W SPRZEDAŻY - CZERWCOWY NUMER Perkusista Zamów z przesyłką GRATIS >>Ulubiony kiosk
Wywiady

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016
Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.
Dwa pokolenia Torresów to niesamowicie jasny punkt na mapie polskiej sceny perkusyjnej, ale nie tylko. Obaj mają jeszcze pełno innych zajęć, które polegają na tworzeniu, kreowaniu i budowaniu. W związku z tym uprzedzamy wszystkich malkontentów, że niniejszy wywiad to dawka niezwykle pozytywnej energii, opartej na prawdziwej przyjaźni dwóch perkusistów - ojca i syna.

Staliśmy z Olkiem Ikaniewiczem w warszawskim studio fotograficznym Limetki i patrzyliśmy w milczeniu, jak José i Tomek ustawiali się do sesji zdjęciowej. Zasadniczo wystarczyłoby zostawić aparat z samowyzwalaczem i wyjść, zostawiając ich samych, pewnie nawet by nie zanotowali naszej nieobecności. Panowie w najlepsze wygłupiali się siłując się na ręce, machając bongosami przed oczami, dźgając perkusyjnymi pałeczkami, robiąc przy tym figury niczym z filmu Rejs. W tle zasuwały kubańskie rytmy, które José odpalił zaraz po wejściu do studia. Parafrazując tekst o muzyce do tańca - aparat fotograficzny nie przeszkadzał panom w sesji foto. Zdjęcia, na których udało się Olkowi złapać panów z poważnymi minami, można uznać za wielki wyczyn. José Torres to znany chyba wszystkim mistrz instrumentów perkusyjnych, który nie nagrywał chyba jedynie ekstremalnego metalu. Tomek jest bębniarzem Afromental, ale zajmuje się też wieloma innymi ciekawymi projektami. Wystarczy wspomnieć chociażby program telewizyjny Paranienormalni Tonight, gdzie Tomasz był kierownikiem zespołu Torres Brothers.

Dwóch bliskich sobie perkusistów, którzy wywodzą się z dwóch różnych światów. José przyjechał do komunistycznej Polski z komunistycznej Kuby i u nas rozwijał swoje talenty muzyczne, zakładając jednocześnie rodzinę. Tomek, jeżeli komunę pamięta, to przez mgłę i swoją karierę buduje w oparciu o współczesną technologię w wolnym kraju. Rozmowa zapowiadała się niezwykle ciekawie i przyznam, że po jej zakończeniu miałem lekki niedosyt, ale co zrobić, Perkusista ma "tylko" 92 strony…

Często spotykacie się w takich okolicznościach?


JOSÉ: W takich, jak teraz? Kilka razy, ale takie bardziej rodzinne sesje. Dawno, dawno temu, jak Tomek zaczynał swoje "wyboje" z moją orkiestrą to mieliśmy zdjęcia do zespołu, ale nigdy solo. Mieliśmy chyba raz w Poznaniu…


TOMEK: To nie była sesja zdjęciowa, to był wywiad video. Ostatni raz, gdy byliśmy z tatą przed aparatem, to miałem wtedy z 5, 6 lat? Jeszcze do szkoły muzycznej nie chodziłem.


José, jak to było z Tomkiem…


…ciężko (śmiech).


Ok, jak to było, gdy twój syn stwierdził, że też będzie chciał grać na bębnach?


To było tak, że ani Tomkowi ani Filipowi nie podsuwałem pomysłu, by zostali muzykami. W mojej rodzinie zresztą tak było, tata grał, ale nigdy nie mówił, bym ja był muzykiem. Mój tata grał w takim zespole w takiej rzeźni w Hawanie, pamiętam miałem wtedy z 6, 7 lat i pojechałem z nim na koncert. Wracaliśmy o 4 nad ranem, tata był lekko na bani, w lewej ręce trzymał gitarę, prawą ręką trzymał mnie, szliśmy na autobus, który nie przyjechał, więc musieliśmy iść całą drogę na piechotę. Wtedy powiedziałem, że ja nigdy nie będę muzykiem. To było moje pierwsze wielkie kłamstwo (śmiech). Nieświadome. Z Tomkiem właśnie też tak było, bez ciśnienia, tylko, że dom cały czas był otoczony muzyką. Różną muzyką, dużo muzyki kubańskiej i dużo muzyki polskiej, bo wtedy nagrywałem ze wszystkimi, miał przez to bliski kontakt z muzyką. Jak wpadł na pomysł, że chce iść do szkoły muzycznej, to mówiłem mu: "Tomeczku, nie graj na bębnach, będziesz musiał targać te bębny, a jak się spakujesz, to już nie będzie żadnej laski" (śmiech). A on cały czas, że chce grać na perkusji. Okazało się jednak, że jak poszedł do szkoły, to w tamtych czasach trzeba było zacząć od fortepianu.


Po prostu nie było klasy perkusji.


To on na to: "Dobra, przyjdę za cztery lata (śmiech)". Dziwnym trafem dał się jednak przekonać i zaczął grać na fortepianie ku radości nauczycielki. W czwartej klasie przyszedł i powiedział, że miały być cztery klasy, w takim razie on już dziękuje za ten fortepian. Nauczycielka była zrozpaczona, bo bardzo dobrze mu szło. Najciekawsze jest jednak to, że podobnie miałem i ja. Jak poszedłem do szkoły muzycznej to nie było miejsca na perkusji, tylko na klarnet. Nie było dla mnie klarnetu, bo były w B, a ja potrzebowałem krótszy w Es. Po pierwszym roku, gdzie nawet klarnetu nie dotknąłem, poszedłem do sekretariatu i powiedziałem, że chcę na perkusji, no i mnie ostatecznie przenieśli.


Czy u ciebie ta perkusja była od zawsze? Tyle muzyki w domu…


Zdjęcia pokazują, że tak było. Jak miałem chyba z 6 lat poszliśmy witać tatę, jak wracał z kontraktu na statku i tam siedziałem za perkusją, ale to zdarzenie akurat pamiętam. Jest jednak taki wiek, do którego nie sięgniesz już pamięcią i świadomością, i stamtąd właśnie też mam zdjęcia, gdzie siedzę za perkusją.


Pojechaliśmy kiedyś na trasę z big bandem z Wrocławia i byliśmy w Kołobrzegu. Tomek miał wtedy może rok? Ledwo chodził i miał pieluchę, jechaliśmy wtedy takim Autosanem. Kierowca, żeby sobie dorobić, miał skrzynkę ciepłego piwa. Tomek całą drogę tam po swojemu gadał, że on to chce. "Daj, daj", przyszła pora spania, to ja mówię do żony, by mu dała trochę tego piwa…


No nie, no…


On tam trochę wypił i zamiast spać to się rozkręcił jak dziki zając. Ma zdjęcie w amfiteatrze, gdzie taki bąbel siedzi na krzesełku w pielusze, pałka perkusyjna większa od niego, na basie Marek Błaszczyk, na gitarze Marek Brzozowski, świetni muzycy z Wrocławia. To jest pierwsze zdjęcie Tomka za bębnami. Chyba miał gdzieś to tam w głowie zaczipowane, że ma być bębniarzem, tym, kim jest dzisiaj. Nie wiedział później, że będzie musiał zacząć od werbla, ksylofonu, wibrafonu, kotłów, ale stwierdził, że przebrnie przez to, by zostać perkusistą.


Przydało się?


Pewnie, że się przydało. Mimo, że był to dla mnie wielki zawód, jak dowiedziałem się w pierwszej klasie, że nie będę grał na perkusji. Naprawdę były ciężkie momenty, nie chciałem, płakałem. Później pojawił się drugi zawód mojego życia, bo jak już była ta czwarta klasa i ja miałem grać wreszcie na tej perkusji, okazuje się, że pani posadziła mnie przed werblem, dała pałki i mówi, że teraz gramy. A ja na to: "Przecież to nie jest perkusja, to nie o to chodziło!". Uczyłem się wielu rzeczy, które z pewnością gdzieś tam mi się przydadzą, bo harmonicznie słyszę trochę więcej niż jakiś perkusista samouk, natomiast ja zawsze chciałem grać na tej prawdziwej perkusji. Przyznam szczerze, nieco żałuję, że to, co dostałem na początku, czyli tą mocną bazę harmoniczną, nie pociągnąłem mocniej ze sobą. Dla mnie zawsze było: "Harmonia harmonią, ja wiem, ja to słyszę, ale dawać mi bębny, ja chcę bębny". Rozwijałem tę strefę perkusyjną, a tej dobrze zapowiadającej się strefie melodycznej dałem dryfować. Na szczęście mój młodszy brat wywindował na samą górę.


Ale trzeba przyznać, że trafiło się Tomkowi zagrać w Teatrze Muzycznym "Capitol" we Wrocławiu przedstawienie West Side Story, gdzie grał na tym szkolnym secie, który nie jest typową perkusją.


Ten set perkusyjny, którego uczą w szkole muzycznej, dwa bongosy, jeden timbales, blaszka, jakaś grzechotka i tyle. Do dzisiaj potrafię zagrać Lot Trzmiela na ksylofonie w ekspresowym tempie.


Bo u ciebie, José, to po prostu była muzyka, po całości?


Nie tak do końca, to była pewna droga. Chodziłem do muzycznej szkoły podstawowej, do muzycznej szkoły średniej, wreszcie przyjechałem do Polski na akademię muzyczną i miałem ten sam dylemat, co Tomek, czyli kotły, wibrafon, ksylofon. Ciągnąłem to, ale czułem, że to nie jest mój świat.


Czyli patrząc później na Tomka doskonale wiedziałeś, co on może czuć.


Dokładnie, dokładnie tak. Wiedziałem, że umrę, jak będę grał piąty rok w filharmonii ten sam program od początku, bo tak to wtedy wyglądało. Teraz może jest troszkę inaczej, bo jakieś tam ślady muzyki kubańskiej czy nawet rapu pojawiły się w filharmonii, natomiast wiedziałem wtedy, że to nie jest praca dla mnie. Zabrałem się do instrumentów perkusyjnych, na których z nikim na Kubie nie grałem. Od nikogo się nie uczyłem, dopiero tu zacząłem. To był rok 1981, mieliśmy na studiach taki kwartet swingowy: fortepian, altówka, kontrabas i congi. Graliśmy standardziki. Od tego się w sumie zaczęło. Zagraliśmy jeden koncert, a nasz opiekun artystyczny, bo wtedy nie było czegoś takiego jak menadżer, nagrał to i zabrał kasetę do Warszawy. Znał pośrednio Sławka Kulpowicza i mówi mu, że ma taki kwartet. Na to Sławek: "A kto tu gra na congach?". " No, taki Kubańczyk" - mówi Adam - "Ale to ten kwartet…". Sławek powiedział krótko: "Dawaj go." Tym sposobem w 1982 roku nagrałem tu swoją pierwszą płytę z Johnem Porterem. Od tego momentu zaczęła się lawina propozycji - jazz, pop, rock itd.


Nie czujecie czasami, że jesteście w pewien sposób egzotyczni na naszym rynku muzycznym?


Tata na pewno.


Poniekąd tak, ale to tylko z tego powodu, że muzykę, która tu jest, rozumiemy inaczej. I tyle, już! Dla nas w muzyce kubańskiej, w której Tomek jest tak dobrze obeznany, mamy po prostu "raz" gdzie indziej.


Plus do tego jest coś takiego w Polsce, że jest sporo skoków na muzykę latynoską, żeby jej się nauczyć i zrozumieć, ale bardzo rzadko wychodzi to za jakieś songo czy też takie "wecklowskie" przykłady muzyki latynoskiej. A muzyka latynoska odtąd, odkąd próbuje się ją zrozumieć, to jest dopiero pas startowy. Tak naprawdę dalej jest totalna wojna i tam się dzieją takie rzeczy, że to nie jest kwestia, jak posłuchasz sobie Kubańczyka, jak to zagrał. To trzeba słuchać, słuchać, analizować, rozbijać na małe cząstki. Zostałem zaproszony w zeszłym roku na festiwal Agnieszki Trzeszczak i zastanawiałem się, co mam zagrać. Z jednej strony gram w takim zespole, jakim gram, więc mogę pokazać, co robię w tym zespole, mogę pokazać, jak pracuję z DJami. Niektórzy uważają mnie za bębniarza gospel, co uwielbiam (śmiech), bo nie ma czegoś takiego u nas jak scena gospel, doszedłem więc do wniosku, że wśród tych bębniarzy mogę pokazać coś, co na pewno nikt inny nie pokaże. Wziąłem na tapetę kubańską rumbę. Wiesz, coś, co puścisz polskiemu muzykowi i jeżeli nie będzie w to wkręcony, to nie będzie wiedział, o co chodzi. To jest ta muzyka latynoska, do której nikt nie zagląda, bo zazwyczaj się patrzy na latin jazz, wzorują się na El Negro, żeby lewa stopa chodziła w clave. To wszystko jest super, natomiast świat muzyki latynoskiej jest tak szeroki i głęboki, że Kuba to co innego, Dominikana co innego, Jamajka co innego. Wszystko niby blisko siebie, a tak naprawdę całkowicie różne.


Mało tego. W kubańskich rzeczach miesza się też rzeczy afrykańskie, przez co mamy afro- -kubańskie granie, a to już jest masakra. To nie jest jezioro, to jest głęboki ocean.


Jak to jest z tym "posiadaniem tego we krwi"?


Nie… To jest… Hm… Nie… To… Tu chyba dasz dużo kropek w wywiadzie (śmiech). Chcę powiedzieć, że z jednej strony ma się to we krwi, ale na zasadzie, że albo czujesz, albo nie. Jak to czujesz, to można to rozwinąć. Mam pewnego znajomego, który nie potrafi clave i nawet jak złapie "raz" to uderza mechanicznie, bo nie czuje tego. To się ma, Kubańczycy najczęściej mają, ale nie znaczy, że wszyscy mają. To jest mit, że wszyscy Kubańczycy tańczą i śpiewają. Moja siostra nie potrafiła śpiewać czysto, moja mama nie potrafiła tańczyć. W przypadku Tomka, odkąd się urodził, w domu była muzyka kubańska i to, co miał we krwi, rozwinął w najmłodszych latach.


Normalnie ludzie w domach w dzieciństwie mają podawaną polską muzykę, typu Perfect i inne, jakieś rockowe granie i w to wchodzą, w tym stylu się rozwijają, a ja od małego miałem podawanego np. Michela Camilo. Jak w takim wieku dostajesz taką muzykę i nią nasiąkasz, a są tam bardzo skomplikowane podziały, to jak przychodzi coś innego, to patrzysz na to z innej strony. Przeszedłem chyba przez wszystkie gatunki… No, może oprócz disco polo, nie zahaczyłem o to nigdy i nigdy nie zahaczę, ale słuchałem hip-hopu, byłem ciężkim "metaluchem". Grałem też przez kilka lata z Bradem Terry koncerty jazzowe, jeździliśmy przez chyba 8 lat do Stanów na trasy w wakacje, gdzie miałem okazję poznać świetnych jazzmanów. Przerobiłem te wszystkie gatunki, ale przez to, że zacząłem od takich rzeczy, które nie są uznawane dla początkujących, ucho się osłuchało z tą muzyką. Teraz też nie potrafię wytłumaczyć tego, że umiem zaimprowizować na bębnach czy na timbalesach, które są zupełnie innym instrumentem niż bębny. Niektóre rzeczy jestem w stanie przekazać rękami, innych poszukuję. Nie mam też za dużo możliwości, żeby w kanciapie wziąć timbalesy i sobie grać, zapętlić jakieś osiem taktów - bo nie za bardzo da się grać do metronomu na timbalesach z racji naginania "kręgosłupa" w jedną i drugą stronę. Żeby zagrać solowo na timbalesach, musisz dostać inspirację od zespołu. Ale wracając - myślę, że mam pewne wyczucie przez to, że mój mózg tym szybko nasiąknął. Naprawdę. Spędziłem tysiące godzin słuchając muzyki, analizując, przewijając fragmenty po kilka sekund, sprawdzając, jak to się stało, co się stało. Podziały w muzyce latynoskiej są tak nienaturalne dla europejskiego ucha, że wydaje się, że tego nie da się przeliczyć. Wiele razy mieliśmy nawet razem z tatą takie coś, że sprawdzaliśmy rzecz po kilka razy. Nie chodzi też o to, że jakiś podział jest technicznie trudny, ale jest tak osadzony w czasie, jakbyś napaćkał farbką na pięciolinii. To jest trudne, dlatego to, ile czasu spędziłem i od kiedy zacząłem powoduje, że potrafię to wyrazić przekładając na instrument.


Czyli co, ja też mógłbym to mieć?


Mógłbyś. Tylko tak, jak z każdą nauką - dziecku jest się łatwiej nauczyć.


Patrzysz na mnie błagalnym wzrokiem, dlatego powiem ci - nie wiem, czy to masz! No, dobra… Mógłbyś to mieć.


Tak, możliwe, że to masz. Jest zespół szwedzki Calle Real, gdzie są sami Szwedzi i tylko jeden Kubańczyk. Są znani na całym świecie, grają świetnie, wybitnie. Wiesz, dziecko nie ma obowiązków, ma czas, by tego słuchać. Gdybyś ty teraz chciał się tym zająć, musiałbyś rzucić wszystko i wsiąknąć w to na parę dobrych lat.


Nie zrobiłbyś dzisiaj wywiadu z nami, bo byś musiał słuchać tę pieprzoną kubańską muzykę (śmiech).


Zawsze mówiłem, że służę materiałami, bo mam ich bardzo dużo. Czasami rodzice mówili mi: "Co ty tak przy tym komputerze siedzisz godzinami? To strata czasu!". A ja nie siedziałem przy grach, tylko szukałem kolejnych nagrań. Żeby było jasne - salsa nie zawsze mnie jarała. Michel Camilo to nie jest salsa. To jest ciekawe, bo uzmysłowiłem sobie ostatnio, kiedy mnie ta machina perkusyjna w salsie ruszyła pierwszy raz. To płyta Kayah i numer Serce Jak Szafa, taka balladka, która się ciągnie i w pewnym momencie przechodzi na salsę. Pomyślałem, że fajnie ta motoryka bębnów tam się porusza. I tak powoli, powoli się wkręciłem. Nie jestem fanem każdej salsy, a kubańska salsa zaskakuje mnie rytmicznie cały czas. Wszystkie inne nieco mniej zaskakują, a tu siedzę i: "Co oni tam zrobili?!". Wszyscy mogliby tego w sobie poszukać, ale sam zobacz, ja sam już teraz okazyjnie gram z tatą.


Faktycznie jesteś cały czas w robocie.


Staram się, żeby tak było.


I starasz się, żeby nie grać z tatą!


O nie, nie, nie, to nieprawda. Bardzo się cieszę, jak się uda nam razem zagrać, a do tego w składzie jest jeszcze mój brat…


Jeszcze… Nie mów " jeszcze", bo to tak, jakby miał zaraz odejść. Jak braciszek odejdzie, to nie wiem, z kim będę grał! A poważnie - Filip tak, jak Tomek mówił, pod względem harmonicznym jest doskonały. Przygotował cały materiał do płyty, którą nagraliśmy, a była to muzyka kubańska z orkiestrą symfoniczną.


W kwestii tego młodego wieku, który wciąż nam się przewija, to Gavin Harrison, Simon Phillips, Steve Smith, ci fenomenalni perkusiści zaczynali w takim wieku, że nawet tego do końca sami nie pamiętają…


To jest ta różnica, nad którą ubolewam, między np. Stanami a naszym krajem, że nawet w szkole muzycznej nie ma miejsca na granie na perkusji. Byłem w szkole za to ganiony. Miałem szczęście, że trafiłem do nauczyciela perkusji, który zobaczył i czuł, że klasyka to nie jest mój gatunek i mi pomagał. Dawał mi na wibrafon nie jakieś chore etiudy tylko coś, co wpadało bardziej w jazz. Oczywiście na dyplomie musiałem zagrać Jesień Vivaldiego, co było w sumie fajne, bo o ile było to nudne i nadal jest nudne, to było jednocześnie wymagające technicznie. Każdy z nas czterech na roku dostał po jednej porze roku, a ja dostałem najgorszą, ale z perspektywy czasu wiem, że nie było to złośliwe, tylko spowodowane tym, że najwięcej ode mnie wymagał.


Tata pomagał ci w okresie nauki?


Nie.


W okresie dojrzewania też nie (śmiech).


Wiesz, o wiele łatwiej przyjmuje się uwagi i nauki od obcego niż kogoś z rodziny, dlatego nigdy nie mieliśmy z tatą tak, że usiedliśmy na typową lekcję. Raz chyba tylko tak było w okresie Triology, że przyszedł na naszą próbę, coś mi nie szło i pokazał mi, jak inaczej to zagrać. Nie chciałem wtedy tego za bardzo słuchać, trudno mi to było wziąć na klatę, mimo, że nie wiedziałem, jak to dobrze zagrać (śmiech). Oświeciło mnie to nagle, ale nie na tyle, żeby usiąść dalej razem i zrobić lekcję.


Tak było przy wszystkich rzeczach, jakie mu mówiłem na przestrzeni lat. Później, po jakimś czasie, przyznawał mi rację. Jak się jest starszym to jest różnica w doświadczeniu przede wszystkim. Nie mówimy tu u umiejętnościach, tylko o doświadczeniu. Po jakimś czasie przychodzi i mówi to samo, co ja powtarzałem wcześniej.


Tomasz, w tej tak kolorowej muzyce miałeś chyba też okres mocnego buntu. Sepultura?


Tak, Sepultura była moją przepustką do metalu. Zespół jest dla mnie numerem jeden, oczywiście mówimy o wszystkim do płyty Roots. Później weszły inne kapele, jak Cannibal Corpse, Vader, Dimmu Borgir, bardzo mocno szedłem. Jakbym miał podsumować, co było moim gatunkiem z tych czasów, to zostałbym właśnie przy Sepulturze lub Kornie, takie rzeczy mnie wciąż kręcą. Wtedy wchodziłem jednak bardzo głęboko np. Vital Remains, po prostu lubię kopać w muzyce. Przesłucham wszystko i szperam dalej, lubię proces poszukiwania. Teraz, jak słucham tej ekstremy, to tak czasami mówię sobie, że nawet śmieszne jest, że koleś warczy pod nosem i nie wiadomo, o co mu chodzi. Włączyłem ostatnio Emperor Anthems to the Welkin at Dusk, to był jeden z moich ulubionych zespołów, słaby miks, nie słychać gitary, perkusji, wokal schowany, ale wtedy to miało specjalny klimat. Tak, to był taki moment buntu u mnie. Niestety, nigdy nie nauczyłem się grać takiej muzy i jakby zadzwonił ktoś do mnie i powiedział, że jest "dżob" do zagrania np. w Vaderze to sorry panowie, ale nie dam rady, nie dzisiaj i chyba jeszcze bardzo, bardzo długo nie. Troszkę żałuję, nigdy nie wkręciłem się za bardzo w podwójną stopę. Jeżeli tak mogę o sobie nieskromnie powiedzieć, to jestem w miarę muzykalnym bębniarzem w sensie, że są bębniarze, którzy łoją, a ja jednak próbuję wyciągnąć melodię. W tym gatunku ta melodyjność jest ścinana zaraz przy narodzinach, w każdym razie tak ja to rozumiem.


Nie przerażał cię ten jego wyskok muzyczny?


Nie, najbardziej przerażało mnie to, że nie mógł ćwiczyć na swoich bębnach w szkole. Powiedziałem mu, by przyniósł swoje bębny do domu, a mieszkaliśmy wtedy w bloku czteropiętrowym, ale po jednym dniu okazało się, że też się nie da grać (śmiech). Ale o to, co pytasz, nie, nie przerażało mnie, chociaż jestem bardziej ortodoksyjny i mam pewien zestaw rzeczy, których nie lubię słuchać, żeby je poznać i ten ostatni odcinek to była właśnie Sepultura. To było ostatnie ogniwo tego, co mogę ścierpieć z tego całego uuuaaaaa! Tygydygydydy!


A dla mnie było pierwsze. Myślę też, na przykładzie Polski, bo nie wiem, jak to jest w innych krajach, że takiej muzyki zaczynają słuchać w okresie buntu i albo ludziom to zostaje, albo troszkę odpuszczają, ale dalej to lubią. Czyli, jak tata spotkał się z taką muzyką dość blisko w wieku bardzo dojrzałym, to nie było bata.


Kwestia emocjonowania się tym… Nie ruszał mnie ten natłok dźwięku, bo u mnie liczy się selektywność, gdzie słychać elegancko bębny, bas, trąbki.


Na Bloody Roots wszystko słychać…


Co cię ruszyło w naszej muzyce, jak tu wylądowałeś? Czy w ogóle coś cię ruszyło?


Może tak… Jestem wyjątkowym szczęściarzem, że zagrałem z samą elitą polskiej muzyki. Żeby wymienić Namysłowski, Stańko, Karolak, Szukalski, Kulpowicz, Maanam, 123, Maryla Rodowicz, Kayah. Imponowało mi to. Z wieloma z nich to były płyty roku, dlatego nie mam co narzekać. Nie grałem chyba tylko z Mazowszem i Śląskiem.


I z Legią Warszawa (śmiech).


Co ja mam powiedzieć? To poziom światowy, bo jak powiesz "Tomasz Stańko" to chyba wiadomo, o co chodzi, a nagrywałem z nim dwie płyty.


Brak nam pewności siebie? Odnoszę czasami takie wrażenie…


Problem jest w tym, że w niektórych gatunkach my, Polacy, za bardzo chcemy naśladować. Odtwarzamy to, co stylowo się robi na świecie. Nie powstał żaden gatunek, który poszedł w świat.


Nawet disco polo…


(Z WIELKĄ POWAGĄ): I całe szczęście. Nie powstało tu nic znanego w świecie w kwestii rytmów czy tańców. W muzyce jazzowej mamy wielkich muzyków, ale wszystko jest odwzorowaniem stylistycznym tego, co już zostało stworzone. To, co robi np. Afromental, to jest boysband, nie, no, żartuję, to jest muzyka, która istnieje. Nie oznacza to rzecz jasna, że jest w Polsce jakiś zły poziom, ale zobacz na Stany, Kubę, Brazylię, ile tam powstało. Spokojnie, ale Szwecja, Norwegia też nie mają nic wielkiego w kreowaniu.


No, ale Skandynawia zabija swoim poziomem.


Tylko, że oni nie mieli 40 lat komuny.


Dlatego też o to chodzi, bo ciężko coś wymyślić, jak dopiero od niedawna nabieramy tempa. Wiadomo, nasz folklor nie zawładnie światem tak, jak to muzyka brazylijska.


Bo sam poziom artystów jest tu bardzo wysoki. Młode pokolenie jest niesamowite np. Michał Barański, który kładzie na łopatki każdego, z kim gra. To jest mega!


Wracając do meritum i tego, o co pytałeś odnośnie pewności siebie. To pewnie jest też na bazie tego, co ten kraj przeszedł, ale my mamy coś takiego, że się boimy chwalić. My uważamy, że chwalenie się sobą jest złe. Zapraszam wszystkich na koncerty Uli Dudziak, ona sporo o tym mówi, a ma dość dużo do powiedzenia, bo ponad 30 lat mieszkała w Nowym Jorku i dużo się nauczyła. Rynek światowy jest duży, ale to Amerykanów dajemy jako przykład, bo to oni wciąż wyznaczają pewne kierunki i jeżeli u nich nie powiesz sam, że jesteś świetny, to jesteś… słaby. Jeżeli ty nie jesteś pewny, że jesteś świetny, to jak chcesz sprzedać cokolwiek komukolwiek. Ci, co stoją przed tobą, muszą w stu procentach poczuć, że ty jesteś gość i nic cię nie łamie. Jesteś gotowy, by pokazać, co potrafisz. U nas w Polsce jest inaczej. Miałem kiedyś jedno z pytań odnośnie prowadzenia swojego wizerunku w social mediach itd. Niektórzy uważają, że jak napiszę, że zagramy koncert tu i tu, mamy taką a nie inną sesję, robimy to i to, piszę o samych sukcesach, to oznacza, że mi się już w głowie poprzewracało, bo nie napiszę, że nie dostałem się gdzieś czy coś.


Faktycznie, ludzi to boli…


Ale to w Polsce ludzi boli, przede wszystkim u nas.


Z racji stołka, na jakim siedzę w naszej branży perkusyjnej, dochodzą mnie głosy z każdej strony i np. w stosunku do ciebie często pojawiały się głosy, że jesteś "lansiarz".


Jak grasz i masz koncert wyprzedany, to jak masz o tym nie napisać?! W Stanach to jest przecież największa gwarancja jakości, jak masz napisane "sold out". U nas, jak napiszesz, że wyprzedałeś np. całą Stodołę, to jest mamrotanie pod nosem. Dlatego też nigdy nie będę narzekał, że po jakimś festiwalu napiszesz nie o mnie, a o zagranicznych muzykach. Wiem, co sobą reprezentuję. Jak ktoś ma jakiś problem w podstawie, na tej belce, na której stoi, to później takie rzeczy wychodzą. Z jednej strony czepiasz się, że ktoś się lansuje, ale z drugiej sam o sobie nie jesteś w stanie dobrze pomyśleć.


No, José, wychowałeś Tomka na mega świadomego człowieka, miałeś z nim jakieś problemy?


Mało było…


DO TOMKA: Cicho! Daj mi się wypowiedzieć! Powiem ci tak z punktu widzenia rodzica, nie ma żadnej książeczki do nauki wychowania. Obu wychowaliśmy tak samo. A raczej nam się wydaje, że tak było, bo Tomek był sam, a jak pojawił się Filip, to był już przecież Tomek, więc ta relacja była inna i mimo, że nam się właśnie wydawało, że jest tak samo, to faktycznie było inaczej. Jedyne, czego się boję poza oczywistymi rzeczami typu zdrowie, to żeby na bazie jakiegoś błędu, przypadku, nie trafili do więzienia.


Nie boisz się niepewnego gruntu kariery artysty?


Jeżeli traktujesz to tak, że na tym pułapie już osiągnąłeś sukces, to jesteś w błędzie. Sukces jest jak horyzont. Zbliżasz się do niego, a on wciąż się oddala. Mówiąc, że już osiągnąłem sukces, przekreślasz moją dalszą karierę. Jeżeli Tomek będzie miał takie podejście, że zrobił tyle, ale jeszcze może zrobić więcej i dalej, to mogę być spokojny. Patrz na taką Marylę Rodowicz, tyle lat na scenie, a wciąż przyciąga tłumy, bo ona nie odpuszcza. Z innej beczki - Tomasz Stańko, przecież on grał ze wszystkimi, ale dalej gra! Jak żyjesz obawą to przyciągasz negatywne myśli, a ty musisz iść konsekwentnie tą dróżką, którą wybrałeś. Popatrz na mnie. Był długi okres, gdy grałem u kogoś, zawsze grałem u kogoś, dzięki temu nagrałem ponad 50 płyt. Od momentu, gdy zacząłem robić swoje projekty, jestem mniej zapraszany do innych projektów, chociaż wciąż to się dzieje. Jak sobie pościelę, tak się wyśpię, rozumiesz?


Z wielu pieców chleb jadłeś…


Tak, tak, statki, grałem też w cyrku. Tak, jak mechanik, który kiedyś naprawiał tylko malucha, teraz musi się przekształcić i naprawiać nowsze samochody. Nie bałem się, kiedy Tomek wybrał karierę muzyka, bo sam z tej muzyki żyję do dziś i wiem, że to nie jest takie straszne.


To był dla mnie żywy przykład…


W dalszym ciągu żywy! (śmiech)


To był żywy przykład, że jest to też zawód, bo nam w dzieciństwie nigdy nic nie brakowało. Wiedziałem przez to, że jak wybiorę ten zawód, to będę w stanie z tego wyżyć. Rynek zmienił się przez ostatnie lata i nie jest tak, jak kiedyś, trzeba się dostosowywać do tych zmian. Jest takie stare powiedzenie, które niektórym się wydaje wyświechtane i durne: "Do odważnych świat należy". Jak się w to wdrożysz , to rzeczywiście tak jest. Osoba, która się boi i ma komfortowe stanowisko w filharmonii np. w Chorzowie, ale chciałaby też grać na całym świecie, to tym strachem zamyka sobie wszystkie drzwiczki. Dopóki się nie obudzi i nie zdobędzie na odwagę to będzie siedzieć. Rzuciłem w pewnym momencie wszystko we Wrocławiu. Poczułem, że będąc w tym miejscu nie będę blisko tego wielkiego świata i dużej sceny. To była odważna decyzja, bo chciałem mieć mieszkanie i nie chciałem koczować po kumplach, a niektórzy myślą, że jak przyjadą to wtedy zaczną. Tak nie musiało być. Mogło być tak, że ta przeprowadzka mogła nic nie zmienić. Z perspektywy lat widzę, że zmieniła bardzo dużo. Jak się tu sprowadziłem, to pokazywałem się wszędzie, starałem się rozmawiać z muzykami, grać z nimi. Pokazać się, że jestem i w razie czego jestem do dyspozycji. Z drugiej strony, tak w nawiązaniu do tego mojego "lansiarstwa", pokaż mi drugiego perkusistę w Polsce, który prowadził imprezę galę MTV Europe Music. To nie jest teraz, że ja się tym chwalę, bo ja to miałem, a ktoś inny nie. Chodzi o to, że chcę pokazać, że miałem kilka takich haczyków w życiu, które wydawały się straszne i polegnę na nich, bo jestem muzykiem, który uczył się grać i tyle. Ja jednak mimo, że kocham grać, chcę też robić jak najwięcej rzeczy ze wszystkich stron i tych haczyków się chwytałem. Byłem obsrany, jak nie wiem co. Na galę MTV musiałem walnąć taką szklanę "łychy" na odwagę. Miałem parę takich chwil w życiu, że może to nie było do końca granie, ale rzeczy, które chcę też robić, budować ten wizerunek. O tym już rozmawialiśmy. Na festiwalu w Warszawie pytano mnie o to, że np. Lutego nie ma. Tylko, że to jest inna sytuacja, on jest bardziej w to zakorzeniony, jest starszy ode mnie, wiele czasu spędził z innymi osobami. To jest jedna droga. Ja mam za to tak, że chciałbym grać i być z tego zadowolony, ale jednocześnie jak w ubezpieczeniach - robić tzw. drugi filar. Przewiduję, że za 30 lat rynek może się zupełnie pozmieniać i muzycy mogą być niepotrzebni, czego bym nie chciał, ale na to też mam plan i wiem, co robić, gdzie wyjechać. Wiem, gdzie szukać szczęścia, mam plan z tyłu głowy. Jednak póki mnie chcą, wiedzą, kim jestem, jestem rozpoznawalny trochę na ulicy, gdzieś tam się kręcę, to chcę jak najwięcej z tego wyciągnąć.


José, patrząc na to wszystko, zdecydowałbyś się na ten sam ruch, jaki wykonałeś tyle lat temu?


Dokładnie, zrobiłbym to samo i byłoby fajniej, bo miałbym więcej doświadczeń. Powtórzyłbym to, znalazłbym tę samą kobietę i wychował tak samo synów!


Jak to jest z tym tańcem, bo to fajna rzecz, kończyny, ruch, rytm?


Tak, prowadziłem 10 lat z żoną zajęcia z tańca salsy. Podchodzimy do tego niemal naukowo, nie tylko na wyczucie, ale żeby ludzie rozumieli, co się dzieje w tej muzyce. Mamy taką teorię, którą przekazujemy facetom, że każdy facet powinien umieć prowadzić samochód, jeździć na rowerze i umieć tańczyć. Tomek miał sporo oporów. Jak jechaliśmy gdzieś na festiwal to mówił do mamy, by się odwróciła i jak będzie dobrze, to dopiero będzie mogła patrzeć.


Wychodziło to z tego, że podkreślałem, że jestem muzykiem i nie będę tańczyć.


No, ale poszło to tak - bum! I tańczy lepiej niż ja. Jest muzykiem, zna te utwory, w tańcu akcentuje, czyli widać, że słucha. Jest to fajna dziedzina w kulturze kubańskiej, bardzo przyjemna. To jest bardzo rytmiczne, a człowiek jest związany z rytmem od zawsze, bo to, jak chodzisz, jak oddychasz, serce, pory roku to wszystko jest rytm. Jest to bardzo mocna dziedzina życia człowieka. Jak masz jeszcze partnerkę, z którą się rozumiesz, to wtedy jest czysta poezja.


Tomasz, a teraz czasami zarzucisz bioderkiem, gdzieś tak, od czasu do czasu, hm?


Powiem ci, że jak bardzo opierałem się przed tańczeniem, tak skończyło się tym, że zapraszano mnie na kongresy zagraniczne jako instruktora. Jak jeździliśmy z tatą na koncerty to zanim zagraliśmy koncert, miałem przed nim godzinny pokaz tańca plus nauka, taki workshop. Bardzo dużo przetańczyłem. W pewnym momencie stało się to dla mnie obowiązkiem, który nie dawał mi już tyle przyjemności: "Ojej, znowu to muszę robić", więc zacząłem się wycofywać. Mój zespół zaczął się piąć, więc miałem coraz mniej czasu, dlatego przestałem to robić zawodowo. Jest to jednak nauka i wiedza, którą nabyłem i bardzo się z niej cieszę, bo nieraz się przydaje. Jak chodzę do klubów, gdzie jest nawet salsa, to raczej siedzę przy barze. Dopiero jak stężenie krwi jest odpowiednie (śmiech) i poczuję ten "dynks", to lubię wziąć swoją partnerkę, wyjść na parkiet na jeden numer, zejść i więcej nie wracać. Zostawić ślad, że byłem i powrócić do baru. Nigdy się tego nie wyprę i czasami lubię zatańczyć. Nie jestem tak jak moja mama, która z biegu wpada i pyk! Kiedyś też tak miałem, że wpadałem i potrafiłem tańczyć non stop cały wieczór. Już tak nie mam. Bardziej się jaram muzyką.


Ja, wyobraź sobie, że przez dziesięć lat, jak prowadziłem zajęcia z żoną, jak mogłem się wyrwać to z największą przyjemnością. Dla Kubańczyków, którzy nie zajmują się zawodowo tańcem, taniec jest przykrywką do tego, żeby się do dziewczyny poprzytulać, wyrwać laskę. Dlatego tańczę już tylko z żoną. Ona jako nauczycielka mówi mi wciąż: "A zatańcz z tą dziewczyną, a zatańcz z tamtą dziewczyną". Klub Rura, wypiłem sobie troszeczkę i stwierdziłem, że zrobię małżonce przyjemność i zatańczę ze wszystkimi kursantami. Na sam koniec została jedna, z którą z wielu względów nie chciałem tańczyć. Byłem na lekkiej bańce i wreszcie przyszła jej kolej, idę tańczyć, a Tomek do mnie mówi: "Tata, ale ten numer trwa 8 minut" (śmiech).


Tak, znam dobrze ten numer, mówię tacie: "Prawie 9 minut, powodzenia!", do tego ten utwór nie był typową salsą, tylko miał w sobie jakieś afro-kubańskie momenty. Niestety, trafił najgorzej…


Często się spieracie?


Zawsze.


Jak jestem liderem mam zawsze swoją wizję, którą ewentualnie mogę wzbogacić o inne pomysły, ale wizja jest wizją. Jak wiem, czego chcę, to robimy tak, jak mówię. Z nim i z Filipem było tak, że czasami mieli rację, ale trzeba było grać to, co chcę. Bo żeby zagrać to i to, to trzeba najpierw zagrać to i to itd. Dlatego też jestem dumny z jednej rzeczy. O co chodzi? Mijają lata, Tomek tam sobie gra i gra, wreszcie zaczyna grać program w telewizji Paranienormalni Tonight, gdzie jest szefem. Pewnego dnia mówi do mnie: "Tata, muszę ci przyznać, teraz cię rozumiem z tym upieraniem się przy swoim. Jak jestem teraz kierownikiem to robimy tak, jak ja chcę, bo jestem odpowiedzialny za to, co się robi." Przypomina mi się hasło mojej mamy: "Jak ciebie widzę, siebie widziałem, jak mnie widzisz, siebie zobaczysz." I to się sprawdza. To kwestia czasu i doświadczenia. Jesteś tym, który prowadzi. Liderzy są samotni. Dumny jestem z tego, że to zrozumiał. Może to coś słabszego, ale to jest moja wizja i nie lubię, jak ktoś mi się wtrąca…


Przepraszam, że się wtrącę… (śmiech)


On za chwilę będzie miał swoje dzieci i będzie mówił pewnie to samo, bo teraz, jak tak mówię do niego, to się zastanawiam, czy pie*dolić mu te głupoty, czy nie (śmiech). Może sam wpadnie? To jest to samo, co mi mama mówiła, ja robiłem swoje, a później przyznawałem rację. To się przekazuje dzień po dniu.


Zawsze byłeś dumny z taty…


Pewnie, zawsze.


Pewnie, byłeś i już nie jesteś (śmiech).


Jestem, jestem. Dla mnie zawsze było wyzwaniem, żeby utrzymać, nazwijmy to, brand pt. Torres. Niewiele osób po drodze to rozumiało i mówiło, że ja to ja, a tata to tata. Ja to jednak zawsze traktowałem jako markę firmy. Marka Mercedes nie pozwoli sobie na robienie gorszych rzeczy, bo to jest wypracowana marka. Tata jest w Polsce pierwszą osobą, która tę markę zapoczątkowała, jest takim pomysłodawcą (śmiech) i w naszym obowiązku - moim i Filipa - jest, by to utrzymać. Wiele razy to się udawało, wiele razy gdzieś tam słyszałem pośrednio i bezpośrednio od kogoś coś tak fajnego, że pomyślałem nie to, jaki jestem fajny, tylko że tata byłby dumny, że inni tak o mnie mówią.


Ja to czuję i czasami z domu muszę wyjść, bo mi się duma w domu nie mieści (śmiech).


Jest coś takiego od wielu lat i to wciąż trwa, że każde moje dokonanie muzyczne, czy to płyta, czy video, ma być tak zrobione, by móc pokazać to tacie, oczywiście nie umniejszając tu absolutnie roli mamy. Gdzieś tam mi to w głowie siedzi, że muszę się bardzo postarać, by mu to później pokazać, a on, żeby się poczuł fajnie, że mi dobrze poszło.


A jak z nagraniami wspólnymi?


To jest ciekawa rzecz, bo będziemy nagrywać pierwszy raz wspólnie płytę, która nie jest naszą autorską płytą. Będziemy u kogoś nagrywać we trzech: tata, Filip i ja. To jest zupełnie nowe doświadczenie.


Zobacz, w moim produktywnym jeszcze wieku, gram na scenie z moimi dziećmi. Wiem, że dużo muzyków mi zazdrości. Jeszcze żeby kiepsko grali, ale oni zapie*dalają! To wielkie szczęście!


Materiał przygotował Maciej Nowak
Zdjęcia Aleksander Ikaniewicz

Wywiad ukazał się w numerze lipiec-sierpień 2016





Galeria

Pozostałe

Lester Estelle

Dodano: 21.06.2017

Popowa Kelly Clarkson i chrześcijańsko - rockowy Pillar. Co może łączyć te dwa bandy? Oczywiście ten sam perkusista!

czytaj dalej

Ray Luzier (Korn)

Dodano: 14.06.2017

Zdaje się, że taka rocznica w terminologii ślubnej nazywa się cynową. Cóż, nie brzmi to może zbyt imponująco, tym bardziej, że czasami wydaje się, że Ray z Kornem gra od zawsze.

czytaj dalej

Ryan Van Poederooyen (Devin Townsend Project)

Dodano: 07.06.2017

Devin jest artystą nietuzinkowym. Świetny gitarzysta, wspaniały wokalista, nieprzeciętny talent z głową zawsze pełną pomysłów, taka metalowa wersja Franka Zappy.

czytaj dalej

Blue Man Group

Dodano: 30.05.2017

Dla większości rodzimych odbiorców Blue Man Group to trzech pomalowanych na niebiesko kolesi, którzy tworzą spektakl, oparty na obrazie i bębnieniu w różne ciekawe ustrojstwa, rytmiczna mieszanka koloru światła z lekką dawką nieszkodliwego humoru.

czytaj dalej

Matt Sorum

Dodano: 22.05.2017

Metka Guns N’ Roses będzie towarzyszyć mu do końca życia, ale nie jest chyba z tego powodu bardzo niezadowolony. Jest bębniarzem wyższych sfer Los Angeles, tak się prezentuje, tak się prowadzi, a jak gra? Tyle, ile trzeba.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama