O stanie polskiego bębnienia cz. 5. Ślimak

Dodano: 23.09.2009

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Żywioł i pełen czad bez żadnych kwasów! Fizyczny i naczelny driver Acid - Ślimator!


Przyjechał po mnie swoim busem. Wydziarany, szczupły facet z brylami na nosie machał do mnie, określając swoją pozycję. Auto prowadzi dobrze, spokojnie, bez szarpania czy też tendencji rajdowych w wersji miejskiej (czyli klakson, chodnik, późne "żółte"). Ślimak znany przede wszystkim z zespołu Acid Drinkers i Flapjack to facet niezwykle wesoły, który wygląda bardziej jak fan Acidów aniżeli utytułowany bębniarz zbliżający się do czterdziechy. Widać duża rodzina dobrze go konserwuje i pozytywnie wpływa na samopoczucie.

Można dopatrywać się pewnej analogii. Behemoth gra próby w specjalnej salce, znajdującej się na terenie szkoły. Jest zespołem, który gra ostrzejszą muzykę od Acid Drinkers. Acidzi grają więc próby w? przedszkolu! Ciekawa sytuacja, nieprawdaż? Zasiedliśmy do rozmowy obok dwóch zestawów Gretscha, które na tę okazję Ślimak specjalnie rozstawił. Nie minęło parę minut, jak do salki wparował Titus. Chciał wziąć jakieś kable i parę innych gratów. Zapytałem go, czy nie opowiedziałby czegoś na temat Ślimaka. Titi odparł zrezygnowany: "Po dwudziestu latach, cóż ja mogę o nim powiedzieć??". Siłą rzeczy tym jednym zdaniem powiedział więcej niż gdyby miał przeprowadzić długą analizę na temat wydzierganego od stóp do głów pałkera Kwasożłopów.
 
Podczas rozmowy regularnie byliśmy bombardowani muzyką z Gwiezdnych Wojen, ponieważ Maciek miał cały zestaw melodyjek na telefonie, które regularnie pobrzmiewały przy próbie połączenia lub odbiorze wiadomości. Wymieniliśmy kilka uwag na temat naszych ulubionych drużyn piłkarskich, po czym wzięliśmy się za dyskusję, która przebiegła w niesamowicie wesołej atmosferze. Zauważycie to między innymi po częstych salwach śmiechu, które regularnie pojawiały się w rozmowie. Dołączcie do nas!

Zastanawiałem się, jakie zadać pierwsze pytanie, ponieważ historia o maszynie do szycia to już niemal legenda... Zastanawiałem się, czy jakiegoś rysunku nie zrobić?                                               

...(śmiech)

Ta rura wchodziła w odkurzacz, tak?

To był stary Electrolux. Wylot, wlot na końcach. Na środku był wlot do rury. Na tę rurę zamontowałem łuk a do niego bębenki plastikowe. O tej głębokości (Ślimak pokazał tak około 5 cali - przyp. red.) z dziurką, żeby można było je trzymać i grać. Nastroiłem je różnie, nad gazem.

O tym nie słyszałem!

No tak, nad gazem podgrzewałem. Stopa z pedału od maszyny do szycia, do tego drewniany wieszak z taką pałeczką. Dwie służyły normalnie do grania, a jedna, owinięta taśmą, służyła jako bijak do stopy. Postawiłem duży karton, który miał? dół. Werbel to była rakieta tenisowa firmy Polonez w pokrowcu, który owinąłem na maksa szeleszczącą folią, gdzie w chwili uderzenia było słychać takie kszszsz!

Dlaczego chcesz grać na bębnach?

Muzyka mi zawsze towarzyszyła. Tak naprawdę w tamtym czasie słuchałem Kajagoogoo i Duran Duran. W szkole podstawowej w klasie czwartej czy tam piątej, pani od polskiego wytargała mnie za włosy i siłą włożyła mi głowę pod kran, bo przyszedłem z włosami postawionymi na cukier. A że to była pani, która uczyła moją starszą siostrę, to jej się wydawało, że będę do niej podobny - ułożony, grzeczny i sympatyczny. W sumie byłem takim człowiekiem, ale wizualnie odbiegałem od jej ideału. Byłem uparty i te włosy mi tam stały cały czas.

No tak? i nagle stwierdziłeś - popukałbym sobie na bębenkach?

Na początku to było trochę inaczej. W Kajagoogo był wokalista-basista, który grał też na sticku. Z tej samej rakiety tenisowej, co później powstał werbel, zrobiłem sobie basówkę. To w sumie przeplatało się między tym, gdy byłem Brucem Lee a basistą Kajagoogoo?

A Lukiem Skywalkerem?

?oczywiście, że byłem. Właściwie to może i nie, właściwie to Hanem Solo tyle, że z mieczem świetlnym. Musiałem to połączyć, żeby wszystko było fajnie.

Sądząc po dzwonkach w telefonie jesteś Hanem Solo do tej pory.

Oczywiście, tylko, że nikt o tym nie wie? nawet moja żona (śmiech). W zależności od klimatu, jak byłem Brucem Lee, to zakładałem takie skórzane wietnamki, białe, bo nie było czarnych. Pumpy czarne, wiązane w pasie. Robiłem sobie krwawe ślady na piersi, na twarzy i do lustra byłem Brucem Lee, no albo basistą z Kajagoogoo. Jakoś tak wizualnie to mi pasowało, ale nie czułem instrumentu, by napieprzać kciukiem w struny, z całym szacunkiem do Pilichowskiego. W końcu zrobiłem sobie bębny.

Pierwsze zespoły?

Byłem bardzo zagubiony muzycznie, bo w tym samym momencie lubiłem Marillion, TSA, Duran Duran, Scorpions. Z drugiej strony troszkę mi to pomogło później.                

Accept?

?Accept? jak usłyszałem TV Wars na dwie centralki to już wiedziałem że będę grał na bębnach, ale to już było później. Tak więc jeszcze słuchałem do tego zestawu  Dire Straits, ale też jednocześnie Izrael lub Daab z reaggowej muzy. Coraz bardziej z czasem zaczęła mi pasować jednak rockowa muza. Usłyszałem Iron Maiden, w wieczorze płytowym, a gdy usłyszałem Master of Puppets to spadłem z wrażenia z krzesła, ale to już była szkoła średnia.

Jako zagorzały oazowiec obawiałeś się tej otoczki wokół muzy?

No jasne, że się obawiałem. Przyjechało Iron Maiden do Poznania, kupiliśmy z kolegą bilety i poszliśmy sobie na koncert. Wyszła z pociągu ekipa ze Szczecina, a ja tu obklejony w Dire Straits, Izrael. "Gdzie idziecie! - Na koncert. - Co to jest? Co to za badziki?!" Chlast, chlast chlast! Wyskoczyłem z biletu i nie wszedłem na koncert. Dostałem po paszczy. Mój kolega dostał bardziej, szkoda mi go było, bo był krótko po operacji wyrostka i dostał z kopa w bebech. Czatowaliśmy tam do końca pod Areną i wpuścili nas na bis. Ogólnie rzecz biorąc, takie były początki. Rajcowała mnie Metallica na maksa, ale też Marillion i Dire Straits. Jak odszedł Fish od Marillion to nie było sensu już tego słuchać. Jednak Fish to osobowość. Ale to nawet dobrze, bo słuchałem wtedy muzyki, a nie perkusisty? jeszcze.

Teraz słuchasz perkusistów?

Wiesz co? yyy? nie! (śmiech) Właśnie nie. Nie ma czegoś takiego, że muzyka mi się nie podoba, a podoba mi się perkusista, więc tego słucham, nie. Muzyka jest najważniejsza. W każdym wypadku, to musi iść w parze.

Na początku grałeś z kasetami?

Tak. W ogóle mój tata nie chciał słyszeć o tym, że mam grać na bębnach, ale zapytałem go: "Tato, jak zdam do technikum energetycznego, to kupisz mi bębny?". Zgodził się. No i zdałem mimo, że matma i fiza w ósmej klasie to było coś ohydnego. Nie chciało mi się tego uczyć, nie lubiłem tego. Pani od fizyki na koniec była zaskoczona, że wszystkie egzaminy tam pozdawałem, pogratulowała mi nawet. Nie dostałem się do klasy, do której chciałem pójść razem z moim kolegą, tylko do tej najgorszej (śmiech). On poszedł na elektrotechnikę, a ja na energetykę cieplną, niestety... Jakieś praktyki w elektrociepłowni pod Poznaniem? Boże, przecież to  coś strasznego było, totalnie mnie to nie interesuje, rozumiem Gwiezdne Wojny, wiesz? (śmiech). No, nie? no właściwie te piece w tej elektrociepłowni są jakieś takie futurystyczne? no ale kurczę? nie! Na nieszczęście mojego taty te bębny miałem już u siebie w garażu.

Oczywiście to był Polmuz.

Oczywiście to był Polmuz. Miałem na uszach wszystkie te podkłady do grania. Grałem sobie do kaset. Nauczyłem się trochę grać na gitarze, tak harcersko. Wymyślałem sobie riffy i grałem pod to. Nagrywałem sobie bębny na magnetofon, potem w chacie puszczałem je i nagrywałem gitarę na drugi magnetofon, co ostatecznie nagrywało się razem z bębnami. Tak sobie grałem, grałem, aż zapukał w drzwi do garażu?

?koleś z Turbo.

Tak. Koleś z Turbo o imieniu Robert i nazwisku Friedrich. Przy okazji był z moją obecną żoną czyli swoją siostrą. Tak też się poznaliśmy. Zapytał, czy nie chciałbym zagrać w takim zespole... Acid Drinkers? wow! Tak w ogóle to byłem totalnie "zesrany", że zapukał i wszedł. Grałem wtedy takie rzeczy typu wczesna Metallica itd. Miałem drugą centralkę i drugi pedał. Ta druga zdobyczna centrala nawet nie miała nóżek, więc włożyłem do niej wielkie imadło, by nie odjeżdżała. Totalna amatorka. No ale tak to się zaczęło? Po jakimś czasie poszedłem do chaty do Tytusa na próbę i nagrałem im nawet te bębny, a później grali sobie pod to. Zostałem przyjęty mimo, że wyglądałem w ogóle, wiesz? oaza itd. Poprosiłem swoich rodziców, by mi kupili bębny Amati, a był jeden jedyny sklep w Poznaniu, gdzie można było je kupić. To był straszny wydatek, mniej więcej, jak to teraz (Ślimak wskazał swojego gotowego do strzału Gretscha - przyp. red.) No i udało mi się kupić jeden zestaw.

Po jakimś czasie udało mi się namówić na drugi zestaw i miałem dwie centrale, dwie 16, 13 i 12, ale wszystkie płytkie. Myślę, kurde, co tu teraz zrobić? Wziąłem jeden z tych bębnów, równiutko obciąłem w połowie, nawierciłem okucia tak, żeby idealnie pasowały do tego bębna normalnego. Zasłoniłem łączenie okleiną i połączyłem je. Załatwiłem sobie jeszcze dodatkowo dziesiątkę. A wtedy byłem fanem Charliego Benante, zresztą nadal jestem jego fanem. I tak? dwa bębny, tu jeden wyżej, dwa boczne, dwie centralki i ahoj przygodo! Została mi blacha Polmuza, którą wygiąłem kombinerkami w drugą stronę?

?nie popękała ci?

Nie. Przestała brzmieć, ale wyglądała. Dlatego też zawieszałem do niej pęk kluczy, żeby był szum.

Teraz takie efekty w cenie są?

No wiesz stary, tak sobie wtedy radziłem.

Are you a rebel nagrywałeś?

Właśnie na tych bębnach!

Ha, pamiętam, że nikt się nie zorientował, że nagrałeś je na Amati, ludzie myśleli, że na Tamie. Opowiedz jeszcze o swojej starej słynnej ramie, na której dywany można było trzepać.

Rama to już czas bębnów Royals, która miała logo podobne do Rogersa. Początkowo były czerwone, ale później taką okleinę strzeliłem, taki marmurek, bo Charlie Benante miał podobne (śmiech). Bębny były robione chyba w Redzie. Okucia bardzo przypominały Sonora a same bębny robili brzozowe. Brzmiały bardzo ciekawie. Centralka brzmiała nawet lepiej niż moja późniejsza Tama Grandstar. Bębny dość solidnie wykonane. Drugą płytę już nagrywałem na Royalsie, na centrali na naciągach Dowhan? staary?. (śmiech). Tu na górze miałem Pinstripe z Berlina sprowadzone, ale na centrale nie mogłem żadnych zdobyć. Zresztą centralka miała 22 na 17 cali, niezłe wrażenie robiła. Miałem więc 12, 13, 14 i dwie szesnastki, bo nie robili osiemnastek. Wypuścili też ramy, grube rury, które nie były ani niklowane ani nic, więc po jakimś czasie stawały się obskurne. Tą ramę to jeszcze ktoś ma tu w Poznaniu. Jedna z ramion została nawet wykorzystana jako instrument, słychać to na Fairplay Flapjacka. Nie było żadnych zil belli wtedy, więc użyłem ramy. Centrale Royalsa wykorzystywałem w studio dość długo. Brzmiała lepiej od Tamy i Yamahy. Jedynka Flapjacka to centralka Royalsa i Yamaha Maple. Vile Vicious Vision to Yamaha Recording Custom i centrala Royalsa. Fishdick - też Yamaha Maple i centrala Royalsa.

Na Infernal pojawiło się moje marzenie czyli DW. Po kolei było to tak, że chciałem jak najszybciej opchnąć Tamę, którą miałem po Royalsie. Trafiłem na MMXa Pearla, który wydał mi się podobny charakterem do DW. Generalnie był to chyba najlepszy instrument, jaki miałem. No, ale dążyłem do tego DW, odłożyłem pieniądze i udało mi się w końcu je nabyć. Pograłem na nich trochę, pożyczałem je sporo i przyznam, że się troszkę rozczarowałem. Z tego względu, że musiałem podczas koncertów dawać sobie w ucho tomy, czego normalnie nie robiłem. Z własnego instrumentu daję zawsze tylko stopę. Do tego gitary i wokal - dostosowuję to do naturalnego brzmienia instrumentu tak, żebyśmy teraz normalnie rozmawiali, a nie krzyczeli. Tego mi zatem  brakowało w DW.

Sprzedałem te bębny i kupiłem sporego MMXa, żonie lodówkę i kuchenkę (śmiech), tak więc opłacało się. Grałem dwa-trzy lata na nim. Poznałem później bardzo fajnych ludzi z Music Store z Poznania, którzy zaproponowali mi bębny Premiera. Udostępnili mi zestaw, na którym grałem na koncertach, co było wygodne, bo swojego Pearla miałem na próbach. Po jakimś czasie rozstaliśmy się zgodnie i bębny przejął Tomek Goehs z Kultu i Kazika, i gra na nich do dziś.

No, a blaszki?

No właśnie, nie mówimy o blachach. Nie wiem, dlaczego! (śmiech) Z Zildjianami miałem już do czynienia od pierwszego Flapjacka, gdy dystrybutorem był jeszcze Interton. Zaproponowano mi wtedy endorsering tych blach, co było dla mnie wielkim wyróżnieniem. Wiesz, grały same tuzy: Pniak, Tomek Goehs, a tu nagle taki tępy rozrabiaka się wkręcił.

Więc teraz jesteś cały ze stajni Zibi?

Gibraltar, Zildjian i patrzę, że mają bębny Gretscha. Pomyślałem więc: "Może cały byłbym wasz!?". "Zobaczymy, co da się z tym zrobić" - usłyszałem. I zrobili tak dobrze, że dostałem dwa zestawy.

Jeden czadowy, a drugi mniej czadowy?

No tak. Zestaw czadowy to USA Custom. Natomiast zestaw wypoczynkowy (śmiech) to New Classic - tajwański, aczkolwiek z amerykańskich korpusów. Jest to instrument, który połączył według mnie wiele fajnych elementów z innych bębnów.

Naciągi?

Tomy to Emperory. I to będzie już z? (myśli, myśli - przyp. red.) ...z 13 lat, jak na tych naciągach gram. Próbowałem Aquariany i Evansy, ale nie sprawdziły się. Do werbla próbowałem różne, ale uważam, że najlepszy jest mleczny Ambassador. Centralka ma na sobie jedyny naciąg Remo, który mi odpowiada, a mianowicie Powerstroke 2? 3, przepraszam. Jednak chyba najlepszy naciąg na stopę to Aquarian Superkick 2.

Ciekawy jestem, co powiesz na temat pałeczek, których używasz?

O właśnie, bardzo proszę! Nie chcę robić przykrości wielkim firmom i korporacjom z całego świata, produkującym pałki różnorakie hikorowe, ale wszystkie dostępne, jakie były w tym kraju bardzo się łamały?

A lekko nie grasz..

No nie wiem. Gram z rimem, więc to robi swoje. Charlie Benante np. nie gra z rimem. Wszystkie te pałki nie wytrzymują tyle, ile hikorowe pałki firmy Gładek!

Numery sto pięćdziesiąt??

Sto pięćdziesiąt F i sto pięćdziesiąt D. Fujara i dupa (śmiech).  Przy rockowym graniu F trzymam odwrotnie. Główką w dłoni.

Nie czujesz większej różnicy przy werblowaniu?

Nie no? czuję, ale przy takim graniu nie mam za dużo tremolo, trochę we Flapjacku, ale jakoś sobie radzę. Te pałki nie są może cudownie wyważone, ale przy grze na koncercie są naprawdę wytrzymałe. Nie zdarzyło mi się, żeby leciały jak drzazgi. Tym bardziej, że tych rimów obijam trochę. To są moje pałki z próby?. (tutaj ukazał nam się widok pałek poharatanych, ale nie połamanych, niektóre były wysiepane do cieniutkiej drzazgi ale dalej się trzymały! - przyp. red.). Świetna hikora. Kiedyś grałem koncert z Houkiem i poprosiłem technicznego, by mnie spakował - blachy, statyw pod hihat i werbel, siodełko czyli to co najważniejsze, bo na bębnach miałem grać miejscowych. Na próbie siadam i? gdzie są pałki? Oczywiście pałek nie ma. Polecieliśmy do sklepu i były tylko grabowe. Nie było żadnej hikory. Kupiłem więc z 10 kompletów i ledwo mi starczyły do końca koncertu? Co nie uderzyłem w kopułkę to koniec. Otwieram po koncercie samochód, patrzę, a tam w rogu wciśnięte moje pałki (śmiech).

Nieźle, Robert Luty zapomniał kiedyś wziąć centrali. Wróćmy do czasów szkolnych - powiedz coś o szkole przemysłu spożywczego?

O, ja akurat byłem tam na drobiarstwie. Matma mi nie szła w tym energetyku i gdy zacząłem grać na bębnach to już tym bardziej mi nie szła. W momencie, gdy nie zdałem, przeniosłem się do szkoły o innych preferencjach. Oblałem na matmie i to chyba raczej bardziej dlatego, że nie chodziłem na lekcje, aniżeli przynosiłem lufy. Kiedyś nawet przyznałem się nauczycielowi, że nie lubię matmy, bo wolę grać na bębnach. Od tej pory zaczął mnie traktować nieco inaczej. I dobrze mi, bo stało się tak, jak się stało. Widocznie tak miało być. Przyjęli mnie do tej szkoły z otwartymi rękami, bo w energetyku było prawie 30 osób na jedno miejsce, a ja się przecież tam dostałem, później poszedłem do szkoły muzycznej.

No właśnie, jednak w szkole muzycznej byłeś. Dużo ci dała szkoła muzyczna?

Ustawiła mi ręce. Poszedłem głównie dlatego, że Tomek Goehs tam był, poznałem tam też Beatę Polak. To, że oni tam byli, a ja uczyłem się grać to mi naprawdę pomogło. Gdyby ich tam nie było, to ta szkoła nic by mi nie pomogła. Uczyłem się grać na ksylofonie, kotłach i werblu. Nawet porządnego zestawu tam nie było.

Prywatnie brałeś lekcje?

Nie, później kiedy chodziłem na próby to podglądałem grę Tomka Goehsa, Beaty. Uczyłem się od nich, bo szkółek jako takich nie było. Później jednak pojawił się Benante (śmiech).

Jak ćwiczyłeś na początku? Jakieś wprawki?

Wprawki ćwiczyłem. Pomogły mi odnośnie niezależności. Rozkładanie paradidili na cały zestaw. Teraz też je ćwiczę, ale bardziej w kontekście rozgrzewki. Najlepszy okres ćwiczeń miałem przed pierwszą i drugą płytą. Później w czasie Infernal i High Proof, wtedy dużo grałem.

Rozstawiasz zestaw charakterystycznie bokiem?

Przychodziło się kiedyś zagrać koncert do domów kultury, na jakieś stołówki, gdzie stały cztery lampki, które? jak były kolorowe to już był sukces. Pomyślałem, że potrzebuję opracować jakiś swój patent, żeby coś tu ożywić.

Grałeś też tyłem.

Z pół roku, ale później się trochę wkurzyłem, bo zaczęli mnie niektórzy naśladować. Chodziło tu głównie o supporty. Grali przed nami i jeszcze bokiem się rozstawiali. Prosiłem często, by zmieniali to ustawienie. Ktoś jednak kiedyś burknął mi, że to jego sprawa, jak on będzie rozstawiony, powiedziałem więc, że w takiej sytuacji moją sprawą będzie to, że nie zagracie tu dzisiaj. Jakieś ciśnienie się robiło? No wiesz. Wróciłem więc do grania bokiem. Po pewnym czasie stwierdziłem, że bez sensu jest posiadać dwie centrale, gdy gra się bokiem. Miałem zawsze ze sobą podwójną stopkę, tak w razie czego. Grałem wtedy na stopkach Camco, później jak weszły Iron Cobry to trochę poprzekładałem bijaki i w końcu z czasem zrobiłem sobie takie to hybrydy, jak widzisz (fakt, Ślimak miał rozstawioną podwójną stopę firmy... Ślimak - przyp. red.). Wyciepałem w końcu tą drugą stopę, bo one robią wrażenie, jak bębny stoją przodem na środku. Jak czołg, po prostu czołg, dwie armaty. Bokiem wyglądało to zupełnie bez sensu. Tym bardziej jeszcze nagłośnienie, czasami mikrofony różne. W końcu zrezygnowałem.

Generalnie okroiłeś swój zestaw.

To było w czasach mojego Pearla MMXa. Czekałem wtedy na Masterworksa, a kolega, któremu sprzedałem bębny, nie mógł mi ich aż tak często udostępniać. W związku z czym pożyczałem od naszego akustyka Yamahę, jakiś bardzo mało znany egzemplarz, we Francji chyba to kupił czy gdzieś tam. Miał 12, 13 i 16, a w związku z tym, że nie lubię 13, grałem tylko na dwóch tomach dobrych parę koncertów. Później grałem już na 12 i dwóch studniach, 10 zupełnie wywaliłem z zestawu. Gdy zaczęliśmy sobie przypominać numery, bo to w czasie, gdy Perła dołączył do zespołu, zaczęło mi brakować tego jednego bębenka w sensie muzycznym, więc powiesiłem sobie tę dziesiątkę koło hihatu. W tematach, gdzie leci młyn, było mi troszkę ciężko, bo odległość jest większa i hihat po drodze, ale jakoś sobie poradziłem.

Jeździłeś na oazy?

Oczywiście, że jeździłem. Na piesze pielgrzymki do Częstochowy chodziłem. 5 razy byłem... Piąty to był niepełny, bo musiałem w połowie zjechać - graliśmy z Flapjackiem koncert przed Faith No More w Katowicach. Gdy wszedłem do Amidów, Titus to był dla mnie kosmita, świeżo po wojsku, włosy w miarę krótkie. Skóra na plerach, na nogach. Z tą amerykańską manierą gadał. Graliśmy próby u niego na chacie, oni na radiach, a ja na deseczce od mięsa owiniętej gąbką i skórą. Namoczyłem, wystawiłem na słońce i tak powstał pad. Później zagraliśmy parę prób w klubie Nurt, gdzie miałem do dyspozycji zestaw Amati Tomka Geohsa, z dwoma centralami? Jaaaa cię! To był kosmos dla mnie! Naciągi Remo.

Pamiętam na pierwszej próbie nie było Licy, bo mimo, że to on wciągnął mnie w Acid, to jednak traktował ten zespół trochę po macoszemu, ze względu na Turbo. Na jedną z prób przyszedł Maciej Matuszczak - muzyk z Wilczego Pająka. Wymyślał nawet patenty na bębny Tomkowi i to nie dlatego, że Tomek nie potrafił, tylko po prostu miał taką wizję, a Tomek z racji swojego talentu i umiejętności odgrywał je idealnie. Zresztą do tej pory jestem wielkim fanem Tomka, a także przyjacielem. No więc koleżka usiadł przy bębnach, zaczął się kiwać, jak graliśmy, podobało mu się, że akcentowane było na dwa, tak jak często Lars to robił. Gdy Lica przyszedł, powiedział mu, że zespół gra fajnie. Wiadomo - to wszystko jeszcze kulawe było, no ale Licę to ruszyło i na następnej próbie już się pojawił.

Pamiętasz pierwszą sesję?

Niedługo po tym fakcie Turbo kończyło chyba sesję Epidemii, o ile dobrze pamiętam. Lica załatwił tak, że mogliśmy wejść i nagrać trzy numery - Del Roca, I mean acid i Nagasaki Baby. Powiem ci szczerze, że to nawet lepiej brzmiało niż później płyta (śmiech).

I co dalej? Metronom na ucho?

Gdzie tam! Jaki metronom?! Ja metronomu zacząłem używać chyba na dwójce Flapjacka. Kilka dni wcześniej była impreza sylwestrowa, no i wiesz? hmm... była dobra zabawa, dzikie tańce itd. a ja lubię tańczyć. Tańcząc wyskoczyłem i zrobiłem przysiad i? wybiłem sobie kciuk? Wiesz, jak nagrywałem? Tak? (Ślimak wsunął Gładka między palec wskazujący a środkowy - przyp.red.). Wtedy to chyba nawet mniej się studiem przejmowałem niż teraz. Mniejsza świadomość była. Dziubiński z Metal Mind chciał to wziąć w rozliczeniu na Midem. Jak się później okazało, Music For Nations wzięło Turbo i resztę rzeczy właśnie przez to, że usłyszeli te trzy nasze numery. Śmiesznie wyszło. Chcieli koniecznie płytę Acid Drinkers. Musieliśmy szybko skończyć materiał i wchodzić do studia.

Poszło to później siłą rozpędu.

Tak . Podpisaliśmy kontrakt na kilka płyt. Wiesz, ja tego nie ogarniałem. Gdy słuchałem Masterki Metalliki, modliłem się, żeby grać koncerty i nagrywać płyty. Dla mnie granie pierwszego koncertu było tak niesamowitym wrażeniem? To był chyba klub Ratajan, później graliśmy na siedemsetne-lecie Turbo?..

Siedemsetne-lecie?

Ojej, przepraszam, siedemsetny koncert Turbo, rzecz jasna (śmiech). Potem jakieś kilka koncertów: Toruń, Piła czy coś? i ogólnie wylądowaliśmy na Metalmanii. Wcześniej był koncert na wyspie, pamiętam, wkręciliśmy się tam jakoś i nasz patent był taki, że będziemy cały koncert stać i się nie ruszać. Raz, dwa, trzy, cztery i żadnego ruchu (śmiech). Ludzie słuchali i byli zdumieni, ale nie krzyczeli tradycyjnego "wypierdalać". No, a Metalmania to był mój szósty koncert w życiu! Tam dopiero poczułem, co to znaczy zesrać się przed koncertem! Rozumiesz? Pamiętam "Acid Drinkers, zespół z Anglii". Mimo, że Titus zapowiedział kawałek bodaj I mean Acid słowami "A teraz Mańka Gieras pokaże państwu dupę". Później w Jarocinie też byliśmy jako angielski band.


Kolejne płyty poleciały i nagle okazało się, że Acid jest czołowym polskim metalowym zespołem? Jak była tego przyczyna?

Hmm? nie mam pojęcia. Może dlatego, że żaden z nas oprócz Popcorna nie potrafił za dobrze grać? Wiara utożsamiała się z tym, że można u nas, na polskiej scenie przeżyć taki American Dream (śmiech).

No, ale jednak mówiło się "wymiatać jak Ślimak z Acidów".

Nie wiem, na czym to polegało. Teraz na szczęście ciut lepiej gram niż wtedy mimo, że nadal nie jestem, kurczę, jakimś wirtuozem. Wtedy to może była też kwestia prezencji, że inaczej zaczęliśmy moshować niż wszyscy, że mieszaliśmy metal z hardcorem czy punkiem, że okładki nie były krwistomroczne i rycerskie, rozumiesz? Coś innego to było, to chyba w tym rzecz.

Zaczął się rock and roll, trasy, imprezy?

Na początku, gdy jeszcze byłem pochłonięty tymi wszystkimi oazami, pierwszy telefon, jaki wykonałem do Titusa, to był właśnie o tym, by nie pił tyle, bo niedługo umrze... Powiedział: "Ty się tam nie wymądrzaj, małolat, jak chcesz grać to graj, a jak nie to nie". Więcej już nie wspominałem nic na ten temat (śmiech). Trochę, rzecz jasna, wkręciłem się w te imprezy. Jednak po chyba drugim roku grania postanowiłem być też kierowcą, żeby być niezależnym zespołem. Pożyczałem samochód od szwagra i jeździliśmy sami. Prowadziłem samochód, więc de facto nie mogłem pić za bardzo. I tak jest do dzisiaj. Były epizody, gdzie jechało się w trasy autobusem, ale to były czasy, gdzie było sensownie robić trasy dzień po dniu. Dzisiaj nie jest to raczej możliwe? znaczy się - jest możliwe, jeżeli chce się mieć trasę w plecy.  

Kiedyś Acid grało takie trasy?

Tak, po 30 koncertów pod rząd z? powiedzmy? dwoma dniami przerwy gdzieś tam po drodze.

I zaczęły się wygłupy?

No, do pewnych rzeczy to musiałem dojrzeć (śmiech), ale miałem dobrych nauczycieli w postaci Licy, Popcorna i Titusa lub kolegi Szczepana.

Słyszałem, że potrafiłeś zjeść chyba wszystko?

Taaak? Byłem takim "wszystkożercą". Potrafiłem zjeść pełną popielniczkę lub jakieś robale, ćmy czy inne wynalazki, to nie był żaden problem. Teraz jakbym się założył, też bym pewnie zjadł, uważam, że są rzeczy w życiu gorsze

Ale już by tak nie smakowało?

A to juz zależy od ceny (śmiech). Nie no, oczywiście żartuję.

Koncerty "na bańce" były?

Zdarzały się, chociaż wielkim zwolennikiem tego nie byłem, zdarzyło mi się zagrać ze dwa razy tak, że mi wstyd było. W sumie wiesz, nazwa Acid Drinkers zobowiązywała. Przed i po koncercie, jak się spotykało znajomych to zawsze była namowa na chlanie, jabole itp. W każdym miejscu trzeba było miejscową prytę spróbować.  Akurat nie bardzo lubiłem tego typu trunki, nie ufałem im za bardzo (śmiech). Miałem też taki etap w Acidach, że przez dwa lata zupełnie nie piłem. Takie postanowienie duchowe. Później oczywiście w umiarkowany sposób wróciłem do tego. Co do narkotyków to ewidentnie mówię fuck off. A zastępowanie alkoholu jakimś ziołem czy odwrotnie to bzdura. Trzeba znać umiar. Nie mogę sobie pozwolić na palenie jointów w momencie, gdy mam dzieci. Nie mogę być hipokrytą., który mówi że narkotyki są złe, po czym sam sobie gdzieś bym popalał. Nie, nie.

Pamiętasz swojego pierwszego dziara?

No tak. To ten właśnie "rebeliant" na ramieniu. Robiłem go w Berlinie, bo u nas raczej nie bardzo było gdzie wtedy dobrego dziara zrobić. Pojechałem tam po naciągi a że wziąłem ze sobą płytę to przy okazji mi go zrobili. Pierwsza poszła lewa łapa. Większość dziarów robił mi Tomek Demolka z None z Bydgoszczy, mój przyjaciel. Zrobisz jeden i reszta leci sama?

Miałeś chwile zwątpienia w grę?

Prawie po każdej płycie, po sesji. Mam zbyt wielkie oczekiwania w stosunku do siebie. Okazuje się, że jestem tylko człowiekiem, a to roboty są do roboty. Mam zawsze taki delikatny dół. Dużo roboty było, a ja coś tam zaniedbałem. Był taki czas w Acidach, gdzie nie chciałem już grać, co było spowodowane, jak się okazało, niedogadywaniem się z ówczesnym menadżerem. Perła grał z Guess Why, a ja grałem już z Arką. Między innymi dlatego Perła odszedł, właśnie przez menadżera. Koleś robił po złości terminy. Jak się trafiało jakieś granie to trzeba było jakoś pogodzić te terminy, żeby dalsze projekty mogły istnieć. A on robił tak, by te projekty nie istniały. U mnie sprawa wyglądała tak, że Acid miało pierwszeństwo, czyli np. jak grał Acid to miałem zastępstwo w Arce. Był jednak taki wyjazd w Arce, że byłem kierowcą całego sprzętu nagłośnieniowego i nie mogłem tego odpuścić, do tego jechałem jakimś pożyczonym wozem, załatwianym skądś tam.

A ten menago zrobił jednak koncert. Powiedziałem, że nie jestem w stanie tego odwołać i zagrał za mnie ktoś inny. Perła miał trasę z Guess Why .Nie zagrał Perła i nie zagrałem ja.

Koncert bez Ślimaka, niesamowite.

Był taki koncert. Zagrał akustyk Wojtek, perkusista byłego zespołu Meduza z Płocka. On jest także akustykiem zespołu Łzy. Koleś technicznie grał dwa razy lepiej ode mnie to dał radę bez problemu. Byłem taki wkurzony, że już byłem z Perłą bliski odejścia z Acid. Grałem już wtedy z dziesięć lat, więc ciężko było odejść. W końcu temat się wyprostował i menadżera nie ma.

Jesteście gwiazdami na polskiej scenie metalowej?

Podziemia (śmiech). Tak lawirujemy między podziemiem a tym, co dzieje się wyżej. To, że mamy cztery Fryderyki na koncie to jest co najwyżej docenienie wśród branży. Ludzie wzajemnie na siebie głosują. To jest tylko jakiś tam prestiż i nie zapewnia tobie to niczego innego. Możesz się co najwyżej pochwalić w domach kultury, że masz tyle i tyle Fryderyków.

Jest w ogóle możliwość twoim zdaniem być gwiazdą w takiej muzie w Polsce?

Nie wiem. Kiedyś było to możliwe. TSA, później czasy Metalmanii - Turbo, Acid Drinkers, Alastor, Egzekutor, Destroyer, Dragon. Trudno mi powiedzieć, jak to miałoby wyglądać teraz. Nie wiem, na ile musiałby być to grzmot, a na ile delikatny łoskot? i tak uważam, że Acid ma na tyle komercyjne utwory, że mogą być zjadliwe np. dla mojej mamy. Nie chcę tego sprawdzać, bo nie chcę nic robić na siłę. Dlatego ostatnia płyta jest taka, jaka jest. Nagraliśmy kawałki, które akurat nam się podobały. Jeśli coś było za ostre czy za słabe, mnie to waliło, robiliśmy tak, jak nam się chciało.

Odejście Licy było punktem przełomowym dla Acid... Ludzi było coraz mniej.

Nie do końca jest to prawda, bo już przy płycie High Proof Cosmic Milk poczuliśmy lekki spadek zainteresowania i frekwencji na koncertach, ale to była ogólna tendencja, która dotknęła nie tylko nas. Odejście Licy i brak tolerancji u wielu fanów, spadek koniunktury, rozpadło się Illusion, T-Love grało po jakiś klubikach. To był taki czas, gdzie mówiliśmy sobie, że jak się rozpadniemy to będzie definitywnie po zespole. Powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy razem od początku do końca. Będzie słabo. To nic, gramy razem dalej. Żadnych reaktywacji i innych głupot. Aż do momentu, gdy przyszedł do zespołu Olek. Wszystko zaczęło wracać. Ostatnia trasa była najlepszą od czasu Varan z Comodo Tour, czyli z czasów High Proof. Prawie na trzydzieści koncertów, które zagraliśmy, frekwencyjne były słabe chyba tylko trzy: Wołów, Elbląg i coś tam.

Przedstaw nam swoje dzieciaki.

Tobiasz, Julek, Michalina, Malwina i Halszka - najstarsza, to już emerytowana "Arkowiczka".

To musicie zasilać Arkę nowymi młodymi muzykami!

No zasilam (śmiech). Staram się, jak mogę!

Zawsze chciałeś mieć dużą rodzinę?

Zawsze. To było nawet trochę niezrozumiałe wśród moich rockandrollowych kolegów. Jak się było z dziewczyną to chyba po to, żeby mieć z nią zaraz rodzinę, no nie? I tak tego się trzymałem i to zrealizowałem. Fajnie, że tak jest. Ludzie patrzą na mój wygląd , na rysunki na moim ciele, to nie kojarzy im się fajnie? no, ale w rzeczywistości rodzina jest dla mnie czymś najważniejszym. Jeżeli nadszedłby taki moment, kiedy żona powiedziałaby mi: "Stary, musisz przestać grać!" to przestałbym grać.

Jak twoja żona Magda odnajduje się w twoim rockandrollowaniu?

Wiesz, podejrzewam że każda inna kobieta kopnęłaby mnie w tyłek, a ona tego jeszcze nie zrobiła. Chociaż daję jej cały czas powody. To, że jestem totalnym śmierdzącym leniem, jak Tommy Lee - jestem trochę mniej wydzierany, niższy i mam mniejszą centralkę (śmiech). Ona jest siostrą Licy, jest świadoma i kota w worku nie brała. Wyszła za rockandrollowca, a nie gościa z oazy. Tego kolesia z oazy widziała i trochę z niego lała. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, było "cześć, cześć", ale miłość od pierwszego wejrzenia to na pewno nie była.

Słucha Acidów, komentuje twoją robotę?

Komponuję trochę na gitarze. W sumie z Olkiem to zrobiliśmy w siedemdziesięciu procentach muzykę na tę płytę. Pytam się więc jej, czy to fajne, czy nie. Pomaga mi w wielu momentach.

Co robisz w wolnych chwilach?

Najlepiej meczyk w telewizji. Uważam, że Twarowski i Smokowski to najlepsi komentatorzy sportowi w tym kraju. Lubię oglądać mecze z ich udziałem.

Grywasz sam?

Na salę prób często jeżdżę rowerem, ale gorzej z powrotem. Mam tutaj wszakże 25 kilometrów? Trzeba poćwiczyć, pograć i jeszcze wracać.

Słyszałem, że lubisz oglądać mecze w różnych miejscach.

Taaak? To chyba eliminacje wtedy były. Podczas koncertów miałem dwa monitory, jeden odsłuchowy, a drugi podglądowy (śmiech). Jak strzelili bramkę to zagrałem dodatkowe akcenty w utworze, w którym nie powinno być tych akcentów. Ale mało tego, zagrałem koncert z Acidami i miałem monitor centralnie przed sobą, to był mecz Portugalia - Polska. To było dopiero?! Na warsztatach muzycznych w Koszalinie. Jak strzelili bramkę od razu mówiłem wszystkim i było gromkie uaaa! Koncert się skończył, odwróciłem telewizor i część wiary z widowni oglądało ze mną końcówkę meczu.

W finale jesteś za Manchesterem czy za Barceloną. Wywiad wyjdzie już po meczu, więc zobaczymy?

..za Manchesterem. Tylko mnie nie pytaj o Legię i Lecha (śmiech).

Która sesja dała ci najwięcej w kość?

Fizycznie to ta ostatnia. Dużo rzeczy wymyśliłem w trakcie sesji.  Przy obecnej technologii jest to bardzo wygodne. Z drugiej strony Perła, który nagrywał, nie jest takim gościem, który przepuszcza jakieś gluty... Dopóki tego miejsca nie straci to chyba będę u niego nagrywał. Świetne ma to pomieszczenie do garów, dodatkowo nie używam triggerów, więc pomieszczenie musi dobrze gadać. Przy ustawianiu brzmienia centrali trochę pogrzebaliśmy w próbkach i  korzystając z dorobku Tommy?ego Lee wymieszaliśmy brzmienie mojego bębna oraz właśnie Tomka L.

W miesiąc nie jesteś w stanie ograć materiału, żeby przygotować się na płytę, a tyle miałem czasu. Do tego odchodziły dni koncertów, zmiany w układzie kawałków. Materiał był dość wymagający. Nagrywałem to przez dwa tygodnie. Jednak mam efekt pracy taki, jaki zawsze chciałem mieć. Nagrywamy próby przed sesją i analizujemy później, jakie dobrać tempo do numeru. Jestem zwolennikiem żywego metronomu. Uważam, że jest to totalnie bez sensu robić metalowy numer w jednym tempie. Zwrotka, refren, to musi się różnić emocjami, jak chcesz osadzić to najlepiej 2 - 3 kreski zwolnić.

Jak się szykujesz do studia?

Ogrywam cały materiał. Zakładam świeże naciągi do studia, zaraz przed wejściem. Moim zdaniem jak naciąg jest troszeczkę zgrany to traci atak. W połowie sesji zmieniam naciągi czyli na sesję schodzą dwa komplety. Po ostatniej sesji nabawiłem sie kontuzji. Zrobiło mi się rozszczelnienie stawu łokciowego, maść chrząstkowa wycieka, twardnieje w jednym miejscu i  uciska mi na nerwy. Jak robię takie ruchy (tutaj Ślimak machnął - przyp. red.) to odczuwam ból. Takie były jazdy. To jest sprawa zmęczeniowa, choroba zawodowa.

Rozgrzewasz się zatem?

Staram się coraz częściej rozgrzewać. Oprócz tej kontuzji mam jeszcze rozchwianie nadgarstków, chrząstki są poprzemieszczane, co powoduje ucisk na naczynia krwionośne i dalej powoduje to niedotlenienie kończyn. Niestety, to są typowe choroby zawodowe. Co jakiś czas chodzę tak do reperacji. To jest to samo co ze sportowcami. Źle się rozgrzejesz, wyjdziesz na 15 minut i dostajesz kontuzji.

Nie przejmowałeś się tym wcześniej.

Co ty? Niby coś tam się rozgrzewałem. Teraz więcej czasu na to poświęcam. Najgorzej jest tam, gdzie są plenery i jest zimno, i nie ma się gdzie rozgrzać. Wtedy to już tylko gorzała zostaje? oczywiście jako polewanie na nadgarstki (śmiech), żartuję!

Graliście kiedyś z playbacku?

Taaa. Graliśmy kawałek Kiss Deuce w teleturnieju PartyTura. Występowaliśmy wtedy pomalowani i było dwóch Gene?ów Simmonsów bo nikt nie chciał być Paulem Stanleyem (śmiech).

W swojej karierze grałeś z gwiazdami z najwyższej półki. Deep Purple, Faith No More, Megadeth?

A propos Deep Purple to jakby poza Perfect Strangers i Smoke on the Water nie mam z nimi za wiele wspólnego. Przykro mi to mówić, bo przypominasz trochę Iana Paice?a za młodu (śmiech). Był kiedyś taki epizod, może narażę się fanom kapeli, jak drugi raz zadzwonił Dziuba, że mamy z Purple?ami zagrać. Pierwszy raz to wiadomo, wielka klasa, zespół - legenda, poza tym dla Titusa też wielkie przeżycie zagrać z nimi, no i dla mnie w sumie też. Zawsze sobie można później w portfolio wpisać.

Zadzwonił Dziuba i mówi, żebyśmy znowu zagrali. Ja na to zaraz, zaraz, tak za darmo? Chłopie, ja mam rodzinę na utrzymaniu! Teraz pół Polski będę jechać, żeby zagrać ot tak?  Na koncercie będzie ze dwa tysiące osób lubiących Acid to już jest dwa tysiące osób mniej w klubach, jak będziemy grać później trasę. Słysząc to, co mówiłem Dziubie, odezwał się Titus: "Ślimak bardzo szanuje braci Purpli, Johna Purpla i Mariusza Purpla i uważa, że podstawą ich brzmienia jest betonowy krąg okładany tekturowym paskiem" (śmiech).

 A występ z prawdziwym Megadeth?

Wyłączyli nam wtedy wzmacniacze, bo przekroczyliśmy czas o trzy minuty. Dla nas dobra nauczka. Raz - żeby nie przekraczać czasu, a dwa - żeby pamiętać, jak należy działać w takich sytuacjach i nie chodzi tu o suporty, bo to zazwyczaj znajome zespoły, często przyjaciele.

Jakie są twoje ostatnie inspiracje perkusyjne?

Chad Smith, jego groove i feeling. Bardzo bym chciał mieć taki feeling. Tak samo Mike Bordin. To też bębniarz, który ostatnio zrobił na mnie duże wrażenie.

Co chciałbyś poprawić teraz w swoje grze?

Wszystko? Ogólnie rzecz biorąc mam za mały luz. Cały czas mam za mały luz w grze. Niestety, nie mogę sobie pozwolić na całodniowe przesiadywanie na ćwiczeniach. To jest niemożliwe ze względów rodzinnych. Szkoda, że nie mogę mieć u siebie piwnicy przez wysoki stan wód gruntowych, bo wtedy zrobiłbym sobie fajną kanciapę i tam bym grał, na pewno częściej. Myślę, że jak ktoś w końcu doceni heavy metal w Polsce (śmiech) i pojawią się, daj Boże, lepsze pieniądze to wybudowałbym sobie garaż ze studyjkiem w środku.

Słowo na koniec?

Trzeba iść do przodu, nie wolno się zniechęcać. Trzeba ciąć metal i krzesać iskry!


Ślimak wspomina swojego przyjaciela "Olassa"

Co tu dużo mówić? Wspominałem wcześniej o swoim starym dobrym kumplu, z którym chciałem iść razem do jednej szkoły. Od tamtej pory poruszając się w innym towarzystwie nie miałem tak bliskiego kolegi.  Za jednym wyjątkiem zawsze tak się składało, że z tym drugim gitarzystą w zespole miałem lepszy kontakt niż z resztą. Wcześniej znałem go na stopie czysto koleżeńskiej, bo grali z nami przecież supporty itp. Od momentu, kiedy przyszedł do zespołu, nie minęło dużo czasu, jak stał się moim bardzo bliskim kumplem, a później przyjacielem. Mieszkał u mnie, bawił się z moimi dzieciakami. Gdy wychodziłem gdzieś z żoną to zostawał z moją piątką, zajmował się nimi, nieraz nawet przebierał. Jak jego dziewczyna  brzydziła sie przebrać małego Tobiasza, to on bez problemu się za to brał  i przewijał, raz dwa (śmiech). Czy robiliśmy próby, czy nagrywaliśmy materiał mieszkał u mnie. Takiego bliskiego kumpla nie miałem. Dogadywaliśmy się muzycznie. Życiowe sprawy, które są mi bliskie, jemu też nie były obce. Co tu dużo mówić. To strata, jakiej nie miałem... Okoliczności, w jakich zmarł, tym bardziej są niezrozumiałe i przez to bolesne. Czuję bardzo poważną pustkę i dużo o nim myślę. Moja żona odczuwa bardzo podobnie i często rozmawiamy o Olku. Jeszcze tego Fryderyka musimy mu zawieść?


BEATA POLAK O ŚLIMAKU

Maciej to mój kolega, ale przede wszystkim bardzo dobry bębniarz. Przez krótki okres chodziliśmy razem do szkoły muzycznej - do klasy perkusji. Nie zapomnę tego momentu, jak na początku roku szkolnego, gdy ćwiczyłam na ksylofonie, otworzyły się drzwi do klasy i pojawił się w nich młody, grzeczny chłopiec w okularkach pytając: "Czy to jest klasa perkusji?" - to był Maciej Starosta "Ślimak". Jednak w niedługim czasie z tego grzecznego oazowego chłopca przemienił się w "kwasożłopa", którego skreślili z listy uczniów, gdyż więcej czasu spędzał za bębnami w sali prób Acid Drinkers niż np. na zajęciach kształcenia słuchu. Nasza klasa perkusji pod względem zainteresowań muzycznych była klasą heavy-metalową, ale jeden z kolegów - Mirek Kamiński - był lekko jazzujący, dlatego przychodził do klasy z wyuczonymi rytmami latynoamerykańskimi, a pozostali chcieli to powtórzyć. Ja załapałam się na moment pokazywania samby (wtedy jeszcze nie byłam oficjalnie uczennicą klasy perkusji). Do perkusji ustawiła się kolejka perkusistów, chcących spróbować zagrać na bębnach sambę. Mnie też to zainteresowało, więc w domu odnalazłam w nutach rytm samby i choć nie umiałam dobrze jeszcze trzymać pałek, wyuczyłam się go rozkładając na ręce i nogi.

Następnego dnia uczyłam tego rytmu Ślimaka, a po kilku latach, gdy grywaliśmy wspólne koncerty - on z Houkiem, a ja z Armią i 2Tm2,3 - przyszedł do mnie jakiś chłopak po autograf mówiąc, że dowiedział się od Ślimaka, że jestem jego nauczycielką. Zdębiałam, bo nigdy nią nie byłam; poza tym, gdy ja zaczynałam grać na bębnach, to Ślimak miał juz na swoim koncie 3 płyty z Acidami. Wściekłam się, bo myślałam, że to jakiś kiepski żart Ślimaka... On przecież był już ukształtowanym bębniarzem, a ja mimo, że grałam z zawodowymi kapelami, wciąż czułam, że jeszcze wiele pracy przede mną. Gdy wkurzona spytałam go o cały incydent, on z uśmiechem przypomniał epizod z rytmem samby? Postrzegam Maćka jako zawodowo podchodzącego do swojej pracy bębniarza. Nie jest typem, któremu wszystko łatwo przychodzi w grze, ale na pewno jest typem wytrwale dążącym do celu poprzez pracę przy instrumencie. Jest to jeden z nielicznych bębniarzy, który jak już gra, to gra całym sobą - wypracował sobie pewien styl grania i swojego wizerunku za bębnami, o czym świadczy chociażby zdanie wymieniane między młodymi perkusistami, że "gra się na Ślimaka"...  


Kawałek na mój pogrzeb
Muzyka ze "Star Wars"

Kawałek, który porywa mnie do tańca
Kawałek ze "Star Wars"

Mój kawałek wizytówka
Chciałbym, żeby to był kawałek ze "Star Wars"

Kawałek, który chciałbym zagrać na żywo (nie swój)

"Star Wars"

Kawałek, który kojarzy mi się ze szkołą średnią
"Star Wars"

Kawałek, który może mnie zawsze budzić

"Star Wars"

A dlaczego cały czas "Star Wars"?
Jak to dlaczego?  Przecież jestem  Hanem Solo.