Wino przy muzyce? Jak ktoś lubi, czemu nie. Muzykowanie po winie? Jak ktoś musi to trudno…

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Cream - White Room

Wino przy muzyce? Jak ktoś lubi, czemu nie. Muzykowanie po winie? Jak ktoś musi to trudno…

Niezależnie jednak od tego, kto i co powinien lub na co jest skazany, co kto lubi, a i komu co pomaga - od dawna noszę w głowie proste porównanie - muzyka przecież jest jak wino!

Czasem słodsza, nieraz bardziej wytrawna, lżejsza lub ciężka i mocna. Od jej nadmiaru też niekiedy szumi w uszach, choć pozostaje w nas zdecydowanie na dłużej niż do następnego poranka lub w najgorszym razie do wieczora… Jednakże nie powoduje tak silnych skutków ubocznych.

To jednak, co zastanawia mnie mocno pod względem dzisiejszego bohatera, to nawet nie kraj pochodzenia trunku, zawartość siarczynów, czy jak mawiają znawcy - "żywy połysk iskry"… Zamiast roztrząsać tak zbędne nam szczegóły i przypisywać muzyce nie wiadomo jak wyrafinowane treści, spytajmy po prostu - jak to jest z tym graniem - czy faktycznie się sprawdza winna maksyma, że im starsze tym lepsze?

I co wreszcie znaczy "starość" w tym przypadku? Czy liczymy od dziś wstecz, czy od momentu powstania przeboju czas odmierzamy w stronę współczesności? Lepiej zdegustować utwór od razu, czy poczekać aż przeleżakuje?

Próżno by jednak szukać takich znawców, co odłożyliby naprawdę świetne dźwięki na lata, by dojrzały, nabrały aromatu i nasiąknęły korą dębową otaczającej ich winnej beczki. Muzyka jest zdecydowanie bardziej spontaniczna, wpisuje się w swój kanon współczesności, będąc często zakrzywionym zwierciadłem czasów, w których powstaje. Świeży, ciepły jeszcze przebój, działa przecież momentalnie, osiągając niekiedy szczyty popularności. Co się z nim stanie po latach, czas jeden pokaże, być może będzie żył całe dekady, nabierając w kolejnych latach jeszcze swoje "procenty".

Ciekawym jest też wtórny los evergreenów, pół biedy, gdy sięgnie po nie inny wykonawca. Dużo trudniejszym jest już zadaniem dla artysty macierzystego, który dojrzewa latami jak wspomniane wino, wytrącając przy tym nieuniknione owoce swojej "fermentacji"… Trzeba się przecież wykazać nie lada odwagą, by pół wieku później wykonywać heroiczne przeboje swojej bujnej młodości.

Sam sobie nieraz zadaję to pytanie - czy dałbyś radę tak zaakceptować swoją dojrzałość i czy odnalazłbyś na nowo współczesność w czymś, co stworzyłeś 50 lat temu… Być może odpowiem sobie na to po latach, zapraszając ponownie te same bohaterki swojego cyklu "Kobiety Przy Garach", bardziej "dorodne" o te kilka dekad… Hm, właściwie… Nie wiem, czy to dobry pomysł… Podobnie mieszane uczucia miewam czasem słuchając legendarnych wykonawców. Z jednej strony potężny szacunek wobec ich wytrwałości i wigoru, z drugiej - może to piękno zamknięte w pudle minionych lat powinno pozostać w nim jednak już na zawsze? Doskonałe brzmienie współczesnych instrumentów, czy świetnie zrealizowane koncerty live niekoniecznie muszą działać na utwór korzystnie… Ale to tylko moje subiektywne zdanie, absolutnie nie chcę narzucać tego toku myślenia względem marcowego wykonawcy. Coś jednak jest w tym surowym, bigbitowym, prymitywnym z perspektywy naszych czasów brzmieniu, co czyni muzykę sprzed lat tak nieziemską i wiecznie młodą. Wysoko brzmiąca stopa, niczym za wysoko nastrojony kociołek? Jeszcze wyżej wyciągnięte tomy? A może werbel krótki i wątły, z tak ostrymi sprężynami, że można by nimi ogolić niejeden wąs nastolatka…

Ech, znów popłynąłem w dość obcy mi wcześniej nurt. Potężna legenda, która czaruje muzyką od lat. Jakie to piękne móc odkryć coś bardziej dopiero po latach i zakosztować choćby łyk tego wysokoprocentowego trunku, niczym z dziadkowej winnicy. Z największą dumą przedstawiam - grupa Cream w utworze "White Room" z legendarnym Gingerem Bakerem na wielkich, bigbitowych bębnach. Z szacunku dla artysty opiszę jednak wersję oryginalną utworu, nagranego całe lata temu, bo w roku 1968.

Tak prehistoryczne utwory jak ten rządzą się swoimi prawami. Trudno oceniać je z dzisiejszej perspektywy, ale dużo ważniejsze w kontekście historii muzyki jest to, że tak wiekopomne dzieła torowały często nowe kierunki, otwierając zupełnie nowe drogi, które po latach doprowadziły nasz zestaw do współczesnego kształtu.

Wiadomo, że bardziej chaotyczne granie dziesiątki lat temu nie było tak zmatematyzowane, nie wspominając już o arsenale technicznym, tak obcym wielu nurtom. To, co z pewnością nowatorskie i niezwykłe pod koniec lat 60 ubiegłego wieku, to nieregularne metrum 5/4 wplecione ze smakiem w instrumentalne fragmenty kawałka - Przykład 1:



Wyniosły patos, prawie jak w gotycko-metalowych balladach z późniejszych lat, wzmacniany jest usilnie przez różnorodność rytmiczną z udziałem potężnych crashy na "raz", teatralnie budującej dramaturgię trioli, spowolnionej później do ćwierćnuty i znów przyspieszonej do dwóch ósemek, by zarazem skończyć pojedynczym strzałem na pięć. Żeby nie było tak banalnie, dodany do ośmiotaktowej frazy takt grany jest już w metrum regularnym. I tu słyszymy jakby zgaszenie wznieconych emocji krótkim, suchym, ale dosadnie wyciosanym werblem na "3".

Dalszą ciekawą częścią utworu jest struktura zwrotki. W tym wypadku nie do końca konsekwentna, więc pozwoliłem ją sobie przedstawić w formie bardziej umownej, tworząc swego rodzaju "średnią arytmetyczną" tak, by zobrazować klimat i specyfikę podziału, a więc "zlepiony" z kilku fraz zwrotki Przykład 2:



Podział mocno synkopowany, zapętlony w czterotaktowe frazy zakończone stałym fillem na tomach, okraszony do tego gdzieniegdzie bardzo delikatnymi ghostami, często puszczanymi luźno na werblu do postaci "press roll".

Na końcu frazy bardzo charakterystyczne dla tego utworu "przejście", uwidaczniające melodycznie brzmiące, wysoko nastrojone tomy. Naturalnie najlepiej będzie zagrać przebieg naprzemiennie, licząc od ósemki ręką hihatową i dodając do nich szesnastki drugą ręką (począwszy od "2i": PL P PL P PL).

Po wymownej zwrotce przychodzi czas na refren - zwiewny, słodki, niczym wiosenny zefirek - Przykład 3:



To, co wydaje się być niezwykłe, to niesamowita lekkość i plastyczność, z jaką Ginger maluje kolejne frazy swoim groovem. Nadający życia pięknie pulsujący hi-hat, otwierany co chwilę i akcentowany po mistrzowsku w nienachalny muzycznie sposób.

Przedstawiony przykład, tak, jak rytm zwrotki ilustruje wypadkową najczęściej występujących struktur, bo ciężko by było rozpisać wszystkie wersje podziału. Zresztą byłoby to bezcelowe. Dość ujmujące jest też krótkie wypełnienie, zagrane (z lekkim tyłem) na tomach w ostatnim takcie refrenu. Wydaje się ucinać nagromadzone przez 17 wcześniejszych taktów wzrastające emocje. Tak zresztą, jak to czynił werbel w intro na 3 - Przykład 1. Z tego, co udało mi się wysłyszeć swoimi uszami, po dwóch tomach na 1, 1i następują dwa uderzenia na stopie, brzmiącej jednak tak wysoko, jak któryś z tomów (współcześnie nie mniej prawdopodobne byłoby zagranie obu stóp także na niższym tomie).

Podobnie zagadkowym wydaje się tom, ledwo wyczuwalny gdzieś z oddali na 3i w przedostatnim takcie Przykładu 3.

Słuchając tej piosenki mam wrażenie, że z każdą zwrotką i refrenem coś jakby przybywa, pojawia się coś nowego, może to te procenty? I co ciekawe, wcale nie jest to upiększanie coraz gęstszym, głośniejszym, czy szybszym dźwiękiem. Czuć za to jakby wzrost napięcia, tak, jakby magia tamtych lat coraz silniej krzyczała do nas: "Tacy byliśmy… Piękni, młodzi i tacy zbuntowani… Mimo, że z dzisiejszej perspektywy może oceniasz nas na elegancko grzecznych chłopców w pięknych strojach …". Ciekawe, skąd te głosy, wyrwane jakby między wierszami… I to zupełnie bez wina, bo kto powiedział, że nie można się upić samą tylko muzyką?

Paweł Ostrowski

Lekcja ukazała się w numerze marzec 2016



Reklama