GENE KRUPA

Syn polskich emigrantów, który pokochał bębnienie – i to z wzajemnością. Nawet dziś, po stu latach, korzystamy na co dzień z jego perkusyjnych osiągnięć.
(Transkrypcja podcastu)
Lipiec 1937 roku, Hollywood, rozpędzony na dobre zespół Benny’ego Goodmana bierze na warsztat utwór Louisa Primy w brawurowej aranżacji Jimmy’ego Mundy’ego. Mocno różniący się od oryginału, pozbawiony partii śpiewanych, dłuższy, ale szybszy i znacznie dynamiczniejszy, pełen wstawek solowych, wliczając w to nieustannie pędzące bębny. Podczas jednego z występów przerażeni menedżerowie sali tanecznej zażądali, by zespół przestał grać, ponieważ bębniarz cały czas wali w bębny i robi za dużo hałasu. Perkusista naciskał, by grać dalej i w efekcie cała sala eksplodowała jednym wielkim tańcem. Scena, jaką możemy oglądać teraz tylko w amerykańskich filmach, i to też pewnie kręcąc nosem, że jest troszkę na wyrost. Tymczasem takie reakcje faktycznie miały kiedyś miejsce. Utwór „Sing, Sing, Sing” – potężny taneczny hit tamtej ery, ale też perkusyjna wizytówka Gene’a Krupy.
Jest jednym z najważniejszych perkusistów w historii. Absolutna ikona i postać, którą każdy perkusista powinien znać, a tym bardziej polski. Gene Krupa – urodzony w Chicago, syn Anny i Bartłomieja. Jeżeli chodzi o bębny, największymi światowymi potęgami są Amerykanie i Brytyjczycy. Czy to się komuś podoba, czy nie. Każdy amerykański zawodowy perkusista wie, kim był Gene Krupa i jak wpłynął na rozwój perkusji. Jest to wiedza obowiązkowa. Sytuacja w Polsce jest inna – nie wszyscy tytułujący się perkusistami znają naszego bohatera. Nie chodzi już nawet o detale czy zasługi, ale często można się spotkać z tym, że młodzi perkusiści nie słyszeli, że ktoś taki w ogóle istniał! Nie napawa to dumą, tym bardziej że Gene miał polskie korzenie, i to wcale nie jakieś odległe.
Ojciec Bartłomiej urodził się w 1863 roku na polskich ziemiach zaboru austriackiego i 13 lat później razem ze starszym bratem Franciszkiem wyjechał do USA. Matka Anna Olszewska, a nie Osłowska, jak czasami można spotkać, lub też nawet Kozłowska, urodziła się w 1865 roku już w USA, w małej miejscowości Shamokin w Pensylwanii. Córka Piotra i Marii. Gene miał solidną gromadkę rodzeństwa: Kazimierz, Marianna, Leon, Eleonora, Juliusz, Klemens, Piotr i prawdopodobnie Kasylda. A Gene? Gene to po prostu Eugeniusz! Był dziewiąty, najmłodszy.Niestety na przestrzeni całej jego kariery wątek polski jest pomijany. W wielu obszernych anglojęzycznych biografiach nie znajdziemy żadnej adnotacji o jego korzeniach.
Jak się można domyślić, wszystkie dzieci musiały zacząć pracować w młodym wieku – Gene mając lat 11, wtedy też zaczął grać na saksofonie. Młodziak dorabiał sobie też w sali tanecznej jako chłopiec od napojów. Zakradał się, jak nie było nikogo i grał na rozstawionych bębnach, które – pamiętajmy – mocno różniły się od współczesnej perkusji. Jeszcze nie wiedział, że sam się mocno przyłoży do rozwoju tego instrumentu. Jego brat Pete pracował w sklepie „Brown Music Company” i załatwił Gene’owi fuchę przy czyszczeniu instrumentów. Ostatecznie pierwszy zestaw kupił mu właśnie brat, we wspomnianym sklepie i co ciekawe, bębny były najtańszym instrumentem w całym katalogu. 18 dolarów – zestaw japoński: wielki bęben basowy z mosiężnym talerzem, drewnianym blokiem i werblem. Zanim zaczęła się jego wielka przygoda… w wieku 12 lat dołączył do swojego pierwszego zespołu The Frivolians. Dostał miejsce perkusisty przypadkiem, gdy oryginalny bębniarz zachorował.
Rodzice nie bardzo podzielali pasję syna i nie przepadali za tym całym jazzem. Liczyli, że uzyska solidne wykształcenie. Podobną presję wywierało dużo starsze rodzeństwo. Z najstarszą siostrą dzieliło go aż 23 lata. Mama miała nadzieję, że zostanie… księdzem. Poprosiła nawet, by spróbował pójść w tym kierunku, i jeżeli dalej będzie go ciągnęła muzyka, to trudno – droga wolna. Na szczęście trafił na świetnego duchownego, do tego trębacza, który był otwarty na wszelkie style muzyczne. To utwierdziło Gene’a w ostatecznym wyborze. Wrócił do Chicago dokończyć zwykłą szkołę, w której zazwyczaj spał po ciężkiej nocnej pracy. Wtedy też zaczął poznawać coraz więcej muzyków i stopniowo wchodził na scenę.Niesamowite, że już w tamtych czasach istniał wyraźny podział na jazzowe zespoły komercyjne i niekomercyjne, czyli te, z których nie było się w stanie utrzymać. To, jak wiadomo, przyczyniało się do jakże nam znanych podziałów między muzykami. Gene zaczął poznawać grę innych perkusistów, jak Tubby Hall czy Zutty Singleton. Robili na nim wielkie wrażenie, szczególnie z racji kultury gry, smaku i odpowiedniego wykorzystania instrumentarium w utworze. Jednak największy wpływ na Gene’a miał Baby Dodds, którego uznawał za pierwszego perkusistę solowego. Ale to nie solówki wywarły na nim największe wrażenie, a cała filozofia podejścia do zestawu perkusyjnego, wliczając w to strojenie instrumentu. Krupa wielokrotnie wślizgiwał się do klubów, by posłuchać Doddsa. Nie było to do końca legalne z racji wieku naszego bohatera. W przyszłości panowie zaprzyjaźnili się. Była to największa inspiracja Gene’a aż do momentu spotkania z Chickiem Webbem, z którym przyszło mu się nawet pojedynkować na scenie. Krupa stwierdził później, że przegrać z takim mistrzem to żaden wstyd.
Ale wróćmy do jeszcze mocno nieopierzonego Gene’a – w wieku 16 lat rozpoczął naukę gry na perkusji kolejno u Roya Knappa, Ala Silvermana i Eda Straighta. Za radą innych zdecydował się wstąpić do związku muzyków. Jak to wyglądało: „Facet powiedział mi: Zagraj rolkę. To wszystko. Daj nam 50 dolców i jesteś”. Wtedy też zaczęły się u niego pierwsze płatne grania, gdzie poznawał muzyków, z którymi przez kolejne lata niejednokrotnie dzielił scenę. W ’27 roku, czyli w wieku 18 lat, dołączył do formacji „Thelma Terry and Her Playboys”. Wokalistka w zespole nie była jeszcze częstym zjawiskiem w tamtym czasie. Kapela odniosła nawet wymierny sukces, koncertując w różnych rejonach USA.
W grudniu tego samego roku Gene po raz pierwszy wziął udział w sesji nagraniowej. Zaledwie dekadę wcześniej Tony Sbarbaro nagrał „Livery Stable Blues”, czyli pierwsze w historii, znane nam nagranie jazzowe. 10 lat później sesja Gene’a również przeszła do historii z dość specyficznego powodu. Do tej pory podczas nagrań pomijano wielki bęben, ponieważ igła rejestrująca wyskakiwała pod wpływem drgań. Także tutaj realizator Tommy Rockwell obawiał się podobnego efektu, ale w końcu uległ. Utwory „Sugar” i „China Boy” uznawane są za pierwsze, gdzie w sesji wziął udział cały zestaw perkusyjny, łącznie z bębnem basowym. Podobno wcześniej robił to już Baby Dodds, ale przyjmuje się, że właśnie McKenzie and Condon’s Chicagoans byli tymi pierwszymi. W wieku 20 lat, za namową znajomej wokalistki Bea Palmer, ruszył z kolegami na podbój Nowego Jorku. Było to odważne posunięcie, a początki nie były zbyt obiecujące. Niestety wielkie miasto jest bezwzględne i panowie nie mieli zbyt dużo pracy, z której byliby w stanie godnie żyć. Okazyjne granie nie wystarczało. Problem mieszkaniowy rozwiązali w prosty sposób: jeden z nich wynajmował pokój, a reszta wślizgiwała się na waleta.
Wreszcie pojawiła się pierwsza solidna robota w orkiestrze Reda Nicholsa. Wtedy też wyszła na jaw jedna mocno niewygodna rzecz, o której wiedział m.in. trębacz Glenn Miller. A o co chodzi? Tak to wspominał Gene Krupa: „Nie potrafiłem odróżnić ćwierćnuty od ósemki i Glenn o tym wiedział. Za każdym razem, gdy pojawiało się coś nowego, podrzucałem mu kartki ze swoimi partiami, a on mi je nucił do momentu, aż je zapamiętałem”. I tym sposobem Gene prowadził 40-osobowy zespół na każde skinienie Nicholsa. Zresztą w tym czasie Gene nie był specjalnie wybitnym bębniarzem, ale towarzyszyło mu jedno – niesamowita pasja do instrumentu i ogromna chęć poznawania jego tajników. Sam o sobie mówił, że był wtedy perkusistą jazzowym, a nie muzykiem.
Praca z Nicholsem dobiegła końca, więc Gene zaczął grać z ekipą Russa Columbo i Buddy Rogersem. To znów doprowadziło go do jednego z najważniejszych momentów w karierze, który miał określić jego status na kolejne dziesięciolecia. Chodzi oczywiście o współpracę z orkiestrą Benny’ego Goodmana. Miał to być prawdziwy zespół jazzowy. Start w marcu 1935 roku nie był jednak spektakularny – podczas pierwszego koncertu grali dla raptem 5 osób. Goodman chciał nawet zrezygnować ze swojego jazzowego pomysłu na rzecz grania bardziej pod nóżkę, ale Gene powiedział mu wprost, że nie po to zszedł ze stawki 125 dolarów tygodniowo u komercyjnego Rogersa na rzecz 85 dolarów w obiecanym jazzowym projekcie Goodmana. Konsekwencja się opłaciła. Niedługo później kapela kliknęła i zaskoczyła na dobre. Ludzie kupili swing grany przez zespół, który był jednym z pierwszych, gdzie występowali obok siebie muzycy czarni i biali. Krupa i Goodman doskonale się uzupełniali. Benny był rewelacyjnym organizatorem i menedżerem umiejącym świetnie sprzedać swoją muzykę. Gene miał za to aparycję gwiazdy filmowej, charyzmę, błysk, który tworzył mit amerykańskiego snu. I to właśnie perkusista został pierwszą prawdziwą gwiazdą ery swingu – lub żeby przybliżyć lepiej jego właściwy status, użyjmy tu współczesnej terminologii: Gene Krupa został celebrytą.
Punktem kulminacyjnym współpracy Goodmana z Krupą był bezprecedensowy koncert w Carnegie Hall w styczniu 1938 roku. Bilety wyprzedały się szybko. Nigdy wcześniej żaden zespół jazzowy nie zagrał koncertu na deskach tej, wówczas już bardzo prestiżowej, sali koncertowej. Gene zebrał owacje równe, jeśli nie większe, od lidera!
Niestety wtedy też dało się wyczuć mocne tarcia na linii Goodman–Krupa. Lider nie za bardzo mógł się pogodzić z gwiazdorskim statusem perkusisty, który w praktyce był przecież wciąż muzykiem wynajętym.
Czara goryczy przelała się 3 miesiące później po koncertach w Filadelfii, gdzie zespół był zakontraktowany na tydzień. Panowie na scenie mocno dawali wyraz swojej wzajemnej niechęci. W konsekwencji po ostatnim koncercie Gene Krupa poinformował o swoim odejściu. Amerykańska scena muzyczna była w szoku.
Dziennikarze rozpoczęli różnego rodzaju analizy, a muzycy wypuszczali kolejne oświadczenia. Goodman zatrudnił w miejsce Krupy Dave’a Tougha, jednak nie udało mu się odbudować siły formacji, jaką miał wcześniej, z Genem za bębnami. Ten znów, niecałe 2 miesiące po odejściu, ruszył w trasę ze swoim własnym zespołem, z miejsca osiągając sukces. Głośniejsza i bardziej szalona wersja zespołu Benny’ego Goodmana. Kolejne pięć lat sukcesów, chociaż nie brakowało też słów krytyki – jak to zazwyczaj bywa w przypadku wielkich gwiazd, a taką bez wątpienia był Gene Krupa. Na początku lat 40., czyli zaraz po skończeniu trzydziestki, Gene wspinał się na szczyt popularności. Dziwnie to brzmi, wiedząc, że w tym czasie niemieckie bomby tłukły w polskie miasta. USA żyło i tętniło muzyką dalej, a Krupa stał się najpopularniejszym perkusistą w kraju, bijąc kolejne rekordy frekwencji na swoich koncertach.
Pomnik Krupy mocno skruszał w 1943 roku, kiedy to trafił za kratki z powodu „papierosów z marihuaną”, chociaż zarzuty były nieco bardziej skomplikowane i związane – jak to stanowi prawo USA – z namawianiem młodocianego do przestępstwa. W tym czasie marihuana była tematem super-poważnym i cokolwiek się złego działo, było z nią łączone. Pięć lat wcześniej pojawiło się nawet specjalne rządowe ostrzeżenie o oczywistym powiązaniu marihuany z muzykami grającymi swing. No, ale jak podpadł Gene? Patrząc z obecnej perspektywy, cała sytuacja wyglądała jak typowa zabawa w kotka i myszkę, z jednoczesną próbą robienia tzw. czeskiego filmu, czyli nikt nic nie wie, o co chodzi. Mówiąc w skrócie: policja zaczęła węszyć wokół ekipy muzyków i zrobiło się gorąco, więc Gene wysłał swojego młodego technicznego do pokoju hotelowego, by usunął z płaszcza perkusisty kopertę ze skrętami. Ten oczywiście został złapany. Gene’owi przybito namawianie młodocianego do transportu narkotyków, a to jako przestępstwo, a nie wykroczenie, z perspektywy prawa w Kalifornii groziło obowiązkowym kryminałem w przedziale od roku do 6 lat bez opcji przedterminowego zwolnienia. Innymi słowy – koniec kariery.
Gene wyszedł z aresztu za kaucją tysiąca dolarów i wrócił z zespołem w trasę. Jakiego rzędu była to kwota? Za pierwszy tydzień grania w hotelu w Chicago zgarnął 6 tysięcy dolców. Miał zatem środki, by zatrudnić najlepszych prawników w Kalifornii. Mimo że w pierwszej instancji został skazany, nie trafił do słynnego więzienia w San Quentin, gdzie teoretycznie powinien się znaleźć. Co więcej, wyszedł za kaucją 5 tys. dolarów w oczekiwaniu na rozpatrzenie apelacji. Odsiedział ostatecznie 84 dni w więzieniu okręgowym, gdzie, jak pisał w liście, traktowano go dobrze. Warto tu jeszcze nadmienić, że ów młodociany – co brzmi niezmiernie poważnie i stawia Gene’a w bardzo złym świetle – miał wtedy 20 lat, ponieważ w Kalifornii status młodocianego traci się w pełni z wiekiem 21 lat.Mimo że mocno odczuł całą historię, udało mu się w tym samym roku wygrać konkurs w opiniotwórczym magazynie „Down Beat”, z przewagą 2500 głosów nad drugim Buddym Richem.
Czasy się zmieniały, muzyka się rozwijała, więc zespoły Krupy z początku lat czterdziestych były często krytykowane jako zbyt komercyjne, ale big-band Gene’a był jednym z pierwszych, który wprowadził elementy bopowe. Pierwsze lata powojenne były więc owocne. Udało mu się utrzymać cały zespół do grudnia ’50 roku, kiedy era big-bandów przeminęła i większość padła. Gene prowadził swój zespół w mniejszym składzie jeszcze przez rok. Rząd przywalił dodatkowo dwudziestoprocentowy podatek od rozrywki, więc utrzymywanie tak wielkich składów zwyczajnie się nie opłacało. Zmieniła się też polityka właścicieli wielkich sal, którzy skupiali się już głównie na wyświetlaniu filmów. W muzyce popularnej dominowali wokaliści, a w klubowych piwnicach rozwijał się bebop i małe zespoły jazzowe. Wielkie składy kurczyły się bardzo szybko – nawet tak uznany muzyk jak Duke Ellington uznał ten okres za najsłabszy w swojej długiej i owocnej karierze. Dlaczego Krupa ciągnął swój zespół tak długo? Po prostu nie czuł się pewnie poza stylistyką bigbandową, z którą był utożsamiany od 15 lat. Był liderem, wciąż rozpoznawalną gwiazdą, a tu nagle musiałby zejść do roli sidemana na grząskim dla niego gruncie. Do samego końca zaklinał rzeczywistość, ale podświadomie wiedział, że musi się dostosować do zmian. „Mam już dość i jestem zmęczony określeniem człowieka, który robi hałas. Chciałbym, by traktowano mnie jako twórcę brzmienia”.
Był już po czterdziestce i z pewnością nie można było go określać bębniarzem nowoczesnym. Takimi byli Max Roach czy Stanley Clarke. Pomostem między nowym a starym okazał się Gene Krupa Jazz Trio – zespół stworzony wewnątrz big-bandu, zakontraktowany do legendarnej serii koncertów Jazz at the Philharmonic. Tam też w ’52 roku narodził się pomysł wspólnego koncertu z Buddym Richem pod chwytliwą nazwą „Drum Battle”, mimo że tytułowa perkusyjna bitwa trwa raptem 3 minuty. Osiem lat później wydarzenie doczekało się wydania płytowego. Wątek okazał się atrakcyjny i panowie spotkali się jeszcze później kilka razy w latach 60., także w telewizyjnym programie Sammy’ego Davisa Jr., gdzie ponownie rozegrali mały perkusyjny pojedynek. Miało to charakter nietuzinkowy, zważywszy na to, o jakich czasach telewizji amerykańskiej mówimy. Lata 50. to ogólnie wielopłaszczyznowa działalność i chwytanie się wielu zajęć. W roku ’54 wspólnie z Cozy Cole’em otwierają szkołę perkusyjną – Krupa-Cole Drum School. Najciekawsze miało się pojawić dopiero na koniec dekady.
„Historia Gene’a Krupy” – taki tytuł nosi film fabularny, gdzie w postać Gene’a wcielił się Sal Mineo. Krupa nagrał całą ścieżkę perkusyjną i nauczył aktora, jak prawidłowo poruszać się za bębnami. W tej kwestii wszystko wyszło świetnie i sam Gene był zadowolony, doceniając duży talent aktora. Gorzej było z samym filmem, który bardzo mocno odstaje od faktów, wpadając czasami w absurd. Zrobiony na typową dla amerykańskiego kina modłę moralizatorską, z mocno przerysowanymi wątkami. Gene nie był szczęśliwy z efektu i w jednym z wywiadów stwierdził wprost, że spodziewał się, że wyjdzie to lepiej. Nie ma wątpliwości co do przekazu filmu, gdzie pokazany jest moralny upadek perkusisty z wielkim, finałowym oczyszczeniem, co jest oczywiście odniesieniem do wspomnianej afery skrętowej. To wszystko jednak miało sens, bo Amerykanie lubią tego typu historie bohaterów marnotrawnych. Gene został pokazany jako człowiek, który zbłądził, ale ostatecznie odkupił swoje grzechy i bohatersko wyszedł na prostą. Ameryka to kupiła.
Ogromny wzrost popularności Gene’a zmusił go do odejścia z roli nauczyciela w szkole perkusyjnej. Jednak ponowna intensywna gra przełożyła się na jego zdrowie i muzyk musiał zwolnić z powodu narastających problemów z plecami. Na domiar złego w listopadzie ’60 roku przeszedł zawał serca, który zmusił go do dłuższej przerwy. Grał tylko 19 weekendów w roku, ale w połowie lat 60. znowu podkręcił tempo. Goodman Quartet ponownie połączył siły i zagrał kilka koncertów. Gene prowadził napięty grafik swojego kwartetu, występując w całych Stanach Zjednoczonych i za granicą. Z racji zdrowia jego gra musiała się trochę uspokoić. Jak sam opowiadał: 20 lat wcześniej łamał 24 pałki tygodniowo, teraz już tylko 10 i nie pamięta, kiedy ostatnio przebił naciąg.
Pierwsze oznaki prawdziwego kryzysu pojawiły się w ’67 roku, kiedy po koncertach w Nowym Orleanie i Cincinnati oznajmił: „Czuję się zbyt kiepski, żeby grać, i wiem, że muszę brzmieć kiepsko”. Zapowiedział odejście na emeryturę. Podczas przerwy trenował swoją lokalną drużynę baseballową z Yonkers i prowadził wykłady w szkołach na temat szkodliwości zażywania narkotyków. Jako perkusista Slingerland przyjechał do Frankfurtu reprezentować markę na targach muzycznych, które kilkanaście lat później przyjęły znaną nam nazwę Musikmesse. Zirytowany bezczynnością ponownie założył kwartet, z którym występował w hotelu Plaza w Nowym Jorku. Jego umiejętności solowe znacznie się pogorszyły, ale ogólnie jego gra brzmiała bardziej nowocześnie niż kiedykolwiek. Swoje ostatnie nagranie zarejestrował w listopadzie ’72 wspólnie z Eddiem Condonem, czyli artystą, z którym 44 lata wcześniej nagrywał pierwszy raz. Rok później, w sierpniu ’73, wspólnie z zespołem Benny’ego Goodmana wystąpił na scenie po raz ostatni.
GENE KRUPA – MUZYKA
Jest pierwszym perkusistą, który został wprowadzony do panteonu Modern Drummer Hall of Fame. Dopiero po nim doszli kolejno: Buddy Rich, John Bonham, Keith Moon i Neil Peart – mocne towarzystwo. Większość perkusistów słyszała o technice Moellera, czyli sposobie trzymania i motoryce uderzania pałką w najbardziej efektywny sposób. Większość nauczycieli przy omawianiu tych zagadnień wspomina o tej technice, ale nie każdy ma wytrwałość, by ją opanować. Tak się złożyło, że Gene uczył się bezpośrednio u samego Moellera. Jego styl gry jest zazwyczaj dzielony na cztery etapy:
- Pierwszy – to sideman w grupie Benny’ego Goodmana oraz liderowanie własnym zespołom do 1943 roku. Tutaj przełomowym momentem jest oczywiście wspomniany „Sing, Sing, Sing”. Do tej pory Gene trzymał się raczej typowego sposobu gry, który był oparty na pracy obiema pałkami na werblu. Wykorzystanie rolli przez Doddsa było silnie odzwierciedlone w grze Gene’a, szczególnie podczas jego pracy z Goodmanem. W tym okresie najbardziej innowacyjny był Papa Jo Jones, który wykorzystywał mocniej niż inni świeżo powstały instrument o nazwie hi-hat. Gene rozbił bank usytuowaniem perkusji w aranżacji właśnie dzięki „Sing, Sing, Sing”. Utwór inspirowany był rytmami afrykańskimi, a dokładnie Zulusów. Gene dodał jazzowego klimatu i wyszedł przed szereg, ośmielając tym samym innych perkusistów. Często wspominał o wielkim wpływie na jego grę muzyki afrykańskiej, a za jedno z najciekawszych doświadczeń uznał wspólne jamowanie z rodowitymi afrykańskimi bębniarzami. W dalszym okresie, kiedy przejął rolę lidera w zespole, szedł z rozwojem gry na bębnach, opierając się na świetnie wypracowanych rudymentach, kosmicznej dynamice i budowaniu nastroju. Doskonaląc swoje solo, które było oparte głównie na podziale ćwierćnutowym. Co ciekawe, sama gra nie miała w sobie wiele rewolucyjnego. Gene morderczo szlifował to, co już się działo na scenie, a z racji swojego gwiazdorskiego statusu trafiał do szerokiego grona odbiorców.
- Drugi etap – to liderowanie własnym zespołom bardziej zorientowanym w stronę bopu. To okres do 1951 r., kiedy to era big-bandów dobiegła końca. W tym okresie Gene łapał wpływy bopu i sam zaczął znacznie częściej używać talerza ride zamiast hi-hatu, co było też oznaką nowoczesności. W miarę sprawnie podążał za rozwojem gry. Posiadając ogromne doświadczenie, niczym kameleon potrafił przestawić się na inny styl, co czyniło go nad wyraz uniwersalnym muzykiem, ale mimo to zdecydowanie nie został wybitnym bebopowcem. Spotykał się też ze słowami krytyki, że kompletnie nie rozumie podstaw tego stylu bębnienia. Miał niesamowite ucho, ale jego serce biło w stylu, jaki wypracował u Goodmana. To jednak czyniło go Genem Krupą i co najważniejsze – takiej terminologii używano: brzmieć jak Gene Krupa. Nawet o niektórych młodych „strzelbach” perkusji, którzy przerośli Krupę techniką, mówiło się, że brzmią tak jak on.
- Trzeci etap – to liderowanie w małych zespołach na początku lat 50., od momentu Krupa Trio. Wtedy Gene otrząsnął się z fali bopowej i nieco wyluzował. W tym okresie zagrał jedną z najbardziej znanych solówek w „Drum Boogie”. W słynnym pojedynku z Buddym Richem opierał się właśnie na tym solo. Reprezentowało ono wszystko, czym był Gene, i chodzi tu nie tylko o samą technikę, ale o budowanie napięcia.
- Czwarty etap – to liderowanie w małych zespołach od połowy lat 50. aż do śmierci. Szczególnie w latach 60. zaczął zwalniać i grać krócej. Bardziej przejmował się brzmieniem, dodając chociażby talerz swish i więcej miotełek.
Gdy wrócił po dwuletniej przerwie, grał swobodniej, lżej, bez żadnej presji: „Gra artystyczna przychodzi z latami różnorodnego muzycznego i emocjonalnego doświadczenia. Osiągnięcie sukcesu zależy w dużej mierze od rozwoju indywidualnej osobowości muzycznej”.
GENE KRUPA – ZESTAW PERKUSYJNY
Zastanawiamy się teraz, czy w kontekście brzmienia dziura w bębnie basowym na tom-holder ma znaczenie, czy nie? No cóż, wtedy z tym nikt nie miał problemów, bo nie było czegoś takiego jak tom znany współcześnie, aż do momentu pojawienia się Gene’a w firmie Slingerland. Zrobiono dla niego specjalny, nowatorski zestaw z podwieszanym tomem, który można nastroić z obu stron, ponieważ wtedy bębny miały mocowane skórzane naciągi na stałe. Nowy projekt bębna został wprowadzony w 1936 roku i został nazwany „Separate Tension Tunable Tom-Toms”. W sumie zasada działania nie zmieniła się do tej pory i opiera się dokładnie na tej samej idei. Gene był lojalnym użytkownikiem Slingerland Drums od 1936 r. do śmierci. Ale to nie wszystko.
Posługujemy się na co dzień nazwami typu crash, ride, a to między innymi Krupa we współpracy z firmą Zildjian wykrystalizował taki podział. Był to efekt jego stylu gry, kiedy to pozwalał talerzom wybrzmiewać bez ich ciągłego tłumienia. Wtedy też poprosił o cieńsze blaszki, zdecydowanie przyjemniejsze dla ucha. Tak powoli blachy zaczęły tworzyć kategorie. W latach 30., wraz z rozwojem zespołów bigbandowych, bębniarze potrzebowali więcej możliwości dynamizowania, dlatego pojawiły się blachy dedykowane o konkretnych nazwach, które znamy do dziś. Początkowo były to bardzo małe rozmiary, patrząc z obecnej perspektywy. Kiedy Gene poprosił Armanda Zildjiana, by ten zrobił mu 16-calowy talerz, który miał pełnić rolę ride, producenta zalały zimne poty, ponieważ był to wówczas wyjątkowo duży rozmiar, któremu mogła nie podołać produkcja. Tak na marginesie: w latach dwudziestych turecka odnoga Zildjian oferowała największą blachę w oszałamiającym rozmiarze 18”.
GENE KRUPA – ŻYCIE TOWARZYSKIE
Jeżeli chodzi o życie prywatne Gene’a, sprawa jest dość skomplikowana, szczególnie gdy chodzi o jego spadkobierców. Gene z pewnością lubił zabawę, za której efekty nieraz musiał przepraszać. Miał dwie żony w trzech kolejnych małżeństwach. Najpierw dwukrotnie żenił się z EthelMaguire. W trakcie pierwszego okrążenia wierność z pewnością nie była jego najmocniejszą stroną i w pozamałżeńskim związku urodziła mu się córka. Rozwiedli się na początku lat 40. i w ramach ugody perkusista wypłacił swojej byłej małżonce niebagatelną jak na tamte czasy sumę 100 000 dolarów. Ethel zwróciła czek Genowi, gdy ten wylądował w więzieniu. Jak wspomina wokalistka Anita O’Day: „Mimo kilku hucznych romansów, jakie miewał, Ethel nigdy nie przestała go kochać, a gdy ten wpadł w tarapaty, natychmiast ruszyła z odsieczą”. Pobrali się ponownie i byli ze sobą aż do jej śmierci. W trzecim małżeństwie jego druga żona – PattyBowler – miała już dwójkę dzieci: Mary Grace i Michaela, były to więc dzieci przysposobione. Wpadliśmy nawet na – wydawało nam się – bardzo prawdopodobny ślad wnuczki Gene’a; ilość cech i elementów wspólnych była wręcz niesamowita. Niestety w bezpośredniej rozmowie kobieta zaprzeczyła swojemu pokrewieństwu. Czy zrobiła to celowo, czy też faktycznie się myliliśmy – nie wiadomo.
Zmarł w październiku 1973 roku w swoim domu w Yonkers ok. godz. 9:30 rano. Dwa miesiące po ostatnim publicznym występie. Miał dopiero 64 lata. Oficjalną przyczyną było serce, ale wiadomo było, że zmagał się z białaczką, rozedmą płuc i kilkoma innymi dolegliwościami. Nie klepał biedy, ale mieszkał skromnie w częściowo spalonym domu, którego nie miał sił odbudować. Po mszy żałobnej w Nowym Jorku, na której obecni byli m.in. Benny Goodman i Buddy Rich, ciało Gene’a Krupy przewieziono do Chicago, gdzie odprawiono kolejną mszę, by ostatecznie pochować go na cmentarzu Świętego Krzyża w Calumet City.
FENOMEN?
Na czym polegał fenomen Gene’a Krupy? Jest często uważany za pierwszego solistę bębnów, co nie jest do końca prawdą. Ale z pewnością był pierwszą tak znaczącą perkusyjną osobowością w muzycznym mainstreamie, a nie tylko tłem do zespołu, któremu akompaniuje. Jako pierwszy tak efektownie zaprezentował fizyczność perkusji.
Płynne ruchy, dynamika, pot, bojowy grymas, kosmyki włosów i rytmiczne dudnienie, którego nie da się zignorować. Taki pokaz siły robił wrażenie, szczególnie na wiecznie buntującej się młodzieży. Do tego pewność siebie i pozycja lidera. Kamera go kochała. Jeden z najbardziej pyszałkowatych perkusistów w historii, wielki mistrz Buddy Rich, powiedział o naszym Gienku Krupie z korzeniami gdzieś na skraju Małopolski i Podkarpacia, że był „the beginning and the end of all jazz drummers”.
Przygotował: Maciej Nowak
Biografia:
The World of Gene Krupa – Bruce H. Klauber
Busted: The Story of Gene Krupa’s Arrest – T. Dennis Brown
The Gene Krupa Story – reżyseria Don Weis 1959
Wywiad telefoniczny i mailowy