" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Axel Sjöberg (Graveyard)

Dodano: 14.03.2011

Po wydaniu debiutanckiego albumu trzy lata temu, Graveyard szturmem wdarł się do czołówki retro rockowych kapel. "Hisingen Blues", kolejna płyta Szwedów, która niebawem pojawi się w sklepach, bez wątpienia potwierdza obecny status bandu.

Zespół podpisał kontrakt z wydawniczym (choć wciąż niezależnym) gigantem i z nadzieją patrzy w przyszłość. Czas pokaże, czy sformalizowane reguły muzycznego biznesu i vintage?owy rock faktycznie mogą iść ze sobą w parze. O nowym krążku i paru innych kwestiach rozmawiamy z Axelem Sjöbergiem, perkusistą Graveyard.

Kiedy miałem okazję widzieć Was w akcji na Roadburn AD 2010, odniosłem wrażenie, że jesteś najbardziej dynamiczną osobą w Graveyard. Reszta chłopaków wyglądała na nieśmiałych, a w szczególności ustawiony bokiem do publiczności, mocno spłoszony Joakim (Nilsson - wokal, gitara). Kto jest liderem, jeśli w ogóle macie głównodowodzącego?


Rikard (Edlund - bas) jest chyba najbardziej towarzyski i otwarty z nas wszystkich. Nie wydaje mi się, by kogokolwiek w Graveyard można było nazwać liderem. Po prostu, wszyscy jakoś dzielimy się obowiązkami, każdy odpowiada za coś innego. Można przyjąć, że panuje demokracja (śmiech).


Wasze sesje foto też sugerują, że raczej nie przepadacie za całą tą nie-muzyczną otoczką, związaną z funkcjonowaniem zespołu. Dobrze obrazuje to choćby zdjęcie, które trafiło na 7" picture "Hisingen Blues". Wyglądacie na nim, jakbyście chcieli zwiać sprzed obiektywu...


(Śmiech) no cóż, może faktycznie czujemy się pewniej grając muzykę, niż pozując do zdjęć...


Jak doszło do podpisania papierów z Nuclear Blast? Przyznam, że osłupiałem na wieść o tym fakcie.


Wierz mi, że my również byliśmy tą ofertą mocno zaskoczeni. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie do tej pory spotkały ten  zespół. Ten kontrakt to zasługa naszego managera. Wygląda na to, że Nuclear Blast postanowiła poszerzyć swoje muzyczne horyzonty i rozwinąć stajnię.


Jakie macie oczekiwania względem tej współpracy?


Na pewno niemałe, ale zdajemy sobie też sprawę, że wytwórnia ma określone wymagania w stosunku do nas. Można chyba powiedzieć, że łączy nas wspólny cel, pod tym względem nasze wzajemne relacje wydają się być równoważne. Jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z Niemcami i z tego, co ludzie z NB dla nas robią.


Kto w zespole odpowiada za muzykę, która wypełnia "Hisingen Blues"? Kto pisał teksty?


Nie obowiązuje u nas żaden ścisły podział ról, wszyscy angażujemy się w poszczególne sfery istnienia i funkcjonowania zespołu. Każdy z nas tworzy liryki, każdy angażuje się w proces komponowania utworów, chociaż rzecz jasna nie każdy w ten sam sposób. Bardzo często razem gramy, improwizujemy, etc. Przeważnie jest tak, że jeden z nas poddaje zasadniczy motyw czy ogólny pomysł na utwór, a nad ich ostatecznym kształtem pracujemy zawsze razem.


Kto w takim razie jest, powiedzmy, najbardziej twórczy?


Nie jest tak, że ktokolwiek gra pierwsze skrzypce. Chodzi mi o to, że za każdym razem któryś z nas daje główny pomysł, ale z drugiej strony nikt konkretny tu nie dominuje. Wszystko zależy od utworu. W pracę nad materiałem zaangażowani jesteśmy generalnie wszyscy, chociaż ja na przykład nie mam na koncie żadnych riffów.


"Hisingen Blues" to wspaniała rzecz, ale pewnie nie muszę ci tego mówić?


(Śmiech) i co ja mam na to odpowiedzieć, żeby nie zabrzmieć jak ostatni pretensjonalny dupek? Przyznaję, jesteśmy szczerze dumni z nowej płyty, jak również z pracy, którą wykonał dla nas Don Alsterberg.


To fakt, Don Alsterberg (producent) raz jeszcze odwalił kawał dobrej roboty. "Hisingen Blues" brzmi bardzo organicznie i czysto. Właśnie taki efekt chcieliście osiągnąć?


Zdecydowanie tak. Daliśmy Donowi w miarę wolną rękę, jeśli chodzi o pracę nad brzmieniem, a później po prostu wymieniliśmy się wrażeniami, spostrzeżeniami i dopracowaliśmy szczegóły.


Mam jednak wrażenie, że partie perkusji zostały nieco schowane. Takie było założenie? To miał być gitarowy album?


Cóż, powiedzmy, że Don jest generalnie zwolennikiem melodii, a bębny nie są jednak szczególnie 'melodyjnym' instrumentem, zwłaszcza w zestawieniu z gitarami, haha. Tak czy owak, na następnej płycie na pewno będzie więcej perkusji.


Czy Don Pierre Studios, gdzie rejestrowaliście materiał, znajduje się na wyspie Hisingen, stanowiącej część Göteborga? Stąd taki a nie inny tytuł płyty?


Nie, studio Dona znajduje się zupełnie gdzie indziej, w starej, industrialnej części miasta. Jeśli chodzi o wyspę Hisingen, to owszem, ma bardzo wiele wspólnego z tytułem krążka. Rikard mieszkał na tej wyspie, kiedy napisał tekst do utworu tytułowego. Hisingen pełna jest miejsc o szczególnym uroku, panuje tam jedyna w swoim rodzaju, szczególna atmosfera. Możesz ją odnaleźć także w muzyce. Jonatan (Ramm - gitara) wciąż tam mieszka.


Czy przy rejestracji "Hisingen Blues" używałeś swojego starego zestawu Rogersa? Nie jest on chyba szczególnie rozbudowany?


Korzystałem z kilku zestawów: dwóch zestawów Rogersa, starego Premiera oraz Ludwiga. Nie oznacza to, że cały ten stuff należy do mnie, mówię tylko, że nagrywałem materiał używając tego i owego. Różne rozmiary bębnów, różne naciągi.


Jakich naciągów i talerzy używasz?


Do tomów stosuję naciągi Ambasador i Emperor, CS na werbel, a do bębna basowego jeszcze coś innego. Talerze - Paiste Giant Beat oraz seria 2002.


Jak to się stało, że zacząłeś grać na perkusji? Dlaczego wybrałeś akurat ten instrument?


Tak jakoś wyszło. Byłem wtedy dzieciakiem, a bębny po prostu przypadły mi w udziale w pierwszym zespole, w który się zaangażowałem. Ogólnie rzecz biorąc, czysty przypadek.


Jak wyglądał twój pierwszy zestaw? Ile miałeś lat, kiedy zacząłeś swoją przygodę z perkusją?


To był jakiś marny sprzęt, naprawdę podłej jakości. Nie pamiętam już nawet dokładnie, jak się nazywał. Zresztą, w tamtym czasie nie interesowało mnie to szczególnie, grałem na nim wtedy bardzo kiepski punk.


Co to był za zespół?


(Śmiech) ten rozdział został bezpowrotnie zamknięty i niech takim pozostanie. Powiem tylko, że miałem wówczas trzynaście lat i grałem naprawdę marnego punk rocka. Nie ma się czym chwalić.


Twoi perkusyjni idole?


Mitch Mitchell, Bill Ward, bębniarz HP Lovecraft, pewien młody gość, który grał z Santaną na Woodstock. Dave Lombardo rzecz jasna, a poza tym najróżniejsi perkusiści jazzowi oraz każdy inny bębniarz, którego mam okazję widzieć na żywo i który swoją grą przyciąga uwagę otoczenia. W ten sposób, obserwując dobrych, sprawnych perkusistów najprościej jest nauczyć się nowych rzeczy czy podpatrzeć jakieś ciekawe patenty.


Część utworów wypełniających "Hisingen Blues" powstała jakiś czas temu. "The Siren" i "Ungrateful Are The Dead" graliście na żywo już w 2008 roku, nie tak? Jak wygląda sprawa z pozostałymi kompozycjami?


Zawartość albumu jest rzeczywiście bardzo zróżnicowana. Niektóre kawałki są, tak jak mówisz, bardzo stare. Inne świeżutkie, jak poranna rosa.


Powiedz parę słów na temat powstania "Longing". Ma bardzo westernowy charakter, a gwizdane partie przypominają mi ścieżki dźwiękowe Ennio Morricone.


"Longing" w przeważającej części powstał w trakcie pracy w studio. Najpierw tylko jako szkic, ogólny zarys, na którym później zbudowaliśmy pełną strukturę utworu. Wstępną wersję kawałka zaprezentowaliśmy następnie naszym przyjaciołom - Nilsowi i Petrusowi - którzy dodali do niego fortepian i organy. Uważam, że zawarcie na płycie takiego instrumentalnego kawałka było bardzo dobrym pomysłem, to taki rodzaj odskoczni na tle reszty materiału.


Winylowy singiel "Hisingen Blues", prócz utworu tytułowego, zawiera kawałek "Granny And Davis". To również nie jest całkiem nowa kompozycja, odgrywaliście ją na żywo sporo wcześniej, prawda? Dlaczego zdecydowaliście się umieścić ten utwór na siedmiocalówce, czemu nie trafił na płytę?


To bardzo przyzwoity kawałek, ale naszym zdaniem zupełnie nie pasował do ogólnej koncepcji długograja, nie komponował się z pozostałymi trackami. Materiał, który trafia na płytę trzeba rozpatrywać jako całość. Zależało nam na tym, by nagrać dobry album, który stanowiłby spójną kompozycję, a nie tylko składał się z dobrych, ale jednak pojedynczych piosenek, z których każda żyłaby własnym życiem. Na pewno w każdym razie będziemy grać ten utwór na żywo, promując "Hisingen Blues".


To, jak na was, piosenka dość nietypowa. Dość krótka, szybka, z melodią opartą na rytmie boogie. Powiedz, jak nowa wersja ma się do tej starej?


Właściwie niewiele się od niej różni. W wersji zawartej na albumie zawiera partie pianina utrzymane w szaleńczych tempach (tu również zagrane przez Nilsa Dahla) i ma nieco zmienioną strukturę. Generalnie jednak brzmi mniej więcej tak samo. Kiedy gramy go na żywo, wypada bardziej dziko, z pazurem.


Digipackowa edycja nowego krążka została wzbogacona o dodatkowy track, zatytułowany "Cooking Brew". Promocyjna wersja płyty, udostępniona przez wytwórnię, nie zawiera tego utworu. Mógłbyś powiedzieć coś więcej na jego temat?


To kawałek utrzymany w klimacie starego, klasycznego bluesa, z domieszką psychedelii. Taka kojąca piosenka.


W trailerze zapowiadającym album wykorzystaliście m.in. ujęcia z filmów Jodorowsky?ego. Skąd ten pomysł?


Po prostu mamy skłonność do niesamowitych, dziwacznych rzeczy, a jego "Holy Mountain" taki właśnie jest.


Okładka do "Hisingen Blues" jest naprawdę świetna. Jak nawiązaliście kontakt z Ulfem Lundénem, który odpowiada za jej projekt?
 

Ulf to nasz stary, dobry kumpel. Gra na basie w zajebistej kapeli - Bombus (http://www.myspace.com/bombusmusic). Gość ma niecodzienną, przebogatą wyobraźnię. Jeśli chodzi o okładkę, bardzo trafnie odczytał nasze intencje. Cała reszta to również dzieło naszych przyjaciół. Martin Hultqvist i ja mieszkaliśmy kiedyś razem, Sebastian z kolei robi świetne tatuaże, a przy okazji tworzył i wciąż tworzy dla nas cały merch Graveyard. Jak widać, bardzo sobie cenimy współpracę w przyjacielskim gronie.


Wasze dalsze plany? W kwietniu ruszacie w trasę po Europie. Co potem?


Dalej będzie mniej więcej to samo. Zamierzamy grać, grać i grać. Przede wszystkim planujemy sporo występów w samej Szwecji (w maju i czerwcu), później jeszcze szwedzki Sonisphere oraz inne festiwale.


Poza Graveyard, udzielasz się też w Spiders. Powiedz parę słów o tej kapeli. Dlaczego zdecydowaliście się na wokalistkę?


(Śmiech) właściwie dopiero co od nich odszedłem. Spiders muszą niestety rozejrzeć się za nowym perkusistą, znaleźć kogoś, kto będzie miał czas grać z nimi koncerty. Ja jestem teraz zbyt zajęty w Graveyard. To naprawdę świetny zespół, fantastyczni ludzie, między innymi John Hoyles, który szarpał struny w Witchcraft. Jakieś 5 tygodni temu Spiders wydał 10" epkę, cały nakład w liczbie 700 sztuk wyprzedał się na pniu. A dlaczego nie mielibyśmy mieć kobiety za mikrofonem? Po pierwsze, kobiet w muzycznym biznesie jest wciąż niewiele, a ta dziewczyna wokalnie bije na głowę większość facetów. Wierz mi, ona jest jak pieprzony huragan, łamie ludziom serca. Każdemu, kto ją zobaczy, dosłownie opada szczęka.


Wielkie dzięki za poświęcony czas!


To ja dziękuję!


Szymon Kubicki
Małgorzata Napiórkowska-Kubicka



Graveyard -
"Hisingen Blues"

Najnowszy album Graveyard to bez dwu zdań jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier 2011 roku. Oczekiwanie podszyte było jednak pewnym niepokojem, wszak ni stąd ni zowąd Szwedzi podpisali kontrakt z Nuclear Blast.

Szczerze mówiąc, bardziej spodziewałbym się, że władne służby załatają w drodze wszystkie dziury, które chcąc nie chcąc zmuszony jestem codziennie omijać slalomem w drodze do roboty, aniżeli tego, że niemiecki moloch pochyli się nad tego rodzaju zespołem. Jasne, że Graveyard, obok Witchcraft, to absolutna ekstraklasa, nazwijmy to ?retro rocka?, ale to przecież wciąż niszowe granie. Fakt, modniejsze niż jeszcze parę lat temu (choćby wtedy, gdy na rynek trafił debiut kapeli), ale w dalszym ciągu o raczej wątpliwym potencjale komercyjnym. Jak będzie wiodło się Szwedom pod skrzydłami Nuclear Blast, czas pokaże, wydaje się jednak, że póki co wytwórnia wierzy w swych nowych podopiecznych. I, przynajmniej na razie, naprawdę stara się chłopaków promować.

Wróćmy jednak do muzyki, bo to przecież o nią, nie o barwy klubowe chodzi. Zwłaszcza, że (na szczęście) "Hisingen Blues" nie nosi żadnych znamion jakichkolwiek artystycznych kompromisów, wymuszonych przez nowy label. Bez owijania w bawełnę - krążek jest znakomitym, w pełni godnym następcą spektakularnego debiutu. Nie wyobrażam sobie, by mógł nie przypaść do gustu tym, którym spodobał się wcześniejszy "Graveyard". Słucham tej płyty maniakalnie od dłuższego czasu i za cholerę nie mogę przestać. Tak właśnie powinien brzmieć retro rock w najlepszym wydaniu. Wszystko jest tu na swoim miejscu i takie jakim być powinno; a przy okazji bez niemiłych niespodzianek, shitty-hitów do radia i gładkich piosenek.  

Graveyard nie wymyślił niczego nowego, raczej rozwinął wcześniejsze pomysły, ale nadał im przy tym nowej energii i niesamowitego kolorytu. Ciekawostką jest choćby bardzo filmowy, instrumentalny "Longing", któremu westernowego charakteru przydały znakomite partie gitary, a przede wszystkim charakterystyczne, gwizdane partie, niczym w "Za garść dolarów więcej" czy innym soundtracku Morricone. Wciąż zdarzają się też łudzące podobieństwa do twórczości wspomnianego już Witchcraft, ale to tylko fragmenty.

"Hisingen Blues" to materiał kompletny; arcydzieło tej stylistyki, w której zresztą karty rozdają przede wszystkim Szwedzi. Po rewelacyjnym Lonely Kamel z ubiegłego roku, kolejna perła gatunku. Polecam. 10/10

Szymon Kubicki

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama