Nasze comiesięczne spotkania obfitują w bardzo różne wątki muzyczne z pogranicza wielu motywów stylistycznych.

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Whitesnake - Crying In The Rain

Nasze comiesięczne spotkania obfitują w bardzo różne wątki muzyczne z pogranicza wielu motywów stylistycznych.

Żeby było ciekawie i różnorodnie, często skaczemy z kwiatka na kwiatek. Oczywiście nie można w tym wszystkim zapominać, kto tu zapyla, a kto tylko zbiera miód, więc zawsze z pełną uwagą wsłuchuję się w grę artysty, zanim zabiorę się do jakiejkolwiek analizy tego, co zagrał. Nie mówiąc już o analizie tego, co poczuł, że tak zagrał…

Emocje, jakie nami targają podczas grania to jedno, ale wszyscy podchodzimy też emocjonalnie do innych wykonawców - swoich muzycznych idoli. Tych, z którymi dorastaliśmy. Tych, dzięki którym gramy, jak też i tych, z którymi wolelibyśmy się nigdy nie spotkać. Wiadomo, że trzeba pielęgnować w sobie sympatię i doceniać sztukę tworzoną przez innych ludzi. Zrozumiałe jest też to, że zawsze znajdzie się gdzieś tam jakiś muzyczny "margines", który nam szczególnie nie "przypasi". No, ale najgorsze dla artysty to chyba jednak w ogóle nie oddziaływać - być niezauważalnym, niesłyszalnym, białym jak ściana i bez smaku jak świeczka (yyy... tak słyszałem, nie próbowałem). Ale czy wypada nam być ślepym i głuchym na czyjąś sztukę? A może wszystko wymaga głębszego poznania, silniejszego doświadczenia takiej czy innej muzyki, by ją poczuć?

No dobrze, przyznam szczerze z lekkim rumieńcem niedopatrzenia, że przez lata swojej muzycznej pielgrzymki byłem nieco głuchy na muzykę dzisiejszego artysty - może to te fryzury z lat 80 XX wieku, postawione jak indiańskie wigwamy? Może niechęć do drapieżnych zwierząt siejących grozę? W każdym razie było tak do czasu, gdy nie zakosztowałem artysty bardziej, zresztą nie ukrywając, że zaproszony przez kogo innego na tę ucztę... Panie i Panowie - przedstawiam wam dziś okazały kąsek - rasową, tryskającą słodkim jadem żmiję - prawdziwie wybuchową białą okrutnicę - grupa Whitesnake i jeden z ich flagowych okrętów - "Crying in the rain".

Utwór o tyle kultowy, co i ciekawy muzycznie - metrum trójkowe może sugerować bardziej łagodny charakter, przynajmniej w odniesieniu do typowej młócki na cztery czwarte, czynionej w szybkim tempie. Ale nic bardziej mylnego - już początkowe akcenty i pełne werwy przebitki na tomach, crashach i werblu - mówiąc brutalnie - rozwiercają mózg - Przykład 1:


Dwa akcenty w przedtakcie i trzykrotne ich powtórzenie od razu wciągają nas w dramaturgię tego zawiłego utworu. Bardzo mroczny tekst pełen symboliki i depresyjnego żalu to jedno, ale muzyka - przynajmniej dla mnie, gdy starałem się podążać jej nurtem - daje jednak "cień nadziei", przy czym ogromna energetyka podziałów i wypełnień raczej wybitnie nakręca niż miałaby dołować. W takcie 7-mym pojawia się lawina energetycznie wypełniających puste luki ósemek. Zauważmy, że aby zwiększyć siłę wyrazu akcentów na talerzach - oprócz stopy pojawia się też werbel. Całość jeszcze mocniej napędza floor tom grany unisono, a oba takty zagrane crescendo (z narastającą dynamiką) dodatkowo wzmocnią efekt patosu. Jednym z motywów przewodnich partii bębnów w utworze, zresztą bardzo efektownym, jest rozdrobnienie jednej z ósemek (przedostatniej w takcie 8) do trioli szesnastkowej. Aby używać wygodnie tej fi gury należy zagrać ją z sensowną kombinacją rąk, a mianowicie (licząc od flama): PL BD L P BD (BD - stopa, P - flam grany prawą ręką).

Kolejnym charakterystycznym motywem, pojawiającym się nieco później, jest - znany chyba wszystkim fanom zespołu Whitesnake i pewnie nie tylko im - ciąg akcentów gitarowych, w które bardzo sprytnie wpisuje się partia perkusji. Akcenty te tworzą później strukturę początkową refrenu piosenki - Przykład 2:

Oryginalne odwrócenie sytuacji dnia codziennego - zaczynamy werblem na raz (PL) zamiast stopą. Dalej mamy oto shufflowe akcenty na 3 i 5 oraz 10 i 12 ósemkę w takcie i… kolejne miłe zaskoczenie - zamiast banalnych dwóch uderzeń na stopie, które mogłyby się pojawić przed drugimi akcentami w takcie (tak, jak pojawiły się na 2 i 3 ósemkę w takcie), mamy coś dużo ciekawszego - pauza na "raz" trzeciej grupy ósemkowej oraz hi-hat ze stopą i werbel (8 i 9 ósemka w takcie 1szym). Drugi takt jest już podziałem zakańczanym co któryś raz znanym nam już układem - werbel / triola szesnastkowa / stopa.

To, co wzbudza ciekawość to także sposób grania na hi-hacie. Tak, jak to często bywa - zwłaszcza, że skład perkusyjny zespołu bywał zmienny - wersje koncertowe piosenek różnią się od tych studyjnych, ale już choćby w studyjnej można usłyszeć, że praktycznie wszystkie uderzenia na hi-hacie są akcentowane i grane jako półotwarte. Przypadek? Nie sądzę, raczej… może "lekki nadmiar sił witalnych" perkusisty, który przecież posłusznie utożsamia swoje emocje z tym, co przeżywa wokalista. A trzeba przyznać, że ten ostatni wydaje się być w naprawdę histerycznym stanie, co najmniej jakby zaciągnął pokaźny kredyt we frankach, mimo, że czasy jeszcze nie te... Utwór muzyczny obfituje w ciekawe rytmy, masę przebitek, inspirujących rozwiązań rytmicznych, jednak nie sposób ich wszystkich omówić, czy ukazać. A szkoda.

Skupiamy się na fragmentach po to, by pobudzić ciekawość i samodzielną chęć do sięgnięcia po więcej. To, co koniecznie chciałem jeszcze przytoczyć to fragment sola gitarowego, bo bardzo wiele się tam dzieje - płynna zmiana rytmów, ciekawych wstawek… W oryginalnej wersji ciężko wyłapać dokładną partię stopy, która jednak w wersjach koncertowych jest soczyście zagęszczona do szesnastek. Ponieważ nie jestem szczególnym fanem - a już tym bardziej wirtuozem - podwójnej stopy, omówię ten fragment na przykładzie stopy pojedynczej, bo można w ciekawy sposób ją "wkładać" w strukturę podziału (i w razie potrzeby i chęci po prostu zagęścić ją do naprzemiennych szesnastek) - Przykład 3:


Efektowne i gęste solo gitarowe jest z kolei pewnym wytchnieniem dla rytmu sekcji, który stabilizuje się i grany jest w miarę stałej formie, dla odmiany na ridzie. Dość gęste stopy, które grane są pomiędzy uderzeniami talerza. Rasowa hardrockowa przebitka w takcie 4tym, która już przez lata podbija salony tej stylistyki muzycznej. Równie dobrze zabrzmi w wersji dwupedałowej, kiedy wszystkie szesnastki wybije stopa, jednak brzmi ona niezwykle rasowo także jednonożnie, tak, jak w zapisie. W takcie ósmym widzimy (i słyszymy) sprytne zagęszczenie pulsacji do szesnastkowego shuffle, a po nim werbel zagęszcza się do wszystkich "raz" każdej grupy ósemkowej zagranej w takcie.

Kolejne fragmenty sola podbijają sekcyjnie w jeszcze innej rytmice - takt 12 akcentuje każdą pierwszą i drugą ósemkę w grupie, w takcie 14 mamy ciekawy zabieg "rozciągnięcia" trioli ósemkowej do ćwierćnutowej (oczywiście, jeśli liczyć triolami w metrum 4/4, a nie ósemkami w 12/8), a to za sprawą akcentów na co drugą ósemkę grupy (7, 9, 11 ósemka taktu 14). Można się spocić od ilości patternów, wynalazków - efektowny młynek w drugiej połowie taktu 16go - ciekawa kombinacja (na zmianę) werbel / tomy daje nam znów efekt "rozciągnięcia" pulsu z trioli ósemkowej do szesnastkowej lub w naszym konkretnym metrum - z 12/8 do 6/4.

Począwszy od taktu 17 puls znów zmienia się za sprawą werbla, który dzieli takt na 8 części (niczym 8 ósemek w metrum 4/4), stopa za to w kontrapunkcie, wraz z ridem, wygrywa wszystkie ósemki. Całość powtarza się w kolejnych taktach, po których już dzieje się tylko więcej i więcej i… więcej. Ze względu na obfitość materiału proponuję w tym miejscu stanowczo zakończyć, bo i tak zrobiło się już mocno "deszczowo" od omawianej dziś piosenki. Kto się jednak boi deszczu tego strata! Dla nas pałkerów na pewno on niestraszny.

Paweł Ostrowski

Reklama