Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016
I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".
Szczerze mówiąc, nie jesteśmy pewni, czy na tych 4 stronach udało nam się chociaż trochę zaznaczyć sylwetkę tego niesamowicie ciekawego muzyka. Spróbujemy?

Ok, jedno mamy już ustalone, Pisek gra obecnie w zespole Papa D, czyli mamy do czynienia z niekonwencjonalnym podejściem do bębnów z racji elektronicznego charakteru dawnego Papa Dance. Pamiętajmy jednak, że kawał czasu perkusista spędził za bębnami punkowej Sexbomby. W międzyczasie grał na bramce w Reprezentacji Artystów Polskich, trzasnął epizod z kabaretem Otto i ich muzyczną odsłoną 777, a jeszcze dodatkowo lubi sobie pośmigać na motorze i tworzyć samemu muzykę, o dziwacznym epizodzie z basówką i zespołem Alphaville nie wspominając. Może jednak ułóżmy to wszystko po kolei, bo tu sport, tu muzyka…

Bębniarz i bramkarz pełnią chyba dość podobne role w swoim "branżach"…


Trafne porównanie, choć zrozumiałem to dopiero po latach. W obu przypadkach jeden błąd czy nieodpowiedzialne zagranie wybija z rytmu całą drużynę, nie mówiąc już o porażce. Jesteśmy ostatnią, najważniejszą linią. Mówi się, że jaki bębniarz (bramkarz) taka gra zespołu, taki poziom gry. Niby jesteśmy w cieniu, a cholerna odpowiedzialność. Dodałbym jeszcze, że na obu pozycjach trzeba mieć w sobie wariata, być tak zwanym "kotem". Byłem bardzo ruchliwym, żywiołowym dzieckiem. Wszędzie było mnie pełno, łapałem się wielu dyscyplin. Zacząłem od siatkówki, potem przyszły: hokej i - żeby było śmiesznie - zapasy, następnie koszykówka, aż w końcu piłka nożna. Jednocześnie odkrywałem w sobie pasję do muzyki, co zaważyło na karierze sportowej, a raczej jej braku. Choć w sporcie szło mi nieźle.


Z instrumentami też miałeś taki maraton do celu?


Pierwszym instrumentem, na którym nauczyłem się grać, była gitara. Fascynacja perkusją przyszła później. W podstawówce podczas akademii szkolnych grałem na werbelku. Kiedy miałem 15 lat, starszy o 11 lat kolega założył zespół i byłem w nim wokalistą i gitarzystą. Trwało to niezbyt długo, wygryźli mnie lepsi. W tamtym czasie poznałem Marka Kanclerza i trafił mnie diament świadomości - perkusja!


Grasz obecnie w zespole Papa D, ale korzenie sięgają bardziej agresywnej muzyki.


Sexbomba to był dobry, rzetelny punk, z polotem i dystansem, inspirowany często polskimi wzorcami. Wtedy jeszcze były… (śmiech).


Rozwiń myśl…


W latach 80 i 90 chciało się grać i brzmieć po polsku, mieć coś do powiedzenia o nas, z naszego polskiego podwórka, gdzie perspektywa jest zgoła inna od tak zwanego Zachodu. Kiedy Bambus śpiewał "świnia zawsze będzie świnią" czy "dziewczyny kochajcie łysych" miało to konkretny wydźwięk i chodziło o naszą polska świnię!


Jak trafiłeś do zespołu?


Mój udział w Sexbombie nie był przypadkowy, był konsekwencją wielu poprzednich działań muzycznych np. Paraphrenia (1992-96). To był dopiero agresywny zespół. Graliśmy eklektyczne, porażające dźwięki z pogranicza hardcore, funk, grunge, trip hop, poparte mocnymi socjologicznymi tekstami. Chciałbym przytoczyć skład kapeli, ponieważ do dziś muzycy z Paraphrenii są uznanymi artystami. Mam na myśli Bartka Tycińskiego - gitara (Mitch & Mitch), Maćka Wyrobka - bas (DJ Maceo Wyro), Sławek Młynarczyk - wokal oraz ja. Mógłbym jeszcze zasypać tu wszystkich wieloma składami, w których grałem, ale nie ma sensu. Dość wcześnie zauważyłem, że zespoły szybko się zawiązują i jeszcze szybciej rozwiązują. Trzeba być na to zawsze przygotowanym, mieć spakowany mandżur (śmiech).


Jak wyglądała twoja praca z Otto i 777? Nie mieliśmy jeszcze bębniarza, który grał z ekipą kabaretową!


Poznałem Wiesia Tupaka na boisku, kiedy dołączył do składu Reprezentacji Artystów Polskich w piłce nożnej. Mieliśmy dobry przelot i kiedy zagadnął, że chcą pograć całe kawałki, bo słynęli przecież ze swoich składanek, wszedłem w to z ciekawości. Zaintrygowało mnie, co chłopaki z kabaretu mają do powiedzenia w tzw. "poważnej twórczości". Okazało się, że wiele się od nich nauczyłem. Ich utwory to w skrócie rockandrollowy luz. Choć bębny były już zaaranżowane, to mogłem grać tak, jak czułem, we własnym stylu. Mogłem być sobą. Do tej pory grałem materiał ściśle określony stylistycznie. Mało było miejsca na własne wizje: jak punk to nie blues, jak ska to nie jazz. Muzyka rządzi się swoimi prawami. Miałem w 777 poczucie swobody i oni chyba też. Trzeba dodać, że to dobrzy i świadomi muzycy, którzy potrzebowali odpoczynku od przypisanych kabaretem ról. Zbyt krótko ta przygoda trwała. Zagraliśmy zaledwie kilka koncertów. Publiczność chyba nie była gotowa na taki obrót wydarzeń.


Czy ta różnica w muzyce, odbiorcach ogólnego kierunku była dla ciebie łatwa do przejścia?


To pytanie o przejście z undergroundu do popkultury. Myślę, że muzyka jest jak woda i uwielbiam w niej pływać. Kiedyś kolega powiedział, że nie mogę już pływać w naszym jeziorze, bo widział mnie na basenie z kimś innym. Odpowiedziałem, że mogę pływać gdzie i z kim chcę, bo muzyka jest jak woda. Chyba, że w grę wchodzi milion dolców (śmiech). Muzycznie było to spore wyzwanie. Musiałem zagrać rytmy, które kompozytor czy producent, niemający w zasadzie związku z istotą gry na perkusji, wystukał na klawiaturze. Ale jednocześnie było to dość nowatorskie podejście, nadające swoisty napęd i charakter rytmiczny. W efekcie dający dużo satysfakcji z gry. Na szczęście nie musiałem zmieniać swojej motoryki gry. Mam opinię "zwierzaka", mocno uderzającego w bębny. Oczywiście zderzenie z klasyką gatunku new romantic zainspirowało mnie. Lubię różnorodność w muzyce, a jaszcze móc w tym uczestniczyć - czyste szaleństwo.


Jak zatem trafiłeś dokładnie do obecnej formacji?


Poznałem Pawła dzięki wspólnemu znajomemu. Był to czas, kiedy Paweł montował skład i myślał poważnie o reaktywacji Papy. Swoją drogą kolega musiał mnie dobrze zarekomendować, wręcz stworzyć legendę, bo casting przeszedłem gładko. Testy trwały ok. 2, 3 miesięcy, aż w końcu usłyszałem, że się nadaję i tak to trwa 13 lat.


Interesujące jest, jak w muzyce opartej na elektronice, odnajduje się akustyczna perkusja.


To jest wyzwanie. Utwory trzeba było budować od podstaw. Często ograniczyć bogatą aranżację, nie tracąc niepowtarzalnego stylu. Na LP nie było żywej perkusji, a w wersjach koncertowych bębny akustyczne to podstawa dobrego, nowoczesnego groove’u. Czasem nawet gram prościej niż w oryginale, podkreślam też charakter lat 80, używając analogowego modułu Tamy i padów.


Słuchaj… O co chodziło z tym basem w Alphaville?


Do dziś nie wiem, jak to się stało. Wiem natomiast, że marzenia się spełniają. Gdy miałem 18 lat byłem miłośnikiem Alphaville. Dyskoteki nie były mi obce. Ich klimatem przesiąknąłem w warszawskich Hybrydach, gdzie przez wiele lat z różnymi składami grałem próby. Występ z Alphaville wydarzył się po słabym momencie w życiu. Właśnie zawrócili mnie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie mieliśmy z Papą zagrać koncert. Wtedy zadzwonił telefon od naszego ówczesnego menadżera. Propozycja była zaskakująca: zagranie trzech kawałków ze światową gwiazdą, na basie! Pomyślałem - życie potrafi być ironiczne!


Czy śledzisz to, co się dzieje na scenie perkusyjnej?


Śledzę scenę perkusyjną, ale bardziej od strony twórczości zespołowej. Oczywiście mam kilku ulubionych perkusistów, jak Jojo Mayer, Richard Spaven czy Morgan Agren. Interesuje mnie sposób użycia bębnów przez różnych perkusistów, jak wiele może być środków wyrazu, jak to się rozwija w środowisku muzycznym na przełomie lat, w stylach, produkcji, gatunkach. Nie wchodzę zbytnio w tzw. matematykę na maksa, połamane podziały. Za to lubię słuchać i oglądać kunszt mistrzów. Sam używam oszczędnych środków wyrazu, czasem coś zamieszam. Chyba nie fascynuje mnie przekraczanie granic możliwości. Warto dość wcześnie się określić, zdecydować, jakim się chce być muzykiem i pracować nad własnym stylem, a efekty przyjdą same. Zawsze widziałem siebie w twórczości zbiorowej, potrzebuję synergii. Na okrągło słucham muzyki: jazzowej, klasycznej, indie rock, pop, punk, trip hopu. Interesuje mnie każdy gatunek pod kątem charakteru perkusji w muzyce. Dlatego, mimo, iż nie jestem muzykiem sesyjnym, grałem naprawdę w wielu kapelach, niekoniecznie podobnych stylem. To już taki mój los, że uprawiam ten "sport" z wieloma muzykami, łączy nas zawsze pasja do tworzenia sztuki, czegoś, co przetrwa. Tak więc śledzę scenę, udzielając się w niej. Ciekawe, że w tym roku może zostać wydanych aż pięć płyt z moim udziałem, co jest - rzecz jasna - wynikiem wieloletniej przyjemnej współpracy z wieloma składami i po prostu zbiegło się w czasie.


Co to za projekty?


JitterFlow-/Self_x/ to debiutancki album pruszkowskiej formacji, do współpracy z którą zaproszony zostałem rok temu. Oczarowany niebanalną kulturą osobistą moich nowych, sporo młodszych przyjaciół, po wielu negocjacjach, zaryzykowałem swój udział w przedsięwzięciu. Szczerze polecam płytę! Nawet mi ciężko określić jej gatunek. Dalej Reds, płyta nie ma jeszcze tytułu, jest w fazie miksu. W Reds działałem w 1991-92 roku. Reaktywowaliśmy niedawno z Rafałem Olbrychskim ten nowofalowy skład, który miał swój niewątpliwy udział na polskiej scenie muzycznej. Dołączył do nas mój wieloletni przyjaciel, gitarzysta z dawnej Sexbomby Artur Foremski. Z Arturem właśnie mamy już kolejny po Sunday Alternative Rockers projekt o nazwie Polańscy, gdzie łagodnie przeszliśmy z post punku do czegoś w rodzaju jazzu lub punk&jazz. Kolejne dwa projekty to Big Bit oraz Romantic Funk, oba za sprawą Waldemara Kuleczki, z którym gram już tyle lat. Było to nieuniknione, szczególnie, że on ciągle coś knuje, ma kompozytorską żyłkę.


Za jakimi maszynami zasiądziesz?


Wymarzony sprzęt już mam. Są to dwa podstawowe zestawy: DW Collectors i Premier Artist. Na próbach używam również Mapex M Pro. Myślę, że design i brzmienie bębnów osiągnęło dziś tak wysoki poziom, że marka i formuła przestaje mieć znaczenie, one wszystkie są po prostu śliczne. Podoba mi się powrót do łask stylu vintage. Czasem nawet trudno odróżnić zestaw prawdziwie stary od nowego starego. Sedno sprawy jest proste. Muzyka jest najważniejsza, sprzęt to sprawa drugoplanowa.


Już to ustaliliśmy - nie trzymasz się wyłącznie bębnów, komponujesz, tworzysz, grasz na innych instrumentach…


Był taki przełomowy moment, kiedy doszedłem do wniosku, że muszę spróbować stworzyć muzykę, jaka mi w duszy grała od jakiegoś czasu i założyć własną kapelę. Tak też zrobiłem około 2003 r. Założyłem band pod nazwą Spisek. Zrobiliśmy wspólnie materiał: spokojna transowa muzyka plus kilka żywych utworów, oprawionych w żeński wokal. Inspirację czerpałem z Joy Division, The Cure, Masive Attack czy muzyki z filmów Davida Lyncha. Zagraliśmy kilka koncertów, mieliśmy nawet wizyty w TV oraz mini fanklub złożony z grona przyjaciół. Działało. Jednak nie zdecydowałem się na wydanie płyty nawet w niskim nakładzie. Czegoś mi brakowało, nie do końca było efektem mojej wyobraźni, moich twórczych założeń. Zawiesiłem działalność. Później popełniłem jeszcze wiele utworów, które leżą w szufladzie, czekają na lepsze czasy. A może po prostu zabrakło mi odwagi? Rozumiesz, za bębnami czuję się pewnie, ale jako kompozytor niekoniecznie. Co do innych fascynacji to mam ich tyle, że pewnie mi życia nie wystarczy na ich realizację.


A poza wszystkim?


A poza wszystkim uwielbiam nagrywać muzykę w małym, nieprofesjonalnym studiu u mojego przyjaciela Mikiego, grać z nim w brydża, jeździć motocyklem, grać w gałę, jeździć motocyklem, grać na basie i jeździć motocyklem. A moją najnowszą fascynacją jest moja żona Kasia, ale to już raczej temat na wywiad do innej gazety.


Dzięki wielkie!


Serdeczne dzięki za to, że mogłem znaleźć się w gronie tak wybitnych artystów na łamach waszego pisma. Pozdrawiam redakcję oraz czytelników Perkusisty.


Rozmawiał: Maciej Nowak
Foto: Ilona Ledwoń-Bularz

Wywiad ukazał się w numerze czerwiec 2016




Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama