Marcin „Martinez” Grodzki

Dodano: 25.05.2018
Autor: Wojtek Andrzejewski

Nie ma żadnego wykształcenia muzycznego, a perkusjonistą został przypadkowo. Trafił do wojska. Nie przeszkodziło mu to później grać z Yaniną i wieloma innymi ciekawymi projektami, choć brzydzi się słowa „zawodowy”.

Pieniądze lubi, ale nie gra tylko dla nich. Amator pasjonat. W wolnych chwilach, jako rentier, konstruuje instrumenty, a kiedy inni starsi panowie siedzą wieczorami w kapciach, potakując gderaniu swoich żon, Martinez zabiera grzechotki i gna do klubu na jam session, gdzie szaleje z rytmem do rana, bo jak mówi – muzyka jest dla niego jak tlen. To najbardziej szalony człowiek i życiorys muzyka, jaki poznałem.

Wojtek Andrzejewski: Imię?

Marcin „Martinez” Grodzki: Marcin.

Pseudonim w muzycznym światku?

„Martinez”

Nazwisko?

Grodzki.

Stopień spokrewnienia z Anną Grodzką? (śmiech)

Żaden... (śmiech)

Rok urodzenia?

1955 r.

Miasto?

Świętej wieży... (śmiech).

Pierwszy kontakt z rytmem?

Miałem wtedy 14 lat. Może 15... Mama kupiła mi radio „Jowita”. Miało ono UKF i zacząłem słuchać „Trójki”. Pewnego dnia, jedna z audycji otworzyła mi uszy na muzykę świata. Coś, co było kompletnie innym stuffem niż otaczająca nas w tamtych latach muzyka biesiadno-ludowa o charakterze propagandowym. Coś we mnie wtedy zadrżało. Kumulacja emocji. Poczułem, że mam misję i muszę zostać gwiazdą muzyki, choć do końca mi się to nie udało.

Wdarłeś się do domu kultury w Częstochowie i...

Zawłaszczałem z pasją jedyny zestaw perkusyjny, dostęny na ok. 200 tys. mieszkańców...

Poczucie winy?

Żadne... (śmiech). Ale wspaniałe wspomnienia starszych kolegów, którzy też grali i to o wiele lepiej ode mnie i potrafili się tym dzielić. W latach 70 ciężko było mieć własny instrument. Po szkole biegałem grać na bębnach. Czasami trzeba było czekać, aż te bębny się zwolnią. Pamętam, że na początku bałem się dotknąć tego instrumentu. Tak cholernie mnie fascynował. Był czymś w rodzaju Świętego Graala...

Kto cię instruował?

Radio. To, co w nim słyszałem. Czasem starsi koledzy. W domu próbowałem powtarzać to, co słyszałem w radiu i grać do tego, tłukąc pałkami w poduszki oraz inne przedmioty użytku domowego. Nie było szkół dla bębniarzy, magazynu „Perkusista”, Internetu. Było ciemno...

W jakie przedmioty tłukłeś?

Np. w stary, emaliowany, żelazny nocnik z lat dziecinnych... (śmiech). Bardzo podobało mi się jego brzmienie, a dopiero po latach odkryłem, że on wtedy brzmiał jak tabla. Dosyć wcześnie zrozumiałem, że zestaw perkusyjny to ciekawe, choć trochę zamknięte środowisko brzmieniowe, a wszystko, co dookoła, może przecież być wspaniałym instrumentem. Dużo eksperymentowałem, bo sklepy muzyczne były w tamtych latach inne niż dziś. Były puste. Miały świetne warunki akustyczne i zmuszały do poszukiwania tego, co powinno się w nich znaleźć, a na co ustrój nie pozwalał.

Pierwszy zespół?

Kiedy już coś z tego niczego zaczęło wychodzić, w domu kultury zarejestrował się zespół. Zostałem perkusistą. Graliśmy bluesa. Bez sukcesu rangi światowej... Graliśmy wszystko na ucho, nie było w tym żadnej merytorycznej wartości nutowej ani świadomości takowego zapisu. Wzorem bębniarzy z Afryki mieliśmy ciut bardziej cywilizowane instrumenty, ale to, co z nich wydobywaliśmy, pochodziło wyłącznie prosto z serca.

Czyli grałeś, ale nie umiałeś grać...

Tak...

Kiedy to się zmieniło?

W momencie, kiedy wstąpiłem do Ludowego Wojska Polskiego... Po szkole średniej, przez problemy z dostępem do instrumentu, przestałem grać. Interesowała mnie fizyka, matma, technika. Zrobiłem zawód mechanika i automatyka. I natychmiast dostałem kartę powołania do wojska. Przez czystą pomyłkę, bo komisja źle zinterpretowała skrót „PSM”, czyli Państwowe Studium Mechaniczne. Oni myśleli, że powołali chłopaka po Państwowej Szkole Muzycznej. Pilnie szukali ludzi do orkiestry wojskowej. Skoro już mnie powołali, miałem dwie drogi – albo poligon, czołgi, strzelanie, śmierć albo konfrontacja z kapelmistrzem, który... Zrobił się zielony, kiedy dowiedział się, że ja jestem równie zielony z nut. Moim atutem było to, że próbowałem wcześniej grać na perkusji. „Zrobimy z ciebie werblistę!” – wrzasnął. Rozpoczęła się moja edukacja różnych rytmów. Miałem krótkie szkolenie z nutek, by pozostać w orkiestrze. Grałem od rana do wieczora i choć cholernie mnie to radowało, ciągnęło mnie do perkaszynów. Kapelmistrz był fanem grania bigbandowego. Na kompanii były płyty i kasety z różnymi tuzami muzyki zagranicznej. Były też różne instrumenty muzyczne i perkaszyny. Dostałem tam ciekawą lekcję muzyki. Oprócz sprzętu byli koledzy, którzy mieli wykształcenie muzyczne. Grywałem na pogrzebach i dancingach... (śmiech). Po wyjściu z wojska też. Zagrałem w życiu kilka ładnych pogrzebów... (śmiech).

Stan świadomości muzycznej i poglądy po opuszczeniu jednostki wojskowej?

Zacząłem inaczej traktować perkusję. Bardziej szukałem zbioru różnych i różnie brzmiących instrumentów niż klasycznego setu. Lewą nogę zawsze wyposażałem sobie w jakąś grzechotkę, prawą w jakiś basik. Werbel mnie specjalnie nie podniecał, ale już obcięty tom tom i stary werbel bez sprężyn, bardzo fajnie imitowały współczesne timbalesy. Słuchałem dużo Latin Jazz, Carlosa Santany i grałem. Szedłem w tym kierunku. Grywałem z lokalnymi artystami, zespołami. W pół roku dobrze opanowałem wszystkie egzotyczne rytmy, które po przebębnionym wojsku nie były takie trudne.

Pierwsze komercyjne, zawodowe granie?

Nie lubię zawodowstwa... To mi się kojarzy z rutyną. Z graniem tylko dla pieniędzy. Grywałem kilka razy z Januszem Yaniną Iwańskim, z wieloma różnymi artystami. Współpracuję z zespołami Sugarfree i Yves. Wiele dały mi warsztaty, jakie organizował Piotr Jackson Wolski. Na nich jeszcze głębiej udało mi się poznać swoją rytmiczność, wrażliwość i czym dla mnie w życiu jest rytm i muzyka.

Czym jest?

Czymś równie ważnym, jak powietrze. Bez niej nie umiałbym żyć. Nie zrobiłem wielkiej kariery muzycznej, ale jako człowiek, który gra muzykę, eksperymentuje z rytmem i pulsacją, jestem niewymownie szczęśliwy. Nie zachwiał mną pieniądz. Nigdy też nie był dla mnie kryterium określającym, czy warto grać. Dziś wiem, że tak jest. Ja natomiast jestem zapraszany na różne performance, covery. Udało mi się nagrać fajną płytę z Maciejem „Świętym” Jankowskim pt. „Blizny po skrzydłach”. Kocham granie streetowe. Biorę sobie cajon, stopkę do niego, kilka blaszek i idę grać na ulicę. Nie tylko w Częstochowie, ale i Berlinie, Londynie. Gdziekolwiek jestem, lubię pograć. Daje mi to wielką radość. Grywam z raperami, hip-hopowcami, na imprezach trance’owych. Lubię być wśród moich muzycznych przyjaciół z Częstochowy. Lubię czuć się muzycznym molekułem tego miasta. To mi wystarcza i chyba jest dla mnie ważniejsze niż kasa. Owszem, czasami się zarobi na graniu. Ale to nie jest priorytet.

Instrumentarium...

Mam congi LP. Kocham cajony. Mam ich sporo. Schlagwerka, ale też te, które produkuje dla mnie i przywozi kolega z Wrocławia – Andrzej Włodarczyk. Kręcą mnie wszelkie shakery i bongosy. I blachy. Miksuję markami perkaszynów. Nie siedzę w jednej. Eksperymentuję z butlami gazowymi, czyli Tank Drumami, które genialne w Polsce robi Natalia Sówka. Kocham syntezator Wavedrum Korga. Za to, że ta jedna zabawka zastępuje mi w graniu kilkanaście różnych instrumentów.

Czyli jesteś perkusjonistą hybrydowym...

Dokładnie! (śmiech) Produkuję też własne instrumenty. Lubię sobie eksperymentować i konstruować różne brzmienia. Zostało mi to chyba z tych szarych czasów, w których w sklepach nie było niczego i trzeba było kombinować. Mam dużo czasu, bo jestem na rencie. Ja już starszy pan jestem, swoje lata mam... (śmiech).

Jakiej muzyki słuchasz?

Lubię klasykę. Tam jest dużo napięć, emocji, rytmu. Tego szukam w muzyce. I oczywiście – muzyka latynoska. Ale także jazz i blues. Bywam na możliwie wszystkich jam session, jakie odbywają się w częstochowskich klubach. Gram z młodymi. Muza grana na żywo bardzo mnie odmładza i sprawia, że czuję się cholernie szczęśliwym człowiekiem.

Dotlenionym...

Dokładnie...

Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Fot. Aneta Zalejska