WRZEŚNIOWE WYDANIE W SPRZEDAŻY Perkusista PRZEJRZYJ ONLINE TEN NUMER >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Mario Duplantier (Gojira)

Dodano: 07.09.2017
Gojira - nazwa, która nie jest obca nawet tym perkusistom, którzy nie przepadają za bardzo mocnym, wręcz brutalnym uderzeniem.

Wszystko to przez osobę bębniarza kapeli. Mario Duplantier budzi szacunek wśród wielu perkusistów swoją grą, ale też postawą poza sceną. Poznajmy go bliżej, bo to niezwykle ciekawa postać.

Francja to duży i znaczący kraj na europejskiej arenie, co do tego nie ma wątpliwości. Mimo, że liczba ludności jest niemal identyczna z populacją Wielkiej Brytanii, to w kwestii perkusistów nie mamy tu jakiejś długiej listy nazwisk, jaka pojawia nam się przed oczami. Mario pochodzi z południowej części tego bardzo urodziwego kraju. Razem z bratem stworzył zespół, który sumiennie pnie się po drabinie popularności, zapełniając przy tym coraz to większe hale. Wszystko to za sprawą świetnej muzyki, doskonale zorganizowanej i przemyślanej. Nie ma tu żadnej taniej efektywności i szukania skandali. Panowie grają regularnie, nie dają o sobie zapomnieć. W zeszłym roku zespół odwiedzał także i nasz kraj, a każdy z ich występów cieszył się dużym uznaniem. Nawet występ przed Rammstein, gdzie wśród publiczności nie byli aż tak bardzo zagorzali fani ostrego metalu, dało się zauważyć i usłyszeć słowa uznania dla zespołu i szalejącego w tle perkusisty, który ma chyba troszkę mało fortunne nazwisko, patrząc z perspektywy języka polskiego...

Czytając niniejszy materiał możemy tylko pozazdrościć muzykowi tego, jakie miał wsparcie ze strony rodziców i jakie możliwości odnośnie podejmowanych wyborów, gdzieś w jakiejś nadmorskiej mieścinie. Nie zawsze jednak takie złote otwarcie przekuwa się w sukces. Mario skorzystał ze swojej szansy. Teraz przechodzi powoli do kolejnego etapu swojej gry, gdzie pirotechnika zostaje zastępowana klimatem i patrzeniem stricte muzycznym na przyszłe partie bębnów. To naturalny krok w karierze każdego poukładanego perkusisty.

Jak wyglądał twój okres dorastania?


Dorastałem razem z bratem 7 km od Bajonny w małej mieścinie o nazwie Ondres. Przy oceanie, niedaleko gór, wszystko kręciło się wiec wokół natury. Nasz dom był ponadto trochę odizolowany, pośrodku lasu, przy jeziorze, bez żadnego sąsiedztwa. Na video Low Lands z Magmy nagraliśmy parę ujęć w tym miejscu. Na końcu widać ujęcie z drona, to dokładnie to miejsce, gdzie dorastaliśmy, gdzie też skomponowaliśmy większość albumów. Do oceanu masz pięć minut, więc byłem każdego dnia na plaży oglądać fale, nawet jak mocno wiało. To świetne miejsce, by nawiązać kontakt z naturą, ale nie za bardzo, jeżeli chodzi o szeroką kulturę, dlatego musieliśmy się sami uczyć. Słuchaliśmy amerykańskich i angielskich zespołów.


Musi to być piękne miejsce. Jakich kapel słuchałeś w młodszych latach?


Moja mama była Amerykanką. Pochodziła z Wisconsin, ale dorastała w Los Angeles. Zawsze puszczała The Beatles, Tinę Turner, Michaela Jacksona, więc to nie tak, że dorastaliśmy po francusku. Moja mama miała duży wpływ na nasz rozwój muzyczny. Po Beatlesach mój brat zakochał się w Metallice, więc w wieku ok 11 lat słuchałem głównie Metalliki. To był dla mnie pierwszy szok, to największa rzecz, jaka przydarzyła się w moim życiu. Słuchając tej muzyki z kaset zaczynaliśmy sobie marzyć. Razem z bratem wiedzieliśmy, że chcemy grać muzykę.


Jak odkryłeś bębny?


Mój brat zaczął grać na gitarze z kumplem w szkole, mieli swoją własną kapelę. Miałem wtedy może 11 lub 12 lat. On jest 5 lat starszy ode mnie. Z racji tego, że zawsze byliśmy blisko siebie, trzymałem się go i patrzyłem, jak gra na wiośle u siebie w pokoju, mocno wkręcony w to, co robi. Pewnego dnia, kiedy już naprawdę wsiąkłem w Metallikę, wziąłem jakieś pałeczki do chińszczyzny i zacząłem uderzać we wszystko na moim stole w pokoju. Moja mama przyszła i zapytała: "Interesujesz się perkusją?". Wskoczyliśmy do samochodu, pojechaliśmy do pierwszego najbliższego sklepu i kupiliśmy bębny.


Jak szybko trwał twój rozwój?


W wieku 12 lat założyłem swój pierwszy zespół z kolegą ze szkoły. Graliśmy covery Metalliki, Nirvany, Sepultury. Gdy skończyłem 13 lat, wsiąkłem mocno w death metal. Byłem bardzo zaciekawiony techniką i fascynowało mnie szybkie granie, używając przy tym różnych trików. Już wcześniej doszło do mnie, że jest we mnie ta ciekawość i dusza perfekcjonisty. Założyłem z kolegą mój pierwszy deathmetalowy zespół. Mój brat nie siedział wtedy w tej muzyce, ale jakoś tak rok później stwierdziliśmy, że założymy swój własny zespół. Obaj graliśmy w kapelach, ale byliśmy sfrustrowani, bo nasze ambicje były znacznie większe i nie mogliśmy się spełnić w swoich zespołach. Zawsze narzekaliśmy na kolegów z kapeli! Dlatego pewnego dnia zdecydowaliśmy się na założenie własnego zespołu. Tak powstała Godzilla (pierwsza nazwa przed Gojira), ja miałem wtedy 14, a mój brat 19 lat.


Czyli w tym okresie miałeś dopiero dwa lata stażu za bębnami. Brałeś jakieś lekcje?


Nie, wszystkiego uczyłem się sam. Jak miałem 15 lub 16 lat wydaliśmy nasze dwie lub trzy demówki. Wtedy pomyślałem, że powinienem wziąć jakieś lekcje. I tu znowu wkroczyła moja mama: "Chcesz wziąć lekcje?". Wskoczyliśmy do samochodu, żeby poszukać szkoły. Szkoła nazywała się Agostini. Słynna francuska metoda nauczania. Brałem lekcje przez kilka lat. Nauczyłem się, jak grać na perkusji, bo przedtem byłem dość prymitywnym bębniarzem. Nauczyłem się, jak grać jazz, jak uderzać z finezją, mniej-znaczy-więcej, dynamiki. Na pierwszej lekcji nauczyciel powiedział mi: "Nauczymy cię grać płynniej." Potem zacząłem ćwiczyć paradidle i resztę rudymentów. Mieliśmy godzinę z jazzem, godzinę z rockiem i godzinę z Afro Cuban. Uczyłem się wszystkiego po trochu.


Czy podczas nauki zauważyłeś, jakie miałeś ograniczenia grając wcześniej?


O tak, bardzo dużo. Grałem do tej pory swoimi ramionami, a tu się nauczyłem grać nadgarstkami. Dotarło też do mnie, że w grze może być bardzo dużo dynamiki. Sean Reinert z Death wprowadził mnie w nowy wymiar bębnienia. Jeszcze przed braniem lekcji słuchałem dużo jego gry i myślałem, o co chodzi z tymi jazzowymi wstawkami i finezją.


Którzy bębniarze cię jeszcze kręcili?


Dave Grohl, Lars Ulrich, Igor Cavalera mieli bardzo duży wpływ na moją grę. Poza tym Gene Hoglan, Sean Reinert, Pete Sandoval z Morbid Angel. Abe Cunningham pojawił sie później, jak miałem 16-17 lat. Zobaczyłem jedno video, jak gra Abe i się zakochałem.


Ci wszyscy bębniarze mają wyjątkową osobowość, podobnie jak styl gry.


Zdecydowanie. Najważniejszą rzeczą dla mnie jest osobowość. Lars Ulrich ma tak mocną osobowość! To, co zrobił na And Justice for All i "Czarnym" albumie było bardzo innowacyjne i inteligentne.


Od 2001 Gojira wydała sześć płyt, na których słychać progres twojej gry. Co myślisz, gdy słuchasz tego materiału obecnie - Terra Incognita albo The Link?


Szanuję każdy moment w swojej karierze. Myślę, że to pewna ewolucja, bo jak słucham The Link myślę sobie: "Łał, jest tu parę fajnych przejść." W przypadku pierwszej płyty Terra Incognita ciążyła na nas duża presja, jak wchodziliśmy do studia, bo to był pierwszy album, który jest bardzo ważny. Miałem tylko trzy dni nagrania całości, więc panikowałem. Zmieniałem pedał w bębnach co każdą piosenkę. Spieprzyłem swoje partie, słyszę, że nie gram na nich naturalnie. Wyciągnąłem z tego wnioski. Do The Link bardzo dużo pracowałem i wiedziałem, żeby nie zmieniać pedałów przed nagrywaniem. Moje ślady wyszły lepiej. W tamtym okresie nie używaliśmy dużo Pro Toolsa, nie naprawialiśmy wpadek, to były pojedyncze ujęcia w całości. Teraz wszystko się zmieniło. Mieliśmy jeden komputer i nie mieliśmy telefonów komórkowych, klimaty w starym stylu. Można to nazwać prawdziwym wykonaniem, jeżeli chodzi o nagranie. Na The Way of All Flesh zaczęliśmy korzystać częściej ze współczesnej techniki, dlatego używaliśmy komputerów i czasami coś poprawialiśmy np. z podwójnymi stopami, ale tak czy inaczej przed wejściem do studia ćwiczę miesiącami. Jestem zadowolony z każdej płyty, ale prawdą jest to, że teraz muszę grać prościej. Mam nowe potrzeby, nowe pragnienia. Chcę służyć muzyce jak tylko się da i chcę mieć też przy tym więcej radości! Nie chcę już nikomu imponować. Słuchając The Way of All Flesh zawsze myślałem: "Patrz na te szalone patenty, każdy będzie pod wrażeniem!". To już nie jest coś, co mi zaprząta głowę.


Perkusiści często dają się ponieść swojemu ego, co rozprasza w grze muzycznej…


Mówiąc bardzo szczerze, w przeszłości zawsze służyłem muzyce. Starałem się wstawiać przejścia we właściwych miejscach, nie byłem przesadnie szalony. Od czasów Magmy, od momentu, jak zostałem ojcem, jak straciłem mamę, doznałem objawienia odnośnie swojej osoby. Nie chcę nikomu nic udowadniać. Nie wiem, dlaczego stało się to na Magmie, ale jest to duża zmiana, która dotyczy całej naszej czwórki. Ciężko opisać, dlaczego tak się stało. Możliwe, że 90 procent naszego życia to przebywanie w trasie, a zaczynamy się przecież starzeć? Jak grasz wymagające partie bębnów, to troszeczkę cierpisz. Cierpienie też bywa dobre, ale tylko wtedy, jeżeli chcesz przesunąć swoje limity. Coś jak w sztukach walki. Lubię dyscyplinę w grze. Lubię fakt, że zawsze chcę być na górze. Zawsze staram się trenować swój fach. Przed wyjściem na scenę koniecznie musisz napić się wody, musisz być rozgrzany. To prawdziwa dyscyplina. Uwielbiam to, ale nie chcę już cierpieć z tego powodu. Dyscyplina w moich wcześniejszych partiach jest olbrzymia. Dużo przygotowań i dużo stresu. Jestem perfekcjonistą. Jeżeli chodzi o występy na scenie, chcę by wyszło idealnie. Granie tych partii jest wymagające. Przy okazji Magmy pomyślałem: "Wiesz, że możesz pojechać w trasę i grać muzykę z większą radością, być bardziej zrelaksowanym." Magma była takim naszym doświadczeniem w tym temacie. Czuliśmy to samo. W death metalu jest ból i ta kompleksowość muzyki. Jeżeli zmieniasz się to nagle widzisz, że ten ból już nie jest potrzebny, podobnie ta kompleksowość i złość.


Kluczem do Magmy jest z pewnością mniej skomplikowane podejście. Utwory, jak Stranded, mają podstawowy riff i proste bębny, ale jednocześnie ma to w sobie uderzenie i moc, coś jak Walk Pantery.


Myśleliśmy o Panterze tworząc riffy. Fajnie to brzmi, jak jest tak prosto. Masz radochę i tłum też się cieszy. Cała nasza czwórka ma to same wrażenie. Zróbmy coś mniej złożonego i miejmy przy tym radochę. To wciąż ta precyzja, ale wszystkie detale są przemyślane.


Przy nagrywaniu Magmy przenieśliście swój zespół do Nowego Jorku. To niezła inwestycja dla kapeli.


Chcieliśmy zmienić zasady działania, zamiast nagrywać wszystko we Francji w naszym rodzinnym domu. Chcieliśmy coś nowego. Zmieńmy zasady odrobinę. Joe mieszka na Brooklynie od pięciu lat, ma dwójkę dzieci. Nie było dla niego łatwe, by wrócić do Francji, żeby komponować i nagrywać. Zdecydowaliśmy się też z żoną na podjęcie nowych wyzwań, dlatego zabraliśmy córkę i ruszyliśmy do Brooklynu. Mieszkaliśmy w tym samym budynku, co mój brat, wiec mogliśmy się razem trzymać, rozmawiać o piosenkach, rozmawiać o całej wizji. Pracowaliśmy każdego dnia przez półtora roku. Wyszło świetnie. Wszystkie wcześniejsze płyty były skomponowane we Francji, ale ta była stworzona w Nowym Jorku, da się to wyczuć.


Marzeniem każdego zespołu jest mieć tak dużą przestrzeń do tworzenia.


Joe włożył w to dużo energii. Stworzył studio sam. Spędził dwa miesiące, pracując jak szalony. Zrobił coś fantastycznego dla zespołu i teraz studio otwarte jest dla innych zespołów (www.silvercordstudio.com). Mamy nadzieję, że następną płytę też tam nagramy.


Pomijając budowę własnego studia, Magma to album wyprodukowany przez was. To także nowość, ale i duże przedsięwzięcie.


Tworzymy wszyscy razem, razem aranżujemy, ale producentem był Joe. Mając doświadczenie z przeszłości wiedzieliśmy, jakich błędów chcemy uniknąć. Wiemy, jak robić lepsze piosenki. Sam dużo czasu spędziłem nad tym zastanawiając się. Przeczytałem kilka książek na temat komponowania, strasznie mnie to zaciekawiło, jak wygląda sekret tworzenia dobrej muzyki. To wciąż bardzo spontaniczne, ale po prostu byłem ciekawy. Zainteresowała mnie także charakterystyka melodii. Niektóre dźwięki są mroczne, inne nie. W chwili, gdy zaczęliśmy tworzyć materiał na tę płytę, było wiele ciemnych melodii. Coś mnie męczyło, ale nie wiedziałem co. Okazało się, że chodzi o pewne progresje. Powiedziałem do brata: "Możesz zagrać bardziej nietypowe melodie?". To właśnie wtedy przyniósł główny riff do Stranded. To nie jest mroczny riff. Zastanawialiśmy się nad każdym detalem od samego początku.


Dwie nominacje do Grammy, wyprzedane koncerty, głównie pozytywne recenzje Magmy jasno oceniają te wasze drobiazgowe podejście.


Przed nagraniem tej płyty powiedziałem bratu, że musimy zanurzyć się bardzo mocno w drobiazgach. Wcześniej nie wchodziliśmy aż tak głęboko. Jeżeli wydasz album, który ma 50 procent dobrych piosenek, to nikt na to nie zwróci uwagi. Jeżeli wydasz album, gdzie 100 procent to świetne piosenki, gdzie każdy detal hula, to wtedy będzie sukces. Powiedziałem bratu, że naprawdę bardzo musimy to przycisnąć, dynamikę, melodię, rytm. Każdy szczegół, bez przebaczenia. Bardzo mocno pracowaliśmy, a na sam koniec obcięliśmy cztery piosenki, dlatego płyta jest nieco krótsza. Chcieliśmy zostawić tylko to, co nam idealnie pasuje. Ostatecznie mamy dwie nominacje do Grammy, bardzo dużo pozytywnych recenzji i opinii, także wyszło dobrze. Z następną płytą zrobimy to samo.


Jak myślisz, dlaczego twoja gra tak mocno oddziałuje na innych?


Staram się grać całą moją duszą, to czysty ogień. Mamy taką piosenkę Liquid Fire (Płynny ogień) i czasami, jak ją gramy, to czuję się właśnie jak taki płynny ogień. Wtedy nie myślę o niczym innym, jestem tu i teraz, łapię ten moment. Gdy gram na bębnach czuję się wolny, jakbym latał, nie muszę zwracać uwagi na mimikę lub jak odzywam się do ludzi. Nie jest to związane z bezpośrednim kontaktem z innymi, jest to czysta kreatywność. Zawsze zachęcano nas w domu do tego, by być kreatywnym i jednocześnie być przy tym sobą. Za bębnami podczas gry jestem w 100 procentach żywą energią, w pełni sam ze sobą. To po prostu ja, który jest i tworzy. Strasznie dobrze się czuję podczas gry, prawie jak zwierzę i myślę, że ludzie to zauważają. Wkładam bardzo dużo emocji w to, co gram. Czasami potrafię wręcz płakać. Wsadzam w to całą swoją radość, ale też cały swój gniew. Granie na bębnach to dla mnie prawdziwa terapia.


Zawsze chciałeś być uznawany za gwiazdę perkusji?


Chciałem być perkusyjnym bohaterem! Powiedziałem mojemu bratu, jak miałem 14 lat, że chcę być jak Sepultura. W szkole zacząłem nie za bardzo przykładać się do nauki, musiałem powtarzać parę klas. Mam dyplom, ale zdobyłem go później, ponieważ byłem tak mocno wkręcony w bębny. Koncentrowałem się mocno na perkusji, która jednocześnie mnie mocno motywowała.


Dobrze czujesz się w roli perkusisty, o którym się mówi, że jest nowoczesnym bębniarzem metalowym i czy rola perkusyjnej gwiazdy budzi w tobie poczucie odpowiedzialności?


Tak, lubię to, ale nie cisnę w tę stronę. Staram się być sobą. Wystarczy, że jestem perfekcjonistą i przy tym mocno samokrytyczny. Mam wysokie oczekiwania w stosunku do siebie i stawiam sobie wysoko poprzeczkę.


Spotkałeś osobiście wielu swoich perkusyjnych bohaterów? Czego się od nich nauczyłeś?


Lars Ulrich, zawsze z niego czerpię naukę, nawet teraz, jak ludzie mówią, że nie gra za dobrze, ale jak grałem z Metalliką to nauczyłem się od niego bardzo dużo. Sposób, w jaki porusza się za bębnami, sposób, w jaki się komunikuje, zawsze coś się dzieje zabawnego, zawsze jest dynamicznie. To prawdziwy showman. To samo Abe Cunningham. To, jak głośno gra, miało wielki wpływ na mnie.


Jest cała masa fanów, grająca covery perkusyjne Gojira. Wielu z nich jest niesamowitych. Ma to jakiś wpływ na ciebie?


Tak, jak mówiłem wcześniej - przede wszystkim służę muzyce. W zależności od okresu w Gojira są dwa oblicza mojej kariery. Ćwiczę bardzo dużo i ćwiczę najmocniej, jak jest to możliwe. Dzięki temu mogę stworzyć wiele skomplikowanych patentów, ale nie mam pewności, czy w przyszłości będą pasować do Gojiry. Zobaczymy na kolejnej płycie, czy będę w stanie dodać coś szalonego, ale mój cel to być w harmonii z całym zespołem.


Zastanawiałeś się nad robieniem klinik perkusyjnych?


Kilka zagrałem, ale nie jest to coś, co bym bardzo lubił. Ludzie siedzący na krzesłach, patrzący, jak gra perkusista - to nie moja bajka. Jestem otwarty, by to kiedyś robić, ale póki co jesteśmy bardzo zajęci z zespołem. Poza tym mam rodzinę i gdy jestem w domu to chcę spędzić czas z nią.


Gojira jest coraz większa na arenie międzynarodowej, a jak to wygląda w waszej rodzimej Francji?


Mieliśmy dwa wyprzedane koncerty w Olympii, która ma pojemność 3000 ludzi, więc myślę, że to duża rzecz. Zagraliśmy w styczniu trasę po Francji i wszystkie koncerty również były wyprzedane. Zaczynaliśmy jako regionalny zespół, przez pierwsze pięć lat graliśmy w każdym mieście, w jakim się dało. Staliśmy się ważni we Francji. Graliśmy jako główna gwiazda Paris Elysee Montmartre w 2005 roku, wtedy to było miejsce na 1600 osób, nieźle jak na deathmetalowy zespół. Potem stwierdziliśmy, że musimy ruszyć poza Francję. Zajęło nam to 10 lat. Fani we Francji mówili: "Ok, ale nie widujemy was już więcej." Na tej płycie stwierdziliśmy, że zmienimy nieco zasady i zrobimy coś specjalnego dla Francji. Nasi francuscy fani są z nami od samego początku.


Jak to wyglądało na Wyspach?


Nasz pierwszy koncert odbył się w bardzo małym klubie w Brighton, zagraliśmy ze Still Remains, zastępując zespół, który odwołał granie w ostatniej chwili. Wielu dziennikarzy było na tym koncercie i później zaproszono nas na Download. Byli pod wrażeniem. To był rok 2006 i to chyba Mastodon odwołał swój koncert.


Jest to wasze najważniejsze pole działania?


Ameryka Północna jest nam przychylna. Zagraliśmy w zeszłym roku na jesieni wielką trasę. Nowy Jork, Los Angeles były wyprzedane, podobnie Toronto w Kanadzie. W sumie wszędzie jest podobnie. Skandynawia jest mocna, w Oslo było ponad 2000 ludzi, wyprzedany koncert. Londyn jest wyjątkowy, bardzo bogaty kulturowo. Wiemy, że to ważny kraj, bo to kraj rocka.


W kwestii twojej techniki gry. Jak rozwijałeś grę na dwie stopy, jak okiełznałeś prędkość i precyzję?


W okolicach 2005 roku stworzyłem sobie ćwiczenia z paradidlami na dwie stopki. Spędziłem kilka miesięcy ćwicząc to po dwie godziny dziennie. Z wyjątkiem weekendów. Wiedziałem, że muszę wkroczyć na kolejny poziom. Grając szybkie tempa pokroju 210 bpm było ok, ale jak musiałem grać 190 lub 180 bpm to sprawa się komplikowała, bo musiałem używać innych mięśni. Doszedłem do wniosku, że muszę być w stanie zagrać 170, 180, 190, 200, 210 i 220 bpm. Musiałem mieć pewność, że dam radę z tymi tempami. Zacząłem robić nowe ćwiczenie, grając paradidle przez 30 minut w tych tempach. Później grałem przez godzinę same ciągi. Zatem 170, jedynki, każdą nogą po 10 minut. 180 przez 10 minut i kończyłem na 210, gdzie szukałem dobrego balansu między odbiciem, pracą pedału, moja stopą i by wiedzieć, które mięśnie pracują. Sporo analizowałem, nagrywałem się. Spędziłem kilka miesięcy na takich ćwiczeniach i zauważyłem wielką zmianę. Od 2005 roku staram się pograć tak codziennie godzinkę w tygodniu. Zawsze wracam do tego ćwiczenia. Zaczynam od paradidli i później przez godzinę gram ciąg na dwie stopy. Piosenka From The Sky na From Mars To Sirius to przykład kompozycji, gdzie zdecydowałem się grać przez pięć minut na dwie stopy, non stop. Zrobiłem to samo na Where Dragons Dwell. Z racji tego, że ćwiczyłem tę technikę w tym okresie, to dodaliśmy to do muzyki.


Jak ustawienie pedałów wpływa na taką grę?


Można nazwać to szybkim napięciem, ale ważniejsze jest to, jak siedzę i jak układam plecy. Poza tym, czy gram z kolan lub czy gram z kostek. Powyżej 200 bpm gram z kostek, ale tak w okolicach 180 gram głównie całymi nogami, mogę przez to dodać więcej energii. Im szybciej, tym energia jest coraz mniejsza.


Ustawiasz bijaki blisko naciągu?


Tak, bardzo blisko. Poza tym fakt, że gram z triggerami, pozwala mi na szybką grę przez dłuższy okres. Muszę znaleźć swój odpowiedni rytm. Dużo nad tym pracuję, bo nie możesz zawalić, jak masz podłączone do stopek triggery. Każdy to usłyszy. Naciąg na centrali mam bardzo luźny. Mam taki sam zestaw pedałów i ustawienie od 2003 roku.


Dlaczego używasz dwóch bębnów basowych zamiast jednego i podwójnej stopki?


Zawsze grałem na dwóch centralach. Próbowałem grać na podwójnej stopie, ale nie podoba mi się praca lewego pedała. Jest to zawsze minimalnie inne w wyczuciu w porównaniu z dodatkowym pedałem. No, a poza tym dwa bębny wyglądają fajnie!


Ta lewa noga często jest słabsza. Jak to jest u ciebie?


Mam bardzo dużo przykładów piosenek, gdzie zaczynamy z bębnami, a dopiero później wchodzi riff gitarowy np. Explosia z L’Enfant Sauvage, Toxic Garbage Island i The Art Of Dying z The Way Of All Flesh, Pray i The Cell z Magmy. Wszystkie wywodzą się z ćwiczeń, jakie sobie wymyśliłem, jak zacząć grupę uderzeń od lewej stopy. Jednym z najlepszych przykładów jest końcówka Remembrance z The Link. Stworzyłem kilka partii, które sprawiły problem basiście. Ten akurat stworzyłem w 2002 roku, więc zaraz na samym początku, jak zacząłem o tym myśleć. Wiedziałem, że będzie ciężko zacząć od lewej.


Jakie ćwiczenia wykonujesz, żeby utrzymać ręce w dobrej formie?


Obecnie nie mam nauczyciela, dlatego spędzam dużo czasu obserwując to, co jest w Internecie. Lubię oglądać perkusistów grających gospelowe czopsy. Zawsze chciałem mieć zachowany kontakt między techniką a klimatami groove’iącymi. Ćwiczę bardzo dużo paradidli.


Groove jest wielką częścią tego, co robisz. Jaki jest sekret grania groove’iącego?


Dopóki jest to muzyczne to wszystko gra. Moim celem jest gra muzyczna i groove’iąca. To kwestia brzmienia, jakie mogę wydobyć z mojego ride’a, do tego dochodzą ghosty. Tu chodzi o to, by to czuć. Nie myślę za bardzo o technice, ale jeśli nawet - to i tak chcę to uczynić melodyjnym. Uwielbiam słuchać muzycznych bębnów, ze smakiem, kolorowych, ale nie granych na siłę.


Jaki jest twój sekret na grę z taką mocą, szczególnie podczas szybkich partii np. z blastami?


Jak zaczynaliśmy grać stadiony z Metalliką i inne wielkie festiwale pomyślałem, że muszę podkręcić swoje ruchy. Pomyślałem, że tak będzie bardziej widowiskowo. Naprawdę bardzo lubię oglądać Deftones, którzy grają głośno, a ręce Abe’a unoszą się wysoko do góry. Gdy zaczęliśmy grać w większych miejscach i zaczęliśmy używać monitorów dousznych, zacząłem grać nieco inaczej, bardziej efektownie. To była spora zmiana, bo możesz grać bardzo mocno, ale nie być pod wpływem brzmienia, ponieważ jesteś odizolowany. W przypadku blastów pracuję dużo z dźwiękowcem. Zawsze pytam: "Jak gram blasty, to czy słychać werbel?". Wkładam więcej mocy w werbel, by mieć pewność, że wszyscy go usłyszą. Moim celem jest też bycie efektywnym jako źródło dźwięku.


W jaki sposób inspirujesz się do tworzenia nowych partii?


Obecnie rozwinąłem w sobie kilka sztuczek i wygląda to trochę jak jakaś gra. Jak mam riff to chcę sobie podżemować wokół niego. Wciąż mam kontakt z wieloma gatunkami muzyki i wszystko ma na mnie jakiś wpływ - nie tylko muzyka, ale też życie i emocje. Teraz lubię sobie podżemować, wykorzystać technikę i triki, uczynić to żywym. Na ostatniej płycie nagrywaliśmy w pomieszczeniu, które było trochę dudniące. Zagrałem razem z tym. Gdy uderzałem w hi-hat czułem, że pomieszczenie jest bardzo interesujące, rzekłbym zbyt głośne. Dlatego Magma jest tak jakby wynikiem brzmienia pomieszczenia. Dostosowałem się do warunków. Czasami na scenie słyszę coś specyficznego w kwestii akustyki, dlatego dostosowuję moją grę do tej akustyki. Lubię dżemować w oparciu o brzmienie miejsca, być gotowym na to, gdzie jestem, z kim jestem, jaka jest atmosfera. Wtedy dostosowuję się do takich warunków.


Twój werbel i stopka są bardzo przejrzyste i punktujące. Kto lub co wpływa na takie brzmienie u ciebie?


Rzekłbym, że ten przejrzysty charakter naszej muzyki wynika po prostu z death metalu, bo sygnał musi być bardzo wyraźny. Mają to takie zespoły, jak Meshuggah, Morbid Angel i Death. To chyba jasne, że nasze korzenie są właśnie stamtąd. Kolejną inspiracją jest David Silveria z Korn na albumie Issues. Brzmienie było bardzo naturalne. Mój cel tutaj to mieszanka takiego brzmienia z wyraźnym, przejrzystym sygnałem. Im bardziej ewoluujemy, tym większą satysfakcję zaczyna mi sprawiać bałagan. Chcę dać mniej informacji w swojej grze, dlatego mogę dodać więcej wdzięku do swojego brzmienia.


Materiał przygotowali: Artur Baran, Kajko, Chris Barnes, Staszek Piotrowski
Zdjęcia: Joby Sessions

Wywiad ukazał się w numerze maj 2017





Galeria

Pozostałe

Brooks Wackerman (Avenged Sevenfold)

Dodano: 11.08.2017

Avenged Sevenfold doczekał się chyba wreszcie perkusisty na lata, z którym w pełni może się dalej rozwijać.

czytaj dalej

Adam Mikołajewski (Farben Lehre)

Dodano: 20.07.2017

Ponad trzydzieści lat na scenie, koncerty w kraju i za granicą, status legendy polskiego punk rocka, a mimo to nie zwalniają ani na trochę i nadal czują ogień na scenie.

czytaj dalej

Jakub Sochacki (Pro Drum)

Dodano: 28.06.2017

Sklep Pro Drum jest pierwszym polskim sklepem stricte perkusyjnym, który oprócz odwiedzin targów NAMM obejrzał linie produkcyjne fabryk Remo i DW Drums.

czytaj dalej

Lester Estelle

Dodano: 21.06.2017

Popowa Kelly Clarkson i chrześcijańsko - rockowy Pillar. Co może łączyć te dwa bandy? Oczywiście ten sam perkusista!

czytaj dalej

Ray Luzier (Korn)

Dodano: 14.06.2017

Zdaje się, że taka rocznica w terminologii ślubnej nazywa się cynową. Cóż, nie brzmi to może zbyt imponująco, tym bardziej, że czasami wydaje się, że Ray z Kornem gra od zawsze.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama