W naszych comiesięcznych spotkaniach poruszamy różne rejony muzyczne.

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - The Knack - My Sharona

W naszych comiesięcznych spotkaniach poruszamy różne rejony muzyczne.

Utwory często skrajne, z odmiennych światów muzycznych, trochę jak piosenki z plecaka Pana Tik Taka. Bywa naprawdę mocno, czasem zwiewnie i skocznie, niekiedy sięgamy klasyki, by innym razem wyciągnąć coś cennego z utworu bardziej komercyjnego - nieraz trochę przereklamowanego, a czasem niedocenionego. Dziś sięgniemy daleko w przeszłość, do zamierzchłych czasów lat 70 ubiegłego stulecia, w których pewne kanony muzyczne przeżywały swój renesans. Cofniemy się do roku 1979 po to, by wydobyć coś wartościowego dla nas dziś, tym samym pokazując, że lata siedemdziesiąte to dużo więcej niż Elvis Presley na świecie oraz Edward Gierek w Polsce. Tym skarbem, po który wyciągniemy dłoń, jest pewna Sharona, którą najlepiej znali członkowie zespołu The Knack, a przynajmniej jeden z nich...

Tym razem będzie mocno bigbitowo, choć czasy to zamierzchłe i nie każdemu znane. Istnieją jednak klasyki, które chyba nigdy się nie zestarzeją tak, jak przystało na wybitne dzieła sztuki czy antyki. W tym odcinku będzie dość nietypowo, chociaż staram się, by w każdym tak było.

Szczególnie dużo tomów i kotłów, które zafunduję ci w tym odcinku, zuchwale złamią wszelkie bariery pomiędzy solidnie zagranym rock’n’rollem, a porywającym nóżkę do tańca twistem. Struktura podziału oparta na tomach, choć nie jest to ciężki gatunek muzyki, ziejący smołą i siarką. To w latach 60-70 XX wieku zrodziło się tak wiele przebojów, w których perkusista namiętnie okładał swój floor tom ręką, by w kolejnych dziesięcioleciach przenieść swą dłoń z kotła na hi-hat. Przynajmniej w pewnych trendach muzycznych.

Największy zachwyt budzi dla mnie muzykalność utworu - partia bębnów ściśle odzwierciedla pracę pozostałych instrumentów. Może nie były to jeszcze czasy perkusyjnego ekshibicjonizmu, tylko bardziej myślało się melodią, traktując bębny jako jeden z dodatków. Jeśli nawet tak było, to z pewnością perkusista był już wtedy składnikiem niezastąpionym. Nadawał kształtu i wyrazu tworzącym się w tamtych czasach nurtom muzycznym tak, jak przysłowiowe drożdże, z których wyrasta później apetyczne ciasto!

Już początkowy podział (intro, zwrotka) dokładnie współdziała z basem i pojawiającą się później gitarą (Przykład 1).

Tomy podbijają dźwięki riffu tak mocno, że przykrywają zupełnie ukrytą pod nimi stopę. Współcześnie może bardziej naturalnie zagralibyśmy stopę tam, gdzie grają tomy, dodali półotwarty hi-hat i chociażby flam na werblu tylko na 4, a nie na każde uderzenie… No, ale… Czy byłoby wtedy aż tak ciekawie? I choć głównym bohaterem są dziś ewidentnie tomy, stopa może jeszcze podbudować ich napędzającą strukturę poprzez pojawienie się w kilku - dodatkowych niż tylko na 1 i 3 - miejscach (jak choćby na 2i w pierwszym i trzecim takcie, czy na 3i w takcie 2gim i 4tym).

Rytmika podziału w przyjemny sposób "przyspiesza" i "zwalnia" dzięki temu, że oprócz gęstego przebiegu na tomach, oburącz mamy też odpuszczenie w kilku miejscach na werblu, na którym gramy już tylko ćwierćnutę. W tym momencie warto wspomnieć o możliwościach, które kryje przed nami główny podział piosenki (Przykład 1).

Możemy bowiem wszystkie nuty na tomach grać oburącz unisono, możemy też odpuścić sobie niektóre dźwięki i zagrać je tylko prawą na floor tomie tak, jak jesteśmy w stanie to wysłyszeć w nagraniu (zgodnie z zapisem nutowym - tylko jeden tom na 2i w takcie 1 i 3 oraz na 4i w 2gim i 4tym). Ale możemy wreszcie - celem wzmocnienia podziału - dźwięki unisono zagrać jako flamy - najpierw prawa na 3 tomie, a tuż za nią lewa na 1szym, wówczas rytm nabiera większej mocy i ciężaru (w Przykładzie 1 nagrałem jedną wersję normalną czyli unisono oraz z flamami, posłuchaj różnicy!).

Bardzo miłym, acz sugestywnym elementem podziału jest pojawiający się w czwartym takcie strzał na "raz", zagrany na crashu, który podbija akcent gitary. Muzyczna konsekwencja niesie za sobą zagęszczenie podziału w dalszej części utworu. Możemy ją chyba nazwać roboczo refrenem, bo powtarza się jeszcze dwukrotnie (Przykład 2).


Ósemkowy floor tom i podwójny werbel ósemkowy (na 2, 2i, 4, 4i) zaczynają zwiastować nadejście czegoś więcej i… słusznie - bo to coś nadciąga z nieodpartą siłą wulkanu pod postacią eksplodujących crashy (na 4i drugiego taktu, a później na 3 w takcie trzecim oraz na 1 w takcie 4tym). Interesujące, przydatne, choć i niełatwe jest to, że wszystkie akcenty na talerzu możemy wykonać ręką werblową, nie przerywając pracy drugiej ręki, grającej regularne ósemki na floor tomie. Mamy wówczas następujące po sobie ósemki, zagrane słabszą ręką, w dodatku ósemki grane na różnych instrumentach i z odpowiednio dużą siłą, ale gdy opanujemy taki sposób grania, to nasza słabsza ręka z pewnością nabierze większej ogłady, nie wspominając już o tym, że trenujemy w ten sposób większą niezależność rąk! W połowie czwartego taktu pojawia się wypełnienie - bardzo efektownie i gęsto, świetnie podkręca ono dynamikę groovu, łamiąc na moment jego ósemkową jednostajność.

Opisany w przykładzie fill zagrany jest oburącz naprzemiennie - zaczynamy szesnastką przed 3 na werblu (L) i po niej już konsekwentnie, począwszy od werbla na 3 - P L P L P L P. Prezentowany fragment jest nierozerwalnie związany z dwutaktowym breakiem, w którym instrumenty grają unisono, podkreślając też rytmikę wokalu - takt 5, 6 przykładu 2. Współcześnie zagralibyśmy pewnie nieco inaczej, grając stopą np. wszystkie ćwierćnuty w takcie albo wypełniając ósemkowo "dziury" pomiędzy tomami. W tym wypadku stopa podbudowuje strukturę tomów, grana w tym samym momencie (trochę jak w zwrotce, gdy podwójna stopa zgrywała się z podwójnymi tomami granymi oburącz). Możemy oczywiście pomóc sobie liczeniem lub hi-hatem, granym nogą ćwierćnutowo. Pomimo, że utwór obfituje w ciekawe rozwiązania - jak na tamte czasy na pewno - i można jeszcze parę ciekawostek powyjmować, ogranicza nas jednak pojemność wydawnicza, więc ostatnim bohaterem, zaprezentowanym w tym odcinku, będzie jedno z wypełnień, pojawiających się tuż przed solówką gitary (w tamtych czasach nie tylko perkusiści, ale - jak słychać - także gitarzyści grali prosto i konkretnie, aczkolwiek bez powalającego na kolana widowiska techniczno- -improwizatorskiego. Przynajmniej tak było w zespole The Knack...

Ciekawa zagrywka, którą także dziś można wykorzystać w wielu sytuacjach (Przykład 3):


Krótkie nabudowanie na werblu ( L P L PLPL ) i po nim akcenty, znane nam z przykładu wcześniejszego. Tu jednak zagrane na crashach (+stopa i werbel). Ostatni akcent zamyka formę wypełnienia flamem na werblu (na 4). Podobnie, jak w przykładzie 2, dobrze jest pomóc sobie rytmicznie hi-hatem ćwierćnutowym, granym nogą.

Mam nadzieję, że spodobał ci się dzisiejszy utwór. Przyznasz, że skrywa w sobie parę ciekawostek, poza tym to naprawdę bardzo ładna piosenka. I pomyśleć, że powstała w tak banalnych okolicznościach przyrody, gdy pewien młodzieniec imieniem Doug Fieger (gitarzysta i wokalista The Knack) zabujał się mocno w swojej nastoletniej koleżance. Dużo przyjemności z grania i pomysłów do tworzenia muzyki - źródła inspiracji pozostawiam już tobie.

Paweł Ostrowski

Reklama