Anomalie - Upadek Konającego Ćwierćwiecza


Sęk w tym, że dostrzeże to raczej węższa grupa ludzi, z konkretnym już PESELEM.
Napęd: Łukasz Sarnacki (Via Nocturna 2026)
Typ silnika: atmosferyczny metal
Trasa: Po bardzo udanym debiucie w roku 2024 Łukasz Sarnacki idzie za ciosem i tworzy kolejny album, po drodze koncertując, udzielając wywiadów i przekładając to, co słyszymy na płycie, na to, z czym mamy do czynienia na żywo. Innymi słowy, nie popełnia błędu wielu twórców, którzy wypuszczają płytę i kompletnie zapominają o tym, że muzyka musi krążyć w przestrzeni. Tym bardziej że reakcje na jego twórczość były interesujące. Nie inaczej jest teraz. Można nawet rzec, że jest jeszcze ciekawiej.
Całość to istna mieszanka stylistyczna mrocznych klimatów Paradise Lost, My Dying Bride czy nawet Tiamat – ale z tych dawniejszych okresów, przed tąpnięciami, jakie te kapele miały w swoich historiach. Do tego bardzo wyraźnie Samael czy Katatonia – z tego mniej wrzaskliwego oblicza. Weźmy np. taką „Nieobecność” – przecież druga część tej kompozycji to wypisz, wymaluj Paradise Lost, by przejść w „tiamatowskie” „Ślepe Uszy”, a te znów w „Mętne Słońce”, pełne blackowych pasaży. Taka różnorodność jest jednak niezwykle zrozumiała, bo autor jako zaangażowany miłośnik muzyki, lubi i szanuje twórczość tych kapel, które tym samym stanowią bagaż inspiracji do tworzenia własnych dźwięków i słów. Sęk w tym, że dostrzeże to raczej węższa grupa ludzi, z konkretnym już PESELEM, co wpływa niekiedy na – przyznaję – dość absurdalne komentarze w środowisku metalowym. Zapędzanie się w jakieś wymuszenia stylistyczne kojarzy mi się z kapryśnym krzykiem przedszkolaka, ponieważ mamy tu do czynienia z twórczością Łukasza Sarnackiego, który nagrywa co i jak chce, w oparciu o swoje inspiracje, a nie grymasy jednego czy drugiego twardogłowego ortodoksa. Do tego teksty w języku polskim, co nie jest oczywiste w takiej estetyce, a stanowi bardzo łatwy cel do krytyki, ponieważ wszystko podane jest na tacy. Tymczasem idzie to wszystko w parze: emocjonalne, nieco patetyczne liryki o tematyce antropocentrycznej i katastroficznej współgrają z muzyką. W niektórych momentach balansują na granicy trywialności, ale i tak są lata świetlne przed wieloma anglojęzycznymi szlagierami gatunku. No tylko że tam trzeba byłoby najpierw się wysilić, usiąść i sobie potłumaczyć.
Pod kątem perkusyjnym jak zawsze Łukasz wykonuje doskonałą pracę. Czuć, że jest autorem utworów, ponieważ bardzo dobitnie przejawia się to w aranżacji bębnów (jak i spójnym brzmieniu całości). Wszystko wydaje się być poukładane tam, gdzie być powinno. Kiedy jest blast, to jest blast; kiedy bębnów nie ma, to znaczy, że być nie powinno. Niemniej przyjemnie się słucha ładnie zaaranżowanych, szybkich przejść od małych tomów (w czym specjalizuje się u nas Inferno) czy też mocno wbitych szybkich partii, ale też miejsc bardziej osadzonych, z czym Łukasz nie ma problemów, co świadczy o jego szerokim wachlarzu umiejętności perkusyjnych.
Na koniec takie małe skojarzenie. Odbiór twórczości Łukasza przypomina to, co się dzieje u Maćka Gołyźniaka i jego jazzowych albumach. W obu przypadkach są osoby, które usilnie nie mogą puścić kurczowo trzymanych barierek w swoich głowach i skupić się na muzyce oraz wolności twórczej artystów. Kto wie, ten wie.
Wrażenia z jazdy: Pełna emocji muzyka inspirowana mroczniejszą odmianą ciężkiego metalu, głównie z lat 90. Polskie teksty dają szansę na szybsze utożsamienie się z treścią. Konceptualnie i brzmieniowo spójna z racji pełnej kontroli jednej osoby nad całością, co przekłada się na szczery, czytelny efekt. Zawartość daje bardzo duże nadzieje na klimatyczne koncerty.
Odcinki specjalne: Jest tu dużo i różnorodnie. Warto zwrócić uwagę na utwór „Odmęty”, szczególnie od środkowej części. Nie umkną naszej uwadze gęste rasowe blasty z zapałem wbijane fachowo w np. „Mętne Słońce”.