest grane, potrafię rozróżniać rzeczy, ale nie jestem kompozytorem.


Jesteś zaznajomiony z nową technologią?


Tak, pracuję w domu na Logicu, wszystko sobie na tym ogarniam z zamkniętymi oczami. Fajnie się na tym pracuje w kwestii midi itp. dużo kreatywnych rzeczy mogę sobie wydłubać. Na scenie używam Ddruma, triggeruję centralki, ale tylko na potrzeby monitorów. To, co słyszysz na przodzie, to czyste brzmienie z mikrofonów, żadnych triggerów i z tego jestem dumny. Musisz grać mocno nogami, właśnie o tym mówiłem wcześniej. Na publikę idzie czyste brzmienie bębnów, usłyszysz to dziś, jak nie wierzysz, to przyjdź po koncercie, mogę ci to udowodnić. Zobaczysz triggery, ale tylko na potrzeby monitorów, by chłopaki mieli w uchu punktujący sygnał. Mam świetnie brzmiące bębny i niesamowicie dobrego technicznego, który zna kilka fajnych trików, związanych z tłumieniem i strojeniem bębnów. Klnę się na swoją matkę, jestem dumny z brzmienia moich bębnów.


To jest Reference? Ale nie Reference Pure?


Ach, wal się z Reference Pure! To jest zwykły, klasyczny, najlepszy Reference, a nie jakieś papierowe gówienka, a idź, daj spokój! Muszę mieć zestaw bębnów dla prawdziwych mężczyzn. To lubię. I mam ich kilka muahaha!!! (szalony śmiech)


Jaki jest więc jeden z trików tłumienia bębnów?


Nie powiem ci. No dobra… Piszę o tym w swojej książce, więc to nie jest jakaś wielka tajemnica. Skórzana poduszka, może to być oczywiście fałszywa skóra, zmieni twoje życie. Wywal wszystko z centrali i włóż taką poduszkę. Brzmi to jak naturalne triggery. Znacznie zmienia brzmienie bębna basowego.


Myślisz o kolejnym materiale edukacyjnym w formie książki lub DVD?


Nie, ta jedna książka mi wystarczy, jest w porządku, sprzedaje się. Jestem z niej zadowolony, ma w sobie kluczowe elementy, związane z moją karierą. Nad wieloma rzeczami, które tam są, wciąż pracuję. No, ale wiesz, jest tyle książek na rynku… Po co pchać się z kolejną.


Na koniec proste pytanie, co chcesz osiągnąć jako bębniarz?


Chcę być artystą, jedynym w swoim rodzaju. Nie chcę być najlepszy, pieprzyć to, to nic nie znaczy. Chcę mieć swój styl, chcę być znanym z tego powodu. Chciałbym, by kiedyś ktoś mówił: "O, to przejście w stylu Daniego Löble". Nawet, jak tu ci mówię, że ten czy inny fragment ukradłem od kogoś, to normalne i nie oznacza, że nie pracuję nad sobą i nad własnym stylem. Nie chodzi o szybkość, o technikę, chodzi o to, by być zapamiętanym jako artysta. "Posłuchaj tej partii bębnów, to Dani" - wtedy mógłbym poczuć się spełniony, misja wypełniona.


Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Grzegorz Kszczotek

Wywiad ukazał się w numerze marzec 2016





Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama