stdClass Object
(
    [id] => 4176
    [categories_id] => 1972
    [categories_type_id] => 1511
    [catalog_firm_id] => 90
    [ulubionykiosk_id] => 3053
    [users_last_edit_id] => 770
    [assets_id] => 
    [name] => Tama Cocktail-Jam Mini (CJP44)
    [alias] => tama-cocktail-jam-mini-cjp44
    [introtext] => 

Zakup Tamy Silverstar Cocktail Jam MINI, którym producent pochwalił się niedawno, był dla mnie sporym ryzykiem.

[fulltext] =>

Po pierwsze dlatego, że znałem jedynie brzmienie starszej siostry – modelu Tama Cocktail Jam. Czyli zestawu, którego bęben basowy ma rozmiar 16 cali, a nie 14, jak jest w nowej wersji MINI. Z naciągiem Evans EMAD starsza koktajlowa siostrzyczka brzmiała naprawdę przyzwoicie głęboko. Czy jeszcze mniejsza siostra da radę sprostać moim muzycznym oczekiwaniom? Zastanawiałem się nad tym kupując ten zestaw trochę w ciemno.

Zacznę od tego, że lubię wynalazki. I lubię ryzykować. Kto nie ryzykuje, jak wiadomo, nie pije szampana. Wynalazek pt. „Tama Cocktail JAM” znam od 2015 roku, kiedy to podczas prezentacji tego modelu w Łodzi miałem okazję na nim grać. Już wtedy mi się spodobała. Jej cena o wiele mniej, bo pamiętam, że można było wtedy za nią kupić pełnowymiarowy set, a nie jakieś „dziwadło”, jak to określił wtedy jeden z moich kolegów po pałce. Od razu napiszę, że nie jest to bęben dla tych, którzy potrzebują zestaw pełnowymiarowy. To jest zestaw do zadań specjalnych tj. mała sala, kameralny jam, granie streetowe, na działce czy na balkonie dla sąsiadów. Można powiedzieć, że z dnia na dzień musiałem „wejść” w taki secik, bo życie postawiło mnie przed nowym, muzycznym zadaniem. Po ograniu innych koktajlowych modeli i marek ostatecznie zdecydowałem się na Tamę Cocktail Jam MINI, której brzmienia… nie znałem, ale było mnie na nią stać. Bazowałem jedynie na tym, jak odzywa się jej starsza, ciut większa siostra z brzozy. Inny rozmiar, inne drewno. Jak będzie? Zobaczymy…

Kurier, jak się okazało, trochę orientujący się w gabarytach instrumentów, nie dowierzał, że w niewielkim kartonie znajduje się pełnowartościowy brzmieniowo zestaw perkusyjny. Przecierał oczy ze zdziwienia, kiedy sprawdzając, czy wszystko z instrumentem jest „OK”, wyjmowałem jeden duży pokrowiec, a z niego poszczególne części zestawu, włożone jeden w drugi. Widząc, jak instrument jest niewielki po złożeniu, już się w nim zakochałem. „Koniec wożenia gratów w całym samochodzie, tylko kulturalnie w bagażniku” – pomyślałem.

Na pierwszy rzut oka Tama Cocktail Jam wygląda trochę jak zabawka i po wyjęciu z kartonu tak samo brzmi. Choć producent zapewnia, że set ten jest gotowy do grania zaraz po wyjęciu z pokrowca, to zapewniam was, że nie jest. A przynajmniej ja się na wstępie załamałem, bo wyżyłowane maksymalnie wysoko naciągi „fabryczne” produkowały na każdym z bębnów koszmarne dźwięki. Dopiero praca kluczykiem przy śrubeczkach i dłuższa chwila poświęcona na strojenie i tłumienie naciągów pozwoliły mi odetchnąć z ulgą. Tak, ten set potrafi pięknie gadać, ale przy naciągach firmowych trzeba się narobić. – Ciekawe, jak pięknie odezwie się na Pinstripe’ach? – myślałem, przymierzając się do kolejnej inwestycji. To sprawdziłem dopiero po dwóch tygodniach grania na tych bębnach. Niestety, naciągi Evans EMAD nie są dostępne w rozmiarze 14”, co znacząco poprawiłoby brzmienie basu. Rozpoczynając test zastanawiałem się, czy dwa tysiące złotych, jakie zapłaciłem za moją pierwszą Tamę, nie zmienią się w najdroższy kwietnik na balkonie mojej dobrej żony i czy kumple z bębniarskiego podwórka nie będą serdecznie lecz triumfatorsko kolegi żałować, mówiąc: „A widzisz! Ostrzegałem cię!”…

Tama Silverstar Cocktail Jam MINI to najmniejszy zestaw w rodzinie Tamy. Korpusy bębnów mają bardzo przyzwoitą grubość 7,5 mm i zbudowane są z ośmiu warstw topoli. Fakt, nie jest to brzoza, jak u starszej siostry Cocktail Jam KIT, ale przy rozmiarach bębnów 14”, 12”, 8” i 10” (werbel), topola ma sens, bo daje cieplejsze i krótsze brzmienie. Czy klon nie sprawdziłby się lepiej? Pewnie tak, ale z pewnością byłoby o wiele drożej. Montując set byłem pod wrażeniem hardware’u Tamy. Jest bardzo solidny. Choć całość wygląda jak zabawka i po złożeniu miałem poważne obawy, czy można grać np.. rimshoty, oznajmiam wam – być może przyszłym nabywcom tego wspaniałego instrumentu, że śmiało. Na uchwytach tych można powiesić nie tylko werbel i ciosać go solidnie, ale i pół krowy czy ciężkiego ride’a albo stacka. Mocne granie jak najbardziej jest dozwolone, o czym nie ukrywam, przekonywałem się bardzo powoli, badając etapami możliwości tego zestawu. Cały set, jak wspomniałem, mieści się w jednym solidnym pokrowcu, z którym możemy śmiało jechać na „dżoba” lub streeta komunikacją miejską. Jest jeszcze mała torba na hardware, która pomieści więcej ramion i clampów, gdyby były potrzebne, a także standardowy statyw od hi-hatu, jeśli nie wystarczy ten z zestawu, na którym blaszki montuje się na sztywno. Zestaw można konfigurować bardzo swobodnie, co jest jego wielką zaletą.

Skoro o hi-hacie mowa – ten, który jest na wyposażeniu zestawu to bardzo ciekawe rozwiązanie. Blachy rozwiera sprężyna, a ich rozwarcie możemy kontrolować specjalnym zaciskiem, którym albo jednym ruchem ręki lub pałki otwieramy HH do brzmienia na pełnym ogniu, albo go zamykamy, by blaszki brzmiały selektywnie. W moim zestawie rolę HH pełnią dwa dziesięciocalowe talerze splash z taniej linii Paiste’a – PST. Na granie streeta są w sam raz. Zamiast ride’a, na drugim statywie powiesiłem stłumionego taśmą, 16-calowego crasha z niskobudżetowej rodziny blach Meinl HCS. Grany umiejętnie – czytaj – delikatnie, czytaj – cicho – brzmi świetnie. I tu dochodzimy do najważniejszego. Ten zestaw brzmi świetnie, właśnie wtedy, kiedy gra się na nim delikatnie. Stopka, mimo bardzo fajnego patentu tuningowania głębi basu poprzez nakładanie na nią specjalnej poduchy tłumiącej, nie daje rady przebić się przez mocno grany, wysoko brzmiący, 10-calowy werbel. W zestawie tym bardzo spodobało mi się to, że wymusza on na perkusiście umiejętność dobrej orkiestracji brzmień poszczególnych instrumentów zestawu. Zwłaszcza używania maleńkiego toma w rozmiarze 8x5 cala, który bardzo fajnie sprawdza się w graniu klimatów Jungle i Drum’N’Bass.

Bardzo fajnym rozwiązaniem jest montaż stopki do zestawu. Pierwszy raz w życiu kupiłem set, który nie potrzebuje dywanu, żeby przy graniu nie odbywać jednocześnie wycieczek po scenie czy chodniku. Stopka montowana jest do stalowej płytki, przymocowanej do gumowego uchwytu, w który wchodzą dwie nogi bębna basowego. Dzięki temu, że mocowanie jest gumowe, bijak uderza „do góry” w naciąg bębna basowego, a noga perkusisty dociska bardzo stabilnie pracujący pedał Tamy w dół, przez co nie ma szans, by całość przemieszczała się nawet po słabo przyczepnej powierzchni, na której stoi instrument.

Teraz trochę o wadach Tamy Cocktail Jam MINI. Drogi Producencie. Jeśli czytasz te słowa, miej litość i nawet zawyż cenę o kilka euro, ale załóż na zestaw, który wychodzi z twojej fabryki lepsze naciągi. Te, które oferujesz firmowo, delikatnie rzecz ujmując, są marne, przez co muzykant, który dopiero co się ożenił z tym zestawem, najpierw dostaje palpitacji serca, słysząc, jak mu się ten zestaw odzywa, a później musi się nagłówkować nad strojem i tłumieniem tego, co dostał, by jakoś to wszystko sensownie gadało. Drogi Producencie, załóż na ten secik naciągi np. REMO Pinstripe, które totalnie odmieniają brzmienie tej fajnej, poręcznej perkusji…

Zapewnię cię, przyszły użytkowniku, że grając na Tamie Cocktail Jam MINI, z pewnością pokochasz kluczyk do strojenia bębnów i szybko zainwestujesz w specjalne podkładki pod śruby, spowalniające rozstrajanie się werbla. Niestety, strój szybko siada i co jakiś czas – zwłaszcza grając mocniejsze rzeczy – trzeba go będzie umiejętnie dociągać. To tak naprawdę jedyne wady, jakie znalazłem w moim nowym zestawie po oklepywaniu go przez miesiąc od czasu zakupu. Podkładki pod śruby znacząco pomogły i werbel grany mocniej, rozstraja się wolniej. Z drugiej strony – rimshot zawsze zobowiązuje…

Zapomniałem napisać, że bardzo ładnie daje się ten MINI Kit nagłośnić. Wystarczą dwa mikrofony, koniecznie do stopy, by jakoś przebiła się przez resztę i w zależności od tego, jak mocno gramy całość – albo jeden mikrofon wielkomembranowy, albo overhead, zbierający resztę. Ponieważ bardzo lubię grać delikatnie i ćwiczyć orkiestrację, ze swoją Tamą Cocktail Jam MINI pracowałem na dwóch imprezach z jednym tylko mikrofonem wielkomembranowym, który bardzo dobrze zbierał brzmienie całego setu.

Tama Silverstar Cocktail Jam MINI Kit to doskonałe rozwiązanie dla perkusistów, poszukujących bardzo małego zestawu perkusyjnego na jam, do ćwiczeń podczas wyjazdu, na małe sceny lub grania streeta. Stosunek jakości wykonania tych bębnów, ich brzmienia oraz solidności hardware’u Tamy do ceny całego zestawu to spory sukces panów inżynierów z japońskiego koncernu. Bezdyskusyjnie najmocniejszą stroną tej perkusji jest jej mobilność. Z ręką na sercu piszę wam, że była to jedna z najlepszych inwestycji w instrument do pracy, jaką poczyniłem w życiu, choć naprawdę bałem się, że będę żałować…

Tekst i zdjęcia: Wojtek Andrzejewski
Dystrybutor: Meinl Distribution

[price] => 0.00 [price_old] => [meta_title] => [meta_description] => [meta_data] => [published] => 1 [date_modified] => 2018-11-22 12:49:45 [date_created] => 2018-11-22 12:33:45 [date_publish] => 2018-11-22 12:33:45 [date_publish_down] => 0000-00-00 00:00:00 [hits] => 0 [checked_out] => 0 [checked_out_time] => 0000-00-00 00:00:00 [ceneo_phrase] => [firm_name] => TAMA [firmId] => 90 [firmAlias] => tama [firmWww] => [categoryTitle] => Bębny [link] => /sprzet/testy-sprzetu/bebny/4176-tama-cocktail-jam-mini-cjp44 [linkCategory] => /sprzet/testy-sprzetu/bebny )

Tama Cocktail-Jam Mini (CJP44)

Dodano: 22.11.2018
Rodzaj sprzętu: Bębny
Dostarczył: TAMA
Wojtek Andrzejewski

Zakup Tamy Silverstar Cocktail Jam MINI, którym producent pochwalił się niedawno, był dla mnie sporym ryzykiem.

Po pierwsze dlatego, że znałem jedynie brzmienie starszej siostry – modelu Tama Cocktail Jam. Czyli zestawu, którego bęben basowy ma rozmiar 16 cali, a nie 14, jak jest w nowej wersji MINI. Z naciągiem Evans EMAD starsza koktajlowa siostrzyczka brzmiała naprawdę przyzwoicie głęboko. Czy jeszcze mniejsza siostra da radę sprostać moim muzycznym oczekiwaniom? Zastanawiałem się nad tym kupując ten zestaw trochę w ciemno.

Zacznę od tego, że lubię wynalazki. I lubię ryzykować. Kto nie ryzykuje, jak wiadomo, nie pije szampana. Wynalazek pt. „Tama Cocktail JAM” znam od 2015 roku, kiedy to podczas prezentacji tego modelu w Łodzi miałem okazję na nim grać. Już wtedy mi się spodobała. Jej cena o wiele mniej, bo pamiętam, że można było wtedy za nią kupić pełnowymiarowy set, a nie jakieś „dziwadło”, jak to określił wtedy jeden z moich kolegów po pałce. Od razu napiszę, że nie jest to bęben dla tych, którzy potrzebują zestaw pełnowymiarowy. To jest zestaw do zadań specjalnych tj. mała sala, kameralny jam, granie streetowe, na działce czy na balkonie dla sąsiadów. Można powiedzieć, że z dnia na dzień musiałem „wejść” w taki secik, bo życie postawiło mnie przed nowym, muzycznym zadaniem. Po ograniu innych koktajlowych modeli i marek ostatecznie zdecydowałem się na Tamę Cocktail Jam MINI, której brzmienia… nie znałem, ale było mnie na nią stać. Bazowałem jedynie na tym, jak odzywa się jej starsza, ciut większa siostra z brzozy. Inny rozmiar, inne drewno. Jak będzie? Zobaczymy…

Kurier, jak się okazało, trochę orientujący się w gabarytach instrumentów, nie dowierzał, że w niewielkim kartonie znajduje się pełnowartościowy brzmieniowo zestaw perkusyjny. Przecierał oczy ze zdziwienia, kiedy sprawdzając, czy wszystko z instrumentem jest „OK”, wyjmowałem jeden duży pokrowiec, a z niego poszczególne części zestawu, włożone jeden w drugi. Widząc, jak instrument jest niewielki po złożeniu, już się w nim zakochałem. „Koniec wożenia gratów w całym samochodzie, tylko kulturalnie w bagażniku” – pomyślałem.

Na pierwszy rzut oka Tama Cocktail Jam wygląda trochę jak zabawka i po wyjęciu z kartonu tak samo brzmi. Choć producent zapewnia, że set ten jest gotowy do grania zaraz po wyjęciu z pokrowca, to zapewniam was, że nie jest. A przynajmniej ja się na wstępie załamałem, bo wyżyłowane maksymalnie wysoko naciągi „fabryczne” produkowały na każdym z bębnów koszmarne dźwięki. Dopiero praca kluczykiem przy śrubeczkach i dłuższa chwila poświęcona na strojenie i tłumienie naciągów pozwoliły mi odetchnąć z ulgą. Tak, ten set potrafi pięknie gadać, ale przy naciągach firmowych trzeba się narobić. – Ciekawe, jak pięknie odezwie się na Pinstripe’ach? – myślałem, przymierzając się do kolejnej inwestycji. To sprawdziłem dopiero po dwóch tygodniach grania na tych bębnach. Niestety, naciągi Evans EMAD nie są dostępne w rozmiarze 14”, co znacząco poprawiłoby brzmienie basu. Rozpoczynając test zastanawiałem się, czy dwa tysiące złotych, jakie zapłaciłem za moją pierwszą Tamę, nie zmienią się w najdroższy kwietnik na balkonie mojej dobrej żony i czy kumple z bębniarskiego podwórka nie będą serdecznie lecz triumfatorsko kolegi żałować, mówiąc: „A widzisz! Ostrzegałem cię!”…

Tama Silverstar Cocktail Jam MINI to najmniejszy zestaw w rodzinie Tamy. Korpusy bębnów mają bardzo przyzwoitą grubość 7,5 mm i zbudowane są z ośmiu warstw topoli. Fakt, nie jest to brzoza, jak u starszej siostry Cocktail Jam KIT, ale przy rozmiarach bębnów 14”, 12”, 8” i 10” (werbel), topola ma sens, bo daje cieplejsze i krótsze brzmienie. Czy klon nie sprawdziłby się lepiej? Pewnie tak, ale z pewnością byłoby o wiele drożej. Montując set byłem pod wrażeniem hardware’u Tamy. Jest bardzo solidny. Choć całość wygląda jak zabawka i po złożeniu miałem poważne obawy, czy można grać np.. rimshoty, oznajmiam wam – być może przyszłym nabywcom tego wspaniałego instrumentu, że śmiało. Na uchwytach tych można powiesić nie tylko werbel i ciosać go solidnie, ale i pół krowy czy ciężkiego ride’a albo stacka. Mocne granie jak najbardziej jest dozwolone, o czym nie ukrywam, przekonywałem się bardzo powoli, badając etapami możliwości tego zestawu. Cały set, jak wspomniałem, mieści się w jednym solidnym pokrowcu, z którym możemy śmiało jechać na „dżoba” lub streeta komunikacją miejską. Jest jeszcze mała torba na hardware, która pomieści więcej ramion i clampów, gdyby były potrzebne, a także standardowy statyw od hi-hatu, jeśli nie wystarczy ten z zestawu, na którym blaszki montuje się na sztywno. Zestaw można konfigurować bardzo swobodnie, co jest jego wielką zaletą.

Skoro o hi-hacie mowa – ten, który jest na wyposażeniu zestawu to bardzo ciekawe rozwiązanie. Blachy rozwiera sprężyna, a ich rozwarcie możemy kontrolować specjalnym zaciskiem, którym albo jednym ruchem ręki lub pałki otwieramy HH do brzmienia na pełnym ogniu, albo go zamykamy, by blaszki brzmiały selektywnie. W moim zestawie rolę HH pełnią dwa dziesięciocalowe talerze splash z taniej linii Paiste’a – PST. Na granie streeta są w sam raz. Zamiast ride’a, na drugim statywie powiesiłem stłumionego taśmą, 16-calowego crasha z niskobudżetowej rodziny blach Meinl HCS. Grany umiejętnie – czytaj – delikatnie, czytaj – cicho – brzmi świetnie. I tu dochodzimy do najważniejszego. Ten zestaw brzmi świetnie, właśnie wtedy, kiedy gra się na nim delikatnie. Stopka, mimo bardzo fajnego patentu tuningowania głębi basu poprzez nakładanie na nią specjalnej poduchy tłumiącej, nie daje rady przebić się przez mocno grany, wysoko brzmiący, 10-calowy werbel. W zestawie tym bardzo spodobało mi się to, że wymusza on na perkusiście umiejętność dobrej orkiestracji brzmień poszczególnych instrumentów zestawu. Zwłaszcza używania maleńkiego toma w rozmiarze 8x5 cala, który bardzo fajnie sprawdza się w graniu klimatów Jungle i Drum’N’Bass.

Bardzo fajnym rozwiązaniem jest montaż stopki do zestawu. Pierwszy raz w życiu kupiłem set, który nie potrzebuje dywanu, żeby przy graniu nie odbywać jednocześnie wycieczek po scenie czy chodniku. Stopka montowana jest do stalowej płytki, przymocowanej do gumowego uchwytu, w który wchodzą dwie nogi bębna basowego. Dzięki temu, że mocowanie jest gumowe, bijak uderza „do góry” w naciąg bębna basowego, a noga perkusisty dociska bardzo stabilnie pracujący pedał Tamy w dół, przez co nie ma szans, by całość przemieszczała się nawet po słabo przyczepnej powierzchni, na której stoi instrument.

Teraz trochę o wadach Tamy Cocktail Jam MINI. Drogi Producencie. Jeśli czytasz te słowa, miej litość i nawet zawyż cenę o kilka euro, ale załóż na zestaw, który wychodzi z twojej fabryki lepsze naciągi. Te, które oferujesz firmowo, delikatnie rzecz ujmując, są marne, przez co muzykant, który dopiero co się ożenił z tym zestawem, najpierw dostaje palpitacji serca, słysząc, jak mu się ten zestaw odzywa, a później musi się nagłówkować nad strojem i tłumieniem tego, co dostał, by jakoś to wszystko sensownie gadało. Drogi Producencie, załóż na ten secik naciągi np. REMO Pinstripe, które totalnie odmieniają brzmienie tej fajnej, poręcznej perkusji…

Zapewnię cię, przyszły użytkowniku, że grając na Tamie Cocktail Jam MINI, z pewnością pokochasz kluczyk do strojenia bębnów i szybko zainwestujesz w specjalne podkładki pod śruby, spowalniające rozstrajanie się werbla. Niestety, strój szybko siada i co jakiś czas – zwłaszcza grając mocniejsze rzeczy – trzeba go będzie umiejętnie dociągać. To tak naprawdę jedyne wady, jakie znalazłem w moim nowym zestawie po oklepywaniu go przez miesiąc od czasu zakupu. Podkładki pod śruby znacząco pomogły i werbel grany mocniej, rozstraja się wolniej. Z drugiej strony – rimshot zawsze zobowiązuje…

Zapomniałem napisać, że bardzo ładnie daje się ten MINI Kit nagłośnić. Wystarczą dwa mikrofony, koniecznie do stopy, by jakoś przebiła się przez resztę i w zależności od tego, jak mocno gramy całość – albo jeden mikrofon wielkomembranowy, albo overhead, zbierający resztę. Ponieważ bardzo lubię grać delikatnie i ćwiczyć orkiestrację, ze swoją Tamą Cocktail Jam MINI pracowałem na dwóch imprezach z jednym tylko mikrofonem wielkomembranowym, który bardzo dobrze zbierał brzmienie całego setu.

Tama Silverstar Cocktail Jam MINI Kit to doskonałe rozwiązanie dla perkusistów, poszukujących bardzo małego zestawu perkusyjnego na jam, do ćwiczeń podczas wyjazdu, na małe sceny lub grania streeta. Stosunek jakości wykonania tych bębnów, ich brzmienia oraz solidności hardware’u Tamy do ceny całego zestawu to spory sukces panów inżynierów z japońskiego koncernu. Bezdyskusyjnie najmocniejszą stroną tej perkusji jest jej mobilność. Z ręką na sercu piszę wam, że była to jedna z najlepszych inwestycji w instrument do pracy, jaką poczyniłem w życiu, choć naprawdę bałem się, że będę żałować…

Tekst i zdjęcia: Wojtek Andrzejewski
Dystrybutor: Meinl Distribution