O stanie polskiego bębnienia cz. 7. Tomek Goehs

Dodano: 05.01.2010

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Dziś w raporcie człowiek, który budował polską scenę metalową. Bez wątpienia jeden z najwybitniejszych polskich perkusistów. Tomasz Goehs!


Kult próbował sobie w Warszawie, pomyślałem więc, że dobrze by było porwać na chwilę perkusistę zespołu w celu przeprowadzenia dłuższej rozmowy. Miałem ku temu dwa powody. Po pierwsze Tomek Goehs to świetny bębniarz, który aktywnie współtworzy naszą rodzimą scenę od ponad dwudziestu lat, po drugie ciężko cokolwiek i gdziekolwiek znaleźć więcej na temat tego skromnego perkusisty.

Tomek zaprosił mnie serdecznie do mieszkania, które na czas pobyty w stolicy służyło mu za kwaterę główną. Przed rozmową oczywiście musiał się dotlenić i wyskoczył na balkon odetchnąć "świeżym" nikotynowym dymem. Usiedliśmy sobie wygodnie w kuchni (jak wiadomo, w kuchni są najlepsze imprezy) i rozpoczęliśmy rozmowę, która trwała i trwała z małą przerwą na? papierosa. To, co macie poniżej jest tak naprawdę jedynie większym fragmentem całości, ponieważ tematów poruszaliśmy bez liku. Tomasz Goehs opowiadał spokojnie, bez pośpiechu tonem osoby, która uspokaja dzieciaka przebudzonego właśnie ze złego koszmaru. Nie sprawia wrażenia bębniarza, który bez odrobiny przesady, jest tym dla polskich bębnów metalowych co Dave Lombardo dla całego thrash metalu. Dziś wyciszony i spokojny często wspomina o historii swojego życia i roli, jaką odgrywa w jego życiu religia. Sam o sobie mówi:
- Nie jestem świętojebliwym dewotkiem, który wyrósł w jakiejś oazie, jestem człowiekiem, który często grzeszył?

Jest wielkim fanem perkusyjnego kunsztu Terry?ego Bozzio, mówiąc przy tym o swojej grze bardzo krytycznie. Na nim kształtowało się całe pokolenie pałkerów nowej Polski m.in. Ślimak, który swego czasu z zazdrością patrzył na Amati Tomka, z czarnymi naciągami Remo. Co do muzycznych realiów "tamtych" czasów Tomek ma bardzo dużo do powiedzenia, aż dziw bierze, że tak właśnie było. Zaczynał mocno, bo z Turbo, apogeum thrashowania miał w projekcie Creation od Death, obecnie gra w projektach Kazika, no i, rzecz jasna, w Kulcie. Zobaczcie, co opowiada nam perkusista, który swoimi podwójnymi stopkami przecierał szlaki na polskiej scenie.

Interesujesz się polską sceną perkusyjną?

Hmm?w sumie się interesuję, ale mam tak mało szans spotykania ludzi, którzy gdzieś tam grają. Nie gramy teraz wspólnych koncertów prawie z nikim? tzn. kiedyś zawsze człowiek się gdzieś spotykał, gdzie młode kapele występowały, a teraz jak gramy jakąś trasę, juwenalia czy inną imprezę to przyjeżdżam w zasadzie na sam koncert. Wpadam najwcześniej, by rozstawić bębny, ale nigdy nie mam okazji za wiele obserwować. Nie śledzę też rzeczy w Internecie. Zasadniczo tam, gdzie jestem mamy kanciapę, gdzie jest jeden zespół i nie działa on w takim środowisku, by się kogoś spotykało. Raczej są to takie przypadkowe rzeczy, spotkam, zobaczę, jak ktoś mi coś powie, wskaże? Ostatnio grała przed nami kapela.

Oglądam próbę i widzę jakiś soul funk. Myślę sobie, że to kolejna kapela zapatrzona w takie granie z wokalistką. Myślę sobie dalej "kurczę, znowu będę musiał tu siedzieć godzinę czy półtorej i czekać..", a nie było garderoby tylko jakiś taki namiot. Jak zaczęli grać to zwątpiłem? Po prostu, jak zaczęli grać to mnie to zabiło! To był zespół Big Fat Mama. Takie wrażenie, jakie ta kapela zrobiła na mnie to żaden zespół dawno nie zrobił. Nie to, że jestem fanem takiej muzyki, tylko po prostu nie słyszałem, by w Polsce ktoś tak grał. Na scenie świetnie, no i bębniarz? powalił mnie. Nie jest to styl gry, którym bym się karmił na co dzień.

Podszedłem do niego, ukłoniłem nisko, zapytałem, czy studiował gdzieś np. w Katowicach. On mówi, że nigdzie nie studiował tylko ojciec go uczył. Jakbyś miał możliwość być na ich koncercie to polecam. Ten bębniarz nie jest skażony żadną szkołą tak samo, jak bębniarz Maryli Rodowicz - Artur Lipiński,  który również zrobił na mnie wielkie wrażenie i z roku na rok gra coraz lepiej. A tak to starzy znajomi np. Krzyżyk z Armii, Stopa, Ślimak? Taka grupa bębniarzy, których "nie lubię", czyli ci, co mówią, że nie ćwiczą, a grają niesamowicie (śmiech). Płyt Ślimaka nie lubię słuchać, bo zastanawiam się, jak on to robi, że mu to tak wszystko brzmi. Zazdroszczę mu tego. Jeżeli chodzi o brzmienie bębnów rockowych chyba nikt mu u nas nie podskoczy!

Wiesz, on dużo eksperymentuje ze sprzętem...

Ma taką możliwość. Acid to jest jego zespół, ma duże możliwości i wolną rękę. Pierwsze ich płyty nie brzmiały? Takie piłeczki. Tragedia, ale od Infernal Connection to już masakra, nagrywał ją na DW z tego, co wiem.

Ślimak opowiadał, jak na początku przychodził do salki, gdzie stała twoja Amati z naciągami Remo.

Czarnymi.

Miałeś czarne?

No jasne? (Tomek powiedział to wyjątkowo czule - przyp. red.). Dziuba, nasz manager, załatwiał nam, jak grałem w Turbo czy Wilczym Pająku. Przywoził mi naciągi. Twierdził, że to po Maidenach (śmiech). Wiesz, może tak było. Jeździł tam z tymi zespołami jako techniczny. Przed koncertami zmieniali naciągi, a on je gromadził i to wszystko przywoził. Czarne były dobre, bo można było je w wannie wypucować i na Amati pograć z pół roku (śmiech). Nie pamiętam, by jakieś czarne mi się rozwaliły. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak to wszystko mogło brzmieć? Jakieś abstrakcyjne blachy kupowałem gdzieś w jakichś komisach po 100 dolarów. Sensacją było, jak ktoś chciał sprzedać blachę. Pamiętam w takim Peweksie muzycznym, tu w Warszawie, widziałem takie drzewo z blachami i te ceny? Płaciło się dolarami lub bonami.

I to półroczną pensję?

Dokładnie. Za czasów, gdy zaczynałem grać, posiadać nie polski lub czeski instrument to było poza zasięgiem pomimo, że nagrywaliśmy płyty.

A zaczynałeś na??

Na Polmuzie.

No tak, do wyboru Polmuz albo kto szczęśliwszy na Szpaderskim.

Szpaderski to było moje marzenie, nieziszczone, niestety? Pamiętam, w jakimś klubie kapela starszych kolesi miała zestaw z centralką 26 cali. Chyba ktoś sobie bęben marszowy przerobił na centralę. Wszystko fachowo zrobione, obite taką czarną dermą. Facet chciał za to 10 tysięcy zł, a był to rok 81-82. W 1982 pracowałem jako goniec, zarabiałem 3 tysiące miesięcznie? Chciałem od ojca pożyczyć, ale miałem trudny okres dojrzewania i po różnych przygodach, które zafundowałem rodzicom, nie chcieli inwestować w jakieś kolejne moje pomysły. Pamiętam, widok tych bębnów mnie powalił, chociaż podejrzewam, że teraz bym je na rozpałkę zużył... Zaczynałem zatem na Polmuzie. Jak wspomniałem, pracowałem jako goniec, więc co miesiąc mogłem sobie jeden bęben kupić. Każdy był w innym kolorze (śmiech).

Coś jak teraz DW (śmiech), tylko jakość inna?

Z ojcem pościągaliśmy obicie. Kupiliśmy białą dermę, obiliśmy, w środku też na biało pomalowane, Mówię ci, ekstra! Zamieniłem się później na jakieś inne. To był czas, że każdy coś tam przerabiał, zmieniał, usprawniał w tych instrumentach. Pamiętam, kiedyś w Poznaniu był facet, który produkował bębny o nazwie Hayman (nie mylić z brytyjskim Hymnem - przyp. red.), to była produkcja w zakładach Cegielskiego, gdzie produkował okucia na tokarce, skupował stare Polmuzy, to wszystko obijał takim obiciem, które można było dostać w sklepie Feniks w Poznaniu, dorabiał uchwyty i sprzedawał jako Hayman. Sprawne oko nastoletniego dzieciaka mówiło, że z Haymanem to raczej nie ma nic wspólnego.

A dalej?

Na bębnach, jakie sobie kupiłem później, zagrałem pierwszą Metalmanię. To były Taktony. Człowieku? w obiciu takim, jak moje dawne DW, taka trawa morska. Miałem dobre Taktony, bo drewniane. Jak zapewne wiesz, były Taktony papierowe?

Papierowe?

Taka tektura mocno ubijana, zresztą Polmuz też robił podobne. Tego Taktona miałem z jednym przejściem, florem i dugą centralka Polmuza.

Na tym grałeś Metalmanię?

Tak, z Wilczym Pająkiem i Turbo. Możesz sobie wyobrazić, jak to wyglądało, gdy obok stał sprzęt ówczesnych gwiazd, a były to takie zespoły, zapomniane już, jak Killer i Alaska. Później miałem Amati, miałem je tak wytłumione, że pod te mechanizmy do tłumienia miałem powsadzane gąbki, do tego bez spodów, dolnych naciągów. Generalnie brzmiało to jak karton? Na czarnych naciągach to jeszcze, jeszcze, ale jak było dupne nagłośnienie to koniec?  Czuliśmy się z tym tak naprawdę okropnie.

Kompleks?

To nie jest kwestia kompleksów, bo graliśmy na tym, co mieliśmy. To nas strasznie kaleczyło. Bo bęben totalnie stłumiony, będący do tego bębnem Amati, ze starymi naciągami nigdy nie zabrzmi. Werble to były jakieś żenady? jakieś gówna. Blachy Polmuza, albo Amati - co już było marzeniem. Później na trasy kupowałem w Centrali Muzycznej komplet marszowy, dobrze brzmiały, ale tak przez dwa koncerty, bo później wyglądały tak, jak spleśniałe grzyby, popękane i powyginane. I z takimi blachami pojechałem w trasę z Kreatorem. Turbo i Kreator po tej części Europy. Przy profesjonalnym Sonorze plus blachy chyba Meinla, jakie miał Ventor, ja na Amati z tymi grzybami marszowymi. Jedna stopa jakiś "Pearl" zrobiony na walcowni gdzieś w Gdańsku, druga Amati. Mówię o tej naszej biedzie i nędzy, bo jak przyjeżdżały zespoły niemieckie, które miały sprzęt w pełni profesjonalny, to pierwsze co to były wycieczki technicznych pod moje bębny. Zobaczyć, na czym tu się gra. Śmiechu dla nich było co niemiara. Myśmy to jakoś na gardę przyjmowali. Nie byli w stanie pojąć tej naszej rzeczywistości. Bywali czasami nieprzyjemni. Nie spotykało nas to ze strony amerykańskich zespołów, oni byli jacyś tacy bardziej normalni. Nie wyróżniali się nawet za bardzo z tłumu muzyków. Niemcy natomiast byli widoczni głównie przez swój styl ubioru (śmiech), wyglądali jak prosto z Metal Hammera. Zrobieni na bóstwo. A tu biedni chłopcy z Polski?

Wy też drapieżnie wyglądaliście?

Czego to człowiek nie robił, by drapieżnie wyglądać (śmiech). Gdybyśmy żyli w realiach zachodnich z pewnością inaczej by to wszystko wyglądało. Była taka kapela Sodom, która dopiero od trzeciej płyty ruszyła i chłopaki przestali pracować w  kopalni. Wszędzie byli normalni ludzie, ale możliwości rozwoju były tam większe. Płyta Last Warior zespołu Turbo została wydana dla niemieckiej Noise records równo z którąś z płyt Sepultury, która wtedy nie była zbytnio popularna. Pokazuje to rozwój, historię i prawdę, gdzie te dwa zespoły są teraz  w historii muzyki. Można rozumować to też tak, że może my nie mieliśmy talentu, tego poweru?

Wątpię, zobacz, jak to jest teraz, gdzie niemal do Afryki możemy dojechać mając jedynie dowód osobisty. Takie zespoły, jak Behemoth, Vader, Riverside ruszyły w świat!

Gdzieś to się na pewno jakoś przekłada w ramach gatunku, w jakim się obracają. Oni zajmują się rzeczami, nazwijmy to, anglosaskimi. A tu jest pełno zespołów po prostu polskich, mają polskie teksty, polską stylistykę, więc ich szanse zaistnienia na świecie są nikłe. Ale może i dobrze, żebyśmy robili naszą muzykę, która wynika z serca, wynika z kultury, w której się wychowaliśmy. Nie ma nic gorszego chyba niż silić się na coś, z czym nie mieliśmy do czynienia i nie jest nasze. Ludzie mają przeróżne fascynacje, szkoda tylko, że nie rodzą się one tu u nas. Nie jesteśmy krajem, gdzie rock and roll się narodził, wręcz przeciwnie.

Dlaczego więc te bębny?

Zaaawsze mnie to kręciło. Widok bębnów działał tak na mnie? jakoś? tak? aż ciężko wyrazić.  Gdy oglądałem jakieś koncerty w stylu Opole czy inne Sopoty to zawsze zwracałem uwagę najpierw na bębny. Na początku u mnie były to oczywiście różne garnki, łychy itp. Później już próbowałem grać do muzy jakimiś pędzlami, a to w jakieś sitko od parownika do pyr. W szkole podstawowej grałem w zespole na pewnym instrumencie dość wstydliwym, mało rockowym,  na akordeonie. Na jedną z prób nie przyszedł mój kolega Marek i gary stały wolne. Zagrałem i wszyscy mówili - super. Później graliśmy we dwóch na zmianę. W liceum to już było "bycie bębniarzem" mimo, że w życiu nie siedziałem za zawodowym rockowym zestawem, ale wszyscy wiedzieli, że bębnię. Bujałem się po jakichś klubach, grałem z zespołami. Dostałem się wreszcie do szkoły muzycznej, gdzie mogłem zaczerpnąć trochę tej edukacji. Zmieniałem często szkoły, więc fakt szkoły muzycznej był dla mnie jak raj. Bo mogłem ćwiczyć, no i uczono mnie jakiejś tam techniki. Grałem na marimbie, kotłach, werblu? Zawsze człowiek się edukuje mimo, że to była produkcja perkusistów klasycznych.

Ścigałeś się na dwie stopy?

Na dwie stopy ścigałem się z bębniarzem z kapeli Risk, taki, kurna, grubas niesympatyczny. Próbowałem do niego zagaić. Miał Pearla, który brzmiał rewelacyjnie, aż słabo mi było, jak on na nim grał, ale był niemiły, nie chciał rozmawiać. Oczywiście, jak zaczął młócić to i ja wskoczyłem za te swoje nieszczęsne Amati i zaczęliśmy się ścigać. Nie pamiętam, kto wygrał, ale widziałem grupę moich kolegów, którzy stali w patriotycznym geście, że "nasi, najszybsi, Tomek jest nasz!" (śmiech)

Na Metalmanii grałeś będąc jeszcze w szkole, tak?

Tak, tak. Chodziłem tam siedem lat, bo miałem kilka przerw po drodze, a dostałem się, gdy miałem 17 lat. Razem w klasie byłem z Grzegorzem Kupczykiem, który chciał, bym mu tam w tym Turbo pograł. Dla mnie to było coś zupełnie z kosmosu, byłem zwykłym chłopcem, który sobie gdzieś próbował, chociaż granie było dla mnie wszystkim. Siedziałem od rana do nocy, całe wakacje potrafiłem poświęcić na dojeżdżanie kilkadziesiąt kilometrów do jakiegoś miasteczka, gdzie był dobry sprzęt. To było całe moje życie, pasja mojego życia.   

Ze zwykłą szkołą były problemy?

Nie interesowała mnie wiedza, która nie miała dla mnie żadnego znaczenia, chciałem być wolnym człowiekiem. Interesowały mnie zupełnie inne rzeczy. To taki trudny moment, gdzie trzeba chodzić do liceum, a tu świat dookoła. Punki, hipisi, rock, cały świat dla ciebie. To były czasy, gdzie nie było takiego przepływu informacji, głównie słyszało się od dobrych ludzi różne opowieści,  legendy o koncertach, muzyce, festiwalach. Często później te legendy padały np. najbardziej rockową kapelą na świecie był Kiss aż do momentu, gdy nie usłyszałem jak grają? Moje wyobrażenie muzyki na podstawie ich wyglądu było zupełnie inne.


No, ale wracając - ja chciałem grać, po prostu chciałem grać. Chcesz się znaleźć czasami w innym świecie. Nigdy nie wiedziałem, czy te moje marzenia się spełnią. Na swojej drodze przez tyle lat spotkałem wielu muzyków i sporej grupie się nie udało, przestali grać. Z przeróżnych powodów, życiowych, brak zainteresowania tym, co robili itp. Myślałem często "Zatem dlaczego ja?". Zawsze zadawałem sobie to pytanie i poniekąd znam odpowiedź?

Czyli?

To jest moja historia, historia mojego życia. To jest kwestia światopoglądu. Jeżeli wierzysz w Boga to wiesz, że tego typu rzeczy jak talent to po prostu dar od Boga. To, co robię jest darem, że mogę grać, pracować z zespołami.

Słuchasz swoich płyt?

Rzadko, ale jest parę takich, z których jestem zadowolonych.

Które?

Kingdom of paranoia Wilczego Pająka, jak tak spojrzę wstecz. Na pewno Kazik na żywo Porozumienie ponad podziałami i tu chyba się kończy? (śmiech). Może Creation, Turbo Dead End.

Byliście bez wątpienia gwiazdami w tamtym okresie?

(śmiech) No niby tak, ale jak posłuchałem płyty koncertowej z którejś Metalmanii to się przeżegnałem? Jak ludzie mogli przychodzić i słuchać tego wszystkiego? Dla mnie to jest niepojęte, albo ludzie byli w amoku, albo mieli taką percepcję muzyczną. Było przecież tyle świetnych zespołów na świecie, chociaż w sumie nikt do nas wtedy nie przyjeżdżał. Ale jak posłuchałem tego kawałka Turbo to? żem się przeląkł (śmiech). Nie podważam absolutnie rangi tego zespołu i tych płyt, które nagrywał, bo naprawdę myślę, że ludzie chcieli tego słuchać, ale to z Metalmanii jest porażające? Wiadomo też - jakość nagrania, nie chciałbym wiedzieć, jacy "mistrzowie" to zrobili, kto to nagrywał.

Ale 10 tysięcy ludzi w Spodku?

Graliśmy kiedyś metalową zimę, gdzie był tylko Kat i Turbo, i było tam kilkanaście tysięcy osób. Jedynie na dwóch polskich zespołach. To jest niepojęte. Dziś to, kurde, chyba tyle do Spodka nie wpuszczają.

Były trasy, było rockandrolowe życie?

No było? było? Generalnie to był? chlew. To była rzeź. Jak zebrały się w busie trzy kapele to jest trudne do wyobrażenia. Jak człowiek mógł mieć w mózgu to, co miał. Przekładało się to w pewnym sensie na mój stosunek do gry, do muzyki, do ćwiczeń. Miałem łeb jakby zalany mosiądzem, nie dopuszczałem do świadomości, że mogą być inne style muzyczne niż metal. Miałem wrażenie, że w Jarocinie jest tylko dzień metalowy. Ewentualne spotkania z innymi zespołami, które grały inną muzykę kończyły się tym, że stałem z rozdziawioną papą i nie wiedziałem, o co im chodzi. Jak to można taką dziwną muzykę grać.

Które kapele cię kopały?

Na pewno Metallica pierwsza - druga płyta, Anthrax, Voivod, Motorhead, Slayer? co tam jeszcze? a i Manowara się słuchało (śmiech), King Diamond, Kreator, Maiden.

Czyli wszystko bliskie sobie.

No tak, klasyka muzyki (śmiech) o, albo była taka zabawna kapela Celtic Frost - niebezpieczne trio niemieckie (a tak naprawdę szwajcarskie - przyp. red.), Runnig Wild. Mam nawet zdjęcie z wokalistą w stroju pirata. Graliśmy z nimi parę razy, mieli taki wielki okręt na scenie. Koleś miał kosmiczne bębny. Stołek taki, jak motocyklowy, uchwyt na kubek? nie mogłem się otrząsnąć.

Nie brałeś nigdy prywatnych lekcji?

Nie. Miałem jakichś tam profesorów. Zmieniali się? jeden, drugi, trzeci?  Trzeciego, niestety, nie słuchałem, a szkoda. To był Zbyszek Łowżył. Dziś wiem, że gdybym był wtedy mądrzejszy, to bym się od niego wiele nauczył. Bardzo dużo wiedział o graniu, jak na tamte czasy. Gdybym go wtedy posłuchał to byłby pewnie jakiś przełom w moim graniu. Akceptował to, co robiłem wtedy równolegle. Jednak ja nie chciałem grać tych wszystkich rudymentów, wolałem grać na dwie stopy, najszybciej na świecie. No i tyle.


Ćwiczyłeś czy grałeś?

Dużo ćwiczyłem i dużo grałem. Jak do chaty przychodziłem wieczorem to jeszcze przez dwie równe godziny ćwiczyłem na sucho dwa kopyta. Siadałem na stole, ściągałem buty i grałem o podłogę te werblowe zagrywki nogami. Miałem tak ustalone - dwie godziny dziennie. Czy to dobre? Nie wiem? Inaczej się gra na sucho, inaczej normalnie. Wtedy miałem taką wizję. Z czasem człowiek dochodzi do tego, że warto się edukować. Dzisiaj to wiem, dziś czuję, że czas mija i wielu rzeczy nie mogę zrobić, wiek blokuje człowieka. To jest to pragnienie paradoksalne wchodzenia we wszystko, co cię może napełnić wiedzą. Mam teraz wielkie pragnienie tego, szkoda tylko, że nie miałem te dwadzieścia parę lat temu? no, ale taka jest moja historia.

Miałeś wsparcie u rodziny, grał ktoś u ciebie?

Nikt u mnie nie grał. Cieszyli się, że chodzę wreszcie do szkoły. Bardzo mi pomagali, byli tym kimś w moim życiu, kto mi pozwalał robić to, co lubię. Miałem pełen luksus działania. Mogłem grać, ćwiczyć. To niesamowite jest mieć takich rodziców.

Teraz sam jesteś rodzicem, jak to jest okiem bębniarza, przedstaw swoją rodzinę?

Moja żona Małgosia. Dzieci -  Dagmara ma 20 lat, Malina 12, Eliasz 3 i pół, a Klarcia 11 miesięcy. Nie tworzyłem nigdy w domu żadnej presji, że Eliasz ma grać, że ma spełnić moje niespełnione marzenia perkusyjne. Odkąd się urodził, odkąd miał umiejętność manualnego łapania czegokolwiek, to brał zawsze pałki. Pierwsze bębny dostał, jak miał dwa lata. Szybko je rozwalił, bo to były takie bębny dla dzieci, takie plastikowe. Teraz mu kupiłem już taki prawdziwy zestaw?

Słyszysz to, co mówisz, przed chwilą mówiliśmy o tym, co się działo 30 lat temu a teraz zobacz, jaki komfort!

Taaak? To jest niesamowite.

Jak zaczynałeś grać to musiałeś mieć swoich idoli.

No  wiadomo? Ten, jak mu tam, z Metalliki?

Lars?

No jasne (śmiech), do tego Charlie Benante - bardzo dobry bębniarz. Wiesz, wtedy Lars Ulrich, że tak powiem, potrafił jeszcze grać, jakoś to razem siedziało. Oglądałem ten film o robieniu tej przedostatniej płyty, no to ciężko się go tam słucha. Zresztą uważam, że Metallica jest już zamkniętym etapem w sensie muzycznym. On był świetnym bębniarzem właśnie dla Metalliki. Jak wszystko się razem klei to nie trzeba wirtuoza za bębnami. Jest też taki moment w pewnym wieku, gdzie zaczynają się swoiste blokady fizyczne, człowiek jest mniej sprawny fizycznie. Trzeba bardzo dużo ćwiczyć.

Nie miałeś problemów ze zdrowiem i urazami typowymi dla perkusisty?

Nie miałem i nie mam. Rok temu miałem coś takiego, że miałem mieć robione zastrzyki w nadgarstek, ale na szczęście jakoś się to rozeszło. Podstawa to ćwiczyć systematycznie. Najgorzej, jak człowiek pojedzie na wakacje i nie ćwiczy dwa tygodnie, wraca i chce od razu zagrać w szybkim tempie, łatwo się wtedy przećwiczyć. Trzeba stopniowo, jak sportowiec. Budzę się rano to nieraz ciężko stanąć na nogach, bo kości bolą. Z kręgosłupem na szczęście bez większych problemów. Co do kondycji to tego mnie Kult nauczył. Trzy, nieraz trzy i pół godziny grania. Trzeba te siły rozkładać.

Gdy grasz na żywo, jak nie masz już lustra, to na co zwracasz najbardziej uwagę?

Na to, żeby przeżyć? Z takim setem, jakim gramy z Kultem to jest trochę walki o życie (śmiech). Niekiedy nie ma czym oddychać. Ważne, żeby granie było przyjemne i radosne. Reakcja publiczności też jest oczywiście istotna. Jestem troszeczkę rozpaskudzony w tej kwestii, bo reakcja była zazwyczaj dobra, w jakim zespole bym nie grał. Nie mam złych doświadczeń za wyjątkiem jednego koncertu z Wilczym Pająkiem przed Deep Purple. Ludzie rzucali, czym się dało. Jeszcze byliśmy w garderobie, a już 5 tysięcy rasy skandowało "Wypierdalać!". Słuchaj, masakra. Dostałem taką wielką bułką w szyję. To był bardzo ciężki moment. Wilczy Pająk i Deep Purple - dwa różne światy.

No tak, u nas to ciężko było w takich konfiguracjach. Pamiętam wspólny koncert Slayera i System of a Down w Spodku.

Są takie koncerty, że siadasz i wiesz, że będzie źle.

Duże - małe kluby?

Zasadniczo to chodzi o to, żeby bębny naturalnie grały. Uderzysz i fajnie brzmią. Plenery są niezłe. A tak ogólnie to wszystko jest kwestią dyspozycji dnia.

Co robisz przed i po koncercie?

Zazwyczaj mamy próbę, co jest dla mnie najlepszą rozgrzewką, bo główne siły zostawiam na przeżycie koncertu. Po koncercie jadę do hotelu i idę spać. Ciężko nieraz zasnąć. Trzy godziny hałasu i dzwoni w uszach mimo, że gram w stoperach to nie zawsze daję radę. Mieszkam z Jasiem Zdunkiem, przychodzimy jak takie dwie sieroty, siadamy, palę papierosa i idziemy spać.

Papierosy to największa używka?

Tak, nie piję, nie biorę żadnych śmieci. Czasami na koncercie łapałem jakiegoś maszka papierosa, ale jeszcze nie zdarzyło mi się grać z papierosem. Aż takim samobójcą nie jestem (śmiech). W domu wychodzę na balkonik i kurczę się ku uciesze sąsiadów. Nie lubię smrodu papierosów, więc co dopiero mają powiedzieć osoby, które nie palą.

Gdzie spędzacie wakacje?

Zazwyczaj spędzaliśmy nad jeziorem, ku niezadowoleniu dzieci i Małgosi (śmiech), ale później okazuje się, że szkoda wracać, bo fajnie było. Ostatnio trafiają nam się wyjazdy nad morze. Jeździmy do Chłopów, nie ma tam żadnej dyskoteki, bulwarów, deptaków. Miejsce bardzo rodzinne, więc cisza, spokój.

Twoje wspomnienia z pierwszej poważnej sesji  studio?

To było Turbo i Last Warrior. No, ciężko było. Studio nie jest moim ulubionym miejscem pracy. Jestem raczej perkusistą koncertowym, gram sercem, a w studio trzeba grać bardzo laboratoryjnie. Może za mało nagrywałem? Jakoś tak w studio się nie czuję, nie sprawdzam się chyba. Wolę zdecydowanie koncerty. Może gdybym posiedział dłużej w studio to by mi się spodobało.

Stres był wtedy mocny?

Był, jak cholera. Wiesz, to moja pierwsza płyta w życiu i to z takim zespołem jak Turbo. Dziś może to kogoś śmieszyć no, ale wtedy w Polsce były dwa największe metalowe zespoły - Turbo i KAT. Jakoś sobie poradziłem, ale nie było łatwo.

Z metronomem?

Co ty??! Metronom kupiłem sobie dopiero z pięć lat temu, bo zawsze mówiłem, że jest dobry dla pedałów i jazzmanów (śmiech). Gdzie tam metronom, przestań. Dziś wiem, że to raczej głupota moja mówiła niż ja, bo wiem, że jest to urządzenie bez którego perkusista nie powinien pracować. Daje możliwość spojrzenia na to, na ile się przyzwoicie gra daną figurę. Grając z metronomem myślę, że człowiek przyzwyczaja się do stałego pulsu, wchodzi to w twój umysł. Daje to wiedzę na to, czy się gra równo czy nie, na zasadzie takiej, że jak się nie gra z metronomem to masz już tą świadomość, że grasz krzywo. Wiadomo też, że granie pewnych piosenek z metronomem jest niemożliwe, bo pozabijałoby to kawałki, jednak mimo to będziesz już wiedział, gdzie grasz krzywo. Jeżeli nie korzystasz z metronomu wiedzy na temat równego grania raczej nie posiądziesz. Moje pierwsze miesiące grania z metronomem to? to myślałem, że się wyrzygam, tortura a nie granie.

Creation of Death to płyta strasznie gęsta?

Ale to jest zupełnie inna muzyka. To jest muzyka, gdzie łatwo trzymać tempo. Szybkie piosenki w bardzo wygodnych tempach tak, jak silnik, odpalisz go i już chodzi. Dzieje się tak dużo w muzyce i jest tak szybko, że ciężko się wysypać. Muzyka bardzo motoryczna. Natomiast w muzyce, gdzie potrzeba feelingu, gdzie trzeba grać wolniej to okazało się, że sobie po prostu nie radzę, że gram krzywo. Natchnęło mnie to pewnymi spostrzeżeniami, że jak nie zacznę grać z metronomem to mogę przestać grać.

Twoje przełomowe momenty.

Zawsze to były momenty, gdzie dołączałem do zespołów, w których granie dla mnie było dużym przeżyciem. Tak, jak w tym Turbo. Miałem niecałe 20 lat. Później niesamowity moment to był Kazik na Żywo, K?rshna Brothers, w którym granie ratowało mnie, ponieważ miałem wtedy ciężki okres w swoim życiu. To naprawdę ważne momenty, zaczynasz nowy etap, zaczynasz coś nowego. Nauczkami to chyba zawsze były porażki, które po drodze się zdarzały. Takim trudnym momentem dla mnie była chwila, gdzie nagle Wojtek, nasz techniczny zaczął pogrywać u Kazika na płytach, dziś gra na gitarze w Kulcie. Nie jest perkusistą, w życiu pewnie nie ćwiczył, a ma talent. To był trudny moment, bo poczułem się odrzucony, takie głupie myśli, że nawet nie perkusista cię zastępuje. Szybko człowiek sobie uświadamia, że nikt mi nic nie przejął i zabrał, bo granie z Kazikiem nie jest moją własnością. Muzyk sobie dobiera taki zespół, jaki chce. Po latach grania z danym artystą pojawia się taka myśl, że zaraz, to przecież zawsze ja z nim grałem. To jest też kopniak do pracy. Wtedy też ten metronom sobie kupiłem. Po miesiącach braku ćwiczeń przysiadłem w kanciapie i wziąłem się solidnie do roboty. To był taki swoisty ratunek dla mnie, dziękuję Bogu za ten moment. Takie momenty są bardzo ważne, nie są czymś złym, bo one ratują człowieka.

Jesteś inspirację dla wielu czołowych obecnie bębniarzy.

Chyba byłem inspiracją, bo oni wszyscy szybko dorośli i są teraz dla mnie inspiracją. Mnie też jacyś ludzie pasjonowali, a teraz pewnie w ogóle już nie grają. Mam takiego kolegę z młodego pokolenia, nazywa się Oskar Podolski, to dla mnie człowiek z dużą przyszłością. Ma taki rodzinny zespół Heart Garage. Gra jak Dave Grohl i jest świrem perkusyjnym. Od roku - dwóch przychodzi na koncerty i mówi, że jest moim fanem.. Ale od pewnego momentu, jak zaczął pokazywać mi różne rzeczy, role się odwracają. Za parę lat dobrze będzie, jak będzie się przyznawał do znajomości ze mną (śmiech). Taka jest kolej rzeczy, oby dalej sprawiało nam to przyjemność i nie wolno wstydzić się za samych siebie, by nie stracić kontroli i zdrowego spojrzenia na własną muzykę. Receptą jest ciągłe ćwiczenie i edukacja. Za każdym razem, jak wychodzę z kanciapy myślę sobie, kurczę, przestaję grać, bo jestem załamany tym, jak gram. Zamiast siedzieć w domu i czytać dziecku bajki to ja tu tłukę.

Niedługo będziesz grał z Eliaszem?

No właśnie, jest taki pomysł, by wyeksmitować jego instrument do kanciapy, a kupić mu elektroniczne bębny. Nie dlatego, że są lepsze, tylko żeby mógł ćwiczyć, ile chce. Teraz jest jednak trochę przeganiany, bo hałas jest.

A ty, ćwiczysz cały czas?

Cały czas. Bardzo mi brakuje edukacji. Wiem, że można ćwiczyć i sto lat po sto godzin, ale nic z tego nie wynika. Edukacja, wszystkie techniki werblowe i inne, to cholernie ważna rzecz. Człowiek pozbawiony techniki będzie się rozwijał do pewnego momentu i koniec, choćbyś się zesrał, to szybciej mocniej, ciekawiej nie zagrasz, jeśli nie skorzystasz z pewnej wiedzy ludzi, którzy poświęcili na to tyle lat. Są tacy edukatorzy jak Dom Famularo, na którego grę spojrzysz i widzisz ilu topowych bębniarzy korzystało z jego wiedzy.
Wiesz co? muszę zapalić?

Dobra, to na balkon?

Tak, tak?
(przerwa na fajka)

Mówiłeś o bólach pracy w studio. Opowiedz coś o swoich sesjach.

Jak się w studio człowiek kiepsko czuje to wszystkie sesje są trudne. Nie przypominam sobie, bym zrobił jakąś masakrę... Najtrudniejsza była do Salonu Recreativo, gdzie było czterdzieści numerów, a nagrywałem to w trzy dni. Leżałem w śpiworze, między kawałkami próbowałem się przespać, a tu pan Kazik nóżką cyk, cyk, że trzeba wstawać i grać. To naprawdę ciężka robota nagrać tyle kawałków.

Jak się gra z Kazikiem?

Dobrze. To kwestia, na ile spełni się jego wizje i wymagania.

Jest wymagający?

Jest, bo ma własne? nazwijmy to, potrzeby perkusyjne, które nie zawsze są takie, jak moje. To wynika z osłuchania w innej muzyce, z innych fascynacji. Moje korzenie są, jakie są. Ciężko się czasami wpasować w coś, co z metalem nie ma nic wspólnego, złapać ten styl, ten feeling.

Jak się przygotowujesz do sesji?

Próby gramy i tyle. Ogranie materiału. Do KNŻ, jak teraz ćwiczę to przegrywam te piosenki w różnych tempach i to nawet nie całe piosenki, ale poszczególne groove?y, przejścia, żeby to osadzić.

Sprzęt?

Z tym jest problem. W bardzo ważnej rzeczy, jakim jest strojenie jestem też słaby? Wiesz, jak ktoś się na Amati wychował, gdzie tam nic nie trzeba było stroić tylko założyć naciągi i już było świetnie, a jeszcze z tymi czarnymi to rewelacja. Oczywiście proporcjonalnie do tamtych czasów, wiesz o czym mówię. Dziś instrumenty są bardzo wymagające, mam chęć się tego kiedyś nauczyć. Wszystkiego można się nauczyć.

Jak z aranżem kawałków, jak je budujesz?

To samo wychodzi podczas grania. Jest mało rzeczy, które robię w studio, raczej mam to ograne. Najlepiej kawałki aranżuje się na koncertach w sensie, gdy można pograć ten materiał przed studiem, można usłyszeć na scenie, czy coś gada, czy nie gada. Dobrze mieć nagrania robione przed wejściem do studia, wsłuchać się, popróbować. Niestety, nigdy nie mam na to czasu tak naprawdę. Niedobrze też przesadzić z ćwiczeniem materiału przed wejściem do studia, bo może stracić świeżość. Zauważ, że najlepiej kawałek wychodzi przy pierwszym zagraniu. Później różnie to bywa z powtórzeniem.

Podjąłbyś się sesji dla kogoś?

Ostatnio ktoś mnie prosił to odmówiłem żeby nie zrobić wilczej przysługi. Prosił mnie pewien kolega, który wykonuje muzykę, w której kompletnie się nie rozeznaję. Dałem mu numer telefonu do perkusisty, który tę muzykę czuje? Obydwaj byli bardzo zadowoleni.

Nie byłeś proszony nigdy na różne warsztaty?

Niee (śmiech). Jakąś tam wiedzę mam, nie mogę przecież popadać w totalną dolinę, że jestem beznadziejny. Kiedyś miałem taki pomysł, gdy byłem w koszmarnej sytuacji finansowej, kilkanaście lat temu. Prowadziłem coś w tym rodzaju. W sumie fajne, ale i trudne. Dużo daje to prowadzącemu. W sposób analityczny trzeba się zastanawiać, jak to  przekazać i jaka jest geneza powstawania pewnych rzeczy. Jest to też trudne, ponieważ nieraz ludzie przychodzą i nie wiedzą, czy tak naprawdę chcą grać czy nie?

Grałeś kiedyś na dwa zestawy.

Ze Stopą, a ze Stopą nie trzeba umieć grać. Metronomem był Marcin Pospieszalski. Jak grasz z nimi w sekcji to nie trzeba nic umieć grać. Coś niesamowitego, oni cię prowadzą.  

Można być perkusyjną gwiazdą w Polsce?

Myślę, że można być w pewnym sensie. Bardzo ważne jest kreowanie się?

? ty tego nie robisz.

No nie. Nie mam nawet własnej strony, chociaż myślałem o tym ostatnio. Tylko czemu miałoby to służyć? Czemu to służy? Chyba tylko podgilganiu tego swojego ego. Nie miałem nigdy takiego ciśnienia na siebie może dlatego, że zanim się obejrzałem już grałem w topowych zespołach. To jest też kwestia charakteru, światopoglądu? U mnie też jest tak, że jak patrzę na mojego wielkiego idola perkusyjnego - Terry?ego Bozzio, widzę jego umiejętności, historię muzyki, jaką tworzy, to z czym ja mam się pchać na afisz? Taki Travis Barker nadrabia osobowością, bębniarzem też jest niezłym, ale te wszystkie ciuszki i cały wizerunek robi swoje. Pytanie jest, czy chcesz ludzi zaskakiwać i sprawiać im przyjemność swoją grą, czy chcesz być postacią, którą jak się widzi to miękną nogi. Największą radość sprawiało mi to, gdy z boku sceny stali ludzie, którzy grają i widzę, że  podoba im się moja gra. Na pewno nie jest to dobre w sensie marketingowym. Tak, jak ci mówiłem, fakt, że tak długo gram to po prostu dar od Boga i nie trzeba być super medialnym kolesiem, żeby móc wykonywać to, co się lubi, sprawiać ludziom przyjemność, a przede wszystkim samemu sobie. Popatrz na Stopę, to nie jest żadna medialna postać, ale jak mówisz ludziom - Stopa, to od razu odpowiadają z podziwem "Człowieku, jak on gra!". I niepotrzebne są tu żadne fatałaszki. Dla ludzi, którzy znają się na muzyce, Stopa jest świetnym bębniarzem. Do studia zaprowadzi cię twoja gra, a nie ta cała otoczka.

Co byś robił bez bębnów?

Coś bym tam robił? Coś, by to ego swoje podbudować. Kiedy byłem młody byłem bardzo próżny, więc na pewno coś bym wymyślił. Gdybym mógł się realizować ze swoim hobby to chciałbym jeździć na żużlu?. Jestem wielkim fanem. Chodzę z moją średnią córką na mecze.

Jeździłeś kiedyś?

Nie, to moje wielkie marzenie. Jest nadzieja, bo Jeżyka, naszego basisty z Kultu, koledzy z zespołu Jakoś To Będzie, działają w Amatorskiej Lidze Żużlowej. Mieli usypany tor i jeździli. Na meczu żużlowym rozgrywa się walka na śmierć i życie. Każda wywrotka może być ostatnią. Ci ludzie naprawdę wiele ryzykują, to co się tam dzieje jest prawdziwe. Komuś kto nie był trudno zrozumieć, że może fascynować kogoś jeżdżenie w kółko na dziwnych motorkach, ale ktoś kto był, kto poczuł zapach spalin, ten hałas? to tworzy całość?

Rodzina pochłania jednak czas...

Tak, więc ćwiczę późno wieczorem, salkę mam po drugiej stronie miasta. Nie przeszkadza mi to. Trzeba wsiąść w samochód i pojechać grać. A jak już jedziesz to z konkretnym zamiarem.

Co teraz ćwiczysz głównie?

Mam swój program tylko martwi mnie to, że robię to samo. To jest moje wielkie marzenie, bym mógł się u kogoś uczyć, zaczerpnąć to, czego nigdy mi się nie udało. Liczę, że jak Mirek Muzykant wróci ze Stanów to usiądziemy i popracujemy trochę. Przychodzisz nieraz do kanciapy i nie wiesz od czego zacząć?

Gdybym zapytał, co chcesz rozwinąć zapewne powiedziałbyś, że wszystko?

Wszystko. Po tylu latach gry, to czym sie posługuję jest jedynie drobną częścią tego, co drzemie w każdym muzyku z podobnym stażem. Posiadanie złej techniki lub braku techniki ma cholernie przełożenie na puls, na granie, kiedy czujesz się sztywny będziesz grał kwadratowo, nie zabujasz. Oczywiście można grać kwadratowo z założenia, ja np. tak gram, ale takie jest moje poczucie estetyki, tak widzę muzykę, takie mam fascynacje. Jestem kurna?  niemieckim perkusistą z racji  pochodzenia i z racji fascynacji (śmiech).

No tak, nazwisko masz mało polskie.

Mój pradziadek był Niemcem. Wiesz, nie jestem perkusistą, który by bujał, ale chyba jest miejsce i dla takich.

Przykładasz olbrzymią wagę do rodziny, a jak oni reagują na twoją nieobecność?

Tęsknią, jak jeździ się w trasy, ale gdy poznałem moją żonę to już się tym zajmowałem. Dzieci wyrosły w tym i jest to dla nich normalne, że ojca nie ma - gra koncerty, ma próby.

Tworzysz sam?

Nieee? nie mam tej umiejętności, w głowie rodzą mi się jakieś pomysły, wizje. Musiałbym jednak kogoś bardzo poprosić, by to zagrał, nie komponuję.

Interesujesz się sprzętem muzycznym?

Jak każdy chłopiec, który lubi mieć fajne zabawki. Teraz gram na dawnym Ślimakowym Premierze. Mam stare DW, na którym ćwiczę w domu. Music Store w postaci Pawła Szulca chciał mieć kogoś, kto by na Premierze grał. Wyposażyli mnie w bębny i hardware, więc tak naprawdę jest to prezent właśnie od Pawła. Rozmiary beczek to: 12, 15, 18 i 24 cali centrala. Dwunastka jest płytka, na 9 cali.

Nie tęsknisz za dużymi zestawami?

Nie, niemniej jednak inaczej, lepiej brzmią dwie centrale. One nigdy nie są tak samo nastrojone, czuć wtedy powietrze. Ale tu nie ma po co, Kult na dwie centrale? Bębny DW mam w rozmiarach 12, 14, 16 i 22 na 20.

Blaszki?

Zildjian. Od kiedy Zildjian jest w kraju zawsze na nich grałem. Kurcze, chałupę bym postawił za to, co wytłukłem, tyle tego już poszło. Konkretnie są to A custom, ride K Custom 22 cale Crashe 18 i 19 cali, 13 cali hi-hat, china K. Stopy Iron Cobry. Hardware DW 9000. Pałki Pro Mark, naciągi Emperor na tomach, Ambasador na werblu, i SuperKick Aquariana na stopce. Jeżeli chodzi o nowinki mam tam takie swoje marzenia. Myślałem też o Gretschu czy Spaunie, bo ten design mi się strasznie podoba. To jest takie pewne zauroczenie, a jak to naprawdę brzmi to ciężko powiedzieć. Jeżeli chodzi o werble to mam ochotę na coś Brady.


LUSTRO TOMKA G.

Historia prosta, ale trudna do wytłumaczenia. Zaczęło się od tego, że ćwiczyłem gdzieś, gdzie mieliśmy próby. Grałem, grałem i tak mi się strasznie nudziło. Nagle w kawałku statywu zobaczyłem swoje odbicie. W salce były kawałki lustra to sobie je postawiłem i nagle "Jaki czad! Ja cię!". I tak to się zaczęło, że jeździłem z lustrem tyle lat. Nie zawsze miałem swoje, nieraz się stłukło. Wykręcałem z przeróżnych ścian, duże, małe, normalnie śrubokrętem na chama. Bez lustra nie było grania! Nie ma lustra - nie ma grania. Kiedyś kolega w jednym klubie zbił moje lustro, to moi kumple krzyczeli do niego: "Uciekaj stąd, bo Goehs cię zabije!". Na drugi dzień, kiedy ćwiczyłem, słyszę pukanie do drzwi i wchodzi on z naprawionym lustrem. Lustro to jeszcze nic, bo następowało pewne apogeum tej schizofrenii, ponieważ trzeba było postawić je pod odpowiednim kątem, żeby obraz był konkretny. Musiało też stać po lewej stronie. Jak świeci reflektor tysiącwatowy na mnie od lewej strony to dopiero wyglądało! Nie zawsze się to sprawdzało, jak? za mną nie było czarnego tła. Woziłem więc ze sobą lustro, 4 czy 5 tysiącwatówek i tło. Czarne tło stawiane na dwóch mikrofonowych statywach. Gorzej, że nie zawsze dało się tą instalację postawić. Jaja były nieprzeciętne. Nie wyobrażałem sobie grać bez lustra. Pewnego razu grałem z Tymoteuszem na żywo jedną piosenkę, a nie będę się patyczył przecież z lustrem na jeden numer. Zagrałem więc po raz pierwszy bez. Dlatego mówię, że Bóg wyzwala człowieka z niewoli, a to lustro było właśnie niewolą (śmiech). Nie daj Bóg, by się kąt zmienił czy światło to szalałem, nie brzmiało mi. Po tym jednym kawałku zacząłem ćwiczyć w kanciapie bez lustra. Miałem tam taką historię z jarzeniówką, która pełniła zastępczą rolę reflektora, bo bym się w salce usmażył. Zaczęła w pewnym momencie świrować, mrugała, przestawała świecić. Ile ja czasu poświeciłem, by ją naprawić! I to nie jest tak, że patrzyłem na swoją twarz, po prostu patrzyłem, jak gram. To pomaga grać, ale czasami przestaje człowiek słuchać innych. Zauważyłem to później grając bez lustra. Nie wrócę do tego, bo się boję, to jak z alkoholizmem, nałóg po prostu!