Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Tommy Aldridge

Dodano: 12.07.2016
Whitesnake, Ozzy Osbourne, Gary Moore, Thin Lizzy, Motorhead to ci najbardziej znani wykonawcy, z którymi nagrywał Tommy. W trasie zrobił miliony kilometrów, jego bagaż doświadczenia jest większy niż wszystkich perkusistów rockowych w naszym kraju razem wziętych.
Jego styl może przyprawiać o ból głowy. Ciężko tam doszukać się subtelnych technik płynnego ruchu ramion. Chociaż w sumie płynny ruch ramion jest, ale tylko w jedną stronę, w momencie rąbnięcia w zestaw. Koścista ręka zostaje na bębnie i wydaje się, że za chwilę pęknie nie tylko pałeczka, ale też kość muzyka. Tak właśnie wymiata Tommy Aldridge, u którego za bębnami jest zawsze wielka zawierucha, a gdy dodamy jego bujną fryzurę, to nie sposób go pomylić z kimś innym. Mimo swoich 65 lat niewiele się zmieniło w kwestii wciskania ciosów w bębny "Najtrudniejszą rzeczą dla mnie na przestrzeni lat była umiejętność gry z taką samą dynamiką przez kilka godzin. Nie jest to do końca kwestia siły, lecz bardziej wytrzymałości. Potrzebujesz dużej dawki energii" - mówił nam kiedyś (Perkusista 2/12).

Tommy jest symbolem rockowego grania, perkusistą, których już nie ma wielu w obecnych czasach, gdzie przeżywamy istny "Atak klonów", pełen wymuskanych chłopaczków, trzymających się minimalnych, nisko osadzonych zestawów zgodnie z panującą modą. Tommy Aldridge to stara szkoła bębnienia, pełna emocji, prawdziwej furii i ekspresji. Można nieco uszczypliwie powiedzieć, że jest jak skansen, gdzie słychać dokładnie to, co robił John Bonham. Mimo, że ich style gry znacznie się różnią, to jest ten wspólny element, element surowości i rockowego gniewu w bębnieniu, który teraz zastąpiony jest do bólu szlifowanymi połamańcami. Taka kolej rzeczy.

Tommy wrócił do ekipy Whitesnake po tym, jak Brian Tichy stwierdził, że nie może dłużej czekać w blokach na decyzję Davida Coverdale’a co do dalszych działań zespołu. Ostatni album Whitesnake, zawierający utwory Deep Purple to powrót Tommy’ego do studia z ekipą Coverdale’a. Skoro album to trasa koncertowa, skoro trasa to okazja do rozmowy.

Co robiłeś przed Black Oak Arkansas?


Dorastałem grając w kilku różnych lokalnych zespołach, głównie w trio, najczęściej graliśmy czyjeś piosenki i przerabialiśmy je. Było nieco swojej muzyki, ale niezbyt dobrej. Graliśmy w lokalnych klubach i barach. Zespół właśnie podpisał umowę z Atlantic, a było to w czasach, kiedy wytwórnie oznaczały wszystko. Jakiś pan przyszedł do mnie na jednym z naszych koncertów i powiedział, że szuka perkusisty, dał mi numer telefonu. Kilka tygodni później zadzwoniłem i wszystko się tak zaczęło.


Skończyło się to niezbyt dobrze?


Procesowałem się przez rok po tym, jak opuściłem ten zespół, chciałem odbudować swoją niezależność zarówno pod kątem prawnym, kreatywnym, jak i emocjonalnym. W momencie, gdy byłem zajęty, miałem ze sobą teczkę z kontraktami i prawnymi przepisami po to, by wyrwać się od nich. To było trochę jak kontrakt na bycie niewolnikiem w zespole. Mimo, że byłem na równi ze wszystkimi, potrzebowałem roku na procesowanie się po tym, jak uderzyli we mnie pozwami, gdy odszedłem z kapeli. W międzyczasie założyłem jakiś zespół, ale nie byłem w stanie nic z nim zrobić, bo nie było opcji podpisania kontraktu w trakcie prowadzonych postępowań sądowych.


Nie odcięło cię to jednak od muzyki?


Nie, to nie miało nic wspólnego z muzyką. Dostałem kilka prawdziwie pouczających lekcji i nikogo za to nie winię. Chciałem wykorzystać ten zespół jako kamień milowy, nie wiedziałem, że będzie to wyglądać tak, jakbym szedł do dentysty każdego dnia wychodząc na scenę. Przyjąłem ofertę pracy z bardzo złych przyczyn i zapłaciłem za to bardzo wysoką cenę. Nikt nie dał im prawa do tego, by zrobili to, co planowali robić, ale i tak dostałem poważną nauczkę. Nie miałem później żadnego managera. Oczywiście jest sporo naprawdę dobrych managerów, ale ja nauczyłem się dbać sam o siebie i o swoją robotę, zrozumiałem, jak działają podstawowe zasady w show-biznesie lub tak, jak w tym przypadku - zrozumiałem, jak nie działają.


Dlaczego ruszyłeś do Anglii na początku lat 80 po tym, jak opuściłeś Pat Travers?


Rozstałem się ze swoją dziewczyną, a moja kariera była jednym wielkim bałaganem. Tak to wtedy postrzegałem. Nie miało to nic wspólnego z problemami z narkotykami. Po prostu rzeczy nie układały się tak, jak powinny. Wydawało mi się, że nie jestem w miejscu, w którym powinienem być emocjonalnie, personalnie, duchowo, na wielu płaszczyznach. Zawsze chciałem nagrywać w tych studiach, gdzie powstały moje ulubione płyty, większość z tych miejsc znajduje się w Anglii, dlatego tam poleciałem. Zahaczyłem o kilku starych znajomych, jak Rod MacSween i Steve Barnett. Rod MacSween jest obecnie agentem Whitesnake, pozwolił mi zostać u siebie przez jakiś czas aż do momentu, kiedy spotkałem się z Gary Moore’m. Także wtedy poznałem Randy’ego Rhoadsa, ponieważ Randy w tym okresie robił różne rzeczy dla Ozzy’ego, który wracał z przerwy, jaką sobie zrobił po odejściu z Black Sabbath. W tym czasie Sharon Osbourne wchodziła do biznesu, pracując w firmie u swojego ojca (Dona Ardena) Jet Records. To był dobry moment na to, by się tam pokazać. Zagrałem kilka tras i nagrałem parę płyt z Garym, co wyszło mi na dobre. Bardzo lubiłem mieszkać w Londynie, to było magiczne miejsce.


Jak dostałeś zaproszenie do gry z Ozzym?


Don Arden zapytał, czy nie chciałbym przyjść i zagrać swoje wersje bębnów na dwie płyty Diary Of A Madman i Blizzard Of Ozz. Powiedział mi u siebie w biurze: "Mam materiał, gdzie bębny są już nagrane, zastanawiam się, czy mógłbyś na to nałożyć swoje bębny?". Puścił m ten materiał, a ja mu powiedziałem: "Łał, to są świetne partie, dlaczego miałbym nagrywać je jeszcze raz?". On mi odparł: "Możesz to zrobić?", a ja na to: "Pewnie, że bym mógł, Don, ale nie wiem, czy będzie lepiej, bo jest tu naprawdę magiczny materiał, nie rozumiem, dlaczego chciałbyś w tym mieszać." Delikatnie odmówiłem i z szacunkiem, ponieważ nie wiedziałem, czy mógłbym to ulepszyć. Nie wiedziałem, że szukał ludzi do działań poza studiem.


Ozzy ma reputację, związaną ze swoimi ekscesami. Czy ten zespół był nieustanną imprezą?


Nie był nieustanną imprezą, wszyscy traktowaliśmy to bardzo serio. Rudy Sarzo (bas) nie miał problemów z narkotykami, podobnie Randy. Ja także nie jestem gościem, który bierze. Don Airey (na klawiszach) także nie jest ćpunem. Braliśmy sprawę na poważnie i każdy miał oczy skierowane na piłkę. Zrobiliśmy materiał, który wydawał nam się w porządku. Pracowaliśmy nad Diary Of A Madman, które jest naprawdę fajną piosenką. Później przychodził Ozzy na próbę i nie mógł się w to wstrzelić, ponieważ riff nie był na 4/4, tylko nieparzyście. Byliśmy mocno rozczarowani, że nie możemy tego zagrać. Było pełno podobnych sytuacji. Imprezowałem muzycznie, ponieważ współpracowałem z kilkoma wspaniałymi muzykami, głównie mam tu na myśli Randy’ego Rhoadsa. To był świetny okres patrząc z tej perspektywy, ale z drugiej strony musieliśmy to uprościć, by zagrać to na żywo. Prawdziwa dychotomia. Było trochę takich głupawych rzeczy, oddawanie się rockowej atmosferze, ale też fakt, że czekamy na gościa, który tak naprawdę jest motorem zarabiania pieniędzy za sam fakt pojawienia się. Mówię to z największym szacunkiem, bo każdy z czymś walczy. Ozzy chciał się wtedy odrodzić w biznesie, ciążyła na nim duża presja, dlatego nie jestem tu sędzią, mówię jedynie, jak było.


Po śmierci Randy’ego kończyliście trasę z Bradem Gillisem. Musiało to być niezwykle trudne…


Taa… Cóż, Sharon chciała to utrzymać i rozumiem jej podejście. Był to sposób na to, by przejść przez ten smutek, ponieważ cała sytuacja była strasznie traumatycznym doświadczeniem. Stracić Randy’ego i być tam w tym momencie, byliśmy w szoku i nie chodzi tu tylko o to, że samolot uderzył w busa (Rhoads zginął w wyniku "zabawy" małym samolotem), ale o to, że straciliśmy kogoś takiego jak Randy. Minęły tygodnie, miesiące, a nawet w niektórych przypadkach lata, żeby ta rana się zagoiła. Tak więc była to forma radzenia sobie z całą sytuacją i współczułem wtedy Ozzy’emu również z innego powodu. Niezależnie od tego, co niektórzy mogą twierdzić, Randy był kurą znoszącą złote jaja, a tu nagle wszystko się skończyło. Sprawdziliśmy prawie każde miejsce w poszukiwaniu gitarzysty, próbując znaleźć kogoś, kto byłby na tyle dobry, by poradził sobie z partiami Randy’ego, ale jednocześnie by nie przeginał i nie starał się grać ich inaczej. Pojawił się Brad Gillis, który zapełnił lukę, był bardzo odważny, że to zrobił. Pierwsze koncerty jeszcze przed Bradem zagrał Bernie Torme. Pierwszy koncert zagrał w Madison Square Garden i bardzo mi go było szkoda, bo był niesamowicie zestresowany. Wróciliśmy na scenę za szybko, ale Sharon miała zabukowane te koncerty i chciała wypełnić zobowiązania.


Grałeś z Rudym Sarzo w kilku zespołach na przestrzeni lat. Jaki jest klucz do bycia świetną sekcją rytmiczną? Korzystasz z basu w swoich monitorach?


Słucham każdego, na tym polega radość w zespole, to jak peleton w Tour de France. Jeżeli widzisz przód, boki to sprawia to wrażenia jakiejś ławicy, która porusza się do przodu własną siłą, nie zdajesz sobie wtedy sprawy z tych pojedynczych, indywidualnych elementów. Właściwie tak właśnie wygląda zespół patrząc z przodu, z perspektywy brzmienia. Jesteś tak dobry, jak dobrzy są ludzie, z którymi pracujesz. Jak pracujesz z ludźmi pokroju Randy’ego, to jesteś wciągany na ich poziom, więc jesteś niesiony przez ten moment, w którym jesteś, kształt i forma jest za to odpowiedzialna, ale musisz czerpać korzyści z tej sytuacji. Wiem, że to bardzo oklepane, ale całość jest lepsza niż poszczególne elementy składowe. Mix, jaki mam w uchu, jest idealnym tego przykładem. Słyszę wszystkich i daje mi to wiele radości, ponieważ gram ze wszystkimi, słyszę, jak fajnie brzmią gitary i jak wszystko ładnie ze sobą współgra. Żadna osoba nie jest za to odpowiedzialna indywidualnie, tylko kolektyw może dawać taki efekt.


Wydaje się, że Whitesnake idealnie oddało ducha czasów lat 80, właściwy zespół we właściwym czasie z właściwymi piosenkami.


Zgadza się. Jest tak wiele rzeczy, jakie mają swój udział w sukcesie tego zespołu, że ciężko by było jednej osobie egoistycznie sobie wszystko przypisać. Dlatego czuję się bardzo skromnie, będąc zaangażowanym w ten zespół, ponieważ ludzie, którzy znają się dobrze na rzeczy wiedzą, jak dużo stron jest za to odpowiedzialnych, nie wspominając już nawet o tym, że w tym okresie było równolegle MTV. Nie możesz tego sobie przypisać, możesz jedynie usiąść i powiedzieć "dziękuję bardzo", jestem bardzo wdzięczny za to, że jestem w to zaangażowany. Masz rację, to był ten okres. Nie jestem pewien, czy coś takiego znowu będzie miało miejsce. Będąc częścią tego wszystkiego mógłbym się poczuć odrobinę, jakbym oszukiwał, bo tak dużo osób było zaangażowanych do tej pory. Miałem szczęście być we właściwym miejscu o właściwym czasie.


Czy czułeś się zniechęcony powstaniem grunge w początku lat 90?


Mieczem wojujesz, od miecza giniesz, prawda? Byłem zniechęcony tym, w jaką stronę zaczął podążać rock. Było tak dużo zespołów, które były dokładnie takie same jak inne zespoły i nie mówię tu o tym, że wszyscy naśladowali Whitesnake. Każdy widział ten fenomen i każdy chciał być właśnie taki. To stało się takim małpowaniem na olbrzymią skalę. Musiało się to jakoś solidnie wyczyścić. Każda wytwórnia podpisywała kontrakty z 15000 kapel i każda z nich brzmiała dokładnie tak samo. Muzyka stała się znacznie lepsza od tego momentu, ten ruch grunge wyczyścił nie tylko zespoły, które małpowały, ale też wytwórnie płytowe z tych managerów i innych gości, którzy także niczym się od siebie nie różnili. W związku z tym byłem naprawdę zadowolony, gdy na to patrzyłem, mimo, że mój gatunek muzyki był stylem, który był wtedy najbardziej zagrożony.


Jak podszedłeś do materiału Deep Purple na najnowszej płycie i ostatecznie na trasie?


David chciał odświeżyć kilka z tych melodii, łączy je przecież wspólna historia. Wybrał piosenki, które chciał zrobić i zrobił to bardzo rozważnie, on traktuje swoją karierę bardzo poważnie. Nie chcieliśmy przenieść tych piosenek w jakieś miejsce, gdzie nie było sensu się zapuszczać, ale jednocześnie Dave dał nam wolną rękę z muzycznego punktu widzenia, by zrobić te utwory po naszemu i być jednocześnie "a propos". Z perspektywy perkusji jesteś przeklęty, jeżeli to zrobisz i jesteś przeklęty, jak tego nie zrobisz. Puryści Purple żyją tym i umrą za te piosenki, dlatego wiedziałem, że z perspektywy perkusyjnej będzie to podwójna presja. Wszedłem do studia i po prostu chciałem spędzić dobrze czas, chciałem podkreślić swój szacunek do partii Iana Paice’a, zrobić to, co naturalnie wynika z piosenki i jest wierne. W innym przypadku nie grasz tych piosenek.


Jak myślisz, jak bardzo na przestrzeni lat zmieniłeś się jako muzyk?


Chciałbym myśleć o sobie, jako o lepszym muzyku. Czy uderzam tak mocno, jak to robiłem, gdy miałem 25 lat? Chyba tak. Czy podchodzę do tego z taką pasją, jak wtedy, gdy miałem 25 lat? Chyba tak. Czy wymaga to teraz ode mnie więcej wysiłku, by zrobić to samo, co robiłem, gdy miałem 25 lat? Chyba tak. Poświęcenie się nie zmniejsza w momencie, gdy osiągasz sukces, ono się zwiększa i to właśnie trzyma wiarę w to, co robisz. Nie jest trudno osiągnąć sukces na kilka lat, dla mnie bardziej wyzywające jest to, że potrafię to utrzymać przez dekady. Łatwo mieć dwa dobre koncerty w tygodniu, ale ja chcę mieć pięć lub sześć takich koncertów w tygodniu. Jestem wciąż niesamowicie spełniony po dobrze zagranym koncercie, po czymś, co jest żywe, co jest prawdziwe. Czego się nauczyłem na przestrzeni lat? To, że gra na bębnach tych wszystkich rzeczy nie jest tym, czym naprawdę jestem. To jest coś, co robię. Nauczyłem się to robić wystarczająco dobrze i regularnie dobrze na tyle, by ludzie do mnie wołali i mówili: "Możesz wpaść i zagrać to jeszcze dłużej?". Tak długo, jak utrzymam taką postawę, to wszystko będzie klawo. Nie muszę się oddawać narkotykom, by to zrobić. Nie muszę liczyć, że ktoś przyjdzie mnie poklepać po plecach, nie dlatego to robię. Robiłem tak, gdy głodowałem i robiłem, jak byłem przesadnie opłacany. Robię to, co robię z pewnych konkretnych powodów i te powody nigdy mnie nie zmieniły. Mogę być z tego powodu szczęśliwy, ale jednocześnie też zachowuję pokorę. Nie jestem osobą, która lubi się szczycić, staram się zrozumieć, dlaczego rzeczy potoczyły się tak a nie inaczej. Im większą mam świadomość, tym mocniej zdaję sobie sprawę z tego, jak mało ja miałem z tym wspólnego.


Materiał przygotowali: Staszek Piotrowski, David West i Kajko
Zdjęcia: Adam Gasson

Wywiad ukazał się w numerze marzec 2016





Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama