Maciej Gołyźniak Trio - Damion


To także najbardziej „gołyźniakowa” płyta z trzech solowych, jakie do tej pory wydał.
Napęd: Maciej Gołyźniak (New Beat Records 2026)
Typ silnika: jazz
Trasa: Minęły 4 lata od albumu „Marianna”, czyli ostatniej płyty pod szyldem Maciej Gołyźniak Trio. Od tego czasu zaszło wiele zmian i daje się to odczuć na niniejszym albumie. Dla tych, którzy znają „Mariannę”, najczytelniejszym opisem „Damiona” byłoby stwierdzenie, że nowy materiał jest spokojniejszy, bardziej stonowany i przestronniej rozłożony. Co nie oznacza, że mamy tu braki – wręcz przeciwnie. Jest to doskonały przykład rozwoju muzycznego i przechodzenia w kolejny twórczy etap. Dziennikarze jazzowi mają w zwyczaju prześcigać się w kwiecistości swoich wypowiedzi i tworzeniu karkołomnych paraleli oraz alegorii. Dlatego pewnie niejedna recenzja będzie fruwać gdzieś po chmurach i łąkach. Tymczasem mamy tu bardzo perkusyjny album, z dominacją Macieja, ale bez karkołomnej pirotechniki i prób wybiegania za kreskę taktową w każdym momencie. Co zatem tworzy perkusyjność tej płyty? Niewiarygodne wręcz możliwości sonorystyczne instrumentu, które muzyk wykorzystuje w sposób niedościgły dla większości polskich bębniarzy! I nie chodzi o to, że zostały tu użyte jakieś dziwaczne urządzenia. To wciąż „tylko” zestaw akustyczny Sonor SQ2 oraz talerze Zildjian. Maciej znany jest z bardzo indywidualnego traktowania zestawu i niejeden bębniarz przekonał się, siadając za te bębny, że piekielnie trudno się na nich gra. Wymagają innego podejścia, mechaniki uderzenia, dociskania, odbicia itd.
To wszystko wychodzi właśnie na tej płycie, bo muzyk ma niezwykle melodyjny styl gry – płynny, wręcz przelewający się. Zatem kiedy zagęszcza grę, tworząc coś w postaci solo, otrzymujemy czytelną kompozycję, a nie zestaw popisówek. Ponadto muzyk znany jest wśród wokalistów z tego, że „dobrze się do niego śpiewa”. Tu oczywiście wokalu nie mamy, ponieważ w składzie są jeszcze panowie Łukasz Damrych na pianinie i klawiszach oraz Tomasz Pierzchniak na basie, niemniej słychać, jak „wygodnie” leżą partie bębnów. Bas przyjemnie przepływa przez ciepłe bębny, co w rezultacie daje płaszczyznę, na której Łukasz Damrych może zrobić w zasadzie wszystko. I chyba ta świadomość, że „mogę co chcę” daje spokój i wyzwala ze sztywnych ram, które często obligują do pewnych utartych kierunków rozwiązań. Ta wolność powoduje, że „Damion” nie jest płytą wyłącznie dla tzw. speców od jazzu, a rozumiem przez to po prostu zatwardziałych ortodoksów, z którymi rozmowa o muzyce kończy się szybko z racji braku jakiejkolwiek elastyczności myślenia. „Damion” to swoboda wypowiedzi, to lekkość, to muzyka, jaka jest w głowie artystów, to, co czują w dłoniach, nogach czy pod palcami. Po prostu wolność twórcza i kompletny brak potrzeby wpisywania się w czyjeś kryteria.
To także najbardziej „gołyźniakowa” płyta z trzech solowych, jakie do tej pory wydał. Tak, zdecydowanie możemy mówić o wykrystalizowanym stylu i charakterze, co prowadzi nas do tego wspaniałego momentu, kiedy ktoś będzie używał bezpośrednich porównań. Lider lideruje, owszem, ale perkusja nie jest tu arsenałem akademickim z kategorii „bo tak się robi, tak mnie nauczano”, tylko narzędziem, bezpośrednim wyrazicielem emocji grającego. Nie zmienia to faktu, że uprzednio swoje wysiedzieć za zestawem trzeba, żeby umieć czytelnie się wypowiedzieć i co chwilę nie powtarzać.
Wrażenia z jazdy: Szybko mija, przyjemnie szybko mija ta płyta. Bardzo ciepły album z fenomenalnie wykorzystanym potencjałem brzmieniowym zestawu perkusyjnego. Sposób gry Macieja pozbawiany swoistych przywar „stylistyczno-branżowych” daje muzyce i lekkości i wolności. Świetne zazębienie z partami basu generuje miękki i przestrzenny grunt dla pianina, które nie pędzi, nie rwie, nie ponagla, ale nieskrępowanie podróżuje. A to wszystko tworzy kojącą, ale precyzyjną całość.
Odcinki specjalne: W „Missisipi Burning” mamy solo, ale kluczowe jest w nim brzmienie, a raczej to jak Maciej prezentuje możliwości swoich instrumentów. Podobnie w intro do „Grand Central”. Na sam koniec „Going Home”, kiedy perkusista odłoży pałeczki… ale to już polecamy posłuchać we własnym zakresie.

