Do panteonu sław perkusyjnego świata dostać się nie jest łatwo. Niektórzy trafi ają tam dzięki wybitnej technice gry, inni bijąc rekordy szybkości, jeszcze inni tworząc nowe style lub po prostu przez zasiedzenie. Są też tacy, którzy nie grają szybciej niż inni, nie stosują złożonych równań do komponowania swoich partii, nie starają się ponownie odkryć Ameryki.

" /> Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Chris Adler (Lamb of God)

Dodano: 31.01.2011

Do panteonu sław perkusyjnego świata dostać się nie jest łatwo. Niektórzy trafi ają tam dzięki wybitnej technice gry, inni bijąc rekordy szybkości, jeszcze inni tworząc nowe style lub po prostu przez zasiedzenie. Są też tacy, którzy nie grają szybciej niż inni, nie stosują złożonych równań do komponowania swoich partii, nie starają się ponownie odkryć Ameryki.

A jednak w tym, co i jak grają jest coś równie porywającego, co prostego - coś co sprawia, że po przesłuchaniu utworu z ich udziałem, zwyczajnie nie da się już go wyobrazić z inną partią perkusji, i co chyba jeszcze ważniejsze ciężko przestać wystukiwać jego rytm na najbliższej twardej powierzchni. Jedną z takich "szarych eminencji" jest niejaki Chris Adler - perkusista amerykańskiej formacji Lamb of God.

Wielu traktuje go jak idola, jednocześnie dla równie licznej rzeszy, tajemnica jego popularności stanowi zagadkę. Korzystając z faktu, że Lamb of God po raz pierwszy zagościł w Polsce, postanowiliśmy naocznie i nausznie dowiedzieć się, co i kto kryje się pod nazwiskiem Chris Adler.

Witaj, Chris, miło cię poznać.


Witaj, dzięki!


Dziś po raz pierwszy zagracie dla polskiej publiczności?


Fakt, to nasz pierwszy występ w tym kraju. Jako zespół istniejemy już ładnych parę lat i bardzo żałuję, że nie mogliśmy przyjechać tu wcześniej. Tym bardziej cieszy mnie, że wreszcie udało nam się dotrzeć.


Właśnie, gracie wiele koncertów na całym świecie, dlaczego dopiero teraz zdecydowaliście się zawitać do Polski?


Można bez wielkiej przesady powiedzieć, że aktualną trasę rozpoczęliśmy we wrześniu 2008 a zakończymy we wrześniu 2010. Gramy na okrągło, z dwu-, trzytygodniowymi przerwami na wizytę w domu...


To naprawdę długa trasa!


Tak, to mnóstwo koncertów i trzeba trochę czasu, by odwiedzić wszystkie miejsca, w których chciałoby się zagrać.


Skoro dziś jesteście w Polsce po raz pierwszy, powiedz, jak to się stało, że na jednej ze scen DVD "Walk With Me in Hell" pijecie polskie piwo?


W której dokładnie scenie?...


W tej, w której Randy (Blyhe - wokalista L.O.G.) uczy Willa (Adler - gitara) strzelać z bata.


A, już pamiętam! To było we Włoszech, nie mam pojęcia, skąd wzięło się tam polskie piwo. Widocznie sprzedawali je w sklepie, w którym się zaopatrywaliśmy. W Lamb Of God nie mamy uprzedzeń odnośnie pochodzenia piwa, o ile jest dobre! (śmiech)


Wracając do dzisiejszego występu, wiesz, czego się spodziewać?


Nigdy wcześniej tu nie byliśmy, nie mamy pojęcia, jak ludzie nas tu przyjmą, więc wolimy się w żaden sposób nie nastawiać. Oczywiście po cichu liczę, że publika dopisze i będzie się doskonale bawić. Ostatnie koncerty poszły nam naprawdę dobrze, cały zespół jest w świetnej formie i damy z siebie wszystko, damy najlepszy show na jaki nas stać!


Zarówno Lamb Of God, jak i ty sam, stajecie się coraz bardziej rozpoznawalni i popularni, nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. Sława niesie ze sobą dodatkowe obowiązki, jak kontakt z mediami. Udzielasz wielu wywiadów?


Zgadza się, poza graniem koncertów, staramy się również nie zaniedbywać kontaktów z prasą. Nie każdy jest w stanie dotrzeć na nasz występ, do tego bardzo często pierwszy kontakt z zespołem odbywa się właśnie poprzez wywiady, recenzje, czy inne newsy zamieszczane w internecie. Dlatego dla nas jest to bardzo ważny aspekt funkcjonowania zespołu.


Z jakimi pytaniami spotykasz się w wywiadach najczęściej?


Jako członek zespołu czy jako perkusista?


Oczywiście jako perkusista.


Hmm... Pojawiają się pytania o technikę grania na podwójnej stopie... O co chodzi z tym małym werblem? (śmiech)


No tak, też planuję cię o niego zapytać.


I jeszcze dlaczego używam tak wielu talerzy.


Czy są pytania, których szczególnie nie lubisz?


Czy ja wiem... Chyba nie ma takich, których bym nie lubił. Jest wiele czasopism dla perkusistów. Ludzie czytając je podchwytują różne wskazówki i triki, które mogą okazać się im przydatne. To bardzo cenne źródło wiedzy. Co z tego, że dostanę takie samo pytanie jednego dnia w Niemczech, drugiego w Polsce, a kolejnego w Rosji. To są pytania od różnych wydawnictw. Ludzie w Niemczech raczej nie będą czytać czasopisma po rosyjsku, więc nie widzę problemu w tym, że część pytań się powtórzy.


Zdarza ci się czytać lub oglądać wywiady z sobą samym w roli głównej?


Szczerze mówiąc, nie poszukuję ich zbyt aktywnie. Czasem dostaję egzemplarz z wywiadem od wydawcy i zdarza się, że zerkam, czy dziennikarz jakoś drastycznie nie poprzekręcał moich słów. Zwykle wszystko od razu oddaję mojej mamie.


Czy identyfikujesz się z obrazem twojej osoby, który widzisz w mediach?


Tak, wydaje mi się, że nie ma w nim wielu przekłamań czy sztuczności. Zarówno w odniesieniu do mnie, jak i całego zespołu. Czego też się spodziewać - w końcu jesteśmy bandą raczej zwyczajnych gości.


Więc nie ma żadnego mitu o Chrisie Adlerze? Nie zdarzyło ci się usłyszeć czegoś niezwykłego o swojej osobie?


Nie, raczej nie. No może raz, podczas kręcenia materiału na DVD, jeden z członków ekipy oświetleniowej zażartował do kamery, że moja broda jest sztuczna. Po wydaniu tej płyty mnóstwo dziewczyn zaczęło po koncertach chodzić za mną i targać za brodę. Czułem się niemal jak Św. Mikołaj w centrum handlowym.


Masz w zespole jakieś dodatkowe obowiązki, funkcje?


Oczywiście! Wszyscy dzielimy obowiązki związane z różnymi stronami funkcjonowania Lamb Of God. Ja codziennie rozmawiam z naszymi managerami pilnując, by ich decyzje były właściwe z punktu widzenia całego zespołu, byśmy podążali we właściwym kierunku. W wielu obszarach polegamy na sobie wzajemnie, ja zajmuję się stroną bardziej biznesową.


Lubisz to robić?


Lubię. Wiesz, jakiś czas temu nawet rozmawiałem o tym z moją mamą. Mam w sobie duże pokłady motywacji, są chyba wpisane w moją osobowość. Myślę, że to, jakim perkusistą jestem w tej chwili, co potrafię, osiągnąłem nie dzięki jakiemuś wyjątkowemu talentowi, a właśnie motywacji do pracy i chęci stawania się lepszym w tym, co robię. To przekłada się również na kwestie biznesowe. Tam, by być skutecznym, trzeba napierać i wytrwale popychać wszystko do przodu. Z drugiej strony to też w pewien sposób pomaga mi się relaksować. O ile mobilizacja nie sprawia mi trudności, o tyle relaks i wyciszenie nie przychodzą już tak łatwo. Dodatkowe zajęcia bardzo w tym pomagają. Na przykład dziś: jesteśmy tu już od rana, a moja perkusja dojechała dopiero w tej chwili. Dzięki temu, że w międzyczasie mam dodatkowe zajęcia, nie czuję tremy i się nie nudzę.


Więc wchodzenie w rolę biznesmena jest jedną z twoich tajnych technik relaksacyjnych?


Dokładnie. (śmiech) Jest jeszcze jedna ważna kwestia - wiele młodych zespołów myśli, że wystarczy stworzyć dobry materiał, by zaistnieć i podbić świat. Ja zdążyłem się przekonać, że trzeba do tego znacznie, znacznie więcej niż tylko umiejętności komponowania i grania muzyki. Musisz naprawdę dobrze znać się na rynku i dbać o stronę biznesową.


Nawet w przypadku niezbyt komercyjnych gatunków, jak metal?


Zgadza się, tu nie ma żadnej różnicy. Jeżeli na koniec dnia chcesz z grania zarobić na życie, przywieźć do domu parę groszy, musisz się przyłożyć i zadbać o każdy aspekt, każdy detal.


Ponieważ jest to magazyn dla perkusistów nie mogę nie zapytać cię o sprzęt, na którym grasz. Używasz talerzy Meinl, bębnów Mapex serii Saturn, naciągów Aquarian i stóp Trick. Mógłbyś opowiedzieć, co skłoniło cię do wyboru tych konkretnych marek i modeli?


Zacznijmy może od samych bębnów. Od pewnego czasu dostaję propozycje współpracy od wielu firm i marek. Miałem okazję ogrywać wiele przeróżnych zestawów. W przypadku firmy Mapex, może nie jest to największa, czy najbardziej znana marka, jeżeli chodzi o produkcję bębnów przeznaczonych do grania cięższych gatunków, ale za to chyba jako jedyni stosują drewno orzechowe, które daje bardzo ciemne i zwarte brzmienie - dokładnie takie, jakiego potrzebuję. Gdybym szukał zestawu do grania w domu utworów Led Zeppelin, Mapex Saturn pewnie nie byłby najwłaściwszym wyborem, ale w metalu, gdzie gra się gęsto i wszystko dzieje się szybko, dodatek drewna orzechowego w korpusach nadaje im bardzo szybki i mocny atak. Dlatego tak bardzo lubię ten model Mapexa.


Orzech rzeczywiście nie jest zbyt popularnym drewnem w produkcji bębnów - z tego, co wiem w seryjnych modelach stosuje je tylko Mapex jako dodatek Saturnie i Ddrum w serii Dios Walnut.


Niestety, to prawda. O tym modelu Ddrum nawet nie słyszałem. Kiedy rozpoczynałem współpracę z Mapexem produkowali jeszcze serię z korpusami wyłącznie z orzecha. Mam jeden taki zestaw w domu i używam go do nagrań.


Właśnie, na waszym DVD zauważyłem, że próby i koncerty grasz na innym zestawie niż ten, na którym nagrywałeś w studiu - ten drugi to właśnie Deep Forest?


Zgadza się, "Sacrament" nagrywałem na modelu Deep Forest. Mapex wycofał tę serię z produkcji już parę lat temu, prawdopodobnie z powodu niewielkiego zainteresowania. Co mnie trochę dziwi, bo to naprawdę doskonały instrument. Na szczęście Mapex wykonuje także zestawy na zamówienie, więc jeśli ktoś zapragnąłby taki mieć, pewnie może się z nimi dogadać.  

Aquarian - to była pierwsza firma, z którą nawiązałem współpracę. Gdzieś na początku mojej przygody z perkusją poszedłem do ich przedstawicielstwa, powiedziałem, co robię, czego potrzebuję - wspomniałem, że wydaję dużo pieniędzy na naciągi, bo te na których do tej pory grałem szybko się zużywają. Doradzili mi dobór konkretnych modeli, kupiłem zestaw na próbę i okazało się, że te naciągi były strzałem w dziesiątkę. Już przy nich pozostałem. Mimo, że są trochę droższe od analogicznych serii innych producentów, w porównaniu z nimi okazują się bardziej trwałe. Mogłem grać na nich dłużej i w efekcie zaoszczędzić trochę pieniędzy, co - gdy jesteś młodym muzykiem - jest dość istotne. Dzięki wsparciu ze strony samej firmy bardzo szybko udało mi się nawiązać z Aquarian stałą współpracę. Dlatego pomimo, że istnieją inne marki, niewątpliwie też robiące doskonałe naciągi, ja pozostaję lojalny wobec Aquariana, bo to oni właśnie pomogli mi już na tak wczesnym etapie.

Co dalej? Stopy Trick Pro 1-V. Przez długi czas grałem na stopach firmy Axis. To bardzo popularna marka wśród perkusistów, grających szybkie odmiany metalu. Nigdy, przenigdy nie miałem z nimi problemów, ani razu mi się nie zepsuły. Były prawie idealne. Jednak są one przeznaczone tak naprawdę wyłącznie do szybkiej gry. Jeśli grasz więcej groove?ów albo chcesz operować dynamiką, na tych stopach będzie to znacznie trudniejsze niż na innych konstrukcjach. W przypadku Trick Pro V można powiedzieć, że jest to swojego rodzaju ogniwo pośrednie - podobnie, jak Axis posiada bezpośredni napęd, ale bijaki i platformy są tu nieco masywniejsze, przez co stopa ta stanowi wypadkową pomiędzy Axisami a DW. Pozostaje niezwykle szybka, ale jest też bardziej uniwersalna - właśnie dlatego postanowiłem się na nią "przesiąść". Poza tym to naprawdę solidna konstrukcja?

Talerze Meinl: Kiedyś, było to jakoś niedługo po wydaniu naszego drugiego albumu "As the Palaces Burn", podszedł do mnie Chris Brewer - przedstawiciel firmy Meinl w Stanach. Okazało się, że jest naszym gorliwym fanem i jednocześnie odpowiada za pozyskiwanie endorserów w Stanach. To było w czasach, gdy Meinl zaczął wprowadzać na nasz rynek więcej profesjonalnych modeli przeznaczonych do rocka, nie tylko niskobudżetowych serii dla początkujących. Dał mi trochę blach do ogrania, ale żadna mnie szczególnie nie zainteresowała. Grałem wtedy na talerzach Zildjiana, byłem z nich bardzo zadowolony i nie czułem potrzeby zmiany. Chris okazał się jednak niezwykle wytrwały. Nie chodziło mu o to, żeby wcisnąć mi byle gówno, ale żeby rzeczywiście zrozumieć, co i dlaczego nie odpowiada mi w oferowanych przez nich modelach. Trochę to zajęło, ale w końcu, spośród wielu różnych rodzajów i serii udało mi się dobrać taki zestaw, który mi odpowiadał, brakowało jedynie odpowiedniego ride?a. Ludzie z Meinla pomimo, że mogli zwyczajnie powiedzieć "masz wybrać coś z tego, co mamy i tyle", opłacili mi przelot do ich fabryki w Niemczech, żebym mógł bezpośrednio spotkać się z ich projektantami i opisać, czego potrzebuję. Na tej podstawie stworzyli całkowicie nowy projekt talerza. Takie zaangażowanie ze strony producenta było dla mnie naprawdę miłym zaskoczeniem, szczególnie, że w tamtym czasie w Europie, w Niemczech, prawie nikt jeszcze o nas nie słyszał. Ludzie patrzyli na mnie i pytali "Kto to, do cholery, jest?". Lamb Of God było już rozpoznawalną kapelą w Stanach, ale do Europy jeszcze nie dotarliśmy. Tym bardziej szanuję fakt, że mnie wsparli, szczególnie Chris, który wierzył we mnie od samego początku.


Czy pamiętasz ostatni raz, kiedy musiałeś zagrać na cudzym sprzęcie?


Jasne! Graliśmy koncert w Stambule w Turcji, to było jakiś tydzień temu. Ludziom z dystrybucji Mapexa nie udało się dostarczyć tam bębnów. Nie wiem dokładnie, co się przydarzyło. Są świetni, jeżeli chodzi o dowiezienie bębnów w niemal dowolne miejsce świata - udało im się w Rosji, udało w Indiach, ale z nieznanych mi przyczyn utknęli na cle w Stambule. Dlatego organizator wstawił zestaw zastępczy, to była chyba Tama Rockstar. Poza okazjonalnym ogrywaniem, nie miałem w przeszłości zbyt wiele do czynienia z bębnami tej firmy. Wielu moich przyjaciół, którzy grają na Tamie bardzo sobie tę firmę chwali. Rzeczywiście, to były całkiem przyjemne bębny. Nie sprawiały mi żadnych problemów podczas występu.


Jak w takim razie zareagowałbyś, gdyby w tej chwili wasz tour manager powiedział: "Przykro mi, Chris, ale dziś musisz zagrać na pożyczonej perkusji"?


To wcale nie byłoby tak niezwykłe, jak się może wydawać. Gramy bardzo wiele koncertów wyjazdowych i zwykle musimy zadowolić się tym, co dostaniemy do dyspozycji na miejscu. Oczywiście, jestem bardzo wybredny - większość perkusistów jest. Każdy woli grać na własnym sprzęcie i swoim ustawieniu, każdego dnia identycznym. Ja jednak tyle razy już się spotkałem z sytuacjami, gdzie słyszałem: "Tego i tego nie mamy, musisz sobie dać radę z tym, co jest", że mnie to w pewien sposób zahartowało. To nie dotyczy tylko samych bębnów, również hardware?u, stołków, pedałów itd. Po jakimś czasie przyzwyczajasz się, że nie zawsze masz swój ulubiony sprzęt, a koncert zagrać trzeba.


Wracając do twojego zestawu, to seryjny Saturn z klonowo-orzechowymi korpusami?


Tak jest!


Masz jeden zestaw koncertowy, który podróżuje razem z tobą, czy grasz na różnych w zależności od miejsca?


Mamy zestaw "A", który trzymamy w Stanach na potrzeby większych występów oraz zestaw "B", który stacjonuje w Londynie, i który służy podczas tras po Europie. Kiedy tu gramy, wozimy całość ciężarówką. Jeśli lecimy do takich miejsc, jak Australia, Indie albo Rosja, do której wyruszamy jutro, Mapex dostarcza własny egzemplarz na miejsce.


Wspomniałeś jednak, że nagrywasz  na zestawie Deep Forest. Ostatni album również?


Tak.


Dlaczego w takim razie nie grasz na nim również koncertów?


Z tej prostej przyczyny, że już go nie produkują. Co prawda, mógłbym poprosić o zrobienie drugiego na zamówienie, ale nie chcę nadwerężać życzliwości Mapexa. Raz zabrałem ten zestaw na trasę, w ramach której po raz pierwszy graliśmy na festiwalu Ozzfest. To był 2004 r. Po powrocie zobaczyłem, że wożenie odbiło się na stanie moich bębnów. Podczas trasy to nieuniknione, a one są tak piękne i tak wyśmienicie brzmią, że chciałem być pewny, że nie ulegną dalszym uszkodzeniom, a kiedy przyjdzie pora kolejnych nagrań, będą w doskonałej kondycji.


Kolejne pytanie dotyczy werbla, którego obecnie używasz. To w twojej karierze już drugi werbel Mapexa i powstał specjalnie z myślą o nagrywaniu albumu "Wrath"?


Pierwszy, który powstał jako model sygnowany, do tej pory też grałem na werblu fi rmy Mapex z tym, że był to seryjny Black Panther.


Co odróżnia ten nowy od starego?


Poprzedni miał korpus wykonany z klonu, a obecny z orzecha. Wymiary oba mają takie same, czyli 12 na 5,5 cala. Nowy ma też cieńszy, bo 5,1 mm korpus. Tak bardzo zakochałem się w brzmieniu moich bębnów z serii Deep Forest, że zapragnąłem mieć kompletny zestaw wykonany z drewna orzechowego. Z projektantami Mapexa wypróbowaliśmy szereg opcji grubości korpusu, ilości warstw, sposobu szlifu krawędzi itp. Testowanie różnych kombinacji zajęło około roku, ale w końcu udało się zbudować werbel, o który mi chodziło.


Muszę przyznać, że to naprawdę niezwykły instrument. Miałem okazję go testować dla "Perkusisty" i kiedy dowiedziałem się, że jest w sprzedaży, nie mogłem odmówić sobie zakupu. Wzbudza całkiem spore zainteresowanie. Szczególnie zabawnie wygląda postawiony obok innych "metalowych", głębokich werbli.


Dokładnie! Wielu perkusistów, z którymi gram na trasach, początkowo spogląda na niego z niedowierzaniem: "Co to za maleństwo?". Kiedy przychodzi do próby dźwięku dosłownie rozdziawiają gęby. Pytają mnie później po cichu, gdzie można dostać taki werbel (śmiech).


Myślisz, że ma szanse stać się sprzedażowym hitem? Ten model znalazł się w seryjnej produkcji i jest w dystrybucji również w Polsce.


Zgadza się, Mapex ma go w swojej ofercie. Z tego, co wiem, wyprodukowali dwie limitowane serie po 700 egzemplarzy. Wszystkie zostały już wykupione przez dystrybutorów. Nie wiem, czy planują produkować więcej.


Więc już niedługo może być ciężko go dostać?


Nie jest to wykluczone.


Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o drugim instrumencie, który powstał specjalnie na twoje potrzeby? Mam na myśli wspomniany już Meinl Pure Metal Ride. W przeciwieństwie do werbla to prawdziwy kolos...


No, jest dość masywny... (śmiech) Zdaję sobie sprawę, że zajmuje sporo miejsca w moim zestawie i nie do każdego ustawienia będzie pasował. Kiedy zaczynałem grać na perkusji, wyszperałem w którymś z komisów muzycznych 24-calowego Zldjiana A z lat 70?. Stał się on dla mnie wyznacznikiem tego, jak ride powinien brzmieć. Kiedy przesiadałem się na talerze firmy Meinl oczekiwałem, że mój nowy ride będzie jeszcze lepszy. Jak ci już mówiłem, projektanci Meinla podjęli się stworzenia od podstaw talerza na moje potrzeby. Przygotowali szereg prototypów, o różnych rozmiarach i wadze, ze stopów o odmiennych składach. W końcu udało im się wykonać ride, który zabrzmiał nawet lepiej niż mój stary Zildjian A. Po wszystkim powiedzieli mi, że z ilości stopu potrzebnej do wyprodukowania jednego egzemplarza można by odlać 800 talerzy typu "splash". Jego masa jest ogromna, ale za to jak brzmi! Podobnie jak werbel, jest wybitnie głośny, selektywny i przebija się przez niemal każdą ścianę dźwięku.


Czy wprowadzałeś jeszcze jakieś zmiany do swojego zestawu od czasu nagrania poprzedniego albumu?


W zasadzie nie. Od czasu przygotowywania materiału na "Sacrament" gram na takiej samej konfiguracji, oczywiście nie licząc nowego werbla i pedałów Trick.


A czy sam proces nagrywania "Wrath" różnił się od sposobu pracy nad poprzednią płytą? Czy tym razem waszym producentem był również Machine?


Nie, produkcję Wrath postanowiliśmy powierzyć Josh?owi Wibur?owi. To była świadoma decyzja. Z Machine współpracowało nam się wyśmienicie, wszyscy uważamy, że Sacrament to kawał dobrej roboty z jego strony. Jednocześnie podczas nagrywania tego albumu mieliśmy poczucie, że Machine ciągnie nas w kierunku, w którym nie do końca chcemy iść dalej. Nie zrozum mnie źle - ta produkcja bardzo nam się podoba, jednak z kolejnym materiałem postanowiliśmy powrócić do bardziej surowego, naturalnego brzmienia, bez różnych studyjnych trików, które tak lubi Machine. Właśnie dlatego wybraliśmy Josha - był młody i miał ogromną motywację, by nagrać metalowy album z prawdziwego zdarzenia. Właściwą pracę w studiu poprzedziliśmy długą, chyba sześciotygodniową sesją pre-produkcyjną, podczas której eksperymentowaliśmy zarówno z aranżacją samych utworów, jak i techniczną stroną nagrania - doborem i ustawieniem mikrofonów, ustawieniami instrumentów. Muszę przyznać, że Josh sprawił się doskonale. Odnośnie samego nagrania partii perkusyjnych - oparliśmy się na raczej tradycyjnych, sprawdzonych rozwiązaniach. Mieliśmy przy tym szczęście dysponowania naprawdę sporym budżetem, dzięki czemu ścieżki bębnów mogliśmy zarejestrować w legendarnym "Jimmy Hendrix Studio" w Nowym Jorku. Możliwość pracy w tym miejscu, szczególnie dla kogoś takiego, jak ja, kto wyrósł z kręgów podziemia i alternatywy, jest naprawdę wyjątkowym przeżyciem. Samo przebywanie tam, w sercu wielkiego, ruchliwego miasta, gdzie wręcz czuje się wibracje otaczających cię mas ludzi podziałało na mnie bardzo motywująco i energetyzująco.


Miało to przełożenie na brzmienie samej perkusji?


Josh odwalił kawał dobrej roboty, podobnie jak wcześniej Machine. Machine wkładał dużo wysiłku w kreatywną pracę z samym dźwiękiem, jego modyfikacją i przetwarzaniem. Bazę stanowiło naturalne brzmienie moich bębnów. Machine nie podmieniał go, jak to robią niektórzy, ale modyfikował m.in. poprzez dodawanie próbek innych dźwięków. Na przykład, na "Sacrament" do brzmienia bębna basowego dodał króciutką, dosłownie milisekundową próbkę dźwięku tłuczonego szkła, która podkreśliła i wyostrzyła atak. Stosował wiele takich trików. Josh miał inne, bardziej tradycyjne podejście. Jego najbardziej interesowało to, co da się wycisnąć z samego instrumentu, bez dodawania obcych dźwięków i głębokiej ingerencji w zarejestrowane ścieżki. Oczywiście operował equalizacją itp., dopasowując poziomy poszczególnych zakresów pasma tak, by osiągnąć oczekiwane brzmienie, ale wciąż było to brzmienie samego instrumentu.


Właśnie, powiedz, co ty sam uważasz na temat stosowania różnych chwytów i trików podczas nagrywania i produkcji - jak podkładanie próbek, czy wręcz programowanie całych partii perkusji? Obecnie dzięki technologii można zrobić niemal wszystko, co wpadnie do głowy.


To prawda, teraz wiele zespołów tworzy nowy materiał i rejestruje go w domu za pomocą komputera, jeszcze zanim wszyscy spotkają się na sali prób i ograją go razem. To bardzo ciekawe, ale też bardzo różne od naszego podejścia do tworzenia i grania muzyki. My zbieramy się przynajmniej we czterech, razem ogrywamy nowe pomysły, na bieżąco wymieniając się opiniami i uwagami w stylu "to mi się podoba, a to nie", "to bym zmienił, a to dodał". To bardziej naturalny, "organiczny" wręcz sposób robienia muzyki. Jednocześnie nie widzę niczego złego we wspieraniu się technologią. Oczywiście, o ile nie umieszcza się na nagraniu partii, których nie potrafi się samemu zagrać i nie wydaje albumu, którego twórcy nie są w stanie odtworzyć na żywo, przed publiką. Bo to jest jednak rodzaj oszustwa. Dlatego w Lamb Of God przykładamy ogromną wagę do aranżacji. Chcemy być pewni, że kompozycje, które decydujemy się wydać, wszyscy jesteśmy w stanie poprawnie zagrać podczas koncertów. Nie możemy sobie pozwolić na sytuacje, w których mielibyśmy wyjść na scenę nie czując się pewnie z tym, co mamy zagrać, albo ryzykując, że widzowie nie usłyszą tego, co usłyszeli na nagraniu.


Czy to prawda, że twoje sesje nagraniowe do "Wrath" były emitowane na żywo przez internet?


Zamontowaliśmy kamerki internetowe w pomieszczeniu, gdzie nagrywałem i w reżyserce, wszystko szło na żywo poprzez jeden z serwisów internetowych. Mieliśmy podobną możliwość przy nagrywaniu gitar, jednak panowie potrzebowali więcej prywatności, by móc skupić się na samym nagrywaniu, dlatego zrezygnowaliśmy z transmisji. W tym pomyśle nie chodziło o chęć uzyskania rozgłosu, zaimponowania komuś czy dodatkową reklamę. Ja po prostu ciągle pamiętam, jak jeszcze jako dzieciak uwielbiałem oglądać relacje z nagrań Megadeath i innych moich idoli. Jak cenne jest mieć szansę zajrzeć do studia i przekonać się, na ile to, czego słucham jest prawdziwe, jak cały proces w rzeczywistości się odbywa. Teraz, mając taką możliwość, chciałem uchylić rąbka tajemnicy i pokazać, jak to w moim przypadku wygląda od kuchni.


Podczas jednego z wywiadów powiedziałeś, że partie perkusyjne na "Wrath" są bardziej złożone i momentami trudniejsze do zagrania niż te na poprzednich albumach. Z której partii jesteś dumny najbardziej?


Kiedy o tym wspominałem, miałem na myśli fakt, że są one trudniejsze dla mnie samego. Każdy perkusista ma własny styl i sposób grania. Dla jednego trudne będzie to, dla kolejnego coś zupełnie innego. Pracując nad materiałem do Wrath skupiłem się na pracy rąk, ich szybkości, która nie należy do moich najsilniejszych stron. Postawiłem sobie za cel, bym po nagraniu mógł spojrzeć wstecz i dostrzec, że coś osiągnąłem, że moje umiejętności wciąż się rozwijają. Jest taki utwór: "In Your Words", drugi na płycie - gram w nim sporo krótkich, ale bardzo gęstych patentów. Kiedy się słucha, nagrania nie wybijają się może aż tak bardzo, ale nadal nie są dla mnie łatwe do czystego zagrania i przysparzają trochę emocji podczas koncertów. Jednocześnie jestem z nich bardzo dumny, bo wiem, że nagrywając poprzedni album nie byłbym w stanie ich zagrać.


Jak już wspomniałeś na początku, ostatnie parę lat spędziliście na niemal nieustannym koncertowaniu. Czy wydarzyło się coś, co zaryło ci się wyjątkowo głęboko w pamięć?


Ostatnio udaje nam się dotrzeć i występować w bardzo egzotycznych miejscach, w których jeszcze niewiele dużych zespołów się pojawia. To są naprawdę szalone koncerty. Pierwszy z takich występów graliśmy w Dżakarcie, stolicy Indonezji. Tak naprawdę, dopiero wtedy w pełni uzmysłowiliśmy sobie, jak daleko nasza muzyka dotarła. Tam praktycznie nie ma normalnego rynku muzyki w naszym rozumieniu. Nikt nie kupuje płyt, nie ma sklepów muzycznych. Mimo to, tego wieczora na nasz koncert przyszło 8-10 tysięcy osób. To działa na wyobraźnię! Z kolei na przedostatniej trasie odwiedziliśmy Filipiny. Na miejscu było podobnie - zero sklepów, nikt nie dystrybuuje naszych płyt, słowem wydawałoby się - tragedia. A na koncert przyszło 35 tysięcy osób. To był jeden show! Miazga! Byliśmy pod ogromnym wrażeniem tego, jak daleko nasza muzyka potrafi zawędrować, do ilu osób przemówić. Nawet w miejscach, w których nigdy wcześniej nie graliśmy i gdzie nie możesz legalnie kupić naszej płyty.


Czy od czasu waszej pierwszej trasy, zmieniło się coś w tym, jak postrzegasz bycie perkusistą, członkiem aktywnie koncertującego zespołu?


Od czasów całkiem pierwszej trasy (śmiech)? Hmmm... Tak naprawdę zmienia się to nieustannie. Przez pewien czas obserwując perkusistów innych zespołów, z którymi graliśmy, czułem jednocześnie przypływ motywacji, by pracować nad doskonaleniem swoich umiejętności, ale i rodzaj rozczarowania, że nie umiem różnych zagrywek czy technik, które inni opanowali. Teraz nie podchodzę to tego tak emocjonalnie. Kiedy widzę, że ktoś gra ciekawy patent, po prostu idę i proszę by, mi go pokazał. Podobnie dzieje się w drugą stronę. Myślę, że kiedy jesteś młodym muzykiem ci, którzy potrafi ą więcej, często zwyczajnie cię onieśmielają. Dopiero z czasem zaczynasz czuć się pewniej, otwierać na innych i wymieniać doświadczeniami bez postrzegania tego w kategoriach "lepszy - gorszy". To na pewno jedna z rzeczy, która się we mnie zmieniła - już nie traktuję innych muzyków jako konkurencji, a raczej jako źródło wiedzy.


Co uważasz za największe wyzwanie stojące obecnie przed tobą?


Jako muzyk, czy w życiu prywatnym?


Jako muzyk.


Myślę, że w dalszym ciągu wyzwaniem dla mnie jest to, by nie przestawać się rozwijać. By nie zatrzymywać się w miejscu, czy ulec pokusie spoczęcia na laurach. Jak widać, nie staję się coraz młodszy. Wiek powoli daje o sobie znać nam wszystkim, a granie metalu to zabawa dla ludzi młodych i pełnych sił. (śmiech) Oczywiście, przez cały ten czas, od kiedy ze sobą gramy nabraliśmy masę doświadczenia i rutyny w pozytywnym rozumieniu tego słowa. Nauczyliśmy się bardzo wiele i to niewątpliwie stanowi nasz atut. Jednak by utrzymać obecny poziom i zwyczajnie nie wypaść z gry, musimy nieustannie dbać o formę. Na całym świecie miliony 16-, 17-latków uczą się grać i zakładają zespoły. Skubańcy potrafią zaczynać naukę od utworów takich zespołów, jak Decapitated! To pokazuje, jak ogromne jest tempo, w którym rozwija się muzyka i sami muzycy. Ja, jako dzieciak zasłuchiwałem się i wzorowałem na Metallice czy SOD. Z tej perspektywy to, co gram może wydawać się szalone. Kiedy więc popatrzysz na współczesne dzieciaki, które wzorują się na nas i posłuchasz tego, co i jak potrafią grać, aż strach pomyśleć, co będzie, jak jeszcze podrosną i nabiorą doświadczenia. Musimy jakoś dotrzymać im kroku (śmiech).


Czy masz receptę, jak przetrwać ciągłe życie w trasie i nie zwariować?


W zasadzie nic wyjątkowego. Pilnuję, by codziennie wykonywać zestaw ćwiczeń, organizować sobie jakieś zajęcia i nie siedzieć non-stop w klubach czy autokarze. Staram się zawsze wyjść na miasto i choć trochę pozwiedzać. Kluby, szczególnie te metalowe, potrafią być nienajlepszym miejscem do relaksu. Zwykle jest tam głośno, ludzie się krzątają, noszą sprzęt, krzyczą. To na dłuższą metę potrafi irytować i nastrajać negatywnie. Dlatego staram się dobrze zjeść i uciec w miejsce, gdzie mogę trochę przewietrzyć umysł, pomyśleć o domu. Oczywiście, oprócz tego warto pilnować, by nie mieć zbyt dużego kaca następnego dnia (śmiech). Z jednej strony zawsze ma się ochotę trochę poimprezować, ale kiedy parę dni z rzędu po obudzeniu czujesz się jak szmata, to potrafi poważnie wpłynąć na twój nastrój, wydolność i morale całego zespołu. Dlatego, niezależnie od tego, jak to zabrzmi - warto zadbać o swoją fizyczną i psychiczną kondycję.


Czas przeznaczony na naszą rozmowę powoli dobiega końca. Zza ściany słyszę próbę dźwięku. Ostatnie pytanie o twoje marzenia - co jeszcze chciałbyś osiągnąć?


Najważniejsze, by dalej udawało się nam wydawać albumy, z których będziemy dumni. Utrzymać własny kierunek i styl. Nie ulec komercji i nie "zmięknąć". Pragnę dalej tworzyć muzykę, ale chcę też byśmy w zespole byli ze sobą szczerzy i kiedy dojdziemy do momentu, w którym nie będziemy potrafili już stworzyć materiału, który będzie lepszy od poprzedniego - to po prostu skończymy. Wiem, że gdyby przyszło zakończyć działalność Lamb Of God dzisiaj, bylibyśmy dumni ze wszystkich naszych dokonań. Nie chcę, by kiedykolwiek się to zmieniło. Mam nadzieję, że uda nam się nagrać i wydać kolejne płyty, co najmniej tak dobre, jak ostatnia i że będziemy mogli kontynuować niesamowitą podróż po świecie, by dzielić się naszą muzyką. Jesteśmy nieprawdopodobnymi szczęściarzami, że możemy robić to, co robimy. Oczywiście miewamy lepsze i gorsze dni, ale zawsze pamiętamy, jak niewielu udaje się dotrzeć do etapu, na którym teraz jesteśmy.


Będę więc trzymał kciuki. Dzięki, Chris, za rozmowę i życzę powodzenia na dzisiejszym koncercie.


To ja dziękuję za wywiad! Pozdrawiam wszystkich czytelników "Perkusisty"!


Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama