Cezary Konrad

Dodano: 10.01.2019
Autor: Maciej Nowak

Ciężko zacząć artykuł o tak wybitnym muzyku. Na temat Czarka powiedziano już chyba wszystko i raczej każdy zdaje sobie sprawę, z jaką muzyczną instytucją mamy do czynienia.

Tegoroczny zwycięzca Polskich Nagród Perkusyjnych w kategorii Perkusisty Roku, co raczej nie jest wielkim zaskoczeniem. Jego biografia byłaby bardzo ciekawą lekturą, zawierającą całą paletę emocji. Na pytanie, czy nie chciałby stworzyć takiej publikacji, dyplomatycznie odmawia, ale z pokorą przyjmuję taką decyzję. Mój spokój ma swoje podłoże w nieustającej aktywności Czarka, która ostatnio obrała dla niektórych zaskakujący kierunek. Tym samym kolejne rozdziały książki piszą się same, a ja zacieram ręce. Jeżeli jeszcze nie teraz, to za kilka lat trzeba będzie wykonać kolejne podejście.

Umówiliśmy się na rozmowę w drodze samochodem z Warszawy do Gdyni, gdzie miał zagrać klinikę w sklepie DrumStore. Pogoda nie sprzyjała za bardzo jeździe autem, ale Czarek prowadzi pewnie. To właśnie on zaszczepił w Robercie Lutym zamiłowanie do wyścigów samochodowych po tym, jak zabrał go na Rajd Warszawski. Jesienna szaruga miotała na autostradzie naszym autem, ale dzielnie pruliśmy przed siebie.

Maciek Nowak: Jesteś człowiekiem, który waży słowa.

Cezary Konrad: Tak, moi znajomi bardzo cenią mnie za dyplomację. Często udawało mi się łagodzić konflikty, w których omal nie dochodziło do rękoczynów (śmiech). Można powiedzieć, że jestem takim "ziemskim" odpowiednikiem świętego Judy-Tadeusza, patrona spraw beznadziejnych…

Idzie to w parze z asertywnością? Nazwałbyś się osobą, która potrafi powiedzieć „nie”?

Już tak. Moje życie można podzielić na dwa skrajnie różne okresy. Pierwszy z nich to okres "chłopięcy", który trwał wyjątkowo długo. Dopiero po "trzydziestce" stałem się prawdziwym mężczyzną. W dzieciństwie wychowywałem się z mamą, która ma duszę anioła i nie potrafiłaby muchy skrzywdzić. Nigdy na mnie nie krzyczała, nie dostałem klapsa. Byłem nieprawdopodobnie grzecznym dzieckiem. Z jednej strony fajnie, bo nie sprawiałem problemów wychowawczych, ale w dorosłym życiu zobaczyłem, że sobie zupełnie nie radzę, bo nie jestem asertywny, jestem za łagodny, nie potrafię się nikomu przeciwstawić. To również miało wpływ na mój styl grania. Nagle niespodziewanie w moim życiu nastał okres buntu i odreagowania. Najpierw rozwód z pierwszą żoną... Później czas narkotyków… Musiałem nauczyć się walczyć o przetrwanie. Z grzecznego Czarusia przeistoczyłem się w "demona", którego bali się moi bliscy. Wraz z drastyczną zmianą stylu życia zmienił się też mój styl grania. Słychać było ból, krzyk, ale też nieprawdopodobny kolor i surrealizm. Zdecydowanie odradzam naśladowanie mojej "drogi artystycznej", ponieważ nieuchronnie prowadzi na cmentarz (śmiech). Mnie się udało przetrwać jakimś cudem. Dlatego teraz już potrafię powiedzieć "nie".

Nie mógłbyś być jednak menadżerem muzycznym?

Nie mógłbym i nie chciałbym być. Bardzo też nie lubię być menadżerem samego siebie. Oczywiście młode pokolenie nie ma teraz problemu z autopromocją i kilkakrotnie ze zdumieniem obserwowałem na różnych festiwalach, jak pięknie można opakować produkt, który jest muzycznie przeciętny, a jednak robi wrażenie na organizatorach (śmiech).

Zdaniem wielu osób, także moim, masz taką pozycję w naszym świecie, że tak naprawdę nie musisz na nic uważać i możesz pozwolić sobie na to, by powiedzieć więcej, nie musisz woalować wielu rzeczy…

Nazwałeś to bardzo zgrabnie. Ja jednak nie czuję potrzeby krytykowania kogokolwiek. Boli mnie oczywiście fakt, że muzyka popularna przestała być wartościowa. Zamiast formy i dramaturgii mamy "zapętlony czterotakt" i jakiś skrawek melodii… Najbardziej jednak nie rozumiem fenomenu remixów. Kiedy usłyszałem w radio "Ain’t nobody" we współczesnej wersji, miałem jedno skojarzenie, jakby ktoś oblał Astona Martina farbą olejną, zatkał turbinę, zamienił felgi z 21’ na 13’ i dumnie sprzedawał, zarabiając w ten sposób na życie…

Ok. Koniec marudzenia. Jedziemy właśnie do Drum Store w Gdyni na tzw. klinikę. Mam informację, że nie będę grał do pustej sali, co jest dla mnie wielkim wyróżnieniem. Można by powiedzieć, że perkusja w dobie Internetu nie ma już dla nikogo żadnych tajemnic, ale takie spotkania zawsze są pretekstem do ciekawej rozmowy i podpatrzenia z bliska wielu elementów niedostrzegalnych na ekranie komputera. Cieszę się, że nie mam już takiej tremy, jak kiedyś. Zresztą nie muszę się przed nikim popisywać.

Możesz to rozwinąć?

Nigdy nie zapomnę, jak w 2001 roku graliśmy w trio z Darkiem Krupą w Koszalinie, gdzie podczas solówki pozwoliłem sobie na moment nonszalancji i grałem tremolo prawą ręką. Pamiętam, jak któryś z młodych widzów wybiegł do pierwszego rzędu, bo chciał zobaczyć z bliska, czy to się dzieje naprawdę. Oczywiście wtedy mnie to łechtało, ale dziś byłoby to nie do pomyślenia, bo wszyscy znają te fajerwerki techniczne. Ten etap minął i nie ma możliwości kogokolwiek zaskoczyć grając coś, czego nigdy nie widzieli. Mogę zostawić ten aspekt na boku i nie próbować – mówiąc w cudzysłowie – "kozaczyć", tylko skupić się na tym, by ta sztuka, którą prezentuję, była jak najbliższa temu, co mam w sercu. Moje granie na perkusji może być lepiej sklejone z danym gatunkiem muzyki. To jest dla mnie wspaniałe, że na dzisiejszym pokazie nie muszę niczego udowadniać i mogę być szczery.

Nie jest to tak, że oglądasz się na innych z myślą o konkurencji, tylko bardziej patrzysz na samego siebie i to, gdzie jesteś.

Tak, chodzi głównie o moje poczucie mojego miejsca w tym środowisku. Z drugiej strony nie ukrywam, że walka o pracę jest surowa. Wydaje mi się, że jakbym 10 lat temu stwierdził, że umiem wszystko i przestał ćwiczyć, to może dzisiaj bym się bardzo przykro zdziwił, że mój telefon przestał dzwonić. Dzięki temu, że żyję tym graniem i staram się ćwiczyć, kiedy tylko mogę, interesować się muzyką i tym, co dzieje się na świecie, jestem postrzegany jako ten czynny perkusista. Widzę po moich kolegach, nieco starszych – nie używając nazwisk – którzy z takim wręcz podziwem pytają, skąd mam tyle siły, by być tak nakręconym i znajduję motywację, by się rozwijać. Z tego się cieszę i na pewno ten rodzaj hormonu mam mocno wyśrubowany.

Czy zeszłoroczne 50 urodziny nastroiły cię do refleksji?

Nie, „pięćdziesiątka” nie jest dla mnie niczym niezwykłym. Zresztą i tym razem nie wyprawiłem imprezy (śmiech). Czuję, że ten rok jest dla mnie bardzo sprzyjający artystycznie i staram się doceniać każdy dzień. Obserwuję z wielkim podziwem perkusistów starszych ode mnie, jak Donati i Colaiuta, którzy są już sześćdziesięciolatkami czy też Jurek Piotrowski, który jest dla mnie ikoną od czasów szkoły. Fakt, że wszyscy są wciąż w tak niezwykłej formie, pozwala mi żyć nadzieją, że przy moim stanie umysłu uda mi się przez kolejne kilka lat żyć i pracować na najwyższych obrotach. Poza tym mam przecież młodą żonę (śmiech).

Ostatnio, gdy rozmawialiśmy, czułem w tobie wielką iskrę, jakbym rozmawiał z młodzieniaszkiem, który nagle odkrył coś nowego w muzyce.

Tak, zaraz rozwinę ten temat. Przypominam sobie nasze rozmowy sprzed ładnych kilku lat, gdy byłeś zaskoczony, że tak bardzo podziwiam perkusistów metalowych, że ćwiczę tymi dwiema stopami. Moi znajomi łapali się za głowy, po co mi to, skoro w jazzie w ogóle się nie używa podwójnej stopy. Po co to wszystko? Napiór (Marek Napiórkowski) zawsze mówił: „Cezi, znowu będziesz kopytkował”, tak się naśmiewali z tego. Oczywiście to było niemożliwe, żebym zagrał w zespole metalowym, mimo, że mój stosunek się nie zmienił i nadal jestem wielkim, wielkim fanem i podziwiam moich znamienitych kolegów z branży. Ale nagle los się do mnie uśmiechnął.

Jak to się zaczęło?

Któregoś dnia jechałem rowerem i zadzwonił nieznany telefon, którego nie miałem w kontaktach. Przedstawił się dżentelmen, pytając, czy rozmawia z Czarkiem Konradem, bo ma sprawę. Ja, wiadomo, rower, ulica, nie dosłyszałem, kto to jest i powiedziałem bardzo dyplomatycznym tonem, że przepraszam, ale jadę teraz rowerem i jeżeli to nie problem to oddzwonię za jakieś 40 minut (śmiech). Przyjechałem do domu, zdążyłem wziąć prysznic i stwierdziłem, że ok, jest zaległy telefon do odrobienia, może jakaś reklamówka (śmiech). Oddzwaniam, a tu okazuje się, że po drugiej stronie Krzysztof Cugowski. Tutaj mnie trochę zmroziło, bo lekkie faux pas na wejściu, ale tak się zaczęła nasza przygoda, gdzie Krzysztof zaproponował granie w jego zespole.

Skąd ten pomysł?

Ponieważ wszyscy wiemy, że jest to nieoczywiste, sam pytałem: „Krzysztof, dlaczego ja?”. Tutaj Krzysztof wraca do koncertu, który dobrze pamiętałem, było to też moje pierwsze spotkanie z tym artystą. To był rok 2011, grałem jako zastępca w zespole, który był akompaniującym w jakimś koncercie. Nie do końca pamiętam, jaki tam był temat przewodni, ale była to zbieranka kilku gwiazd wokalnych, pamiętam, że była Justyna Steczkowska, że był Janusz Radek i kilka innych świetnych osób. Na tym koncercie pojawił się też Piotr Cugowski i Krzysztof Cugowski. Dowiedziałem się, że mieli stanąć pierwszy raz razem na scenie, bo z różnych powodów tego unikali. Zatem myślę, że był to dla nich ciekawy dzień ze względów rodzinnych, podobnie był to ciekawy dzień dla mnie, bo proszę, widzę nagle w moim planie numer osiem i panowie Cugowscy razem. Tak, jak do tej pory grałem, to wiadomo – miałem nuty i gramy, tu nagle utwór, gdzie jest intro na tomach i trzeba mocno przykładać. Moje mocno to te jakieś tam biedne decybelki, a tu odzywa się potężny głos i chyba to był Krzysztof. Nie pamiętam treści, ale ten głos był tak przejmujący i mocno wszedł w mój organizm, że tak, jakbyś w tej mojej tureckiej taksówce, którą teraz jedziemy, dodał podwójne turbo. Dostałem zastrzyk adrenaliny, że nie wiedziałem, co się dzieje, tak bardzo chciałem pomóc Krzysztofowi i Piotrowi, że wzbiłem się na szczyty swojej dynamiki i głębokości wypowiedzi. Czułem potem, że prawie paluchy sobie porozwalałem, bo oczywiście grałem klasycznym gripem… No, bo jestem jazzmanem. Byłem przerażony, że na pewno zejdę kontuzjowany z tego koncertu. To była wielka chwila i z obu stron chodziło o coś bardzo ważnego.

Krzysztof po próbie uśmiechnął się i na koncercie wiedziałem, czego się spodziewać. Na koncercie poszedłem na maksa, tyle, ile mogłem wyrazowo. Krzysztof schodząc ze sceny pokazał mi ręką, że jest ok i bardzo się z tego cieszyłem. Później z jego relacji wiem, że pytał Piotra, swojego syna: „Słuchaj, kto jest ten perkusista?”. A Piotrek zaśmiał się i mówi: „Co ty, nie znasz? To taki jazzowy, słynny Czarek Konrad” (śmiech). Zobacz, mamy rok 2018, minęło 7 lat i Krzysztof z jakichś powodów pamiętał. Po rozstaniu z Budką Suflera i po wygaśnięciu kontraktu na wspólne działania z Braćmi, Krzysztof postanowił zafundować sobie zespół, który pięknie nazwał Zespół Mistrzów. Najpierw umówił się z Jackiem Królikiem, gitarzystą, z którym widywali się często na scenie, zresztą Jacek jest prawdziwym rockerem, ale wiem, że byłem drugą osobą, o której pomyślał. Nie chcę znać kulis jego rozmów z Jackiem na mój temat, jakich argumentów musiał użyć (śmiech). Z Jackiem graliśmy wcześniej u Grześka Turnaua, więc znał mnie z tej strony, nazwijmy to romantyczno-malowniczej. Jacek zadzwonił do mnie i wspólnie wybraliśmy basistę. Doszliśmy do wniosku, że wybierzemy najlepszego, jakiego znamy, czyli Roberta Kubiszyna. Do tego wszystkiego, żeby było miło i profesjonalnie, dołączył do nas Tomasz Kałwak na keyboardach.

Czyli dawny koncert zadecydował o decyzji.

Idąc dalej tym wątkiem, dlaczego ja, to mi trochę przypomina sytuację z 1990 roku, kiedy Zbyszek Namysłowski zaprosił mnie do swojego zespołu. O tym opowiadałem wielokrotnie, więc nie chcę tu przedłużać wątku, ale był to rodzaj inwestycji, gdzie bierze jakiś nieoszlifowany kruszec i ma świadomość, że jak wykaże odrobinę cierpliwości to może się ta inwestycja zwrócić i opłacić, i ostatecznie będzie miał coś wyjątkowego. To bardzo podobne sytuacje. To jest coś nieprawdopodobnego, bo w obu przypadkach, naprawdę, nigdy nie mówili mi, jak mam grać... To jest niesamowite. Wielcy mistrzowie.

Jak wyglądał wasz debiut?

To dodaje całej pikanterii! Koncert w Central Parku w Nowym Jorku. Oczywiście wszyscy nos w nutach, czytamy to jako nowy projekt, bo wstyd przyznać, ale nie znałem utworów Budki Suflera, Kubiszyn też. Jacek Królik był jedynym. Druga sprawa, że ma mózg komputerowy i zna te wszystkie piosenki na pamięć. Ja akurat wychowywałem się na zupełnie innej muzyce i nie znałem polskiego rocka zupełnie. Ten koncert, powiedzmy sobie szczerze, nie był wielkim strzałem, o czym kilka razy delikatnie przypominał nam w żartach nasz menadżer. Wracając z Nowego Jorku Krzysztof zasugerował, żebym w wolnej chwili pochylił się nad kilkoma ikonami gatunku i posłuchał, jakich środków wyrazu używają. To nawet nie były uwagi, tylko po prostu podpowiedź i do tego absolutnie w białych rękawiczkach. Nigdy więcej nie mówiliśmy na temat tego, jak mam grać.

To naprawdę imponujące, ale musiałeś szlifować ten styl.

Wiesz, ja nigdy nie miałem lekcji na bębnach, to były inne czasy i samemu się dochodziło do wszystkiego, ale teraz widzę, że gdybym spotkał kogoś ważnego lata temu, to może zaoszczędziłbym wyważania drzwi, które dawno temu zostały otwarte. Z pełną pokorą powierzyłem Jackowi Królikowi tę rolę nauczycielską wiedząc, że ma doświadczenie, że wie, o co chodzi w rockowej muzyce.

Uśmiechasz się teraz lekko, wspominałeś mi wcześniej, że ta nauka miała coś wspólnego z filmem Whiplash…

No dobra, ok, skoro nalegasz (śmiech). Po filmie Whiplash wywiązała się u nas mocna dyskusja, ja byłem w grupie przeciwnej, chociaż nie chcę tu krytykować samego filmu, bo znowu ta moja dyplomacja mi na to nie pozwala. Bolała mnie trochę kwestia źle przeprowadzonego castingu i te sceny jazzowe mocno mnie kłuły. Druga sprawa – został pominięty wątek, który też jest istotny, czyli odczuwania atmosfery bycia razem. Zostało to przedstawione w świetle takiej moskiewskiej szkoły klasycznej, która jest bardzo mocna lub szkoły baletowej, gdzie aspekt pracy do krwi jest na miejscu. Nie pasowało mi to do środowiska jazzowego. Po latach jednak sam żartobliwie użyłem zwrotu, że jestem bohaterem Whiplash, a moim Fletcherem (filmowy surowy nauczyciel) jest Jacek Królik (śmiech). Zawierzyłem mu. Gdybym myślał w kategoriach, że jak ty mi możesz zwracać uwagę, bo jestem wielki Czarek Konrad i dwadzieścia ileś lat byłem najlepszy itd., to musielibyśmy się rozstać, ale zagryzłem zęby, bo jestem ambitny. Dzięki temu mam też taką podpałkę, jaką mam i stało się coś wielkiego, zawierzyłem Jackowi. Przez pierwsze kilkanaście koncertów był kciuk w dół, ale nie złośliwie. Nie będę tu wdawał się w szczegóły, ale miałem tych problemów parę, potraktowałem to bardzo serio i zacząłem te rzeczy ćwiczyć.

Wiesz, że jestem typem bardzo spontanicznym i wydawało mi się, że samą podpałką można daleko zajść, ale miałem takie momenty na niektórych koncertach, gdzie nie wiedziałem, czy ta podpałka nie narobi mi krzywdy, bo nie byłem w stanie oszacować sił. Byłem tak zmotywowany, że na takim lekkim wku*wieniu twierdziłem: „No to zobacz, Jacek, teraz, jak dzisiaj dopakuję”. Starczało mi energii na pół koncertu, a później zacząłem słabnąć, bo nie byłem przygotowany kondycyjnie. I teraz to jest ciekawe, bo musiałem nadrabiać na końcu tym moim „kopytkowaniem”, gdy trzeba było zagrać młyna lub jak to mówi Krzysztof po śląsku – larmo. Tak, jakbym za szybko startował do biegu i nie mogłem finiszować. Nóżki parę razy uratowały mi życie, bo rękami grałem co czwartą, a nogami trzydziestki dwójki. Krzysztof zadowolony, dobrze, jest dym! A ja przeżywałem dramaty – cholera, znowu nie dograłem. Zacząłem ćwiczyć granie ponad dynamikę i tu też były ciekawe etapy. Kiedy wydawało mi się, że dzisiaj w ćwiczeniówce gram na maksa, gram zza głowy, to nagrywałem sobie kawałek, jak to wygląda. Patrzę, a tu bieda, mezzo forte (śmiech). Widziałem, jak ta granica jest przesunięta, zacząłem też bardziej podglądać innych perkusistów. Szybko odkryłem, że samą złością daleko nie zajadę. Nie mogę być sztywny, tylko luz. Kiedy byłem dobrze rozegrany i grałem na luzie, to te momenty dawały mi nadzieję. Jak pałka lądowała z dużej wysokości i lądowała bardzo luźno, coś, jak gra Thomas Pridgen, że trzyma pałkę tak, jakby jej nie trzymał. Poczułem, że to jest ta słuszna droga i w to brnę. Jestem wciąż na etapie rozwoju, cieszę się, że wszyscy moi bliscy zauważają duży postęp. Jacek, przyznam z satysfakcją, może ze trzy czy cztery razy powiedział, że dzisiaj było fajnie, czyli jest to możliwe. Jest sprawiedliwy w swojej surowej ocenie, czyli było warto. To jest bardzo ważna sprawa. Czuję, że mam jeszcze dużo do zrobienia, ale jestem na dobrej drodze, na pewno się nie zraziłem.

Jak wyglądało twoje czucie gry, gdy z powrotem zasiadłeś do jazzu?

To mi daje największą radość! Złośliwi twierdzili, że jak wrócę z zespołu Krzysztofa, to będę brzmiał jak Krzysiek Dziedzic i będę boksował. Okazało się, że wcale nie i dostałem ekstra zapas, taki bonus w prezencie, że jestem lepiej rozegrany i mam większy oddech. Szczerze to procentuje nieprawdopodobnie w moim graniu, z czego się cieszę, bo tego się nie spodziewałem. Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt tego wszystkiego. Krzysztofa bliscy łapali się za głowę, że zrobił samobójczy krok, bo po co wziął jazzmanów. Gdy zadzwonił do mnie, myślałem, że będziemy trochę na zasadzie takiej, jak Sting. Wziął jazzmanów i będzie to moment zwrotny w jego karierze. Okazuje się jednak, że gramy utwory, które już dawno zostały nagrane. Trochę mi to przypomina, jak kiedyś z moją miłością do piana zostałem zaproszony przez Dorotę Curyło, żeby grać na branczach w hotelu. Mogła mieć prawie każdego pianistę, ale wiadomo, że dla tych pianistów byłoby to granie ze zwieszoną głową, znowu te standardy przez cztery sety, bolą mnie plecy i w ogóle... Dlatego wzięła gościa, dla którego to był koniec świata i widzi, że dla niego to nie jest chałtura, tylko największa nagroda! Ma znaczenie ten punkt widzenia, z którego startujemy. Krzysztof nie zmienił tego projektu w zespół jazzowy. Pozwala nam i oczekuje wręcz od nas wirtuozerii, przez co w tym programie, który teraz gramy, dwukrotnie znajduje się utwór instrumentalny. Są to kompozycje Jacka, który zresztą jest kierownikiem muzycznym zespołu. Nie ma tam żartów, musimy się mocno sprężać, bo są fragmenty z solówkami.

Przychodzi moment konfrontacji z innymi rockowymi perkusistami.

O tym muszę powiedzieć! Na naszej premierze w Nowym Jorku graliśmy na szczęście jako pierwsi, co tego dnia ocaliło mi skórę. Po nas grał Bednarek, a tam na perkusji gra Maciej Pilarz. Ja, jak to ja, idę posłuchać. Jeden numer, drugi numer i jestem znokautowany, facet miażdży, doskonały cios! I teraz po koncercie to on przychodzi do mnie i pyta: „Czy mogę sobie zrobić z panem zdjęcie?”. No nie! (śmiech) To odwrotnie powinno być! Do takich sytuacji dochodzi. Ostatnio miałem niezwykłe spotkanie z Bartkiem Pawlusem. 15 lat temu byłem w jury konkursu w Opolu, w którym startował Bartek, gdzie znokautował wszystkich uczestników. Polubiliśmy się chyba od pierwszego spotkania. Potem kilkukrotnie był na moich warsztatach, a później zaczęła się jego błyskotliwa kariera. No i zobacz, po kilkunastu latach teraz ja oglądam Bartka na YouTube, ucząc się od niego, jak wspaniale gra tę muzę. Kilka tygodni temu doszło do spotkania, bo zespół Bracia grał przed nami. Nie muszę mówić, jak byłem zestresowany, bo jeszcze mnie zobaczy (śmiech). Oczywiście byłem tak przejęty graniem i zapomniałem, odwracam się w trzecim utworze, a tam Pawlus stoi z boku i pokazuje mi gestem serca, że daję radę. Przemiłe spotkanie! Chciałbym odnotować nieprawdopodobny skok poziomu i postęp, że jest cała masa profesjonalnie przygotowanych do zawodu drummerów, którzy mają świetny sound, świetny time, którzy czytają nuty, są gotowi na już. Moim zdaniem ma tu duże znaczenie, że w tym 2005-2006 tak mocno wystrzelił ten YouTube i wszyscy zaczęli oglądać perkusistów np. gospelowych. Ten okres 10 lat ćwiczeń procentuje. Z wielkim zachwytem obserwuję tak nieprawdopodobny wzrost poziomu gry na bębnach w Polsce.

Jakbyś porównał oba światy, bo przecież możesz wypowiedzieć się z punktu widzenia zawodowca, operującego w obu stylistykach.

Tak, jakbym był przed południem w Teatrze Wielkim i tańczył w balecie klasycznym, a wieczorem za pieniądze walczył w MMA. Wspólne jest to, że używamy do tego nóg. Moim zdaniem tak bardzo to się różni. Powiem ci, że to się niby wie, ale pewnych rzeczy nie da się opisać. Tak, jak nie jesteś w stanie opisać pięknego widoku, tak samo nie jesteś w stanie opisać, jak bardzo to się różni. Jest to kosmiczna różnica, ale wiem dziś, że jest możliwe pogodzenie obu tych światów. Tam nawet przez sekundę nic mnie nie łączy z moim światem, czyli staję się innym człowiekiem, jak w filmie Batman zmieniam swoją osobowość.

Czy teraz jeszcze bardziej doceniasz grę takich kameleonów jak Vinnie Colaiuta, który potrafi zagrać z Chickem Coreą, a za chwilę z Megadeth?

Dotykamy tematu Colaiuty, który jest jakimś fenomenem, ale rzeczywiście. Dopóki nie usiądziemy na scenie to nie zobaczymy, jak to jest. Mam wrażenie, że ta transformacja jest możliwa w moim przypadku, ale chyba nie byłaby możliwa w przypadku prawdziwych rockerów, którzy w dwa-trzy miesiące mieliby się przystosować i zagrać jazz, ale tak naprawdę, typu miotły, z dyrygentem, wejście na rękę i otwarcia się trochę na frytę. No nie wiem, mogliby mieć trudny czas. W drugą stronę jest to wykonalne, dzisiaj już to wiem.

Jak dostosowałeś zestaw?

Założyłem mało talerzy. Była oczywiście tendencja, że grałem na pierwszych koncertach za dużo nut, dlatego siłą rzeczy przyjąłem rodzaj ascezy. Po naszym spotkaniu podczas sesji fotograficznej, uświadomiłeś mi, że to też nie jest do końca dobre, bo w muzyce rockowej to musi wyglądać, dlatego planuję się lekko rozbudować sprzętowo. Póki co mam ride’a i dwa crashe, więc jak na mnie to totalna asceza, ale to dobrze. Mam ustawienie raczej klasyczne, nieco przypominające lata osiemdziesiąte, siedzę nisko, talerze wysoko, tomy pochylone.



BRZMIENIE

Kiedyś zawsze wierzyłem w to, że mogę tak, jak Colaiuta na jednym zestawie zagrać wszystkie style muzyczne, zmieniając jedynie strój bębnów. Dojrzałem jednak do tego, że mam w tej chwili bębny typowo jazzowe Gretsch i cieszę się bardzo, że nabyłem je wtedy, kiedy wiedziałem, że jest to niezbędne i je bardzo chcę. Nie byłem konformistą, ponieważ w połowie lat 90 moi prawdziwi jazzowi koledzy, puryści jazzowi, powiedzieli, że: „Cez, jeżeli naprawdę chcesz grać jazz, musisz mieć inne graty i nie możesz grać na Yamaha Rock Tour Custom”. Byłem lekko obrażony, bo przecież wszyscy mówią, że brzmię świetnie. Musiało upłynąć tyle lat, że doszedłem do takiego momentu, że jednak nie, że jeżeli chcę to robić stylowo i się dobrze sklejać z kontrabasem, czasem z jelitowymi strunami, to musi to być jednak nieco inny bęben. Zawsze miałem problem z „jazzówką.” Brzmienie traktuję emocjonalnie i bębny staram się obdarzyć miłością i się do nich przytulać, a nie z nimi walczyć. Feeling przy graniu stopą, która ma twardy beater, jest mocno naciągnięta membrana i nie ma tłumika, jest taki, jakbym uderzał w stół. Nigdy nie mogłem się z tym pogodzić, bo ja znów wolałem lądować uderzeniem pałeczki jak w tort albo jak w kawał mięcha. Kiedyś w studio u Janka Smoczyńskiego stała taka jazzówka, usiadłem za nią, założyłem słuchawki i się odciąłem od tego brzmienia. Jak później to odsłuchałem, stwierdziłem, że kurde, nawet stylowo zaczynam brzmieć, że ta jazzówka daje przewagę. Brzmię jak Czarek Konrad, ale jest coś lepszego w tej sesji. Przełomowy moment był wtedy, jak podpatrzyłem u Łukasza Żyty, jak stosuje na beater taką babuchę, taką wielką wełnianą głowę. To przeważyło, doszedłem do wniosku, że mogę kupić jazzówkę, bo tego chcę. Jak ją wyciągnąłem z kartonu, to po pół godzinie mieliśmy miłość odwzajemnioną.

Moim głównym instrumentem jest zestaw DW, ale nazwijmy go uniwersalnym, bo oparty o bęben 20” i strojony pod fusion, bo moja muza jest mniej więcej tego koloru. Rozmawiając z Krystianem Czarneckim, którego publicznie chciałbym wyściskać, bo jest dla mnie kimś bardzo ważnym, okazało się, że przy kontrakcie z Gewą mogę oficjalnie używać nie tylko instrumentów DW, ale i Gretscha. Wszystko się bardzo ładnie zbiegło w czasie. Rozmawialiśmy o bębnach do mojej ćwiczeniówki. Doszliśmy do wniosku, że tam nie muszę mieć Mercedesa S klasy, więc bębny PDP będą czymś takim, jak Boston dla Steinwaya, takim odpowiednikiem, który jest wciąż bardzo dobry, ale nie aż tak kosmicznie drogi. Jeżeli do ćwiczeniówki, to pomyślałem, że wezmę większe, czyli stopkę 22”, bo nigdy w życiu nie miałem stopy 22”, co też jest ciekawe. Widziałem różne wynalazki na świecie, ale nigdy nie miałem stopy 22”, 20” to jest największy rozmiar. Tomy od 10” do 16” i zacząłem na tym ćwiczyć.

Nie minął miesiąc czy dwa i jest telefon od Krzysztofa i nagle stwierdzam, że rany julek, dzięki temu, że mam te bębny, to mam co wziąć na koncert, bo moje DW są za małe. Już wtedy wiedziałem, jaka jest różnica, jak kopnie się w 22”, a jak w 20”. Teraz zapewne moi rockowi koledzy się śmieją, bo są stopy nawet 26”, ale i z nimi bywają problemy. Słyszałem kiedyś opowieść, że jeden perkusista nie mógł wejść do klubu, bo nie mieścił się w drzwiach. Znowu rola przypadku. Ale ja nie popadam w jakieś ekstrema. Także znowu rola przypadku. Jestem osobą wierzącą i czasami mam wrażenie, że jestem częścią jakiegoś planu albo układanki siły wyższej. Bardzo często czuję się aktorem na scenie życia, dlatego to nie może być zwykły przypadek. W trudnych chwilach staram się zawierzyć tej opatrzności, że gdzieś tam ta moja rola jest zapisana, a ja wypełniam ją z pełną pokorą.

Byłem tak przejęty całą sytuacją, że nie myślałem w ogóle o aspekcie ceny PDP i tego, jak to się przekłada na brzmienie. Czy ktoś zwróci na to uwagę, czy nie. Okazało się, że gdzie koncert to wszyscy przychodzą i pytają: „Jak to? Czemu PDP? Jak to robisz, że tak dobrze brzmi?”. Prawie w każdym spotkaniu jest ten temat poruszany, więc nie dziwi mnie to, że o to pytasz. Nie jestem jakimś wyznawcą, że sprzęt jest najważniejszy. Cieszę się oczywiście, że na stare lata mogę grać na DW, bo to było zawsze moje marzenie, ale te bębny PDP wszyscy mocno komplementują, co znowu daje chyba odpowiedź na to, że ten sound jest gdzieś w nas, a nie w rodzaju drewna, z jakiego bęben jest zbudowany. Po tych komplementach, jakie usłyszałem na scenie, zacząłem w to mocno wierzyć. Nie chcę też, byście mnie wszyscy źle zrozumieli, że w ogóle nie ma znaczenia, na czym gramy. Jeżeli weźmiemy dwa tomy 12” PDP i 12” DW i zagramy po kilka uderzeń tylko na nich, to wyczujemy, że tam na DW jest bardziej tłusto i odzywają się lepsze alikwoty, ale na scenie jestem otoczony blachami. Dlatego lubimy się z tymi PDP, wolę częściej wymieniać naciągi i mieć radość tego świeżego soundu niż na siłę szukać w nieprzyzwoicie drogich warstwach drewna z egzotycznych krajów swojego brzmienia. Doskonałości w graniu szukam w stu procentach w sobie, a nie w sprzęcie.

 

Jak już wspomnieliśmy, nie jesteś jednak wyłącznie skoncentrowany na grę rocka, cały czas jesteś aktywny w jazzie.

Tak, ale zespół Krzysztofa jest teraz priorytetowy i jak układam kalendarz to jestem w stu procentach dla niego dyspozycyjny. Na szczęście gram też inne rzeczy, dzięki czemu mogę dokonać konformacji. Nie oddalam się, wręcz czerpię korzyści z tamtej lekcji.

A nie myślisz, że jazz zjada na dobre własny ogon? Uważam, że jesteś najbardziej kompetentną osobą do zadania tego pytania.

Ja oczywiście z jazzem jestem całym sercem… No widzisz, znowu ten dyplomata się odzywa. Widzę sytuację tak. Powstało wiele wydziałów jazzowych w Polsce, nawet konserwatywna Warszawa przez tyle lat się broniła i wreszcie otworzyła jeszcze nie wydział, ale kierunek, gdzie notabene mam zaszczyt być wykładowcą od dwóch lat. Mógłbym zaryzykować takie stwierdzenie, oczywiście nie chcąc nikogo krzywdzić, że powstało wiele miejsc pracy dla jazzmanów średniego pokolenia, ale co roku te szkoły kończy też ileś dziesiąt bębniarzy i mogę mieć wrażenie, że we współczesnym graniu może zabraknąć wyrazistych osobistości perkusyjnych. Nie dlatego, że ta młodzież jest mniej zdolna, tylko nadmiar informacji przytłacza. Wielu kolegów o tym mówiło. Dla mnie YouTube jest teraz deserem po dobrze zjedzonym obiedzie. Mam tam wszystko, czego zapragnę, ale gdybym się uczył grać i dostał tyle milionów różnych linków to nie wiedziałbym, co z tym zrobić. Ten nadmiar wiedzy powoduje powierzchowność nauki. Mogę mówić tylko za siebie, mimo, że kończyłem wszystkie etapy nauki klasyki, ale jeżeli chodzi o jazz byłem takim Janko Muzykantem. Kochałem też muzę nad życie, ale nie miałem skąd się dowiedzieć, jak to grać. To zgłębianie wiedzy tajemnej, wręcz zakazanej, smakowało niesamowicie. Kiedyś, jak słuchaliśmy jakiejś płyty, to ja tę płytę znałem naprawdę na pamięć. Nie musiałem spisywać tych partii, bo je po prostu znałem.

W tej chwili młodzi ludzie słuchają pobieżnie, mylą nazwiska, kto gra. Ten problem jest nie tylko w jazzie, ale np. w gospel. Ilość perkusistów gospel porażała mnie w pewnym momencie, bo się okazało, że jest nie dziewięciu, tylko kilka tysięcy i nie pozostało nic, tylko złożyć pałki. Bębniarze na poziomie takim, że nie jestem w stanie tego dosięgnąć, ale z jakichś powodów ci biali perkusiści mają pracę i są podziwiani i lubiani. To samo mogą powiedzieć wokaliści, że każdy czarnoskóry śpiewa lepiej niż jakikolwiek biały wokalista. Widocznie nie tylko chodzi o doskonałość wyrazu, ale o rodzaj przekazu. W to głęboko wierzę. Może niech to będzie zachętą i pocieszeniem. Nie zazdroszczę perkusistom jazzowym, którzy teraz zaczynają karierę, bo trudno jest znaleźć sobie miejsce w tym gąszczu. Jeśli będą się kierować mocno uczuciami i starać głęboko wejść w muzę po swojemu, to z tego może się wykrystalizować swój własny styl, oczywiście, jeśli też ten etap kopiowania będziemy mieć za sobą, bo kopiowanie jest naturalne i sam przez to przeszedłem. Teraz nie ma już tajemnic, wszystko jest wyjaśnione, widać, jak grać. Samo życie i to, jak nas kieruje, będzie natychmiast słyszalne w graniu.

Ciężko mówić o świeżości w jazzie…

Krytycy jazzowi ciągle spierają się i zmagają z problemem, czy coś jeszcze jest jazzem, czy też jazz skończył się pod koniec lat 60, kiedy topowe, mainstreamowe zespoły po prostu się skończyły. Kwintet Milesa czy kwartet Coltrane’a. Zauważyłem, że na pewno perkusiści eksperymentują ze sprzętami. Próbują znaleźć jakieś jedno nietypowe rozwiązanie. Widziałem, jak chyba Kendrick Scott w klubie 12on14 w Warszawie używał takiego patentu, że na lewej nodze używał werbla. Oczywiście widzieliśmy to już u Thomasa Langa, ale w kontekście grania jazzowego jest to coś zupełnie niespotykanego. Nie powiem, czy byłem tym zachwycony, ale zaczęliśmy dyskutować z kolegami, którzy mają kontakt z amerykańską sceną i twierdzą, że nowe rozwiązania są bardzo mocno poszukiwane, żeby ktoś wpadł na coś, co będzie później kopiowane i wyróżniało brzmieniowo. Sama muza dużo czerpie z matmy. Utwory stały się bardzo trudne. Saksofonista Miguel Zenon, który eksperymentuje z bardzo trudnymi formami czy też rodzynki w stylu pianisty Tigrana Hamasyana z Armenii, u którego na bębnach gra Arthur Hnatek. Bardzo świeża muza, mocno skomplikowana, ale mimo wszystko płynąca. Rodzaj trudności rytmicznej nie wynika z tego, że ktoś chciał skomplikować tę muzę, tylko bazuje na elementach ormiańskiej muzyki ludowej.. Nie ma już Miles’a Davisa, który by to w naturalny sposób wypchnął na jeszcze dalsze tory. Świat czeka na jakiś przełom, ale w takiej gęstości sztuki, jaka nas otacza, jest to już niezwykle trudne. Może za dziesięć lat będziemy się śmiać z tej rozmowy, bo jak można było nie wpaść na… i tu padnie ten najnowszy termin (śmiech).

Czy na polskiej scenie jazzowej są aktywni muzycy o dużych nazwiskach, którzy twoim zdaniem powinni już z tej sceny zejść? Tak czy nie? Tyle mi wystarczy.

… Samo to, że przez chwilę milczałem, świadczy o tym, że nie jest to takie oczywiste. Nie. Dla mnie tu jest harmonia. Wiem, że może jesteś rozczarowany (śmiech), ale naprawdę mówię szczerzę. W tej chwili nie ma nikogo takiego. Rynek w jazzie jest na tyle surowy i sprawiedliwy, że jak ktoś nie daje rady, to nie będzie zapraszany na festiwale.

To może inaczej spróbuję zapytać. Może jest ktoś z innego pokolenia, kto powinien sobie dać spokój?

Tu trafiłeś w sedno. Jest jeden dżentelmen, który nie ma wstydu i parę osób by się ucieszyło, gdyby powiesił rękawice. Niestety, nie mogę powiedzieć kto, ale jak ma wyrzuty sumienia, to będzie wiedział, o kogo chodzi (szelmowski uśmiech). Poza tym ogólnie raczej podziwiam niż życzę komuś zejścia ze sceny.

A kogo takiego podziwiasz?

Zbyszek Namysłowski to rocznik 39 i zazdroszczę uczniom ze szkoły na dawnej Bednarskiej, teraz Połczyńskiej, że mają możliwość zajęć z zespołem, który prowadzi Zbyszek. Ćwiczą na jego materiale. To jest niesamowite. A podejrzewam, że to go trzyma w nieustającej młodości, że ma ten cel, że nie będąc już tak aktywnym na scenie ma spełnienie, gdy widzi, jak młodzież zmaga się z jego utworami, a on słyszy, jak one brzmią. To jest wspaniała sprawa.

Ty dbasz o siebie i chcesz utrzymać dobrą formę jak najdłużej.

Tak, zwracam na to uwagę. Bardzo znajduję ukojenie i szczęście w uprawianiu sportu. Jeśli czasu by mi starczyło, to chciałbym mieć codziennie do czynienia z jakąś formą sportu, czy to siłownia, rower, czy basen, czy też piłka nożna. Nie byłem fanem piłki nożnej, ale mój syn, który ma siedem lat, uwielbia grać w piłkę i musiałem sam się podszkolić, bo w szkole byłem tylko bramkarzem, a teraz muszę iść z nim w drybling (śmiech). Dzięki niemu chodzę częściej na basen. Z dumą odkrywam, że w jesieni życia coraz częściej chodzę na basen i gram w piłkę, także sport jest ważny w moim życiu.

Drzewa szumiały, że myślałeś na tę jesień życia o otwarciu placówki edukacyjnej…

Nie, to rzeczywiście drzewa tylko szumiały. Tak, jak już wspomniałem, zająłem się uczeniem i nie powinienem może tego mówić publicznie, bo ktoś może źle zrozumieć, ale… uczenie nie jest moim spełnieniem marzeń. Nie jest tak, że mam jakąś misję do uczenia, bo chciałbym grać jak najdłużej.

Nie widzę w tym nic sprzecznego. Chyba każdy chciałby móc być aktywny na scenie. Twój głód gry dobrze o tobie świadczy.

Są tacy, co mają misję nauczania, jak mój profesor Skoczyński. Chciałbym grać do końca życia, ale mam świadomość tego, że może mi się to nie udać. Podjąłem się nauczania, mimo, że nie jest to moje marzenie i nigdy nie było, ale jak się podjąłem czegoś to wchodzę w to cały. Nigdy w życiu nie zdarzyło się, żeby ktoś był niezadowolony z lekcji lub stwierdził, że traktuję to macoszemu. Mówię bez zbędnej skromności, że jak coś robię, to robię na maksa i chyba wszyscy są zadowoleni. Może za 15 lat, jak będę miał 65 i nie będę już tak często zapraszany, jak w tej chwili, będę miał świadomość, że mam studentów i jestem tam potrzebny, i idę do pracy. Nie chcę siedzieć w fotelu, chcę być jak najdłużej potrzebny, tym bardziej, że nie będę miał emerytury, z której mógłbym wyżyć. Powiem tyle, bo nie chcę wybiegać jakoś bardzo w przyszłość, że na dziś dzień nie przeszkadza mi to, że jeżdżę samochodem po kilkaset kilometrów i noszę te bębny w 90 procentach sam. Moi bliscy dziwią się, jak to wytrzymuję, a dla mnie to jest coś wspaniałego. Nigdy nie narzekam, że te bębny trzeba zanieść. O prywatnej szkole nigdy nie myślałem. Biznesowo jestem słaby. Gdyby ktoś miał taki plan i zebrałby – nazwijmy to – kilku czołowych napastników ze środowiska, to kto wie, może bym się zdecydował, ale na razie nie widzę takiego pomysłu, a tym bardziej nie wychodzi on ode mnie.

Czym się kierujesz, jadąc na takie warsztaty, jak dziś?

Zostałem zaproszony i padło pytanie, co będzie? Sam jeszcze nie wiem, bo w dużej mierze zależeć to będzie od ludzi, którzy przyjdą, jeśli przyjdą. Na sto procent będą mieli przed sobą i dla siebie człowieka, który jest szczery, który się nie wstydzi mówić o rzeczach trudnych i o swoich błędach. Na pewno nie będzie muru, jaki czasami na takich pokazach jest.

Pytanie, które pewnie cię już męczy, ale… co z twoją nową oryginalną płytą?!

Miałem taki przebłysk, bo teraz – będąc w tych strukturach Uniwersytetu Muzycznego – okazało się, że trzeba będzie doktorat robić, a doktorat wiąże się bezsprzecznie z koniecznością nagrania płyty. Pomyślałem, że teraz nagram płytę i później coś o niej napiszę, ale jak zacząłem się wgłębiać w temat… Chciałbym taką płytę nagrać, ale nie za wszelką cenę. Po ostatniej płycie z klasyką, w którą włożyłem siebie, mam okres takiego buntu, bo mimo, że wiesz, że kocham piano, to z przerażeniem stwierdzam, że nie siedziałem za nim prawie dwa lata. To nie jest tak, że jestem rozczarowany, że ta płyta nie zdobyła serc, bo te parę osób, na których mi zależało, mocno mnie skomplementowały, ale mam wrażenie, że moja sztuka nie jest rozumiana w Polsce. Patrząc na jeden przedmiot, obaj możemy stwierdzić, że jest on piękny, ale wiem, że ktoś mówi o jego pięknie z innego powodu niż ja. Nie wiem, czy się dobrze wyrażam. Spotkałem się z tym, że np. byłem dumny z jakiegoś rozwiązania, że było to dla mnie jakieś światowe rozwiązanie harmoniczne, a zostałem skomplementowany za szesnastki na hi-hacie – to dla mnie była porażka. Ta osoba powiedziała, że to jest fajne, ale nie z powodu, jaki ja bym chciał. Mam teraz trochę taki moment wycofania, a jak już coś robię to na poważnie i jak sobie wyobraziłem, jakbym się teraz zamknął i spędzał każdą wolną chwilę przy komputerze i dopinał pomysły, które gdzieś tam są…. To jest miłe, jak fani pytają i mówią, że chcieliby, żebym nagrał taką płytę, tylko że nie wiem, czy to jest dobry moment, żeby pójść na całość. Nie mogę się do tego zmuszać, przyjdzie taki moment, że sam będę wiedział, że muszę te swoje uczucia przelać na dźwięki i wtedy to się stanie. I nic mnie nie powstrzyma.

Rozmawiał: Maciej Nowak
Foto: Aleksander Ikaniewicz