PRZEJRZYJ ONLINE PAŹDZIERNIKOWY NUMER Perkusista PRZESYŁKA GRATIS >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Joey Kramer (Aerosmith)

Dodano: 26.09.2017
Perkusista jednej z najważniejszych hardrockowych formacji w historii. Od początku związany z kapelą, przechodził przez wiele różnych trudnych chwil, a widząc potęgę, siłę i legendę zespołu nie zdajemy sobie sprawy, jakie zawiłe zakręty miała kapela po drodze.

Aż dziw bierze, że tak wielki zespół ma w swoich szeregach amerykańskiego perkusistę, który nie ma żadnego wykształcenia muzycznego. Tym bardziej, kiedy posłuchamy partii bębnów Aerosmith, bardzo wyważone, niezwykle muzyczne i pracujące na konto całego zespołu. Weźmy chociażby wstęp do oryginalnej wersji Walk This Way. Joey z racji statusu supergwiazdy ma naturalnie lekkie problemy ze swoim ego, ale nie przeszkadza mu to w odnalezieniu idealnego środka dla piosenek Aerosmith. We współpracy ze Stevenem Tylerem stworzyli wiele ścieżek bębnów, które powalają swoją pomysłowością - posłuchajmy niezwykle przemyślanej gry na całej płycie Pump czy też takie kolosy jak Livin’ On The Edge z genialnej Get A Grip. Za swoje inspiracje podaje Johna Bonhama, Mitcha Mitchella, Clive’a Bunkera z Jethro Tull, Dino Danelliego z The Young Rascals, Clyde’a Stubblefielda od Jamesa Browna. Warto przypomnieć sobie postać tego bardzo interesującego człowieka i bębniarza, który tworzył historię rocka.

Steven Tyler był oryginalnym perkusistą Aerosmith, więc jak ty pojawiłeś się w zespole?


Zostałem polecony, by grać z Tomem (Hamiltonem - basista Aerosmith) i Joe (Perrym - gitarzystą Aerosmith) przez naszych wspólnych znajomych. Znałem Stevena, ponieważ on i ja chodziliśmy do tej samej średniej szkoły przez parę lat. Tom i Joe nie wiedzieli o tym. W momencie, gdy powiedzieli mi, że nie chcą mnie wykorzystać do zespołu, ponieważ mają znajomego, który przyjeżdża z Nowego Jorku, żeby bębnić i śpiewać, zapytałem, o kogo chodzi, bo ja także jestem z Nowego Jorku. Okazało się, że chodzi o Stevena. Reszta jest już historią.


Brzmisz, jakby w twojej grze było dużo soulu. Czy R&B miało na ciebie duży wpływ?


Tak, byłem wielkim fanem "Pretty" Purdiego. Mam wielkie wpływy z rhythm and bluesa i jest to właśnie to, co wniosłem ze sobą do Aerosmith. Jeżeli chodzi o perkusistów rockowych, moimi ulubionymi byli Mitch Mitchell i rzecz jasna Bonzo. Mieszanka rhythm and bluesa, którego słuchałem z tymi rock’n’rollowymi bębniarzami jest dokładnie tym wszystkim, co wniosłem do zespołu. W moim przypadku chodzi tu bardziej o groove i osadzony rytm.


Wpływy R&B słychać chociażby w takich piosenkach, jak Rag Doll lub Walk On Water. Tam jest ten groove i klimat gry.


O tak, w mojej grze chodzi głównie o klimat i wyczucie. Jestem kompletnym samoukiem. Nigdy nie brałem żadnych lekcji czy coś w tym stylu. Jestem perkusistą z ulicy i wszystkie moje wpływy pochodzą z zespołów, których słuchałem przez cały okres mojego dorastania. Byłem pod wielkim wrażeniem perkusistów takich, jak Mitch Mitchell. Lubiłem rockandrollowych bębniarzy, ale też rhythm’n’bluesowych, jak Clyde Stubblefield u Jamesa Browna. Stary, ta ekipa mnie rozwalała za każdym razem. Zaczerpnąłem z tych dwóch źródeł i przyniosłem w swojej grze do Aerosmith, co pomogło nieco zespołowi wyróżnić się.


Jak duże doświadczenie miałeś w momencie, gdy pierwszy raz nagrywałeś z Aerosmith?


W chwili, gdy weszliśmy nagrywać tę płytę, był to pierwszy raz, gdy w ogóle zetknąłem się ze studiem nagrań. Byłem zupełnie zielony, niedoświadczony i nie miałem pojęcia, co robię. Nagraliśmy wszystkie utwory na żywo. Jedną z rzeczy, jaką chciałbym zrobić, to cofnąć się i zmiksować jeszcze raz tę płytę. Tam jest bardzo dużo bębnienia, które zostało tak zmiksowane, że go prawie w ogóle nie słychać. Jest tam sporo fajnych rzeczy, a piosenki z tej płyty bronią się same.


Mieliście niezły maraton, kolejne płyty po debiucie, poleciało Get Your Wings, później Toys In The Attic, Rocks i Draw The Line przyniosły wam wielki sukces.


Lubię Rocks, to dobra płyta. Toys… i Rocks wypchnęły nas przed szereg stawki. Od tego momentu zaczęliśmy schodzić nieco w cień, aż do chwili, gdy pokazały się kolejno Permanent Vacation i Pump, dwie moje ulubione płyty.


Na Toys… jest oryginalna wersja Walk This Way. Zdawałeś sobie sprawę od początku, że ten utwór będzie wielkim hitem?


Z pewnością nie od razu. Dla mnie było oczywiste, co mam zagrać i wykorzystany rytm okazał się tym najwłaściwszym w tym miejscu. Przemawia sam za siebie. Najlepsza akcja z tą piosenką była wtedy, jak w 1986 roku do piosenki dołączyliśmy Run-DMC. Rozpaliło to nas na nowo. Myślałem, że to była interesująca koncepcja od samego początku. To jest jedna z tych kompozycji, którą ludzie znają i gdy słyszą nas, jak ją gramy, mówią: "Och, więc to są ci goście, którzy to grają." Taka sama sytuacja jest z Dream On, ludzie znają tę piosenkę, ale nie zdają sobie sprawy z tego, że to jest nasza kompozycja. Wszystko kręci się wokół piosenek. Piosenki są tak dobre, jak dobry jest sam zespół. Jeżeli masz piosenki, które przechodzą próbę czasu i bronią się po latach, to jest to jedna z najważniejszych rzeczy.


Osiągnęliście wielki sukces po tym maratonie płyt. Twoje życie musiało się nieporównywalnie zmienić…


Oj tak. Wyszliśmy z klubów, gdzie otwieraliśmy koncerty większych zespołów. Graliśmy np. przed takim zespołem, jak Mott The Hoople. Wtedy zaczęła się cała zabawa.


Ale gdy przyszło do nagrywania Rock In A Hard Place (1982), zabawy już takiej chyba nie było?


Joe i Brad (Whitford - wioślarz rytmiczny zespołu) odeszli z zespołu, więc ja, Steven i Tom staraliśmy się jakoś to wszystko utrzymać w kupie. Jimmy Crespo zagrał wszystkie partie gitar na tej płycie. Joe i Brad zupełnie nie grali na tej płycie. Wszystko to, co zagrał Brad, zostało usunięte przez Jimmy’ego i zrobione ponownie. To był dziwny okres. Nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, że zespół może zupełnie się rozlecieć i moje przeczucie się potwierdziło. Ci dwaj panowie odeszli, ale nie było takiej sytuacji, że zespół się rozpadł w całości. Steven, Tom i ja zrobiliśmy razem ten album, bo Aerosmith wciąż istniało. W tym czasie walczyliśmy z demonami, ale po jakimś czasie doszło do chłopaków, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy jesteś zaangażowany w takie coś, jak Aerosmith, musisz zmagać się z różnymi dramatami, bzdurami i wszystkim, co to ze sobą niesie. Czasami nie możesz nic zrobić, mimo, że to ma na ciebie wpływ. W tej chwili nie zawsze zdajesz sobie sprawę z tego, w jak niesamowitej rzeczy uczestniczysz, aż do momentu, gdy już nie jesteś tego częścią. Ja akurat zawsze sobie z tego zdawałem sprawę, dlatego nigdy nie odpuszczałem odnośnie zespołu. Robię wszystko, żeby sprawy toczyły się gładko i płynnie, żeby szły do przodu.


Gdy Joe i Brad wrócili, zespół kopnął picie i narkotyki, staliście się więksi niż kiedykolwiek, a chodzi tu dokładnie o Permanent Vacation (1987) i Pump (1989).


O tak. Kluczem do sukcesu Aerosmith jest to, że z pewnych dziwnych powodów zawsze działamy najlepiej i produkujemy najlepsze rzeczy, gdy jest na nas duża presja. Nie wiem, czemu tak się dzieje, nie wiem, dlaczego tak to jest, ale zaczynasz nas naciskać, my zaczynamy produkować. Gdy ludzie się tego nauczą, wydawca i management zaczynają nam aplikować dawki presji, a my w odpowiedzi odwdzięczamy się dobrą robotą.


Jak ważny w waszym powrocie był fakt, że jesteście czyści?


Wróciliśmy poprzez Permanent Vacation, to była prawdziwa płyta na powrót w wielkim stylu. Wiele osób myślało, że Done With Mirrors (1985) było naszym powrotem, ale Done With Mirrors było moim zdaniem niedokończone. Jest to niekompletna płyta. Permanent Vacation to był nasz prawdziwy powrót. To było ogłoszenie, że wróciliśmy, a dowodem tego były piosenki na albumie. Później poszło Pump, no i Get A Grip, to są trzy najlepiej sprzedające się płyty w naszej karierze.


Granie na trzeźwo wniosło nowe myślenie do zespołu?


Tak, gram na bębnach od bardzo dawna i lubię myśleć o tym, że za każdym razem jestem coraz lepszy i coraz bardziej doświadczony. Nie patrzę na siebie przez pryzmat najlepszego perkusisty na świecie, ale lubię myśleć o tym, że to, co robię, działam w kontekście całości mojej pracy w zespole. Tak, jak w każdej innej kapeli, jest pięć kawałków, które razem działają w zależności od tego, jaka chemia jest między nami. To jak mieć pięć kawałków ciasta jagodowego. Nie możesz wyciągnąć jednego kawałka i zastąpić go szarlotką, to nie będzie wtedy pasować.


Na Permanent Vacation była jeszcze jedna nowość - grałeś razem z klikiem!


To pierwszy raz, jak grałem z klikiem. Poświęciłem kilka piosenek na tej płycie, żeby przyzwyczaić się do grania z metronomem. Weszliśmy do studia nagrywać album, a Bruce Fairbairn, producent, ustawił klik i powiedział: "Ok, no to lecimy". Nigdy nie grałem do czegoś takiego, a przyzwyczajenie się do gry z klikiem to nauka sama w sobie. Możesz grać na kliku, przed nim, za nim, a moim celem było to, żeby ślad klika był niesłyszalny, żeby go nie słyszeć zupełnie podczas gry. Gdy nie słyszę metronomu w momencie, jak gram, to znaczy, że jest dobrze. Teraz używam klika za każdym razem. Wszystko jest łatwiejsze, jak pracujesz na siatce, edycja jest wygodniejsza. Możesz podzielić piosenkę i złożyć ją z powrotem do kupy. Jeżeli siedzisz w siatce, możesz to zrobić, ale jak twój time się kołysze, to ciężko cokolwiek zrobić w przód lub tył.


Pracowałeś na kilku kluczowych płytach z producentem Jackem Douglasem. Jaki miał wpływ na ciebie jako perkusistę?


Zawsze lubiłem pracować z Jackem. Jack Douglas jest takim typem człowieka, że nieważne, jaki masz pomysł lub co chciałbyś spróbować, to on z pewnością go nie skopie na wejściu. Zawsze jest otwarty na to, żeby próbować i sprawdzić, jak to działa i wrzucić to w kontekst. Jeżeli zadziała to dobrze, a jak nie - to trudno. Poza tym Jack zawsze wnosi element zabawy. Praca z nim jest wielką radością. To świetny facet i przy tym bardzo kreatywny. Czyni robotę zabawą, a jak tylko mam z czymś jakiś problem to mówi: "Och, stary, wiesz, że możesz to zrobić!". Pomógł mi być najlepszym jak tylko mogę i za to będę mu zawsze wdzięczny. Jack jest jedną z moich ulubionych osób w branży i brak mi słów, by wyrazić się o nim wystarczająco dobrze…


Wspomnieliśmy, że to Steven zaczynał jako perkusista. Czy taki układ rzeczy czynił twoje życie w zespole łatwiejszym czy trudniejszym?


(Śmiech) Na początku było to trudne. Szybko sobie zdałem sprawę, że muszę podciągnąć się do poziomu, gdzie nie będzie nic, co mógłby mi powiedzieć, ponieważ ja to już wiem. Zamiast tego były rzeczy, o których ja mu mówiłem i je pokazywałem. Ostatecznie doszedłem do tego miejsca. Nauczyłem się sporo od Stevena. Jest bardzo produktywnym muzykiem i był bardzo dobrym perkusistą we wcześniejszym okresie. Nauczył mnie rzeczy, o których wtedy nie miałem kompletnego pojęcia. To on stworzył zespół. Miałem spore umiejętności, gdy dołączyłem do zespołu z racji tego, na kim się wzorowałem. Potrafiłem nieźle grać i miałem opanowany zestaw, ale do końca nie bardzo wiedziałem, co robię w kwestii tego, jak przełożyć moje umiejętności na lepsze brzmienie zespołu jako całości. Steven pomógł mi to ogarnąć. W chwili, gdy mi pomógł, przejąłem piłkę i ruszyłem przed siebie. Biegłem z tą piłką tak daleko, tak długo i tak szybko, że zaprowadziło mnie to do miejsca, w którym jestem obecnie. Jestem z tego bardzo dumny. Lubię patrzeć skromnie na swoją postać. Nie uznaję się za jakiegoś spektakularnego instrumentalistę. Cieszę się, że potrafię robić to, co robię, dzięki czemu zespół działa. Prowadzę ostro, a prowadzę przecież cały autobus. Zawsze też jestem otwarty na podpowiedzi i porady. Wychodzę oglądać zespoły, które grają przed nami, bo jeżeli dojdzie do momentu, że wydaje ci się, że jesteś najmądrzejszy i wiesz już wszystko to znaczy, że popadasz w kłopoty.


Wydałeś swoją biografię w 2009 roku, gdzie mocno się otwierasz, mówiąc o takich rzeczach, jak uzależnienie, depresja i załamanie nerwowe, jakie przeszedłeś w 1995 roku. Rewizja tych rzeczy była ciężkim doświadczeniem?


To było dla mnie bardzo oczyszczające doświadczenie. Musiałem powiedzieć o wszystkim, co mi się przydarzyło. Większość książek tego typu jest o narkotykach, alkoholu, dupczeniu, imprezowaniu, o tym, co dzieje się za kulisami, o tym, o tamtym. Moja książka to moja historia. To moje życie i to, co mnie ukształtowało do obecnej postaci. Jest o mnie i niczym poza tym. Przyczyną, dlaczego ta książka nie została zauważona w stopniu, na jaki zasługuje, jest to, że została wydana w tygodniu, w którym zmarł Michael Jackson, dlatego przepadła zupełnie w mediach przepełnionych informacjami o śmierci Jacksona. Tak czy siak, jesteśmy teraz te 8 lat później i książka wciąż jest na rynku i ludzie wciąż o niej rozmawiają. Jest to książka o życiu, depresji, niepokoju, uzależnieniu od narkotyków, byciu dręczonym w dzieciństwie i ludzie czytając odnoszą się do treści. Powiedziałem podczas premiery, że jeżeli ta książka pomoże chociaż jednej osobie, to było warto ją wydać. Rozmawiałem z wieloma osobami, które powiedziały, że książka im pomogła i jest to bardzo przyjemne uczucie. Wyjście z załamania nerwowego zbudowało we mnie perspektywę tego, co wniosłem do zespołu. Pod tym kątem byłem na tyle zdrowy emocjonalnie, żeby wiedzieć, w którym kierunku się udać. Zawsze kroczyłem tą ścieżką.


To już prawie 50 lat odkąd powstało Aerosmith. Jak zmieniło się twoje podejście do bębnienia na przestrzeni lat?


Nie wiem, czy jest jakaś zmiana w moim podejściu. Podejście jest w zasadzie wciąż takie samo - gram przede wszystkim dla zespołu, a nie dla siebie samego. Moja złota zasada to mniej znaczy więcej. Lubię myśleć o swojej grze jako o bardziej dojrzałej. Nie znam chyba nikogo, kto by robił coś takiego jak ja, pamiętając o tym, że moja gra jest dość prosta. Ale o to właśnie chodzi, żeby wszystko było proste.


Jak to jest z twoimi zestawami, lubisz zmiany w bębnach raz na parę lat?


Przeszedłem na pięcioelementowy zestaw, gdy nagraliśmy Just Push Play (2001) i od tego czasu gram tylko na takim zestawie. Pozbyłem się tych wszystkich tomów i tego całego dziadostwa. Jak umiesz grać, to będziesz grał i nie ma do końca znaczenia tak naprawdę, na czym grasz.


Nie jesteś wiec bębniarzem, lubiącym otaczać się tomami?


Nie. Zauważyłem, że wielu takich bębniarzy to frustraci. Jeżeli jesteś bębniarzem i jesteś sfrustrowany, to takie miejsce jest mocno dołujące. Większość czasu tak się czujesz, bo tak naprawdę nie chcesz być bębniarzem. Jeżeli chcesz być tylko wskazówką na zegarze, zamiast dodawać do tego wszystkiego życia, to musisz dokładnie przeanalizować swoje wybory, jakich dokonałeś. Myślę, że wielu chłopaków żałuje tego wyboru. Ja nigdy nie żałowałem, uwielbiam być perkusistą. Jestem bardzo szczęśliwy i wdzięczny naszym fanom. Jestem zobowiązany fanom Aerosmith. Zbliżamy się powoli do naszej 50 rocznicy. Jeżeli robisz to przez tyle lat, to znaczy, że musisz to kochać. Gdy idę pracować, to pracuję bardzo mocno, pocę się, bo to bardzo fizyczna robota, ale kocham to, daje mi to bardzo dużo radości, nie zauważam tych trudów. Jestem za to bardzo wdzięczny.


Materiał przygotowali: Artur Baran, Rich Chamberlain, Kajko
Zdjęcia: Robert Wilk i Zack Whitford

Galeria

Pozostałe

Kenny Aronoff

Dodano: 12.10.2017

Kenny jest skarbnicą wiedzy i doświadczenia dla każdego bębniarza, który widzi swoją przyszłość na profesjonalnej scenie w klimatach popu i bardzo szerokiego rocka, zahaczającego wręcz o metal.

czytaj dalej

Mario Duplantier (Gojira)

Dodano: 07.09.2017

Gojira - nazwa, która nie jest obca nawet tym perkusistom, którzy nie przepadają za bardzo mocnym, wręcz brutalnym uderzeniem.

czytaj dalej

Brooks Wackerman (Avenged Sevenfold)

Dodano: 11.08.2017

Avenged Sevenfold doczekał się chyba wreszcie perkusisty na lata, z którym w pełni może się dalej rozwijać.

czytaj dalej

Adam Mikołajewski (Farben Lehre)

Dodano: 20.07.2017

Ponad trzydzieści lat na scenie, koncerty w kraju i za granicą, status legendy polskiego punk rocka, a mimo to nie zwalniają ani na trochę i nadal czują ogień na scenie.

czytaj dalej

Jakub Sochacki (Pro Drum)

Dodano: 28.06.2017

Sklep Pro Drum jest pierwszym polskim sklepem stricte perkusyjnym, który oprócz odwiedzin targów NAMM obejrzał linie produkcyjne fabryk Remo i DW Drums.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama