MARCOWE WYDANIE - PRZEJRZYJ I ZAMÓW Perkusista PRZESYŁKA GRATIS >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016
Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.
Z jednej strony sporo, ale tak naprawdę niewiele, patrząc z perspektywy muzyki, w jakiej się poruszają. Matt Nicholls opowiada, jak sukces zespołu wpłynął na zmianę postrzegania przez niego sztuki perkusyjnej.

W zeszłym roku zespół wydał swój kolejny album. To doskonały moment, by porozmawiać z perkusistą kapeli, który dorastał razem z zespołem. Wraz z wydanym w 2013 roku albumem Sempiternal zmienił się nieco styl. Kierunek wydaje się być przybity przez zeszłoroczny That’s The Spirit z racji osiągniętych wyników sprzedaży i miejsc na listach. Zespół dodał nieco elektroniki przy jednoczesnym lekkim złagodzeniu oblicza. Postawiło to muzyków przed nowymi wyzwaniami, do których - zdaje się - dostosowali się z wielkim entuzjazmem. A jak to wszystko wygląda z perspektywy perkusisty?

Ostatnie dwa albumy Bring Me The Horizon to nowa dojrzałość piosenek i twojej gry. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem?


Myślę, że masz rację. Musiałem się dostosować. Kiedy zaczęliśmy grać, nigdy nie nauczyłem się właściwie, jak grać na bębnach. Uczyłem się tylko grać szybko. Nigdy nie uczyłem się techniki, po prostu grałem. Ledwo umiałem bębnić, kiedy założyliśmy kapelę, ledwie nadążałem. Wrzucono mnie w wir koncertowania na trasach. Graliśmy tylko dwa czy trzy miesiące i już byliśmy na trasie, to było szalone. Na dwóch ostatnich albumach nasza muzyka dojrzała i musiałem się dopasować do tego nowego brzmienia.


Świadomie pracowałeś nad techniką? Czy stało się to naturalnie wraz z doświadczeniem zdobytym podczas pisania, nagrywania i koncertowania?


Spędziłem trochę czasu na uczeniu się techniki. Kiedy wracałem z trasy, która trwała dwa i pół miesiąca, miałem przerwę w domu przez trzy, cztery tygodnie i bębny były ostatnią rzeczą na mojej głowie. Kiedy byłem w domu, nie chciałem grać, tylko się wyluzować. Tak naprawdę chodziło o to, że wiedziałem, że muszę pracować i dokręcać śrubę. Były też wobec mnie oczekiwania, że będę się uczył nowych rzeczy i się rozwijał. Dobrze mieć w zespole kogoś takiego, jak Jordan, który jest bardzo muzykalny i wie co nieco o bębnach. Przy ostatnich dwóch albumach nie siedzieliśmy w sali prób i czekaliśmy, aż ktoś wymyśli riff i powie: "Zagraj coś do tego". Teraz bardziej o tym myślimy, to większy proces. Na pierwszych kilku albumach tak graliśmy, ale teraz wszyscy siedzimy dookoła komputera i wprowadzamy pomysły. Łatwiej jest nam sprawdzić nowe pomysły i to, jak brzmią bez tych dziwnych sytuacji z próbowaniem, kiedy siedzisz za bębnami i wszyscy na ciebie patrzą, żebyś wymyślił od razu jakiś pokopany rytm. Chyba teraz było łatwiej, bardziej jak współpraca. Ja wymyślam coś albo Jordan wymyśli rytm, odsłuchujemy go i potem mówię, co się bardziej sprawdzi, co można zagrać. Teraz lubię grać "prawidłowo". Wcześniej grałem na bębnach, ale nie byłem "prawdziwym" bębniarzem. Dalej nie jestem, wiele rzeczy robię po swojemu, ale teraz gram naprawdę i uczę się techniki. Wcześniej rozumiałem tylko "wolno i szybko".


Uważasz, że partie, które teraz napisaliście i które grasz, bardziej pasują do piosenek niż te na wcześniejszych albumach?


Wtedy pasowały do muzyki, po prostu w takim stylu graliśmy. Pierwszy album to był szybki metal i grałem to, co było potrzebne. Zawsze wydawało mi się, że gram za dużo. Kiedy już zaczniesz grać dłużej i zaczniesz rozumieć, jak tworzy się muzykę... "Mniej to więcej" to dobre określenie. Kiedy mamy grać starsze numery na żywo, ciągle myślę, czemu tak grałem, czemu tego nie robiłem prościej? Myślę, że wtedy za dużo kombinowałem.


Mówisz, że Sempiternal i That’s The Spirit powstały przy komputerze. Zaczęliście od programowania rytmów?


Tak, wprowadzaliśmy je prosto do komputera. Nigdy nie pisaliśmy czegoś, czego nie mógłbym zagrać. Wszystko było zaplanowane z myślą o tym, co potrafię. Jeśli Jordan wymyślił chorą partię, to mówiłem mu: "To tak nie będzie, zróbmy to inaczej." To nie jest bezstresowe, bo tworzenie muzyki nigdy nie jest bezstresowe, ale każdy jest bardziej zrelaksowany, bo zamiast siedzieć w brudnej próbowni, siedzimy dookoła komputera i pracujemy kciukami. Jest łatwiej i na pewno mniej stresująco.


W takim razie tworzenie materiału to praca grupowa?


To się u nas sprawdza. Nie możemy tego polecić każdej kapeli, bo to może nie pasować, ale nam to pomogło. Zdjęło z nas stres i sprawiło, że wszyscy byli bardziej wyluzowani.


Sami zajęliście się produkcją That’s The Spirit. Dlaczego poszliście tą drogą?


Większość roboty zrobili Jordan i Oli Sykes, wokalista. Szczerze mówią nigdy nie widziałem, żeby ktoś pracował tak jak Jordan, jest jak rakieta. To fajne, to ciągle dla niego nowe. Jest bardzo podekscytowany, a my gramy już 12 lat i czasami mówimy mu, żeby się wyluzował! Ten album to było fajne doświadczenie. Na Sempiternal mieliśmy dużego producenta w dużym studio. To dziwne, kiedy nagrywa się z takimi ludźmi. Myślę, że czasami oni czują, że muszą coś dodać od siebie, żeby pokazać, że coś robią, kiedy my po prostu chcemy zrobić płytę. Nie chodzi nam o idealne podejście. Napisz, nagraj i zrób to najlepiej, jak potrafisz. Wszystkie ścieżki i tak idą pod szlif do edycji, bo to płyta. Kiedy nagraliśmy sami jedną piosenkę, zdecydowaliśmy, że nagramy cały album. Zrobiliśmy sami singiel Drown. Jordan wszystko wyprodukował. Wtedy pomyśleliśmy, że to takie proste i na luzie, że zrobimy wszystko sami. Zamiast najmować wielkiego producenta, zużyliśmy budżet na studio. Weszliśmy na Google i szukaliśmy najlepszych studiów na świecie i znaleźliśmy studio Black Rock w Santorini, w Grecji. Pomyśleliśmy, że wygląda to świetnie, więc zabraliśmy tam ze sobą Ala Grovesa, inżyniera, który pracował przy Drown.


Bębny na That’s The Spirit brzmią potężnie. Jak bardzo sam pracowałeś nad brzmieniem, jakiego sprzętu użyłeś?


Jordan też jest w tym dobry. Wszelkie komplementy idą do niego! Jest bardzo muzykalny i wie, jak wydobyć brzmienie z instrumentu. Podobnie Lee Malia, gitarzysta. Wiemy, co dobrze brzmi. Siedzieliśmy po prostu w pomieszczeniu i dostrajaliśmy aż wszystko zabrzmiało. Tym razem nagrywaliśmy piosenkę po piosence. Zwykle wchodziłem i nagrywałem wszystkie partie bębnów, potem gitary itd. Tym razem nagrywaliśmy piosenkę - partię bębnów, gitar, basu, potem nagrywaliśmy kolejną.


Miałeś ze sobą technicznego?


Nie. Byliśmy tylko my i te same bębny, na których nagrałem wszystko inne, czyli Tama Starclassic. Kocham ten zestaw. Kupiłem go zanim nagraliśmy drugi krążek. Miałem perkusję Pearl Export i stwierdziłem, że potrzebuję nowej perkusji, żeby dobrze brzmieć. Poszedłem do sklepu perkusyjnego w Rotherham i sprzedawca pokazał mi kilka zestawów. Mój zestaw też fajnie wygląda, Orange Sparkle. Użyłem go do nagrania ostatnich czterech albumów.


Często zmieniałeś naciągi?


Zmienialiśmy dużo rzeczy co piosenkę. Mogliśmy zagrać dwie piosenki na jednych naciągach. Często sięgałem po różne werble. Mam kilka, które brzmią bardzo dobrze, ale głównie użyliśmy starej sygnatury Vinnie’go Paula. Miałem tego starego Pearla od lat i kocham go. Jest tłusty i dobrze brzmi. Używałem go bardzo długo i kiedy zacząłem grać na SJC powiedzieli mi, że muszą mi zrobić werbel, więc go skopiowali.


Jakich talerzy użyłeś?


Pomieszałem je trochę. Spróbowałem kilku nowych i wyrzuciłem Chinę. Używaliśmy jej do metalowych rzeczy. Teraz ciągle jest kilka takich partii, ale już nie takich ciężkich, więc używam 18" A Custom EFX. Podoba mi się brzmienie 18", przecina się mocniej niż 20". Używałem session crasha po prawej. Zacząłem używać go na żywo, ale jest cienki i ciągle go łamałem, więc już na nim nie gram. Używałem też A Custom Rezo Crash. Gadałem z ludźmi z Zildjiana i poprosiłem o przysłanie mi nowinek. Patrzyłem też na to, czego używa Abe Cunningham z Deftones. Zainspirowałem się nim trochę. Wszystkie blachy są nowe z wyjątkiem 21" K Brilliant crash ride. Kocham ten talerz, to moja podstawowa blacha.


Uważasz się za maniaka sprzętowego, czy jest to dla ciebie czynność czysto techniczna?


Nie jestem ani znawcą, ani maniakiem. Zildjiany są dla mnie dobre. Przysyłają mi wiele sprzętu, a ja sobie z niego wybieram. Zrobiłem tak, zanim weszliśmy do studia. Grałem na wielu, a te, z których nie skorzystałem, wysłałem z powrotem. Są dla mnie dobrzy i dobrze mnie traktują.


Długo też grasz na bębnach SJC.


Od 2008 roku, prawie osiem lat. To fajne chłopaki, lubię ich firmę, to, co robią i co chcą osiągnąć. Pracują bezpośrednio z tobą. Mike Ciprari, właściciel wpadł na koncert w Bostonie. Są młodsi ode mnie, co wydaje mi się szalone.


Zespół jest już dość znany, więc pewnie otrzymałeś także oferty od innych firm.


Tak, ale lojalność to dla mnie ważna rzecz. Pewnie nigdy ich nie zostawię, chyba, że zdarzy się coś bardzo ważnego.


Zawsze miałeś mały set - jeden tom, jeden floor tom. Myślałeś o dodaniu bębnów?


Miałem kiedyś gong drum. SJC zrobił taki dla mnie. Średnica 20" z naciągiem na 22" takim na stopę. Brzmiał martwo. Akustycznie brzmi tak sobie, ale po nagłośnieniu ma olbrzymiego kopa. Jordan używa teraz jednego. Ma mały zestaw padów Rolanda i ma ten gong. Mi wystarcza. Mniej to więcej, a ja jestem leniwy, więc to mnie zadowala.


Jest dużo dodatkowych dźwięków i elektroniki w aktualnym repertuarze, więc pewnie musisz grać do klika? Jak długo tak grasz?


Od kiedy wydaliśmy trzeci album There Is A Hell. Zaczęliśmy dodawać więcej elektroniki i wiedzieliśmy, że musimy grać do metronomu. Zwykle nie graliśmy do klika, a ja triggerowałem nasze małe elektroniczne partie przez SPD-S. Na tym albumie wszystko jest na wyższym poziomie. Wszystko jest do klika i sprawia, że lepiej gram. Zawsze mówili mi, że gram za szybko albo za wolno. Teraz jestem bardziej pewny siebie, wszystko jest bardziej precyzyjne i czuję, że lepiej gram. To mi bardzo pomogło.


Czy trudno było się tego nauczyć?


Pamiętam, że na początku nawet nie wiedziałem, co to jest metronom. Kiedy nagrywaliśmy pierwszy album i inżynier powiedział, że gramy do klika, spytałem tylko: "Co?". To było frustrujące. Po półtorej doby nie mogłem tego załapać. Mówiłem, że tak nie mogę, że to się nie wydarzy, prawie płakałem. I potem zaskoczyło. W pewnym momencie po prostu zaskoczyło. Kiedy planowaliśmy koncerty, mieliśmy dzień próby generalnej i zdecydowaliśmy, że wszystko będziemy grać do klika - do tej pory graliśmy tak tylko w studio. Pomyślałem, że to świetnie. Teraz nie cierpię grać bez metronomu. Uwielbiam to uczucie, kiedy równo gram. Wizualizacje na koncercie są zsynchronizowane do klika, więc on wszystko ustawia i sprawia, że wygląda efektowniej.


Zespół gra teraz duże koncerty jako główna gwiazda. Jak dużo myślicie o występowaniu, jak ustawiacie setlisty?


Siedzimy i rozmawiamy o tym, co chcemy grać. Szczerze mówiąc to w większości materiał z ostatnich dwóch płyt. Lepiej brzmi na dużej scenie w porównaniu do starszych piosenek. Nowe piosenki są dobrze zrobione i można powiedzieć, że są z prawdziwego zdarzenia. Dawniej robiliśmy numery pod małe hardcore’owe koncerty, żeby ludzie mogli moshować. Teraz wszystko jest większe. Kiedy jestem na scenie staram się skupić. Nie jestem typem, który co chwila robi jakieś sztuczki. Wzdrygam się, gdy widzę, jak ktoś kręci pałeczką po każdym uderzeniu, odpycha mnie to. Myślę, że jestem na scenie, żeby grać równo i dobrze brzmieć. Kiedy gram, myślę sobie: "Nie spieprz tego". Nie chcę robić show czy czegoś takiego. Nie jestem jak kołek, bo trochę się ruszam, ale na scenie jestem skoncentrowany, chociaż nie bardzo pewny siebie. Pewność siebie to dla mnie ważna rzecz, jeśli się ją ruszy, jeśli zrobię mały błąd, to przez resztę koncertu będę się za to gonił i pewnie o tym bardziej myślał. Jeśli myślę bardziej to pewnie spieprzę jeszcze bardziej. To dziwne, ale kiedy nie myślę i tylko gram, to gram najlepiej. Kiedy myślę to łatwiej mi jest coś spieprzyć.


Z czego składa się twoja rozgrzewka przed koncertem?


Teraz muszę się rozciągać! Mój techniczny Andy zrobił mi zestaw ćwiczebny. Zaczęło się od werbla z tłumiącym naciągiem, gra się na nim jak na V-Drum Rolanda. Rozgrzewałem się na tym i spytałem Andy’ego, czy nie zrobiłby mi całego zestawu. Wszystkie korpusy wchodzą jeden w drugi, więc łatwo go rozstawić i nosić. Mam talerze Zildjian Gen16. Mam więc taki cały zestaw do rozgrzewki. Pół godziny przed koncertem rozstawiam sobie sprzęt, puszczam piosenki i sobie do nich gram. Gram kilka paradiddle, ale to nie żaden rytuał. Po prostu rozgrzewam nogi i nadgarstki.


Zespół ma teraz trenera fitness. Pracujesz z nim?


Jest z nami na trasie. Prowadzi zwykłe proste ćwiczenia. Kiedy zaczynaliśmy grać trasy, byliśmy dzieciakami, które żądały tylko więcej piwa i żarcia. Można się w tym zatracić, a na trasie czasami ciężko o zdrowe jedzenie. Zacząłem przybierać na wadze, szczerze mówiąc wyglądałem jak g*wno. Zacząłem chodzić na siłownię i dużo wagi straciłem. Potem przestałem, wróciłem do picia i wszystko było po staremu. Trener Oli’ego, Tom, jest naszym przyjacielem i pomyśleliśmy, że byłoby dobrze go zabrać ze sobą. Wszyscy są tym zajawieni, czujemy się lepiej, wyglądamy lepiej. Łatwo na trasie wkręcić się w robienie tylko niezdrowych rzeczy, ale teraz jest to coś, co traktujemy poważnie.


To ma też pozytywny wpływ na scenie.


Jeśli nie ćwiczę danego dnia i mam koncert to mogę czuć się podenerwowany. Jeśli trenuję to czuję się dobrze i moje ciało jest gotowe. Jeśli tylko siedzę, nic nie robię i jadłem coś złego to czuję się spowolniony. Ćwiczenia sprawiają, że jestem pełen energii i to wnoszę potem na scenę.


Które piosenki są najbardziej wymagające, fizycznie i umysłowo?


Stare numery są trudniejsze. Na pewno Chelsea Smile. Jest szybka, pokręcona i jest tam dużo dziwnych rytmów na stopie. Nie jest trudna, ale kiedy jest na nią czas na koncercie, to myślę sobie tylko: "O Boże!". Gram ją od 2007, więc jestem przyzwyczajony. Z nowych piosenek - True Friends jest wymagająca. Jest tam duża sekcja z wielkim przejściem na tomach. Na początku zastanawiałem się, jak ja to zagram na żywo. Teraz to instynktowne, przyzwyczaiłem się. Wszyscy są wycieńczeni na końcu tej piosenki!


Jak nauczyłeś się tego przejścia?


Nie grałem tych piosenek z zespołem aż do nagrań, bo tak tworzymy materiał - na komputerze w domu Oli’ego i potem idziemy do studia. To nie tak, że jammowaliśmy go setki razy. Niektóre z nowych piosenek nie graliśmy jako zespół. True Friends była jedną z nich. Mam zestaw Rolanda w domu. Uczę się grać na nim, ale to nie jest jak gra na akustycznym zestawie. To dziwne, że muszę się nauczyć to prawidłowo grać, a my musimy nauczyć się brzmieć jak normalny zespół, a nie tak, jakbyśmy dopiero co się tego nauczyli. Siedzę w domu i uczę się tego na Rolandzie, potem ćwiczę i wtedy to zaczyna prawidłowo brzmieć.


Materiał przygotowali: Staszek Piotrowski, Szymon Ciszek, Chris Barnes
Zdjęcie: Jesse Wild


Wywiad ukazał się w numerze czerwiec 2016



Galeria

Pozostałe

Kaz Rodriguez

Dodano: 23.03.2017

Jak osiągnąć sukces będąc perkusistą? Już wiele razy na naszych łamach udowadnialiśmy, że nie ma tej jednej jedynej drogi.

czytaj dalej

Brad Wilk

Dodano: 09.03.2017

Powiedzmy sobie szczerze, że gdyby nie ostatnia płyta Black Sabbath to nazwisko perkusisty Rage Against The Machine zostałby mocno przykurzone i odbierane bardziej jako historyczny fakt.

czytaj dalej

Gerald Heyward

Dodano: 23.02.2017

To bez wątpienia postać, którą każdy perkusista ceniący gospelowe granie pragnie zobaczyć na żywo. W świecie R&B to wciąż jeden z najbardziej znanych i pożądanych artystów.

czytaj dalej

Michael Schack

Dodano: 16.02.2017

To już prawie ćwierć wieku, jak mocno zakręcony Belg współpracuje z największym producentem perkusji elektronicznych na świecie. Przyjechał do Warszawy z prezentacją nowego zestawu, dlatego był to doskonały moment, by zapytać go o… zupełnie coś innego!

czytaj dalej

Glen Sobel

Dodano: 09.02.2017

Glen Sobel, perkusista Alice Coopera opisuje, jak praktycznie dostosował swój sprzęt do wymogów gry hardrockowego repertuaru z legendą rocka.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama