Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016
Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.
Nie stroni od death metalu, aktywny nauczyciel, zawsze chętny do gry w studio i do dobrej solówy na żywo.

Na rozmowę z muzykiem umawialiśmy się dość długo, jak to zazwyczaj bywa terminy gonią terminy i ciężko było spotkać się w jednym miejscu czasoprzestrzeni. Ostatecznie doszło do konfrontacji, której efekty znajdziecie poniżej. Z racji tego, że Michał to kreatywny i świadomy muzyk, któremu wystarczy jedynie impuls, niniejsza konwersacja prezentuje nie tylko dokładnie jego sylwetkę, ale też ciekawe podejście do wielu zagadnień świata bębnów.

Kto ci bębni najbardziej w sercu?


To jest oczywiste i zarazem bardzo trudne pytanie. Zmienia się to u mnie wraz z upływającym czasem. W ciągu ostatnich kilku lat największy wpływ na moją grę mieli tacy perkusiści, jak Steve Smith, Dave Weckl, Vinnie Colaiuta, Dennis Chambers, Jojo Mayer, Johnny Rabb, Aaron Spears, Damien Schmitt, Larnell Lewis, Chris Dave, Horacio Hernandez.... Lista oczywiście mogłaby być znacznie dłuższa. Koniecznie muszę wspomnieć o swoich nauczycielach, którzy odcisnęli piętno na moim perkusyjnym stylu oraz technice. Mowa o Zbigniewie Lewandowskim oraz Dariuszu Kaliszuku. Olbrzymi wpływ na to, jak gram, mieli również moi koledzy z uczelni. Zdarzało nam się spędzać sporo czasu na rozmowach o sprzęcie, ćwiczeniu na dwa zestawy oraz wspólnych wymianach "patentów". Najwięcej czasu w ten sposób spędziłem z panami Michałem Piotrowskim, Jarkiem Korzonkiem oraz Jarkiem Marszałkiem. Nie mogę również pominąć mojego "profesora od jazzowego bębnienia" Przemysława Jarosza.

Jeśli chodzi o gatunki muzyczne, których słucham... to również trudne pytanie. Wydaje mi się, że jestem otwarty na różne gatunki muzyki. Zawężając - w znaczącej większości jest to muzyka wykonywana na żywo, głównie muzyka instrumentalna. Bliskie jest mi szeroko rozumiane fusion - uwielbiam pełen wachlarz groove’ów, który w tym gatunku się pojawia. Można powiedzieć, że tutaj wszystkie chwyty są dozwolone - od drum’n’bass’u, przez swing, latin i co tylko można sobie wyobrazić. Nieobcy jest mi oczywiście jazz, ale raczej osadzony w groove’ach niż w przysłowiowym "trzydzieści, trzydzieści". Nie lubię też przesadnie rozbudowanej harmonii. Moi faworyci w tym temacie to Esbjorn Svensson Trio, bardzo lubię latin jazz - Michel Camilo. Jeśli sięgam po klasykę jazzową to raczej w big bandach. Na mojej playliście nie brakuje również rockowych, czasem nawet metalowych pozycji. Jeśli chodzi o rocka, to najbardziej lubię lata 70-te: Black Sabbath, Led Zeppelin, Deep Purple. Lubię posłuchać Guns’ów, uwielbiam solowe płyty Slash’a. Czasem wracam do zespołów, których słuchałem jako zbuntowany nastolatek: do Metalliki, Slayera, czy zespołu Death. Z ekstremalnych pozycji uwielbiam płyty Dimmu Borgir z orkiestrą symfoniczną. Staram się być również na bieżąco z dobrze granym popem - krajowym oraz zagranicznym.


Jak zainteresowałeś się perkusją?


Wszystko zaczęło się od "korby", której dostałem na punkcie Black Sabbath. Miałem wtedy 14 lat. W szkole poznałem kolegę Sebastiana, który miał ten sam "problem". Chcieliśmy być jak nasi idole - założyć zespół i grać. Mnie najbardziej fascynowała perkusja. Któregoś razu, zupełnym przypadkiem, dostałem pałki od kolegi. Zaczęło się pierwsze molestowanie poduszek i taboretów. Prawdziwy początek przygody z perkusją nastąpił ok. półtora roku później. Mój kuzyn wraz z kolegami z liceum zakładał zespół. Brakowało im perkusisty. Ja miałem pałki, więc byłem idealnym kandydatem. Trzy lata później wiedziałem, że granie na bębnach to jest dokładnie to, co chcę w życiu robić. Tak zostało do dziś, choć nie jest to tak proste, jak wówczas mi się wydawało.


Dlaczego? Chodzi o życie, grę czy poruszanie się na rynku?


W różnych proporcjach każda z tych sfer w pewien sposób zaskakuje, gdy chcemy uczynić z grania swój zawód. Mając te "naście" lat, z jednej strony szczytem marzeń wydawało mi się utrzymywanie się z grania. Z drugiej zaś strony wierzyłem, że wystarczy dużo ćwiczyć, skończyć jakąś szkołę muzyczną i gotowe! Ktoś przecież w końcu mnie zauważy i zaproponuje "etat" w dobrze prosperującym zespole. Wydanie płyty czy zagranie trasy na tamten moment wydawało się z jednej strony nieosiągalnym marzeniem, a z drugiej było dla mnie równoznaczne z sukcesem finansowym. Kilka lat później marzenia zaczęły się spełniać. Okazało się jednak, że do dwutygodniowej zabawy w gwiazdę rocka (Blitzkrieg Tour 2009 jako support Vadera) trzeba było sporo dopłacić. Do tego organizatorom trasy bardziej opłacało się wziąć dodatkowy support zamiast technicznych - do naszych zespołowych obowiązków należało pakowanie, ważących tony, sprzętów headlinera na TIR’a. Nie zdając sobie sprawy z luksusu, jaki mnie spotkał - do pierwszej płyty nie musiałem dokładać, natomiast brak zainteresowania wszystkich 150 wytwórni, do których wysłaliśmy płytę i sprzedaż na poziomie 500 sztuk, po wydaniu jej własnym sumptem, wywołały pewne refleksje… Dotarło do mnie, że granie autorskiej muzyki, w zespole, w którym w pełni można się wykazać, jest luksusem dla nielicznych. Do tego nie zawsze decyduje o tym warsztat poszczególnych muzyków. Internet pełen jest nikomu nieznanych wirtuozów. Pcha mi się tutaj na usta przykład Larsa, który znajduje miejsce we wszystkich zestawieniach perkusistów wszech czasów. Mam do niego ogromny szacunek za to, co robił kiedyś, natomiast na ten moment niektóre jego wykonania pachną brakiem szacunku do słuchacza...

Tu chyba dochodzimy do sedna - poruszanie się po rynku. Tak, jak mówiłem chwilę wcześniej - okazuje się, że samo granie to za mało. Trzeba zająć się własną promocją czy wizerunkiem - w moim przypadku prowadzenie Facebooka oraz kanału na YouTube. Endorsement - jak się często wydaje - nie jest dziełem przypadku. Trzeba napisać CV, dzwonić, pisać maile etc. I jak nie drzwiami, to oknem. Przypomina to czasem pracę biurową, której żaden muzyk nie lubi. Istotnym aspektem radzenia sobie na rynku jest uniwersalność stylistyczna. Oczywiście nie da się być dobrym we wszystkim. W trakcie budowania swojego warsztatu, trzeba ocenić, w których gatunkach czujemy się najlepiej oraz skonfrontować to z "konkurencją" - nie da się dobrze grać rzeczy, których w ogóle się nie lubi, czy po prostu nie słucha. Trzeba znaleźć swoją niszę, odnaleźć swoje indywidualne cechy w graniu, które czynią nas charakterystycznymi. Jeśli chodzi o samą grę - to dla mnie najbardziej przewidywalna kwestia. Nagrywam się, sam korzystam z lekcji, ćwiczę, analizuję. Na konkretne problemy, słabości, staram się wynajdywać odpowiednie ćwiczenia. Znając swoje predyspozycje i dostępny czas na ćwiczenie, wiem mniej więcej, co jest w moim zasięgu, a co nie. Wiem też, że niektórych procesów nie da się przyspieszyć i potrzebny jest po prostu czas lub "przebieg" sceniczny. Aż się wstyd przyznać - będąc początkującym perkusistą myślałem - będę najlepszy! Zaczynałem w epoce bez Internetu. W mojej rodzinnej Trzebnicy perkusistów było kilku i to było jedyne źródło wiedzy. Potem dopiero zaczęło się liceum - Wrocław, znajomi, kapela w szkole, poszerzenie horyzontów muzycznych, pierwsze lekcje gry na perkusji. Bardzo szybko okazało się, że poza kilkoma znanymi przeze mnie nazwiskami swoich idoli, jest cała masa genialnie grających perkusistów. Przy odmiennych wypadkowych muzykalności, stylistyk czy technik i nierzadko porównanie ich ze sobą jest niemożliwe, nie mówiąc o określeniu, kto jest od kogo lepszy. Tak trochę to wygląda, że im więcej wiem, tym bardziej znam swoje miejsce w szeregu. Poruszając kwestie życia, czyli funkcjonowanie w muzycznej branży, nie ma tu raczej niespodzianek - nie jest to praca od 8.00 do 16.00, od poniedziałku do piątku. Umowy o pracę, trzynastki oraz płatnego urlopu też raczej nie należy się spodziewać. Realia są następujące - większość zajętych weekendów w roku, sporo grań w środku tygodnia. Do tego dochodzą próby czy lekcje, które wszystkim pasują od godzin popołudniowych wzwyż. Cierpi na tym oczywiście trochę życie osobiste, ale da się to wszystko jakoś poukładać. Z drugiej strony pracuję sam na siebie i dokładnie tyle, ile sam chcę.


W jakich formach czujesz się najlepiej w grze?


Odpowiadając trochę naokoło - zawsze najbardziej imponowali mi uniwersalni perkusiści - jak np. Vinnie Colaiuta, który, jak wiemy, radzi sobie w każdych warunkach bojowych. Frank Zappa, Sting, Herbie Hancock, na dokładkę można dodać współpracę z thrashowym Megadeth. Poprzez świadome wybory, w trakcie budowania swojego warsztatu oraz przez różnego rodzaju sytuacje muzyczne, w których miałem okazję się znaleźć - w roli zastępcy czy będąc członkiem zespołu - przewinęło się wiele różnych stylistyk. Ze względu na profile obu szkół, do których uczęszczałem, jazzowe granie nie jest mi obce. Na koncie mam kilkuletnią współpracę z bluesowym zespołem, ale moje korzenie osadzone są w metalu. Nie brakowało również coverowego grania, więc popowe rejony są również w moim zasięgu. Drum’n’bass, r&b, latin, gospel chops - to rzeczy, które lubię ćwiczyć i grać. Całą tę różnorodność stylistyczną mogę wykorzystać w fusion, które daje mi pełną swobodę w doborze rytmów. Znajdzie się tu zawsze miejsce na solo bębnów (śmiech). Natomiast ze względu na ilość koncertów, które zagrałem z Trzynastą w Samo Południe, w rockowej stylistyce czuję się najpewniej. Nie muszę się tu zastanawiać, jak nastroić instrument, kiedy trzeba zagrać prosto i z dyscypliną, a kiedy można sobie pozwolić na więcej swobody. Działa po prostu rutyna - dokładnie wiem, po co jestem tam z tyłu sceny i co mam zrobić.


Nie stronisz od solo…


Bardzo lubię grać solówki, lubię improwizować. Jest to stały element moich ćwiczeń. Jeśli tylko pada propozycja solówki na perkusji - zawsze jestem na tak (śmiech). W zeszłym roku udało mi się zrealizować młodzieńcze marzenie i zagrać rockowe solo przed kilkudziesięciotysięczną publiką na przystanku Woodstock. Udało mi się też wcisnąć swoje trzy grosze w jednym z finałowych odcinków programu X-Factor, emitowanym na żywo w TVN w porze największej oglądalności. To, co mogę powiedzieć na pewno - jestem uzależniony od występów na żywo, niezależnie od tego, czy jest to mały klubik czy duża scena. Jeśli mija tydzień bez grania - czuję się dziwnie. Jak zdarzą się dwa - czuję się jak bezrobotny. Na szczęście od jakiegoś czasu takie momenty są rzadkością. Duże sceny lubię ze względu na komfort pracy: odsłuch douszny i realizatora na froncie, który czuwa, żeby wszystko się zgadzało. Małe kluby uwielbiam za kontakt oko w oko z publicznością oraz konieczność wypracowania własnego, optymalnego miksu między elementami zestawu, zespołem, z uwzględnieniem akustyki pomieszczenia.


W takim razie, jakie jest twoje zdanie na pracę w studio?


Uwielbiam pracę w studio. Jest to miejsce, w którym precyzja uderzenia, równe granie i dobre brzmienie są naprawdę w cenie. Tylko tam jest czas na tak dokładne strojenie bębnów i przygotowanie instrumentu. Do tego nigdy nie wiadomo do końca, jaki setup będzie dobrze brzmiał pod mikrofonami w studyjnym pomieszczeniu. Jaki werbel? Jakie talerze? Często największe pewniaki idą na bok, a nagrywa się na czymś, co nie wygląda i na ucho nie przekonuje - a pod mikrofonem działa. Największą frajdę sprawia mi tzw. "setka". Dreszczyku emocji zawsze dostarcza nagranie w roli sesyjniaka - gdy nie znam dobrze materiału i muszę korzystać jeszcze ze ściąg. Jeśli cała operacja się uda, czyli zespół i realizator zadowoleni, to satysfakcja po udanej sesji jest duża. A do tego zostaje pamiątka w postaci nagrania. Mówiąc najbardziej ogólnie - po prostu nie lubię nudy! Bardzo chętnie pojawiam się w roli zastępcy, bardzo lubię udzielać się na jamach. Lubię wszelkiego rodzaju wyzwania. Oczywiście znam swoje ograniczenia i raczej nie porywam się z motyką na słońce.


Jak mielibyśmy poznać Michała Bednarza perkusistę, to czego musielibyśmy posłuchać, gdzie się wybrać?


Najprościej będzie zacząć od Internetu. Prowadzę, dość aktywnie, swój kanał na YouTube - wystarczy wpisać moją ksywkę i gotowe! Zapraszam również na swojego Facebooka, na którym można znaleźć bieżące informacje na temat terminów koncertowych oraz różnego rodzaju krótkie filmy o bębnieniu. Na żywo najłatwiej zobaczyć mnie można na scenie z Trzynastą w Samo Południe. Jeśli ktoś lubi hard-rocka w amerykańskim stylu, powinno się podobać. Stałym punktem programu jest moje solowe 5 minut podczas koncertu. Zapraszam również do posłuchania naszej płyty Hell Yeah. Kolejnym moim stałym składem jest fusion’owe trio wirtuoza oburęcznej gitary oraz tappingu oburęcznego, Adama Fulary. Do tej pory wspólnie udało nam się zarejestrować An Introduction To Counterpoint. Kolejny krążek pod tytułem Tripple Timing powinien ukazać się jeszcze w tym roku. Full-X zagości w maju na scenie podczas Bałtyckiego Festiwalu Gitary Elektrycznej. Stałym punktem w grafiku są organizowane przeze mnie wtorkowe Groove Jam Sessions w Niebo Cafe we Wrocławiu. Z ważniejszych nagrań wspomnieć też należy o Esqarial - Burned Ground Strategy. Zespół już niestety nie istnieje. Liderem i autorem kompozycji zawartych na tej płycie jest Marek Pająk - aktualny gitarzysta Vadera.


A skąd twoja pasja do motoryzacji? Jesteś jak Czarek Konrad i Robert Luty.


Myślę, że do tych panów daleko mi pod każdym względem. Jedno jest pewne - mamy co najmniej dwie wspólne pasje. Miłością do motoryzacji, a precyzyjniej do samochodów, zaraził mnie mój tata. Mam jedno mgliste wspomnienie z wczesnego dzieciństwa - rozstawiony namiot na łące, wieczór i przejeżdżające z ogromną prędkością rajdówki z rozgrzanymi do czerwoności tarczami hamulcowymi, iskry i strzały z wydechu. Jako dzieciak często pomagałem ojcu przy naprawach samochodu - po prostu podając klucze lub świecąc, gdzie trzeba. Mając 4 lata prowadziłem auto na kolanach taty, a mając 10 umiałem już sam prowadzić. Muszę też dodać, że tata zawsze jeździł szybko. Ogromna fascynacja autami lekko przygasła w okresie szkolnym. Powróciła z zakupem pierwszego auta, Fiesty z 86 r. o zabójczej mocy 40 KM. Wprowadzanie auta w poślizg oraz sprawdzanie limitów przyczepności opon stało się drugą pasją po perkusji oraz niestety źródłem wydatków - pogięte felgi, pocięte opony, urwany wydech czy uszkodzenia zawieszenia. Zaczęły się marzenia o startach w rajdach samochodowych. Jednak na pierwszy start musiałem poczekać dobrych kilka lat. Teraz udaje mi się wystartować w kilku amatorskich rajdach rocznie. Pogodzenie obu pasji ze sobą, niestety, nie jest proste. Przydałby się sponsor....


Jesteś też aktywnym nauczycielem...


Tak, i to z papierami (śmiech). Aktualnie realizuję się pod własnym szyldem, udzielając prywatnych lekcji. Działam w dwóch miejscach. We Wrocławiu korzystam z salki Dawida Pawlukanisa - również aktywnego perkusisty i edukatora, a w Środzie Śląskiej mam zajęcia w Ośrodku Kultury. W związku z tym, że lekcje cieszą się coraz większą popularnością, w przyszłym roku planuję uwić własne perkusyjne gniazdko i działać zupełnie niezależnie.


Jak podchodzisz do prowadzenia zajęć?


Z pełnym zaangażowaniem! Nie ma żadnego uniwersalnego programu, który pasowałby do wszystkich uczniów. Każdy w innych sferach ma predyspozycje, a w innych trudności. Czasem bardziej trzeba popracować nad techniką, czasem nad muzykalnością. Ćwiczenia dobieram indywidualnie, nierzadko sam je wymyślam. Moim głównym celem jest osiągnięcie przez ucznia stanu, w którym może się sam dalej rozwijać. Bardzo dużo uwagi poświęcam na pokazanie swoim uczniom, jak efektywnie ćwiczyć - jak zapętlać dane fragmenty, zwalniać, jak liczyć i koniec końców - jak adaptować różnego rodzaju ćwiczenia na cały zestaw. Często spotykałem się z podejściem - "paradidle, dwójki etc. to wprawki, a na zestawie gram co innego". Tymczasem wszystkie te elementy są budulcem wszelkich struktur, używanych w rytmach. Jednym z głównych filarów moich zajęć jest technika werblowa w kontekście rudimentów. Doskonałym pretekstem do ćwiczenia ich w konkretnym kontekście jest solo werblowe. Na tapecie często pojawia się John S. Pratt, William J. Schinstine, no i oczywiście George Lawrence Stone i legendarne Stick Control. Nie może się obejść oczywiście bez samego czytania nut. Na lekcjach czytamy zarówno na samym werblu, jak i na zestawie. Czytanie nut, które szczególnie u perkusistów nie jest tak oczywistą sprawą, znacznie ułatwia naukę. Internet pęka w szwach od ciekawych materiałów - trzeba tylko chcieć do nich dotrzeć. Bardzo duży nacisk kładę na brzmienie i wewnętrzny "mix", czyli po prostu proporcje między np. werblem, stopą i hi-hatem. Odpowiednie proporcje tych elementów definiują styl. Nic nie brzmi gorzej niż grana z rockową dynamiką stopa w latynoskich rytmach, czy brak "2", "4" w groovach. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Świetnie opowiada o tym Benny Greb w swojej elektronicznej lekcji na Drumeo.

Technika w graniu często się kojarzy z pełnym wachlarzem popisowych patentów. Od pewnego czasu dla mnie znaczy ona precyzję uderzenia oraz kontrolę nad dynamiką. Często o tym zapominamy, ale głównym zadaniem perkusisty jest nadanie dobrego, napędzającego pulsu. Perkusista, który gra za dużo i sam nie panuje nad swoją głośnością, po prostu zespołowi przeszkadza, zamiast być dla niego sercem i motorem. Stałym elementem lekcji jest granie z muzyką. Często korzystam z różnego rodzaju podkładów typu "minus drums". Uczniowie sami aranżują partie bębnów i wspólnie potem je analizujemy. Jest to namiastka tego, co potem dzieje się na scenie bądź w studio. Oprócz samej precyzji zagranych figur czy rytmów ogromną uwagę zwracam na kontekst. Czasem najlepiej wykonany fill czy skomplikowany rytm, zagrany w złym miejscu, po prostu przeszkadza. Staram się zaszczepić myślenie o roli swojej partii jako składowej całego zespołu. Często jest to po prostu prywatny poligon doświadczalny, w którym albo "wchodzi", albo nie. Niekiedy trzeba po prostu zagrać z dużą dyscypliną, bez ozdobników. Trzeba umieć znaleźć radość z tego, że dzięki naszej partii bębnów nóżka słuchacza sama tupie. Świetnym przykładem takiego numeru jest klasyk Billie Jean. Zagranie choćby filla zabija ten numer. Zawsze podkreślam swoim uczniom, że sam często borykam się z bardzo podobnymi problemami w swojej grze, tylko po prostu na innym poziomie. Sam cały czas ćwiczę - często więcej od uczniów. Nie uważam technik oraz używanego przeze mnie chwytu za jedyne właściwe. Są one wypadkową i wynikiem moich doświadczeń muzycznych i są skuteczne dla mnie. Jeśli tylko ktoś chce używać innego chwytu, innej techniki grania na stopie - proszę bardzo! Nie jestem tylko w stanie w takiej sytuacji pomóc w dalszym rozwijaniu danego sposobu.


Nie uważasz, że jest to poniekąd łatanie budżetów przez perkusistów?


Myślę, że coś w tym jest. Zaczynając swoją przygodę z perkusją, nikt nie marzy o tym, żeby zostać nauczycielem. Na pewno nie jest to główna motywacja. Każdy chciałby grać na dużych scenach, ze swoim zespołem, głównie autorską muzykę. W praktyce okazuje się jednak, że tylko nieliczni mają ten luksus. Czyniąc z grania swój zawód, czyli nazywając rzecz po imieniu - źródło utrzymania, trzeba wpasować się jakoś w potrzeby rynku. Lekcje są jedną z niewielu pewnych rzeczy w tym zawodzie, a i tak trzeba latami wypracowywać sobie renomę, żeby zebrać stałą grupę uczniów. Z drugiej strony - czy to aby na pewno jest łatanie? To chyba złe słowo. Ja uważam, że to jest po prostu element tego zawodu. Światowej sławy perkusiści udzielają lekcji, prowadzą warsztaty, więc to chyba nie wstyd.


Co przekonuje cię do współpracy z danym muzykiem?


Jeśli chodzi o podjęcie stałej współpracy - patrzę na możliwość własnego rozwoju. Podejmując np. współpracę z Full-X wiedziałem, że w perspektywie jest nagranie płyty, w której nieparzyste metrum będzie częstym zjawiskiem. Na tamten moment materiał na płytę "An Introduction to Counterpoint" trochę mnie przerażał. 11/8, 7/8, up-tempo swing w 320 bpm czy szybki drum’n’bass - wówczas były to spore wyzwania. Teraz prawdopodobnie nagrałbym swoje partie zupełnie inaczej, ale jedno jest pewne - był to doskonały motor rozwoju w tych kierunkach. Przed nami kolejna płyta i kolejne wyzwania. Hitem jest numer, który ma potrójne metrum 3-5-2. Do tego wydaje mi się, że przez kilka lat wspólnej współpracy, udało mi się znaleźć w końcu brzmienie, które dobrze wpasuje się w charakter zespołu. Ciekawym doświadczeniem była dla mnie współpraca z osadzanym w orientalnym klimacie Bahai. W skład instrumentalnego zespołu wchodził: kontrabas, akordeon, altówka, oud, klarnet, gitara i do tego - uwaga niespodzianka - zestaw perkusyjny. Gdy lider zespołu Piotr Michałowski proponował mi współpracę, zasugerowałem mu, żeby skorzystał z usług "przeszkadzajkarza". Uparł się na mnie. Ja miałem sporą zagwozdkę - zagranie klasycznego "bitu" z użyciem hi-hatu i werbla na "2" "4" brzmiało koszmarnie i nie pasowało nigdzie. Zaczęły się poszukiwania. W ruch poszły miotły, wszelkiego rodzaju rózgi, grzechotki, granie rękoma - wszystko po to, żeby zestaw nie brzmiał jak zestaw. Sprawy nie ułatwiało często występujące nieregularne metrum. Mimo tego, że zespół kariery nie zrobił, to była to dla mnie bardzo inspirująca przygoda. Dużym wabikiem dla mnie są nagrania w studio. Wielokrotnie podejmowałem współpracę z zespołem ze względu na możliwość uwiecznienia swoich partii na płycie i wzięcia udziału w procesie nagrywania. Przykładem może być "Aura" zespołu Vincent. W trakcie sesji miałem przyjemność pracować z Wojtkiem Kochankiem, który wiele lat spędził za wielką wodą, a na swym koncie ma nagrodę Grammy. Jeśli chodzi o granie na żywo - jeśli mam tylko wolny termin, a poziom muzyków stoi na odpowiednim poziomie - biorę wszystko z naprawdę małymi wyjątkami.


Taka proza życia perkusisty…


Dotyka mnie też oczywiście proza życia - często argumentem są po prostu pieniądze. Natomiast, dzięki "połatanym dziurom" z tytułu prowadzonych lekcji, mając do wyboru kiepsko płatny koncert lub "tłustego joba" - wybieram koncert.


Materiał przygotowali: Staszek Piotrowski i Kajko
Zdjęcia: Rafał Kotylak www.kotylak.pl


Wywiad ukazał się w numerze kwiecień 2016



Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama