O stanie polskiego bębnienia cz. 3. Inferno

Dodano: 18.06.2009

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Zapraszamy na spotkanie z najlepszym perkusistą roku 2008 według czytelników magazynu Terrorizer - Inferno.

Jedni ich kochają, inni nienawidzą. Bez względu na to nazwa tego zespołu znana jest nie tylko Polakom. Behemoth to w chwili obecnej nasza najbardziej znana kapela na świecie. Nie jeżdżą do Stanów, by po powrocie lansować się, że zagrali dwa koncerty w klubach polonijnych. Bardzo mocno przyczynił się do tego stanu rzeczy perkusista zespołu Behemoth - Inferno czyli Zbyszek Promiński. Zawsze gdzieś obok, w cieniu, spokojny, skoncentrowany, gotowy do przeprowadzenia czystki w głowach zgromadzonej publiki. Cytując Nergala - frontmana zespołu - Zbylo odwala "robotę galerniczą". Gdy się jednak przyjrzeć bliżej to okazuje się, że tę "galerę" potrafi poprowadzić lepiej i sprawniej niż niejeden silnik motorowy nowoczesne łodzie.

Zespół jest w trakcie przygotowań materiału na kolejną płytę. Złapałem więc Inferno w ich sali prób, która znajduje się w... szkole! Tak, moi drodzy. Najbardziej znany polski zespół przygotowuje się do nagrań w specjalnej sali prób, znajdującej się na terenie szkoły. Gdy tylko cichnie gwar szkolny, kończą się lekcje religii, na zajęcia praktyczne wpada czwórka Behemoth.

Poprzeczka ustawiona jest wysoko, ponieważ krążek Apostasy odniósł duży sukces, lokując zespół w czołówce kapel grających "grzmot"- jak to zwykł mawiać Inferno. Mimo to  perkusista Behemoth to człowiek, o którym nie za wiele wiadomo. Okazuje się, że ten skromny facet to odpowiednik Dr Jekyll - Mr.Hyde. Gdy rozmawiamy, nie ma praktycznie momentu, byśmy nie wybuchali śmiechem (widać to poniżej), natomiast za bębnami dochodzi do swoistej transformacji - prawdziwe inferno!

Znany z przeraźliwego ciosu i zawrotnych prędkości budzi uznanie wśród perkusistów, lubiących ekstremalne tempa i szybką zabawę na dwa kopy. Na pewno fani jazzowych klimatów nie są usatysfakcjonowani takim stylem gry. No, ale cóż, każdy wybiera miejsce dla siebie i  tam, gdzie się znajdzie, powinien wykonywać swoją robotę dobrze. Inferno wykonuje ją bardzo dobrze, rzekłbym piekielnie dobrze....

Na czym zaczynałeś grać? Na Polmuzie?

Trafiłeś... Tylko to było dostępne w domu kultury w tamtych czasach. Przez kolejne pięć lat ten Polmuz zmieniał się na lepszy-gorszy w zależności, czy sala spłonęła, czy ją okradli (śmiech).

Kiedy i czemu zacząłeś grać?

Miałem 13 czy 14 lat. Oczywiście dzięki muzyce.

Konkretny czad?

No, tak mi już zostało. Nie sądzę, żeby się zmieniło (śmiech). Slayer, Sepultura i inne "ataki". Człowiek starał się grać, ile wlezie, żeby próbować dorównać mistrzom.

Kto to był? Lombardo...

No tak, jeszcze Pete Sandoval, wczesny Morbid Angel. Do dzisiaj są wspaniali i radzą sobie doskonale mimo upływu lat. Sandoval ma 43 lata, a siada za bębny i jest totalny młyn.
Też tak chcę w jego wieku.

W rodzinie masz lub miałeś kogoś, kto grał?

Tak, pradziadek grał na skrzypcach, był sołtysem we wsi (śmiech). Nie no? Ojciec grał na bębnach przez rok czy dwa w zespole szkolnym, a moja matka tam śpiewała. W ten sposób się poznali. Później z muzyką nie mieli zbyt wiele wspólnego i w sumie nic mi nie przekazali. O ich muzycznej przeszłości dowiedziałem się z 10 lat temu, kiedy już grałem.

Grywałeś w domu?

Zapisali mnie do muzycznej, za gówniarza, na fortepian i obowiązkowy akordeon, ale szybko stamtąd wyciąłem, bo uczył mnie organista (śmiech).

No jasna sprawa. Czyli chęć do gry wyszła u ciebie przez słuchanie muzyki?

Tak. I towarzystwo. W domu kultury działała taka kawiarnia, gdzie schodziło się całe tałatajstwo. Istnieje nawet do dzisiaj. Tyle, że funkcjonuje już jako normalna knajpa. Wcześniej było to związane z domem kultury. Był dyskusyjny klub filmowy, gdzie gawiedź się zbierała. Nawet, gdy nie działo się nic, to i tak siedzieli i puszczali swoją muzę. No i ja też tam trafiłem.

Miałeś zestaw w domu?

Nie, nigdy. Chodziłem tylko do domu kultury. Uciekałem z lekcji, żeby grać. Zespoły miały później próby, więc nie dało się grać. W związku z tym, trzeba było się szybko wbijać i kombinować.

Jak  zaczynałeś ćwiczyć?

Głównie poprzez samo granie. Jakieś drobne wprawki też ćwiczyłem, ale tak naprawdę głównie grając. Zarówno ręce i nogi?

Uczyłeś się u kogoś grać?

Nie, jestem samoukiem. Pierwsze bity pokazał mi Lewy, gość, który sobie pogrywał w Domu Kultury - pozdrawiam - potem już sam walczyłem. Miałem kiedyś szkółkę Piotrowskiego na kasecie i to wszystko. Nawet nie pamiętam, co tam było. Grało się z zespołami z kaset. Brało się walkmana, kasetę i heja! 

Rodzice nie mieli nic przeciwko twojemu graniu, muzyce?

Nie. Nie mieli nigdy nic przeciwko. Babcia mnie wspierała bardzo w tym czasie i nigdy nie wyrażała sprzeciwu. Wiesz, to było obce, więc niektórzy się bali. Ludzie nie wiedzieli po prostu, co to jest heavy metal, koledzy wyglądający nieprzyzwoicie itd.

Pierwsze twoje nagrania z Damnation to w Polsce okres mocnego działania sceny podziemnej. Uczestniczyłeś w tym?

Niejeden smarował wtedy znaczki mydłem (śmiech). Ziny były wtedy podstawową prasą. Gdzie mieli o tobie napisać? Teraz, kiedy zespół wydaje płytę to normą jest, że wydawca dba, by wywiady poszły do poszczególnych magazynów. Tutaj działało się na własną rękę i  współpracowało z zinami. Cały ten klimat. Oczywiście kasety, bo płyt nie było albo dopiero wchodziły. Ludzie przerzucali się hasłami, kto jest pozerem, a kto nie i takie tam inne tematy...

Jak wspominasz Damnation? Szkoła?

Powiem ci, że z perspektywy czasu bardzo fajnie. Cieszę się, że tam trafiłem, głównie dzięki Bartkowi - gitarzyście, z którym teraz gram w zespole Azarath. Tak się złożyło. Wiesz, ja wtedy byłem totalnie niedoświadczony. Graliśmy cały czas w domu kultury w Tczewie. Pewnego dnia zadzwonił i zapytał, czy bym nie chciał pograć. W ogóle się nie zastanawiałem, pojechałem do Sopotu na próbę i tak zostało. Po paru miesiącach byliśmy w studio w Łodzi. To było jakoś tak w marcu... chyba 1996 rok...

Zgadza się.

O patrz, to pamiętam (śmiech).

Jak wspominasz pierwsze nagrania w studio?

Rewelacja. Kompletnie nie wiedziałem wtedy, o co chodzi. Dostałem takiego starego Ludwiga od Roberta Hajduka. Wielkie kotły, głębokie, a ja taka kruszyna 17 lat i weź tu naparzaj, no, ale poszło. Myślę nawet, że całkiem fajnie jak na tamte czasy i na pewno nie wstydzę się tamtego nagrania. Od tego zaczęła się moja profesjonalna przygoda z muzyką. Od tamtego czasu nie robię nic innego poza grą.

Jak trafiłeś do Behemoth?

Mieliśmy próby w tej samej sali - Damnation i Behemoth, w szkole. Dziś też siedzimy w szkole (śmiech).

Wcześniej się uciekało z lekcji...

No tak, to teraz trzeba nadrabiać (śmiech). Do dziś utrzymuję z byłym perkusistą Behemoth świetny kontakt. Cały czas działa, jeżeli chodzi o muzykę. No, a w tamtych czasach mieli różne wizje odnośnie kierunku działań zespołu. Rozeszli się, jakby to powiedzieć - za porozumieniem stron. Bez żadnych krzywych akcji. Dostałem telefon od Adama (Nergala - przyp. red.) i co mi zostało...? Zgodziłem się. W tym czasie wiedziałem, że wraca do składu Damnation były perkusista więc, żeby nie siedzieć bezczynnie na tyłku, nie zastanowiłem się ani przez chwilę. Był nawet specjalny koncert pożegnalny. Cała roszada odbyła się więc na bardzo koleżeńskich zasadach.

Swój pierwszy koncert pamiętasz?

Tak...

Oho, widzę w oczach niepokój...

To był koncert w remizie strażackiej w Czarnej Wodzie... Mówię prawdę. Czarna Woda, remiza strażacka, spęd kapel thrash/death metalowych i ja ze swoim jednym z pierwszych bandów - Delirium. Graliśmy jeszcze w zespole szkół ekonomicznych na sali gimnastycznej. Były trzy kapele - jedna skinheadowska, jedna punkowa i jedna deathmetalowa, w 1992 albo 93 roku. Chyba nie potrafiłem zagrać nic sensownego w tym czasie. Mieliśmy taki skład z domu kultury i z nim przysunęliśmy ten koncert. Później około 1994 roku załapaliśmy się na dwie ostatnie edycje DRAMY w Pruszczu Gdańskim.

Jakieś wspomnienia z show w Czarnej Wodzie?

Pamiętam, że koleżanka chciał przejść nielegalnie na teren remizy, a płot był z kolcami i przebiła sobie całe udo.

To mocno krwisty klimat...

Tak, okrutny. To były te czasy. My byliśmy najmłodsi i jeździła z nami metalowa banda z Pelplina. Wydziarane typy. Czarna Woda była później w 1993 roku, tak więc pierwszy był ten ekonomik.

Jaka była reakcja belfrów, uczniów?

Ta szkoła była najbardziej tolerancyjną. Nie było żadnego problemu. Młodzież siedziała, patrzyła, pukała się w głowę albo nie. Kolesie wyszli i ryknęli, przycięli parę nieudolnych blastów i spoko(śmiech)!

Masz nagrania z tamtego okresu?

Mam Delirium z 1994 roku z Wielkiej Orkiestry. Nawet spoko chodzi, nagrane z konsolety. Kartofle się tłuką, ale jest klimat. Były tam cykliczne imprezy, które się nazywały "Kaszana" i przyjeżdżały kapele pokroju Smar SW i jakieś takie... Był więc spęd wszystkich lokalnych zespołów. Przyjeżdżało kilkaset irokezów, masakra! Człowiek był knypkiem, bujał się tam z tymi wszystkimi kolesiami i robił duże oczy.

Kiedy przychodziłeś do Behemoth, zespół  miał już wtedy jakiś dorobek..

Poznałem ich, jak wydali demo? From the Pagan Vastlands. Generalnie siedziałem w bardziej ambitnej muzie, jeżeli chodzi o grzmot, jeśli mogę się tak wyrazić (śmiech). Morbid Angel, Possessed, tematy bardziej death metalowe, bardziej techniczne mi odpowiadały. Ale klimatu nie można było chłopakom odmówić, poznaliśmy się i tak to się rozwinęło. Jakbym miał zamienić to na inne zajęcie, to bym nawet nie szukał...

Robisz to, co lubisz i robisz to dobrze?

Staram się przynajmniej.

Czytelnicy Terrorizer docenili to ostatnio.

To chyba sen. Nie mogę w to uwierzyć. Wspaniały prezent na nowy rok.

Zostałeś uznany najlepszym perkusistą metalowym 2008 roku.

Bardzo miło... Nie wiem nawet, co powiedzieć. Zwłaszcza, że jest cała masa o wiele lepszych i bardziej zasłużonych bębniarzy... Brak mi słów.

Jest u nas w kraju sporo młodych pałkerów, grających  w tym stylu.

Widziałem paru. Oj, czeszą tak, że to szok. Mają teraz pole do popisu. Wbijają sobie w Youtube nazwisko danego pana, patrzą jak gra, co robi. To duże ułatwienie. Wcześniej nie było internetu jako takiego i trzeba było do wszystkiego samemu dochodzić, cofać po kilkadziesiąt razy kasetę i rozkminiać - jak on to zagrał?

Pierwsze koncerty z Behemoth.

W 1997 roku, to była trasa z Disaster po Niemczech. W małych klubach na 100 - 200 osób. Bardzo fajnie. Rewelacyjny klimat. W tamtym czasie czuć było jeszcze bardzo dużą różnicę między Polską a Niemcami. Ogólnie Polską a Europą. Jechało się pociągiem do granicy, później do Berlina i tam jeszcze ktoś cię odbierał jakimś starym Wartburgiem. Blachy w torbach, bo caseów nie było, kable w siatkach czyli tzw. klasyk (śmiech). Chociaż pamiętam, że było gdzie spać. Całkiem fajnie zorganizowane to było. W Polsce koncerty organizował wtedy Vox Mortis. Graliśmy z Limbonic Art. z Hale. Fajny czas.

O właśnie. Mitlof z Hate gra teraz w Riverside. Co o tym sądzisz?

Myślę, że się realizuje i jest szczęśliwy. Naprawdę, to muzyka ambitna. Cieszę się, że tak się stało. To bardzo wartościowy zespół, świetnie sobie radzą.

Pierwsze nagrania z Behemoth?

Bewitching the Pomerania podczas wspólnej sesji z Damnation, które nagrywało mini album. My trzy numery, oni cztery, poszło z kopyta. Spotkaliśmy się jeszcze razem w studio podczas nagrań piosenek na album w hołdzie KAT Czarne zastępy.

Przyczyny założenia zespołu Azarath?

Chodzą mi po głowie różne dźwięki. Potrafię znaleźć je na gryfie i chociaż marny ze mnie gitarzysta, to chciałbym te dźwięki zarejestrować i zrealizować się w tworzeniu czegoś własnego. Dźwięki Azarath są trochę zbyt brutalne w porównaniu do Behemoth. W tej chwili połowę materiału robi Bartek, świetnie się nam razem pracuje. I tak już zostało.

Jest sobie ten Azarath i raczej szybko nie zginie. Kończymy właśnie nagrywać płytę. Jutro nagrywamy wokale, solówki i tłum. Mamy tam takie straszne refreny i muszę, jak najwięcej osób zebrać, żeby powtarzali sentencje i fragmenty refrenu. Tak, żeby było wrażenie około dwustu osób powtarzających, jak szare owce. Pójdzie to na podkład. Wydawcą na Europę jest Agonia, na  Stany - Deathgasm, premiera już w kwietniu.

Tytuł Praise the beast.

Tak. Chyba nie muszę nic dodawać (śmiech).

Jest jeden zespół, który nie bardzo tu pasuje - w twojej dyskografii - Artrosis.

Pochodzą z tego samego miasta, co Witchmaster. Ekipa bardzo mocno się kumplowała i potrzebowali koniecznie perkusisty, który nagra im ścieżki żywych bębnów, bo jak wiadomo grali z automatem. A wtedy żyłem z Witchmaster w świetnej komitywie. Co mi więc szkodziło, by wsiąść do pociągu do Wrocławia i nagrać im te bębny, nie znając zupełnie materiału. Pan mi pokazywał, gdzie jest dana zmiana, ja słuchałem fragmentu i ciach, jedziemy (śmiech). Tydzień imprezy.

Muzyka spokojniejsza, odnalazłeś się w tym?

Nie. Nie odnalazłem się. Wiesz, to nie problem zagrać takie partie bębnów, ale nie sprawiało mi to jakiejś radochy.

Jak opisałbyś swoją pracę w Behemoth? Zdrowa, ciężka robota?

Tak. Nie czytamy książek, nie siedzimy i nie pijemy piwa, tylko ostro zapierdalamy i każdy daje z siebie wszystko. A jeżeli chodzi o atmosferę to pracowaliśmy nad tym ładnych parę lat. Każdy się każdego nawzajem uczył. Wszyscy wiedzą, jaka jest ich rola w zespole i nie ma żadnych niedomówień. Zresztą będziesz miał okazję się przekonać, jak wpadną chłopaki.

Jak wygląda zarządzanie zespołu na zewnątrz?

Będziemy mieć teraz pierwszy raz w historii menedżera na Europę. Na Stany już mamy od roku. Natomiast, jeżeli chodzi o Polskę to wszystkie sprawy trafiają do Adama.

Nie trzeba więc mieć koniecznie menedżera?

Jak się woli siedzieć i puszczać bąki w fotel niż ostro działać to wtedy ma się poczucie, że ten menadżer jest potrzebny. W Polsce można wszystko załatwić samemu. Jesteś w stanie to wszystko kontrolować, co widzę właśnie po Adamie.

Behemoth niewątpliwie osiągnął sukces na zachodzie. Spodziewałeś się kiedykolwiek, że tak się to wszystko rozwinie?

Nigdy bym nie przypuszczał. Wyznajemy zasadę, że nigdy nie należy spoczywać na laurach, więc dalej robimy swoje, dopinguje nas to do jeszcze mocniejszej pracy. Działamy, póki mamy siły i czerpiemy z tego zajebistą frajdę, jednocześnie się spełniając.

Da się z tego żyć.

No da się. Jakby się nic nie robiło to by się nie dało.

Pracowałeś kiedyś w jakieś innej, regularnej pracy?

Tak, pracowałem na budowie, remonty, wykończenia wnętrz i inne pierdoły. Nie podobało mi się... Wolę walić w bębny, ile sił.

Jak wspominasz sesję do Apostasy?

Ciężko, ale bardzo komfortowo. Pierwszy raz na swoich własnych bębnach, na których grałem wcześniej próby przez kilka miesięcy. To już było dużym plusem, byłem ograny z instrumentem, ze strojem, ze wszystkim. No i studio rewelacyjne. Czasu pod dostatkiem. Mogłem sobie nagrać dwa kawałki dziennie i iść do domu bez maksymalnego wysiłku.

Nie lubisz pracy w studio?

Wiesz co... Lubię. Mogę pracować. Chociaż na żywo to co innego. Jest ogień, adrenalina, pełna miazga, to co lubię. Zresztą każdy z nas tak ma. Jeżeli chodzi o koncerty to ten zespół jednak ma to we krwi.

Jak nagrywasz?

Ostatnio chłopaki nagrali mi piloty na twardziela. Mam większą możliwość manewru. Ustawiam sobie dowolnie gitary, jak mi wygodnie. Poza tym ważna jest osoba, która Cię nagrywa. Obecnie jest to Malta i nie wyobrażam sobie nagrywać bębny z kimś innym. Nie wiem, albo ja bym stracił cierpliwość albo on. W tej chwili jest niemal jak piąty członek zespołu. Zna nas na wylot. Nagłaśniał nam koncerty, żeby nie skłamać, ze dwieście to minimum. W studio rejestrował cztery nasze płyty, z czego dwie miksował i to już jest coś.

Nagrywasz po fragmencie?

Zależy. Ostatnio bardzo mi się spodobało, że mogę nagrać kawałek np. na cztery części. Koncentrujesz się na danym fragmencie i dajesz z siebie totalną setę. Technika poszła do przodu, więc dlaczego tego nie wykorzystać? A tak naprawdę to zależy od zespołu. Na całą płytę Azarath bębny nagrałem w 30 godzin. Z Behemoth jest nieco inaczej. Azarath idzie na żywioł, a tu z kolei dążę do maksymalnej perfekcji.

Nergal wyciąga z ciebie wszystko...

Zgadza się, ale z siebie także wyciąga maksimum i to motywuje.

Co jest dla ciebie najważniejsze podczas koncertów?

Jeżeli gram jak łajza, a ludzie się bawią to mimo wszystko jestem niezadowolony, bo po prostu zagrałem jak łajza. Moja forma jest dla mnie sprawą numer jeden. Gdy po koncercie mogę zejść i powiedzieć: "Panowie, było dobrze" to jest ok. Czasami jest tak, że... no niestety, trudno. Najważniejsze to dać z siebie jak najwięcej, a jeżeli ludzie do tego dojdą przez swoją reakcję to jest mega wypas (śmiech).

Co lubisz w odsłuchach?

Stopę. Po prostu stopę i nic więcej. Czasami, jak jest duża scena to trochę gitary Patryka (Seth - przyp. red.). Często, gdy są wyjścia gitar, a ja gram do klika to muszę go mieć. Bo tak w sumie słyszę wszystko z przodu, przez mniejszy lub większy jazgot, a chcę słyszeć siebie czy dobrze gram. Jak się zacznie poważny kocioł to ciężko z tego wszystkiego wyłapać właśnie stopy.

Może specjalny kapiący stołek byłby rozwiązaniem?

Nie, nie, nie, oszalałbym chyba... (śmiech). Sandoval ma dwa. Ma monitor z tyłu. Prawy shaker - lewy shaker. Jak mu któryś nie działa - nie gra. Ja bym zwariował.

Wolisz klubowe granie czy duże sceny?

Zdecydowanie klubowe i to takie najlepiej na jakieś 500 osób. Największa masakra. A to jest dla mnie najważniejsze.

Opowiedz coś na temat zionięcia ogniem.

Motyw przewijający się od początku istnienia zespołu, obecnie element show. Żadnych ekscesów, lamp oil, płyn Trick do czyszczenia korpusów po koncercie i jazda.

Pamiętasz pierwszy zagraniczny festiwal?

Graliśmy "Open-air" z Hammerfall gdzieś w Belgii. Taki festiwal na tysiąc osób.

Który z festiwali zrobił na tobie największe wrażenie?

Graliśmy trasę po Stanach o nazwie Sounds Of The Underground. Frekwencja dochodziła nawet do siedmiu tysięcy. To robiło wrażenie. No i sam Ozzfest. Takich tłumów nie widziałem. Nogi się trzęsły. Ustawiasz sobie stopy, no i nic nie idzie, bo wszystko się trzęsie. Upał czterdzieści stopni. Odpalasz wentylator i jest jeszcze gorzej, dmucha ciepłe powietrze. Po trzecim kawałku ciemne plamy przed oczami. Ale dalej, do przodu! Reakcja ludzi nie do opisania...

I nie tylko Polonia, jak to ma większość polskich zespołów.

Rzadko się trafiali... jeżeli w ogóle byli. Mamy jednak garstkę wiernych przyjaciół polskiego pochodzenia.

Jak wyglądał Ozzfest od kuchni?

Tam jest pięć minut na załadowanie się na scenę. Pięć minut! W tym czasie całe bębny, wszystkie piece wjeżdżają na kółkach, wszystko omikrofowane. Podłączasz kable do mikrofonów i jedziesz. Masakra... Przed rozpoczęciem pierwszego koncertu każdy ma 20 minut na próbę, stół cyfrowy, wszystko zapisane. Malta później tylko lekko poprawiał, tak więc najważniejsza  kwestia to? ogarnąć się na scenie. Grało 12 kapel czyli 12 zestawów do wrzucenia i złożenia. 5 minut na każdy, bez wyjątku. Łapaliśmy się za głowę. No, pojebało ich!

Polacy ciągle wygrywają jako publika na koncertach?

Już nie. Największa rzeźnia jest w Ameryce Południowej. To jest tak, jak w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych. Coś nie do opisania. Najlepiej uciekać po koncercie, bo jest wręcz niebezpiecznie. Kiedyś była taka akcja, że jakiś zespół miał grać i nie zagrał - sprzedali kosę wokaliście. Naboje, kolce, dziary, poważni faceci. Nie ma żartów. Polacy się uspokoili. Pokolenie inne. Mają w czym wybierać. Jest hip hop, gry komputerowe, są inne, ciekawe formy rozrywki.

Czego słuchasz na co dzień?

Dzisiaj słuchałem ostatniej płyty Testament, Velvet Revolver i ostatniej płyty Rush. Ale generalnie duży przekrój mam. Lubię Sadistik Execution z Australii.

Co robisz bezpośrednio przed koncertem?

Puszczam sobie dwie płyty Angel Corpse i przegrywam na sucho, na padzie. John Longstreth, Tony Laureano i po tym, po koncercie nie mam ochoty już niczego słuchać (śmiech). Blasty jedyneczki, przez dwie godziny non stop. Na padzie, na sucho i wchodzimy na scenę!

Inna rozgrzewka.

Rozciąganko, nie za mocne, żeby się nie nadwerężyć, ale przede wszystkim na padzie.

Nogi?

Każdy ma swoje patenty. Ja mam tak, że o... (w tym momencie Zbyszek zaczął kręcić samą stopą w powietrzu), w jedną i drugą stronę. Potem na luzie na stopkach, aż poczuję, że wejdzie w uda. Tak więc, jak usiądę na scenie to powinno być wszystko spoko.

No, a po koncercie?

Pierwsza sprawa to zimne piwo. Diabelnie orzeźwia. Wodę piję podczas całego koncertu, więc piwko jest tym środkiem, który na nowo do życia stawia. A muza? W hotelu albo w busie, non stop, co popadnie. Zależy od stanu... od stanu świadomości, no i chęci (śmiech).

Rozumiem, że po takim wysiłku nie musisz już zmywać farby z twarzy?

Raz ręcznikiem i jest dobrze (śmiech).


Wasze makijaże?

Nie wyobrażam sobie już koncertu bez makijażu. To tak, jakbym miał wyjść nago na ulicę, bez odzienia. Jesteś na scenie zupełnie kimś innym i chcesz coś innego przekazać. Raz udało nam się zagrać koncert. bez makijażu, cztery kawałki. Kompletnie nie było czasu i warunków na zrobienie. To był festiwal w Arizonie. Całe szczęście, że jeszcze ludzi mało było na publice. Szybko zagraliśmy i ucieczka. Nikt nie pamięta, nikt o tym nie wie. Wyszedł jakiś zespół, zagrał kawałki Behemoth (śmiech).

Co sądzisz o interpretowaniu waszego wizerunku przez pewne ortodoksyjne środowiska w naszym kraju?

Tak jak mówiłem. Dla nich to jest coś obcego czyli niebezpiecznego. Jak chcą sobie tak to interpretować to krzyż na drogę... My robimy swoje. Mamy też coś do przekazania. Jeżeli ktoś na tyle się zainteresuje i postara wgłębić w naszą robotę to sięgnie, a jak chce pluć to niech sobie pluje. My i tak będziemy robić swoje, bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. W Polsce często jest tak, że ktoś jest przeciw dla zasady. Nie, bo nie i dowalić komuś, komu się coś udało.

Jak postrzegasz naszą koncertową infrastrukturę w porównaniu z tym, co widzisz na zachodzie?

Przede wszystkim jest tylko kilka klubów przystosowanych do zorganizowania koncertu na wysokim poziomie dla publiki rzędu 500-1000 osób. Chęci może są. Wchodzę do klubu, patrzę. czy wszystko się zgadza i tyle. W Stanach, w klubach widzę zaplecze monitorowe, oświetleniowe, backstage dla zespołów, to po prostu przepaść. Bardzo fajnie gra się w Zeppelinie, w Poznaniu, chociaż scena jest niestety nad barem. Fajna atmosfera, fajni ludzie. Stodoła jest świetna, tam można wiele zdziałać. Tych klubów jest naprawdę kilka w Polsce. Sale są głównie kiepsko przystosowane.

A sprzęt?

Cały backline wozimy ze sobą.

Jak postrzegasz nasz rodzimy rynek sprzętu muzycznego?

Nie współpracuję z nikim w Polsce. Wszystko biorę bezpośrednio od producentów ze Stanów. Głównie przez ceny. A tak generalnie odnośnie dystrybucji sprzętu, u nas ciągle pracuje wiele osób niekompetentnych, którzy patrzą, jak nabić sobie w jakiś dziwny sposób kieszeń, a nie chcą pomóc nie tyle muzykom, co muzyce. Ciężko trafić. Nie chce mi się nawet o tym mówić...

Twój werbel jest już słynny. Można go odnaleźć w wielu magazynach perkusyjnych.

Producent wpadł na pomysł, żeby zrobić mój werbel. Czekali na specyfikację. Wymyśliłem sobie, by była to wymieszana brzoza z klonem. Czyli atak i ciepło. Głęboki, gruby korpus. Odlewane obręcze. 14 na 8 cali.

Grasz na bębnach Spaun. Jak trafiłeś do tej mało znanej w Polsce firmy?

Przez przypadek. Byliśmy w Los Angeles w fabryce ESP. Obok znajdowało się przedstawicielstwo Spauna. Kiedyś o Spaunie mówił Tomek Zeliszewski z Budki, że to fajna rzecz. Złożyliśmy im więc wizytę. Puknąłem sobie w te bębenki, obejrzałem katalog. Dwa lata będę pracował, ale chcę takie bębny, spłacę je i koniec! Nie interesuje mnie, że pan X czy Y gra na Tamie czy Pearlu. Do dziś współpraca świetnie  się układa. Wspaniali ludzie. Robią, co chcesz. Zamówiłem właśnie nowy zestaw bębnów, klonowo-brzozowy z odlewanymi obręczami. Pięć przejść, dwie studnie, dwie centrale.

Nowy zestaw w tej samej konfiguracji, co obecny?

Tak, to samo. Lakier będzie pod nową płytę i całą koncepcję na trasę i koncerty. Jeżeli jest możliwość to czemu nie? Jeżeli ich to jara i lubią to robić. To jest mała manufaktura, pracuje tam kilka osób.

Blacharka?

Sabian, głównie AAX, dwie chinki HHX, z czego jedna evolution i 20 AA - robi najwięcej zamieszania. Ride AAX Metal  20 cali i drugi HH. Próbuję, bo nie wiem, na czym nagram płytę. Blachy krótkie, żeby nie zasłaniały za dużo.

Pałki sygnowane.

Tak. Vic Firth, model 2B lub 2BN w zależności od humoru.

Naciągi?

Evans, G dwójki. Używałem długo powlekanych, ale teraz jadę na clearach. Dół mam Genera Resonant. Są szaleńcy, co dają G1 i G2 też na dół, np. Thomas Haakke.

Żelastwo?

Hardware to, co pod rękę podejdzie, chociaż teraz czekam, aż Trick, którego mam pedały, puści ramy na przekroju kwadratu. Często przenosimy wszystko, jak na Ozzfeście, więc będzie przydatna.

Spaun to który twój zestaw?

Wcześniej miałem Stage Custom Yamahy, Polmuzy ze trzy, Amatii też ze trzy i Szpadera - ten był najlepszy, głębokie kotły, dobry sprzęt.. Pożyczałem sporo bębnów. Grałem też trochę na Tamie, takiej wielkiej, chyba Superstar. Nadawała się do Kiss albo do Venom. Bardzo fajnie się grało, wymagała ciosu. Obecnie Spauny mam dwa. Jeden tu i jeden w Stanach. Nie mogę się doczekać trzeciego!

Jak widzi ci się polska scena muzyczna?

Nie obracam się za bardzo w scenie polskiej, nie mam za bardzo czasu. Jedyny czas wolny, jaki mam, poświęcam rodzinie. Tak więc nie mam za dużo styczności prócz słuchania płyt. Cały czas za to jestem na bieżąco w naszej scenie stylistycznej czyli ogólnie "grzmoty". Polecam chociażby zespół Infernal War.

Jacy bębniarze robią na tobie obecnie największe wrażenie?

Thomas Hakke. Siedzę i zachodzę w głowę, jak to jest możliwe. Z blaściarzy George Kollias, rewelacja. Świetny bębniarz, prędkość, technika. Nie mam wyrobionego zdania o perkusistach z innych dziedzin. Wiesz, oglądałem Portnoya zza pleców i też robiłem wielkie oczy. Wiadomo, gość jest mistrzem w tym, co robi, no ale skoro siedzimy w takiej muzyce... Kto jeszcze...? Tim Young, wspomniany John Longstreth, no i thrash metalowi bębniarze - Tempesta, Bostaph.

Jak ćwiczysz?

Na próbie. W domu na padziku, żeby nie zastygnąć. Jeżeli nie mamy koncertów podczas trasy to mamy tak często próby, że to mi absolutnie wystarcza. Gramy po 3-4 godziny minimum, a to jest na tyle długo, by utrzymać formę.

Często słyszy się zarzuty, że taka gra to szybkość i nic poza tym...

Nie no? spoko. Jeżeli ktoś jest dobry w tym, co robi, to może grac najwolniej na świecie, ale jak zagra to super równo ze świetnym feelingiem - nie mam pytań.

Jest miejsce na feeling przy takich tempach?

Tak. Wydaje mi się, że jest. Będziesz miał okazję się przekonać Mamy dwa najwolniejsze numery w naszej karierze w tempach 85, a drugi 105.

Czyli Behemoth nagrywa ballady (śmiech).

Ballady to nie są. Bardzo położyliśmy nacisk na atmosferę utworów. Są oczywiście blaściarskie kawałki takie, że powstaje zachwianie błędnika, ale też jest miejsce na zajebisty klimat i atmosferę.

Co sądzisz o szerokim dostępie waszych materiałów w necie przez różnego rodzaju portale i sieci P2P.

Nie mam nic przeciwko, chociaż nie mam w domu ani jednej płyty skopiowanej czy ściąganej, a mam ich około tysiąca. Jeżeli chcę to idę i kupuję, a jeżeli nie mam pieniędzy to uzbieram i kupię. Takie czasy, co zrobisz? Kiedyś smarowali znaczki mydłem, teraz ściągają piosenki z internetu (śmiech).

Co sądzisz o dzieciakach z Youtube, grających twoje numery?

Rewelacja. Duże oczy robię, jestem pełen podziwu. Strasznie cię to podbudowuje i wywołuje uśmiech zadowolenia. Gościowi chciało się rozkminiać to wszystko. Słowa uznania i duży szacunek. Cieszę się, że mamy takich fanów.

Lombardo i Sandoval nie ukrywali, że grywali czasami "na dopingu".

Jestem za stosowaniem tradycyjnych środków rażenia w postaci trunków wyskokowych i wspieram krajowy przemysł spirytusowy (śmiech). Chyba młodsze pokolenie uderza w takie klimaty, bo nie przypominam sobie, żeby ktoś z moich znajomych tym się kręcił. Nie wiem, czy byłbym w stanie coś zagrać po dziabnięciu jakiegoś takiego specyfiku. Wolę po paru piwach siąść i strzelić parę kartofli, zagrać nierówno, niż czuć się niepewnie, a później wylądować w szpitalu... Nie jest to wysiłek typu bieg na sto metrów tylko godzinny set napierdalania! Adrenalina jest wystarczającym dragiem, żeby cię wprowadzić na właściwy tor.

Czujesz tremę przed wyjściem na scenę?

Czasami gorzej niż dziesięć lat temu... Naprawdę. Ostatnio w Katowicach graliśmy dla kilkuset osób i czułem się gorzej niż na Ozzfeście. Cały się trząsłem. Tylko odliczyłem hi hat i wszystko odeszło, było dobrze. Przed koncertem jest dramat i klęska... co zrobić.

Jak dbasz o swoje zdrowie fizyczne jako typowy muzyczny fizyczny?

Głównie poprzez ćwiczenia rozciągające. Raz się nie rozgrzałem w ogóle. bo zasnąłem w busie przy oglądaniu filmu. W pierwszym kawałku podczas machania głową strzeliło mi coś w plecach. Dwie noce nie spałem. W końcu wylądowałem u pani specjalistki w Nowym Jorku, która nastawiała mi to różnymi sposobami. Myślałem, że umrę. Coś tam kładła, jakieś gorące ręczniki, potem mi to nastawiała tak, że prawie zemdlałem. Musiała babka okno otworzyć. Następnego dnia koncert... Musiałbym umierać, żeby nie zagrać Do dziś to jednak czuję. Musisz to rozgrzewać, bo wchodzi szybki motyw, młyny, chcesz polecieć, a tu trach...

Miałeś kiedyś chwile zwątpienia, że nie dociągniesz do końca?

Właśnie wtedy. Każdy ruch sprawiał mi ból. No, ale nie umieram, więc zagram. Raz na Ozzfeście myślałem, że zemdleję. Ale to od temperatury, bo graliśmy jedynie półgodzinny secik. Pod koniec praktycznie nie widziałem na oczy. Zszedłem ze sceny i pawika puściłem, zaraz za mną Patryk, bo też nie wyrabiał. Graliśmy wtedy w Colorado, upał cztery dychy, wszystko otoczone górami, powietrze można kroić.

Grywasz solówki na koncertach?

Ułożyłem sobie coś takiego. Nic specjalnego. Oby narobić hałasu, łubudubu. Akurat reszta załogi gitary zmienia. Nie jest to żadna popisówa, nic specjalnego, jakiś tam grzmot na dwie stopy, parę przejść, kawałek dwójek, ziemniaków, na koniec blasty, machanie głową, dziękuję, do widzenia. Element show, żadnego ciśnienia.

Wymieniłeś wcześniej Kolliasa. On jeździ i gra pokazówki, kliniki. Ty nie jesteś nastawiony na takie rzeczy?

On ma inny styl. Nie jestem zbyt medialną osobą. Nie wiem w sumie, czy wiele by to zmieniło. Dobrze się czuję w tej roli. Wywiadów nikt ze mną nie robi. Jesteś pierwszą osobą w PL, która to robi tak face to face i pewnie później długo nic nie będzie (śmiech).

Uczysz innych?

Myślałem o tym. Gdybym poznał jakiegoś młodego wariata i wyczuł w nim potencjał, to naprawdę poświęciłbym dużo czasu, żeby coś przekazać. Jeżeli byłaby to taka osoba, która chce pracować. Ktoś z ogniem.

Kiedyś grałeś w olbrzymich buciorach.

Da się w tym grać. Powiem nawet, że fajnie się w tym gra. Trochę mniej się czuje, ale da się. Jednak odkąd gramy półtora godzinne sety to podziękowałem. Teraz gram w takich dość potężnych butach sportowych.

Półtorej godziny mielonki?

Jak gramy jako headliner to lecimy 90 minut. W 2/3 setu mam 4-5 blastów pod rząd i drugi z nich gram po prostu jak kaleka. Mam spadek formy, ale za chwilę wszystko wraca do normy. Mówię chłopakom "przestawmy to". "Nie możemy, bo tutaj spada flaga, tu jest numer z tej płyty, a tu z tej".

Jazda w ciągłe trasy nie przeszkodziła ci założyć rodzinę?

To kwestia osoby odpowiednio tolerancyjnej, wyrozumiałej, no i przede wszystkim mądrej i rozsądnej.

Jak się poznaliście?

Chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce. Raczej nie przepadaliśmy za sobą. Później poszliśmy do innych szkół i spotkaliśmy się na imprezie kilka lat później. I tak zostało. 12 lat jesteśmy razem. Żona ma bardzo dobry słuch, zna się na muzyce, ale nie ciągnie ją w trasy. Mamy świetnego psa labradora, no i w drodze drugiego - mopsa. Wspieramy też czynnie schronisko dla psów w mieście.

Black metal to i koty (śmiech).

Miałem kiedyś, ale był beżowy (jeszcze większy śmiech), mało black metalowy. Babcia miała czarnego, ale go opętało.

Jak z potomkami?

Fajnie by było widzieć, jak dziecka dorasta. Będąc na trasie nie jest to możliwe, a szkoda by było przegapić ten moment. Mimo wszystko zostaje to przecież w głowie do końca życia.

Lepiej się czujesz w rękach czy nogach?

Mam po prostu fatalną lewą rękę... Druga prawa by mi się przydała (śmiech).

Co robisz jak masz wolny czas?

Jeżdżę do lasu z rodziną. Nie pogardzę dobrym filmem. Ostatnio Włatcy Móch rządzą bezapelacyjnie, jeśli chodzi o humor. Poza tym ostatnio strzelam z wiatrówki i piję piwo (śmiech). Naprawdę, ale spokojnie. Prędzej bym do człowieka strzelił niż do jakiegoś zwierzęcia. Lubię też pograć w Knight Fight.

Chciałbyś mieszkać gdzie indziej?

Chętnie się wyprowadzimy w ustronniejsze miejsce, ale na pewno pozostanę w kraju mimo, że za jakiegoś wielkiego patriotę się nie uważam.

Na koniec...

Pozdrawiam wszystkich czytelników w imieniu całego zespołu. Miło było. Grać - nie poddawać się. Przede wszystkim być sobą, wierzyć we własne możliwości i nie kopiować innych za wszelką cenę.


KAWAŁEK, KTÓRY...

...poleciałby na moim pogrzebie.
Dobre pytanie. Bathory -Valhalla albo jakiś kawałek Manowar. Jakiś wolny, Heart Of Steel. Żadnych dołów. Lubię Manowar. Lubię te futrzane buty, miecze, te wąsy (śmiech) i idziemy...

...jest moją wizytówką
Slaying Prophets Ov ISA. Ze względu na aranż. Starałem się tam zawrzeć tyle, ile mogę. Zależało mi, by bębny pracowały trochę inaczej niż dotychczas. Nie tylko blasty. Myślę, że się udało.

...porwie mnie do tańca.
Zawsze Turbonegro! Obojętnie jaki numer, to od razu lecę na parkiet mimo, że tancerz ze mnie nie za specjalny.

...przypomina mi czasy szkolne.

Samael Blood Ritual i Death Leprosy. Słuchaliśmy tego ostro. Wtedy to była potęga i kult. Wczesny Napalm Death i stara Metallica.

...chciałbym zagrać na żywo.

Mam nadzieję, że kiedyś zagramy. Przygotowujemy go do studia, żeby nagrać. Na płytę na pewno nie wejdzie. To jest Killing Joke, Total Invasion. Bębny nagrał tam Dave Grohl, fenomenalne.

...bym wszystkim polecił.

Kawałek z ostatniej płyty Messugahh, Bleed. Nie tylko bębniarzom. Muzykom szeroko pojętym. Kiedyś do mnie ten zespół nie docierał. Odnalazłem się jednak i podoba mi się.

...mógłby mnie zawsze budzić.

Czesio Alleluja. Budzi mnie od roku i nie zamierzam zmieniać budzika. Znam takich, co go nienawidzą,  a on wciąż śpiewa.

...który kupiłem jako pierwszy

Running Wild - Under Jolly Roger


Nergal o Inferno


Jesteśmy już tak zżyci, że panuje między nami pewna symbioza. Tak naprawdę jesteśmy kompletnie innymi ludźmi, jednak zarówno na gruncie artystycznym, jak i zawodowym nauczyliśmy się komunikować. To jest najważniejsze, że ta konfiguracja ludzi daje taką muzykę, takie efekty. Póki co jesteśmy zadowoleni ze współpracy i przebiega ona zajebiście... Prawdopodobnie lepiej niż kiedykolwiek. Nauczyliśmy się siebie nawzajem. Można tak wyświechtanie powiedzieć, że porozumiewamy się bez słów. Często działa to na zasadzie dialogu... ja gram akord, a on już wie, co ma grać.
Czasami czuje się w tym rutynę, ale z drugiej strony staramy się inspirować, dodawać nowe smaczki, wprowadzać świeży powiew do muzyki. Tak jak na nowej płycie. Nagraliśmy wspólnie już tyle płyt, a w związku z tym, że poruszamy się w pewnym kanonie to podobne rzeczy staramy się ugryźć z innej strony. Zawsze zagrać coś, co będzie intrygujące nie tylko dla nas, ale także słuchacza. Nie odkryjemy koła na nowo, ale za każdym razem usiłujemy zdefiniować swój styl. Lubimy mieć gości na próbach, zwłaszcza z nowym materiałem, bo Inferno gra dużo lepiej niż na normalnych próbach (śmiech).
Tak jak wspomniałem już w jednym z epizodów online. Są może lepsi bębniarze, szybsi, bardziej techniczni, ale jest ten ktoś, kto akurat do ciebie pasuje najlepiej. To jest jak mechanizm, silnik. Są konkretne tryby i części, które pasują idealnie do danego konkretnego modelu, gdy je wrzucisz do innego przestają pasować. Uważam, że to idealna analogia. Ważny jest dla mnie człowiek. Człowiek, który gra od siebie, szczerze, z serca. Nie muszę się oglądać za siebie na scenie, chociaż wiadomo, że nie jest tak, że nie ma niespodzianek (śmiech). Tak jak wspomniałem, nauczyliśmy się siebie, nauczyliśmy się swojego stylu. Nauczyliśmy się zarówno tego, co możemy od siebie wymagać i tego, czego nie możemy. To jest najważniejsze.


Dyskografia:

Damnation - Rebel Souls (1996)
W hołdzie KAT - Czarne Zastępy (1996)
Damnation - Coronation (1997)
Behemoth - Bewitching the Pomerania (1997)
Behemoth - Pandemonic Incantations (1997)
Behemoth - Satanica (1999)
Devilyn - Promo 2000
Behemoth - Thelema.6 (2000)
A Tribute to Mayhem - Originators of the northern darkness (2000)
Behemoth - Antichristian Phenomenon Ep (2001)
Azarath - Demonseed (2001)
Artrosis - W Imię Nocy  (2001)
Artrosis - Ukryty wymiar (2001)
Behemoth - Zos Kia Cvltvs (2002)
Behemoth - Conjuration EP (2003)
Azarath - Infernal Blasting  (2003)
Witchmaster - Masochistic devil worship (2003)
Behemoth - Demigod (2004)
Witchmaster - Witchmaster (2004)
Behemoth - Crush Fukk Create DVD (2004)
Behemoth - Slaves Shall Serve EP (2005)
Azarath - Diabolic Impious Evil (2006)
Behemoth - The Apostasy (2007)
Behemoth - Ezkaton (2008)
Behemoth - At The Arena Ov Aion - Live Apostasy (2008)
Azarath - Praise the beast (2009)
Behemoth - Evangelion (2009)