Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Dennis Bryon

Dodano: 06.10.2016
Z pewnością niejedna osoba zastanawiała się nad bębniarzami, którzy niemal anonimowo grali groove do wielkich hitów legendarnych artystów.
Dennis Bryon jest właśnie jednym z takich perkusistów, to on nadawał rytm pod krok panów z Bee Gees!

Tak naprawdę to nie było disco" - mówi Dennis Bryon, który bębnił w latach 70 z oszałamiającymi wówczas Bee Gees. "Jest kilka koszmarnych piosenek disco i mimo, że Bee Gees często leciało na parkiecie, to utwory były wspaniałe. To nie było bezczelne dicho, dla dyskomułów". Urodził się i dorastał w walijskim Cardiff. "Dorastałem grając w lokalnych szkołach, salach tanecznych, klubach zakładowych w Walii. Jak grałeś w Valley miałeś tak naprawdę życie w swoich rękach, bo mogłeś być albo kochany, albo znienawidzony, a jak byłeś znienawidzony, to uwierz mi, byłeś w wielkich tarapatach" - wspomina szczerze muzyk. Pierwszy sukces przyszedł pod koniec lat 60 z Amen Corner, zespołem Andy’ego Fairweathera Low, z utworem numer 1 w Anglii. Bryon wspomina: "Byliśmy takim boysbandem jeszcze zanim się ukuł ten termin. Mieliśmy prawdziwy strzał z płytą, fan club działał wyśmienicie, nie zarabialiśmy pieniędzy, ale to był wspaniały okres." Później perkusista spędził dwa lata jako tour manager i wtedy dowiedział się, że Bee Gees szuka perkusisty. A tu wystarczy powiedzieć jedno - Saturday Night Fever. Teraz mieszka blisko Nashville, opublikował swoją książkę, a rok 2016 spędza w trasie z włoskim tribute Bee Gees.

Rzadko się zdarza, by móc porozmawiać i zaprezentować polskim czytelnikom taki właśnie smaczek, dlatego z wielką przyjemnością zapraszamy do lektury!

Twój drugi album z Bee Gees, Main Course, rozpoczął ich renesans. Jak wymyśliłeś partie, które tam są?


Oni po prostu pozwolili mi grać. Arif Mardin był wspaniałym producentem. Zrobiliśmy kilka piosenek z Main Course i próbowaliśmy piosenki Nights On Broadway, która miała podwojony feeling i była dla mnie bardzo trudna. Mieliśmy nagrywać ją w niedzielę wieczorem. Przyszedłem do studio wcześnie, żeby ją ćwiczyć i naprawdę nie umiałem jej zagrać. O czwartej, kiedy mieliśmy zacząć, drzwi się otworzyły i wszedł Barry, Robin i Maurice, wszyscy podekscytowani nową piosenką Jive Talkin’, którą napisali w samochodzie w drodze do studia. W Miami jest dużo metalowych mostów, a szum wody przechodzącej pod nimi stworzył rytm, do którego napisali piosenkę. Zaczęliśmy grać najbardziej ‘czarno’ i funkowo, jak tylko się dało, ale to się nie sprawdzało. Arif nagrał wszystko, co ćwiczyliśmy na szpuli. Mówił mi: już to grałeś, przez cztery takty było dobrze, a potem znowu był chaos. Znaleźliśmy cztery takty, gdzie grałem rytm do Jive Talkin’ i powiedział mi wtedy, żebym tego posłuchał. Wróciliśmy i skopiowaliśmy to, co grałem i tak powstała ta piosenka.


Metronom był wtedy już powszechny?


Main Course był albumem, na którym Arif pokazał mi klika. Nigdy wcześniej do niego nie grałem. Każdy miał co innego na monitorach. Tylko Barry mówił: "Zabierzcie mi ze słuchawek tego klika!". Barry miał go tylko troszkę u siebie, a u mnie to było ogłuszająco głośne. Nie ma gorszego uczucia niż rozminięcie się z klikiem, kiedy nagrywasz. Arif pracował z Karlem Richardsonem, który jest wyśmienitym inżynierem. Dawał mi klika na słuchawki i kiedy już ustawiliśmy rytm i groove, powoli wyciszał i pozwalał grać resztę piosenki samemu. Mieliśmy piosenkę Wind Of Change, zagraliśmy pierwszą zwrotkę, refren, drugą i usłyszałem, jak klik się wycisza i znika. Popatrzyłem na reżyserkę i widziałem, jak Arif i Karl drapią się po głowach. Kiedy było po wszystkim, Arif spytał, czy słyszałem, jak klik wycisza się w drugiej zwrotce. Powiedział, że słyszałem go, bo grałem z nim aż do wyciszenia, nie słysząc go w trakcie. Nigdy nie nagrywał bębniarza, który tak zrobił. Pracując w ten sposób, klik stał się moim przyjacielem. Potem nie bałem się grać z metronomem, właściwie to uwielbiam to robić. Kiedy go nie słyszysz, wtedy wiesz, że idealnie grasz.


Po Main Course nagraliście Children Of The World, a potem Saturday Night Fever, który okazał się gigantycznym sukcesem. Jak powstał ten album?


Nagraliśmy płytę koncertową w Los Angeles. Here At Last. Miksowalibyśmy ją w Miami, ale wtedy wszyscy mieszkali w Anglii i amerykańskie prawo podatkowe dało nam konkretną pulę dni na załatwienie spraw. Wykorzystaliśmy ją i miksowaliśmy we Francji w Le Studio w Herouville. Dostałem telefon od Barry’ego, że Robert Stigwood, manager Bee Gees robi film zatytułowany Tribal Rites Of The New Saturday Night. Chciał, żebyśmy nagrali parę piosenek i żebym wziął bębny. Pierwsze dwa i pół tygodnia miksowaliśmy, a potem zaczęliśmy pisać nowe piosenki specjalnie pod film. Jedną z nich była Night Fever, potem nagraliśmy More Than A Woman i If I Can’t Have You.

Potem zadzwoniła Jenny, moja dziewczyna (potem żona), z wiadomością, że moja mama jest bardzo chora, leży w szpitalu i nie przeżyje nocy. Opuściłem studio i pojechałem do domu. Na szczęście zdążyłem być przy niej w nocy, kiedy zmarła. Zostałem w Cardiff przez tydzień i załatwiałem sprawy pogrzebowe. Wróciłem potem z Jenny do Francji. Barry uściskał mnie i złożył kondolencje. Był bardzo podekscytowany. Spytałem, co słychać, a on odpowiedział mi: "Człowieku, mamy nową piosenkę. Nazywa się Stayin’ Alive. Nie chcieliśmy innego bębniarza, więc wzięliśmy bębny z Night Fever, spowolniliśmy i zrobiliśmy loop, do którego ją nagraliśmy. Musisz tego posłuchać, to niesamowite." Wiedział, że nie cierpię loopów i powiedział, że jeśli chcę od nowa to nagrać, nagrają to, jeśli chcę zmienić bębny albo coś dodać, nie ma sprawy. Z Bee Gees zawsze potrzebowałem dwóch czy trzech przesłuchań, żeby zrozumieć, czy piosenka jest dobra, ale ze Stayin’ Alive tak było od razu. Powiedziałem tylko, że nie mogę tego ruszyć. Próbowałem dodać tam jakieś tomy, ale groove mi nie pozwolił, więc dodałem tylko delikatne talerze, hi-hat i tak to zostawiliśmy.


Jak wpłynął na ciebie sukces zespołu?


Jakiś rok wcześniej Robert Stigwood był tak zadowolony ze wszystkiego, co robi zespół, że dał mi, Alanowi Kendallowi i Blu Weaverowi (klawiszowiec) procent ze sprzedaży albumów. To była drobinka, ułamek 1%, ale kiedy sprzedasz tyle płyt, ile się sprzedało Saturday Night Fever, wtedy ten ułamek staje się dużą sumą. Moja pierwsza wypłata tantiemy opiewała na 200000$. To było niesamowite. Jenny i ja przeprowadziliśmy się do Miami, znaleźliśmy wspaniały dom w Biscayne Bay za 175000$ i kupiliśmy go za gotówkę. Chwilę potem dostałem kolejną wypłatę i kupiliśmy basen, mieliśmy łódkę, jacuzzi, mogliśmy odnowić dom, wybudowany na starą hiszpańską modłę. Zaraz, jak tylko się przeprowadziliśmy, kupiłem BMW i sprowadziłem je z Anglii do Stanów. Gdy wprowadziliśmy się do domu, zadzwonili z portu, że samochód doszedł. Kiedy wracałem nim z doków, miałem trzy stacje FM i dwie AM na radiu Blaupunkt. Zacząłem go stroić i znalazłem stację, która grała Stayin’ Alive. Potem znalazłem kolejną, która grała Night Fever. Potem kolejną, na której leciało More Than A Woman. Potem wszedłem na stacje AM. Musiałem długo szukać, żeby znaleźć muzykę, ale w końcu znalazłem You Should Be Dancing. Na wszystkich stacjach miałem piosenki z Saturday Night Fever, pięć ustawień i pięć piosenek. Przełączałem na pierwszą stację, żeby sprawdzić, czy ciągle grają Stayin’ Alive. Wtedy już wiedziałem, że to jest poważna sprawa.


Czy to prawda, że leciałeś odrzutowcem Boeing 720 na trasę Spirits Having Flown?


To było ekstra. Mieliśmy bazy wypadowe w różnych częściach Stanów. Na Zachodnim Wybrzeżu byliśmy dwa tygodnie w hotelu w San Francisco. Na Wschodnim byliśmy w Nowym Jorku, więc pakowaliśmy się na lotnisko, do samolotu, lecieliśmy na koncert, a potem wracaliśmy samolotem z powrotem. Następnego dnia lecieliśmy w inne miejsce. To było jak wsiadanie do autobusu. Graliśmy w arenach na 25000 osób. Wszyscy znali piosenki. Graliśmy na stadionie Dodgers dla 80000 ludzi. To był największy mój koncert z Bee Gees. Niesamowite.


W jakim stopniu ty, Blue Weaver i Alan Kendall przyczyniliście się do sukcesu zespołu? Wasza trójka grała na największych hitach.


W tamtym czasie, kiedy nagrywaliśmy te albumy, Bee Gees i zespół byli jednym. Było nas sześciu jak jeden mąż. Wszystko robiliśmy razem, graliśmy każde podejście w studio. Wszyscy byli na miejscu na nagrywanie wokali, a oni byli na dogrywki bębnów i klawiszy. To była gra zespołowa. Kiedy Saturday Night Fever odniósł sukces, oni poszli w innym kierunku, a my zostaliśmy. Po Spirits Having Flown nic nie było takie same. Nagrywaliśmy płytę po Spirits…, kiedy zadzwonił do mnie manager Dick Ashby i powiedział, że chłopaki chcą użyć innego zespołu. Ja, Blue i Alan zostaliśmy zwolnieni. Byłem wściekły na Barry’ego, bo nie powiedział mi tego osobiście. Byliśmy bliskimi przyjaciółmi, a on zamiast powiedzieć mi to w twarz, musiał to zrobić przez Dicka. Poszedłem do niego do domu i powiedziałem mu o tym. Powiedział, że było mu głupio. Odpowiedziałem mu, że to oni są "the Bee Gees" i mogą robić, co im się podoba i jak chcą nowy zespół, to niech sobie mają, ale niech powiedzą o tym wprost, a nie wysyłają do nas Dicka. Kilka tygodni zajęło mi zanim ochłonąłem. Mieszkałem zaraz obok Barry’ego. Nie widzieliśmy się kilka tygodni i jednego wieczoru zadzwoniła Linda, żona Barry’ego. Jenny odebrała i powiedziała, że Barry pyta, czy może wpaść. Powiedziałem, że oczywiście. Przyszedł z dwiema butelkami Chateau Lafite. Pogodziliśmy się i od nowa zaczęliśmy przyjaźnić. Nagrał album solowy Now Voyager, na którym zagrałem na kilku piosenkach. To było tyle. Wyprodukowałem album z Robinem i Maurice zatytułowany How Old Are You? To świetny album. Pobraliśmy się z Jenny. Mieszkaliśmy w Miami przez kilka lat. Jeździłem do Los Angeles i grałem z Andym Gibbem przez kilka lat na trasie i z powrotem wróciłem do Miami. Tam życie stało się nieco drogie, a ja nie zarabiałem tyle, ile dawniej, więc postanowiliśmy się przeprowadzić. Zawsze uwielbialiśmy Nashville. Byliśmy tam kilka razy na urlopie. Powiedzieliśmy sobie, że się tam przeprowadzimy. Jakiś znajomy zaproponował, żebyśmy pojechali do Franklin. Zakochaliśmy się w tamtym miejscu. Wynajęliśmy dom na rok, żeby upewnić się, że dobrze nam się tam żyje, a potem kupiliśmy małą farmę i tam mieszkam do dziś.


Dobrze wpasowałeś się w scenę muzyczną w Nashville?


Kiedy tam przyjechałem, złapałem kilka kontaktów i zagrałem sesyjnie parę razy, ale nie jestem muzykiem sesyjnym. Nie umiem czytać nut. Lubię słuchać piosenek i je interpretować, a tak się nie gra w Nashville. Tam robi się muzykę country, jest kilku bębniarzy, klawiszowców i to oni grają na wszystkich sesjach. Mają swój numeryczny system zapisu aranżacji i potrafią zrobić trzy, cztery piosenki na sesji. Ja tak nie umiem, nie tak szybko. Szczerze mówiąc, Miami złamało mi serce i nigdy już nie czułem tego samego do muzyki. Zbudowałem studio i nauczyłem się nagrywać, napisałem parę piosenek, napisałem powieść, a kilka lat temu ktoś powiedział mi, żebym napisał autobiografię, bo jeśli ja nie opowiem swojej historii, to nikt jej nie opowie. Nie mam dzieci. Jenny zmarła na raka pięć lat temu. Więc powiedziałem sobie, że zacznę pisać. Znalazłem agenta, wydawcę w Kanadzie - ECW Press, którzy są świetni. Ciężko było mi to pisać, bo musiałem wszystko od nowa przeżyć.


Czy pisanie You Should Be Dancing było zrzuceniem ciężaru z barków?


Nie, wcale. To koniec, to historia mojego życia. Kiedy to pisałem, nie mogłem uwierzyć w to, co zrobiłem. Nigdy nie planowałem być znanym muzykiem, chciałem być po prostu bębniarzem, grać. Widziałem wspaniałe miejsca na świecie, podróżowałem prywatnym odrzutowcem, miałem pałac w Miami Beach, miałem piękną farmę w Tennessee, ale w tym samym czasie straciłem ojca, matkę, pracę, Jenny. To było wspaniałe życie, lepsze niż gorsze.


Materiał przygotowali: Szymon Ciszek, David West, Kajko
Zdjęcia: Bev Moser

Wywiad ukazał się w numerze czerwiec 2016





Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama