W SPRZEDAŻY - CZERWCOWY NUMER Perkusista Zamów z przesyłką GRATIS >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Matt Sorum

Dodano: 22.05.2017
Metka Guns N’ Roses będzie towarzyszyć mu do końca życia, ale nie jest chyba z tego powodu bardzo niezadowolony. Jest bębniarzem wyższych sfer Los Angeles, tak się prezentuje, tak się prowadzi, a jak gra? Tyle, ile trzeba.

Mimo, że z powodzeniem grał w The Cult, to jego kariera nabrała rozpędu dopiero, gdy skończył 30 lat. Dołączył wtedy do wielce obiecującego zespołu hardrockowego Guns N’ Roses. Gunsi byli po wydaniu pierwszej płyty, która przyniosła im ogromny sukces. Zanim sława zamieszała panom w głowach po całości, powstało magnum opus kapeli w postaci dwupłytowego albumu Use Your Illusion. Sorum zastąpił oryginalnego bębniarza, Stevena Adlera, który troszeczkę przesadził z rock and rollem. Wkroczył do kapeli, gdzie mógł spodziewać się wszystkiego. Jak sam twierdzi, miał robotę do wykonania - zagra rockowe piosenki.

Okazało się jednak, że jest to coś więcej niż zestaw piosenek, jakie były na genialnym pierwszym albumie, ale ile można trzymać się takiej konwencji. Axl z kolegami zdecydowali się szybko wskoczyć na półkę wyżej. Sukces Guns N’ Roses był kolosalny! Zespół stał się megagwiazdą, jakich obecnie w muzyce rockowej nie ma. Każdy znał słynne ballady, a popularność kapeli była tak duża, ze wśród rockowej i metalowej ekipy wręcz obciachem było przyznawać się do sympatii do zespołu. Mimo wszystko sztukując ten artykuł, przygotowując go do składu, mam włączony ten album i nie ma najmniejszej wątpliwości, że płyty nie tylko się bronią po latach, ale też przerastają większość współczesnych produkcji zarówno pod kątem muzycznym, jak i brzmieniowym.

Matt Sorum wykonał świetnie swoją robotę. Nie jest to typ wirtuoza i spotyka się często określenia "przereklamowany" czy nawet "kiepski", co akurat jest absolutnie krzywdzące i głupie. Faktycznie, nie robi młynów z prawej na lewą i nie łamie wszystkiego w 11/8, ale jego rockowa postawa wpisuje się najwyraźniej bardzo dobrze w zapotrzebowania wielu gwiazd. Po odejściu z zespołu zaznaczył się mocno w Velvet Revolver, z którym odniósł także spory sukces, chociaż już nie taki, jak z Gunsami. Niestety, wtedy skończyła się złota era hard rocka.

Teraz przewija się między różnymi projektami i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie nazwiska, jakie mu towarzyszą na scenie, ale to już z biegiem wywiadu będzie się powoli klarować. Póki co przypomnijmy, jak wyglądały kulisy tworzenia jednego z najważniejszych albumów rocka lat 90.

Na jakim etapie było tworzenie Use Your Illusion w chwili, gdy dołączyłeś do zespołu?


Nie było nic z wyjątkiem kilku taśm, jakie mieli z nagranym dżemowaniem. Podobało mi się to w nich, że potrafili usiąść razem i tworzyć, grając na akustykach. Wiele rzeczy wyszło do Izzy’ego Stradlina. Jak spojrzysz na listę twórców z Appetite… i Use Your Illusion to kupę rzeczy jest Izzy’ego.


Jak zaczęło się to wszystko kształtować?


Zaczęliśmy składać wszystkie pomysły rytmiczne wokół muzyki i po prostu próbowaliśmy. Tak pracowaliśmy przez pierwszy miesiąc, preprodukcja, zanim weszliśmy do studia nagrać na żywo. Tak zespół robił w tamtych czasach, grałeś próby, a później grałeś razem ze wszystkimi w studio tak, jak należy. Pomagało to uzyskać natchnione ujęcie. Nagrywaliśmy tak też z Velvet Revolver, ale obecnie nie widzę, żeby to miało miejsce zbyt często. Złapanie wykonania ze studia stało się wymarłą sztuką. Dawniej musiałeś uzyskać magię i złapać to na taśmę. Tak właśnie zrobiliśmy. To był świetny okres dla nas. Byłem z tymi chłopakami, gdy byli na absolutnym szczycie, jestem z tego bardzo dumny.


Nastąpiła wyraźna zmiana w brzmieniu i myśleniu na Use Your illusion w porównaniu do Appetite For Destruction… Jakie to miało przełożenie na twoją grę?


To nie był do końca mój styl gry. Przyszedłem z The Cult, które było takie bardziej w stylu AC/ DC, a tu wkraczam do zespołu, który tworzy epickie piosenki. Dołączyłem do zespołu, który wchodził właśnie w etap koncertów stadionowych. Mieli autentyczny rockandrollowy debiutancki album prosto z ulic Hollywood. Nie oczekiwałem czegokolwiek, oczekiwałem, że zagram na rockowo. Myślałem, że to jest coś na zasadzie: "Jeżeli coś działa to tego nie poprawiaj", mentalność Angusa Younga. Zamierzałem zagrać kilka rockowych piosenek w 4/4. W momencie, gdy zobaczyłem pianino, zorientowałem się, że "o cholera, kilka tych piosenek ma po 10 minut." A później takie piosenki jak Coma. Skąd to się wzięło?!


Czy było to więc dla ciebie wyzwanie, by wejść w ten sam klimat, w jakim muzycznie siedział zespół?


Ogarnąłem to, zrobiłem, ile się dało, by zadziałało. Stało się to jednak naturalnie. W momencie, gdy to tworzyliśmy, miało wielki sens. Bo miało sens zrobić następcę rockowej płyty w postaci wielkiego podwójnego albumu. Pamiętam dzień, kiedy przyszedł Axl i powiedział, że wydamy wszystkie piosenki. W naszym rozumowaniu chodziło o to, żeby nagrać wszystkie piosenki na potrzeby jednej płyty. Nagramy wszystko i wybierzemy najlepsze kawałki na album. Myślałem, że mamy rockowe klasyki, jak Bad Apples lub Pretty Tied Up. Jeżeli rozłożysz ten album na części i odsiejesz te wszystkie epickie melodie to uzyskasz świetną rockową płytę z takimi piosenkami, jak Double Talkin’ Jive i You Could Be Mine. Jak masz takie piosenki i wrzucisz w to jedną balladę to powstanie rewelacyjny album z 12 lub 13 piosenkami.


Skoro mowa o You Could Be Mine - jak powstało to słynne intro na bębnach?


To był przypadek. Oryginalnie zaczynałem w dwóch ujęciach regularnym patentem. Za trzecim razem dodałem to przejście po prostu dla jaj. Zrobiłem to, bo lubiłem Terry’ego Bozzio w tym okresie, więc zagrałem wolniejszą wersję tego, co on zwykł grać. To było też coś, co mógłby zagrać John Bonham. Zagrałem to i każdy z zespołu spojrzał na mnie. Nie ma żadnej edycji w tym zgraniu, to jedno ujęcie. Zaraz, jak z tym wjechałem, poczułem, że zespół w tym siedzi. Pamiętam, Mike Clink (producent) na koniec tego ujęcia krzyknął: "Taak, taak, to jest to!".


Wygląda na to, że wszystko przebiegło dość gładko w studio. Chociaż ludzie mogą odnosić wrażenie, że ciężko harowałeś w studio, zważywszy na to, co się później działo z nowym materiałem Guns N’ Roses.


Tak samo było z Double Talkin’ Jive, zagraliśmy tę piosenkę za pierwszym razem. Izzy przyniósł ten riff niemal w klimacie flamenco, wszedłem tym tomem i podbijając floor tomem. Stało się to zwyczajnie z biegu, bez przygotowania. To była fajna sprawa. Ten taki hiszpański groove i te bębny jakby z podwójnym basem. Nie korzystałem z drugiej centrali, to było zagrane na tomie.


Była tam też słynna muzyczna trylogia Estranged, Don’t Cry i November Rain z tym charakterystycznym przejściem na tomach w każdej z tych piosenek.


Ja i Axl mieliśmy rozmowę na temat tej trylogii i zaczęliśmy rozmawiać na temat Eltona Johna. Ja na to: "Łał, Elton John?!". Nigdy się nie spodziewałem, że usłyszę Eltona Johna i Guns N’ Roses w jednym zdaniu. To było to, co w nim wtedy bardzo szanowałem, był we wszystkich klimatach. Przedstawił mnie Nine Inch Nails, wybrał Soundgarden jako support dla nas. Jego uszy były otwarte na współczesną muzykę w tamtym okresie. Jak spojrzysz, skąd wywodzi się Slash, to będzie to pewnie coś w klimacie Aerosmith. Duff znów ma punkowe korzenie, nie wiedział za dużo o Led Zeppelin i Black Sabbath. Izzy uwielbiał Stones’ów. Axl wreszcie inspirował się Eltonem Johnem i Freddiem Mercurym jako lider, ale miał też zacięcie w stronę punkowego Iggy Popa. Grałem to charakterystyczne przejście we wszystkich trzech piosenkach. To był taki mój mały spisek. Dużo osób mnie pytało, dlaczego grałem to przejście tyle razy. Zagrałem je celowo. To był taki obracający się muzyczny autograf, którego się nie pozbędziesz. Z perspektywy czasu możliwe, że mogłem to nieco bardziej złamać, ale wszystko potoczyło się tak szybko, nawet tego nie analizowaliśmy. Większość rzeczy z tych dwóch płyt mieliśmy gotowe w krócej niż miesiąc. Nie pozabijaliśmy się, bo lubiliśmy się trzymać razem, chodziliśmy do miejscowego pubu. Mike zwykł mówić: "Przyciśnijmy to". Przyciskaliśmy nagranie i cały proces był zabawą.


Brzmienie bębnów na tej płycie jest kolosalne. Dużo czasu spędziłeś na poszukiwaniu brzmienia?


Byliśmy wtedy w A&M Studios. Pracowaliśmy w wielkim pomieszczeniu. Mike Clink był świetny w kwestii brzmienia bębnów. Na potrzeby sesji wykorzystałem wtedy Yamaha Rock Tour Custom. To był zestaw ze średniej półki Yamahy. Nie używałem więc Recording Custom, ale miałem rewelacyjnego technika - Mike Fasano i nastroiliśmy te bębny zabójczo. Grałem na jednym rack tomie, ale wcześniej używałem trzech takich tomów, więc przyniosłem większy zestaw i chciałem grać więcej przejść z większymi możliwościami tonalnymi. Miałem całkiem spory zestaw w studio, to były 12", 13", 14" tomy z 16" i 18" floor tomami i 24" centralą. Mieszaliśmy sporo z talerzami. Wykorzystałem też sporo werbli.


Czy odczuwasz sentyment, patrząc dziś na ten album?


O tak, moja muzyczna podróż była świetna i wciąż kontynuuję tę wyprawę. Ludzie pytają mnie, dlaczego nie jestem w obecnym Guns N’ Roses i jedyne, co mogę powiedzieć to, że nie zostałem o to poproszony. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna, ale faktem jest, że moja muzyczna podróż wciąż trwa. Jako perkusiści nie jesteśmy zazwyczaj wybierani jako pierwsi do zespołu i musimy o tym pamiętać i poruszać się, korzystając z nadarzających się okazji. Musimy iść przed siebie. Moje życie tak przebiegało, byłem w tylu świetnych zespołach. Spójrz na zespoły, z jakimi grałem i patrz, gdzie teraz jestem, z Wampirami.


Grałeś trasę z Hollywood Vampires, jak było?


Było świetnie. Gdy jestem w trasie zawsze muszę odpocząć po koncercie. Z Hollywood Vampires zagraliśmy 25 koncertów w tyle samo dni, to jest męczące. Nie jestem tak młody jak kiedyś, ale nie jestem tak stary jak Alice Cooper (śmiech). Jestem zmęczony, ale Alice to pokolenie starsze ode mnie, więc nie mogę być cieniasem. Wiele się nauczyłem od tych ludzi. Alice robi to wszystko dwa razy dłużej ode mnie.


Czyli obecnie, będąc w trasie, musisz bardziej na siebie zwracać uwagę?


Po Velvet Revolver w 2008 roku nie miałem tak naprawdę żadnej kapeli na dłuższą metę, która grała trasy. Cieszę się pobytem w domu, tworząc własną muzykę, produkując zespoły. Być znowu w gotowości, by jechać w trasę jest jak "Łoaaa!". Lubię to, ale potrzebuję dostosować wiele rzeczy. Na koniec trasy z Wampirami czułem się świetnie, chciałem grać jeszcze.


Zdarzały ci się kontuzje w trakcie trwania kariery?


Miałem przejścia z plecami i ramionami. Muszę się rozciągać przed graniem. Robię to często. Dobre pół godziny przed koncertem. W dawnych czasach nie robiłem nic, tylko piłem kilka piwek. Teraz muszę pić dużo wody i jeszcze więcej odpoczywać. Chciałbym być w takiej formie, jak byłem młody, czuję, że jako perkusista jestem lepszy niż kiedykolwiek. Wiem, że jeżeli nie wyśpię się wystarczająco, to nie zagram dobrego koncertu. Nie lubię robić dużo różnych rzeczy, nie lubię dużo osób za kulisami. Nie lubię się stresować za bardzo przed koncertem. Dawny ja biegałby dookoła i wychodził rozgrzany na scenę.


To musi być ciekawe doświadczenie grać co wieczór na jednej scenie z Alicem Cooperem i Joe Perrym.


Myślę, że Wampiry przenoszą Alice’a do jego korzeni. Alice jest ważną personą na scenie, a tu jeszcze obok masz Joe’a Perry, Johnny’ego Deppa, później ja i Robert DeLeo. To prawdziwa energia. Joe ma w sobie tę energię. Gdy go straciliśmy w połowie trasy (Perry odpuścił kilka koncertów ze względu na problemy zdrowotne), brzmieliśmy ok, ale brakowało nam jego energii i obecności. On wnosi rock’n’roll do zespołu. Moja robota to wszystko trzymać w ryzach z racji szaleństw, jakie wychodzą z Joem. Wszystkim kieruję, jeżeli chodzi o sekcję rytmiczną. To znaczy, że raz gram Train Kept A Rollin’ z Joe Perrym, po czym Alice Cooper wskazuje mnie swoją trzcinką, by zacząć piosenkę. Uwielbiałem Aerosmith i Alice’a Coopera, gdy byłem dzieciakiem, więc dla mnie to szaleństwo, że zostałem zaakceptowany przez taki zespół.


W jaki sposób znalazłeś się w zespole?


Dostałem cynk, że szukają perkusisty, więc byłem w kontakcie. Wzięli mnie do zespołu bez przesłuchania. Kiedyś musiałbym pójść na przesłuchanie, ale tu akurat mnie znali. Powiedziałem, że chętnie bym wciągnął Duffa na bas, bo byliśmy sekcją rytmiczną od 1990 roku aż do teraz, gdy poszedł grać z moim starym zespołem z innym bębniarzem. Duff musiał odejść, więc pomyślałem o Robercie DeLeo ze Stone Temple Pilots. W chwili, gdy zacząłem z nim grać, uzmysłowiłem sobie, dlaczego Stone Temple Pilots było świetne. Gra spektakularnie na basie. Musieliśmy się troszeczkę dostosować, bo on siedzi bardziej do tyłu w rytmie, ale ja też wreszcie zacząłem siedzieć z tyłu.


Z Wampirami gracie kilka klasycznych numerów, bardziej w klimacie Alice’a Coopera i Aerosmith. Jesteś w stanie jakoś się zaznaczyć w tej muzyce?


Graliśmy Sweet Emotion Aerosmith. To tempo jest świetne na płycie, ale na żywo trzeba troszeczkę podkręcić o kilka bpm, żeby dodać nieco więcej życia. Z drugiej strony zwolniliśmy kilka piosenek Wampirów. Kilka kawałków musi być granych wolniej.


Macie też Johnny’ego Deppa na scenie. Byłeś zaskoczony faktem, że jest to pełnowartościowy muzyk?


Znałem Johnny’ego od dawna i dżemowałem z nim kilkakrotnie. Grałem w jego klubie Viper Rooms z Neurotic Outsiders. Wskoczył kiedyś z nami, gdy mieliśmy Iggy’ego Popa na scenie. Spełnia swoje marzenia z Hollywood Vampires. Graliśmy Rock In Rio i mówi, że publika była niesamowita. Powiedziałem mu: "Cóż, to było konkretne, wkroczyłeś na dużą scenę bez żadnego wysiłku!". Nie musiał grać przez 10 lat w parszywych klubach! Ale trzeba mu oddać to, że grał w wielu klubach ze swoim starym zespołem, gdy był młodszy. Ma swoje miejsce na scenie i nic nie jest dziwne w jego przypadku, ponieważ zna muzykę i szanuje ją. Wiem, że chce działać więcej z Wampirami, ale hej, on ma przecież też normalną robotę.


Jakiego zestawu używasz w tym graniu?


Przeskoczyłem jakiś czas temu do Gretscha i nie mógłbym być szczęśliwszy. Korzystałem z zestawu Brooklyn o ciepłym brzmieniu. Rozmiary to 24"x14" centrala, 13"x9" tom i dwa floory 15"x16" i 18"x16". Nigdy nie przyszło mi do głowy, że przyjdzie moment, że przestaną korzystać z Black Beauty. Używałem go przez ostatnie 20 lat, ale teraz korzystam z 14"x6,5" Gretsch USA Bell Brass. Ten werbel jest zaje*isty. Graliśmy na Grammy i każdy bębniarz przychodził i mówił: "Co to, ku*wa, za werbel?!".


Jest jeszcze jakiś projekt, nad którym pracujesz?


Mam jeszcze swój zespół Kings Of Chaos. Przez zespół przewinęli się tacy ludzie jak, Billy Gibbons (ZZ Top), Steven Tyler (Aerosmith) czy też Robin Zander (Cheap Trick). Postaram się trzymać w kontakcie i grać z King Of Chaos od czasu do czasu.


Materiał przygotowali: Staszek Piotrowski, Rich Chamberlain i Kajko
Foto: Alex Solca i Zack Whitford

Wywiad ukazał się w numerze luty 2017





Galeria

Pozostałe

Lester Estelle

Dodano: 21.06.2017

Popowa Kelly Clarkson i chrześcijańsko - rockowy Pillar. Co może łączyć te dwa bandy? Oczywiście ten sam perkusista!

czytaj dalej

Ray Luzier (Korn)

Dodano: 14.06.2017

Zdaje się, że taka rocznica w terminologii ślubnej nazywa się cynową. Cóż, nie brzmi to może zbyt imponująco, tym bardziej, że czasami wydaje się, że Ray z Kornem gra od zawsze.

czytaj dalej

Ryan Van Poederooyen (Devin Townsend Project)

Dodano: 07.06.2017

Devin jest artystą nietuzinkowym. Świetny gitarzysta, wspaniały wokalista, nieprzeciętny talent z głową zawsze pełną pomysłów, taka metalowa wersja Franka Zappy.

czytaj dalej

Blue Man Group

Dodano: 30.05.2017

Dla większości rodzimych odbiorców Blue Man Group to trzech pomalowanych na niebiesko kolesi, którzy tworzą spektakl, oparty na obrazie i bębnieniu w różne ciekawe ustrojstwa, rytmiczna mieszanka koloru światła z lekką dawką nieszkodliwego humoru.

czytaj dalej

Tomas Haake (Meshuggah)

Dodano: 15.05.2017

Dla niektórych będzie to zwykłe darcie gęby, no, ale co zrobić… Nie da się ukryć, że pięknych wokaliz tu się nie uświadczy.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama