Aaron Spears

Dodano: 14.06.2018

Nie gra na jakimś dziwnym zestawie, nie robi diabelskich sztuczek, nie ubiera się jak kosmita, a mimo to jego koncerty w Polsce zawsze cieszyły się wielkim zainteresowaniem nie tylko fanów perkusji. Znany ze współpracy z Usherem, Arianą Grande, znany z tłustego, mięsistego grania.

Wielu perkusistów patrzy na Aarona i jemu podobnych bębniarzy z lekką nutką zazdrości. O co chodzi? O ich pierwsze kroki perkusyjne, które związane są przede wszystkim z grą w kościele. Tam nabierali szlifu i mocy, tam na własnej skórze przekonywali się, jak dużo radości może dawać gra na perkusji. U nas, niestety, ta droga nie jest możliwa, tym bardziej, że ostatnimi czasy władze kościelne powiedziały wprost, że gitara i perkusja nie są mile widziane w kościele, pozostaje nam więc tradycyjna ścieżka rozwoju. Nie da się jednak ukryć, że perkusiści z korzeniami, sięgającymi gry w kościele, to specyficzna grupa bębniarzy. Ich grę przepełnia wielka radość a same rytmy ociekają wręcz tłustym groovem. Nic dziwnego, że robią wielkie wrażenie i kilka lat temu pojawiła się moda na takie granie. Największe szaleństwo mamy już za sobą, ale entuzjazm wciąż jest. Wielu perkusistów w Polsce próbowało grać w tym stylu, ale – nie ukrywajmy – w większości przypadków skutek był co najwyżej średni. Tym bardziej cieszy możliwość bezpośredniego przebywania z takimi muzykami jak właśnie Aaron Spears.

Pierwszy występ Aarona w Polsce to seria trzech pokazów dzień po dniu. Koncerty miały miejsce w podwarszawskim Grodzisku Mazowieckim, czyli mieście, które nie należy do grona największych polskich metropolii. Mimo to na każdym pokazie było bardzo tłoczno. Był wtedy rok 2013. Później podobną frekwencję można było odnotować jedynie tylko raz, jak przyjechała do Polski Anika Nilles w 2016 roku. Tyle, że Anika pojawiła się u nas już jako wielka gwiazda Internetu, wypromowana mocno przez Meinl. W zeszłym roku Aaron pojawił się ponownie w naszym kraju, o czym wspominaliśmy w grudniowym magazynie, prezentując relację z jego występu. W niniejszym numerze zamieszczamy rozmowę z muzykiem, jaka została przeprowadzona podczas jego trasy z klinikami właśnie w tym okresie.

Perkusista: Zacząłeś bębnić w bardzo młodym wieku…

Aaron Spears: Moi rodzice mówią, że zacząłem w wieku trzech czy czterech lat, nie ma opcji, żebym to pamiętał. Teraz mam 41 lat, a pierwszy raz, kiedy grałem na bębnach i pamiętam to, to miałem wtedy może sześć czy siedem lat. Mój tata miał bardzo fajne zdjęcie, na którym jestem w garniturze i sam gram w kościele. Przed tym raczej pamiętam jak przez mgłę, że siadałem na kolanach u kogoś, kto grał na hi-hacie i pedałach od centrali, ponieważ ja nie mogłem ich wtedy dosięgnąć, a grałem tylko na tym, co było w moim zasięgu. To było świetne, ale tak jak mówię, pierwszy raz, kiedy grałem samodzielnie to właśnie wtedy w kościele, mając sześć lub siedem lat.

Dużo się nauczyłeś od perkusistów, grających w kościele?

O tak! Bardzo dużo się od nich uczyłem. To byli miejscowi goście, mój kościół był usytuowany w takim miejscu, że było sporo młodych, którzy byli w moim wieku lub trochę starsi i każdy chciał grać na bębnach. W pierwszym rzędzie w kościele, zaraz obok bębnów zawsze było co najmniej czterech czy pięciu chłopaków z pałeczkami w rękach, grających w powietrzu, ponieważ czekaliśmy, aż nadejdzie nasza pora, żeby siąść za bębny. Gapiliśmy się na głównego bębniarza i chcieliśmy grać tak, jak on. W tamtym czasie nogawki spodni były szersze, więc podwijał je do góry, żeby nie zaczepiły się w bijak, a my nawet, gdy mieliśmy węższe nogawki, to i tak je podwijaliśmy, żebyśmy mogli grać tak, jak ten koleś! To był właśnie on i inni, którzy grali z miejscowymi chórami, to ich oglądaliśmy z zaciętymi minami i naśladowaliśmy, aby być tacy jak oni.

Czy nauczyło cię to wtedy czegoś, co później wykorzystywałeś w swojej grze?

Jestem bardzo wdzięczny za te możliwości, które miałem wtedy w kościele, ponieważ to nauczyło mnie wielu rzeczy, nauczyło mnie różnych stylów, zanim się w ogóle dowiedziałem, że istnieją inne style. Grałem wtedy dziewiątki, nie miałem nawet pojęcia, że to było w 9/8, to po prostu było to, co graliśmy w kościele, zwykła piosenka kościelna i dopóki nie zrobiłem się nieco starszy, to nie zdawałem sobie sprawy, że jest to funkowa melodia i że ma w sobie karaibski klimat, nawet nie wiedziałem, co to jest. Dla mnie to były po prostu piosenki, które się wtedy grało. Kiedy byłem już starszy i popatrzyłem na to z perspektywy czasu, nagle mnie olśniło, że gram tak, jak w kościele. To doświadczenie nauczyło mnie również mojej roli w zespole, żeby współpracować z resztą muzyków, a także jak być wsparciem dla artysty. W tamtych czasach mógł to być wiodący wokal tak, jak w chórze, mógł to być jakiś solista, a chór w tle był odpowiednikiem drugiego wokalu. To nauczyło mnie muzycznej struktury w bardzo młodym wieku.

Dużo się mówi o czopsach, ale wydaje mi się, że w tym bardziej chodzi o muzykalność niż same chopsy.

Myślę, że jeżeli chodzi o Gospel Chops, to ludzie przyczepiają do tego pewną etykietkę, ale dla mnie chodzi w tym o ekspresję, nie chodzi tu naprawdę o żaden gatunek czy styl muzyki ani nawet o sposób grania. To są po prostu czopsy – sposoby na ekspresję, na solówki. To tak, jakbyś zobaczył prawdziwego kozaka, grającego czopsy fusion, albo innego wymiatacza, grającego czopsy funkowe – to mogą być tylko narzędzia, których po prostu używają w poszczególnych gatunkach muzyki.

Tak więc dopiero później nauczyłeś się czytać nuty i grać jazz?

Dorastając w szkole średniej i kilka lat przed tym. To wtedy właśnie zacząłem się uczyć rozumieć nuty i tym podobne rzeczy. Na przykład, jak grać piosenki w zespole jazzowym, koncertowym czy marszowym – to było dla mnie takim pobudzeniem i zorientowałem się, że przecież gram to już całe moje życie, grałem tak jako dzieciak. To otworzyło mi oczy i pozwoliło zrozumieć co to jest, co gram patrząc na kartkę.

Wtedy właśnie odkryłeś perkusistów fusion, zgadza się?

Zaraz po szkole średniej miałem zajawkę na Weckla, Vinniego, Chambersa, Steve’a Gadda, Omara Hakima – ci goście byli uwiecznieni na taśmach wideo przez wydawnictwo DCI. Zanim przybrali nazwę Hudson Music nazywali się DCI Music Video i robili niesamowite nagrania instruktażowe wielu wspaniałych muzyków. Pamiętam, jak zobaczyłem Burning For Buddy z Vinniem, Davem Wecklem i Stevem Gaddem, jak grają razem, także nagranie, gdzie Dennis Chambers, Gregg Bissonette i Louie Bellson wspólnie grają z zespołem Buddy’ego. Było też nagranie instruktażowe Dennisa, Dave Weckla i Omara Hakima… To naprawdę otworzyło moją głowę na różne style grania na bębnach. W kościele goście nie grali takich wielkich, otwartych solówek, to były jedynie podstawy groovu i tworzenie tego, co wystarczające, aby muzyka dobrze brzmiała i sprawiała przyjemność słuchającym. Te nagrania były tym czymś, co otworzyło mnie na zupełnie inny poziom gry.

Kiedy po raz pierwszy dotarło do ciebie, że mógłbyś zarabiać pieniądze, grając na bębnach?

Miałem może 19 lat, coś koło tego, wtedy zrozumiałem, że tylko gra na bębnach sprawia, że czuję się dobrze. Nic innego mnie nie satysfakcjonowało. Byłem tylko dzieciakiem, ale siadając za bębnami, czułem się jak we własnym sanktuarium. To było moje miejsce na ziemi, gdzie czułem się szczęśliwy. To zabawne, ponieważ jako dziecko wpadałem często w kłopoty, byłem psotnikiem, wtedy mama mówiła „Zero telewizji”! Na co się w sumie cieszyłem… Udawałem, że to okropne i mówiłem „O nie! Mamo! Chcę obejrzeć He-mana!” i dopóki miałem zakaz na telewizję czy wyjście na zewnątrz było spoko, bo mogłem grać na bębnach i mieć ubaw. Gorzej, jak mama się połapała i wtedy już było „Oddaj mi wszystkie pałki!”, zabierała mi też stopkę, bo nawet próbowałem grać wieszakami czy czymkolwiek, co mogło się nadać do walenia po bębnach. Później zabierała mi już wszystko, czego używałem w zamian. Bębny były całym moim napędem i światem, dlatego w wieku 18 lat zacząłem się zastanawiać nad tym, jakby to było, gdybym zaczął grać profesjonalnie, wiedziałem, że to jest właśnie to, co chcę robić w swoim życiu.

Jak to się stało, że dołączyłeś do zespołu Ushera?

Grałem z zespołem o nazwie The Gideon Band z DC. The Gideon Band był zespołem jakby gospelowym, coś w stylu Earth, Wind & Fire, było nas z dziewięciu. Dwóch wokalistów, organy, klawisze – główny klawiszowiec i pomocniczy, bas, gitary, perkaszyny i bębny. To było tak, jakbyśmy chcieli upodobnić się do zespołów, które kochaliśmy, takich właśnie, jak Earth, Wind & Fire czy Mint Condition. Mieliśmy aspiracje, by być tacy jak oni. W 1999 roku zrobiliśmy nagranie, które otworzyło przed nami możliwość jeżdżenia po Wschodnim Wybrzeżu, góra-dół, mogliśmy grać w przeróżnych miejscach i zacząłem wtedy spotykać osoby, które robiły to, co ja bym chciał robić na większą skalę. Mój dobry przyjaciel Gerald Heyward przesłuchiwał nagranie The Gideon Band. Dyrektor muzyczny Ushera Valdez Brantley wszedł do jego pokoju hotelowego, ponieważ się kumplowali i spędzali razem czas, muzyka była włączona, grała sobie w tle i w końcu Valdez zapytał: „Czego słuchasz? Kto tu gra na bębnach?”. Na co Gerald powiedział coś w stylu, że to mój kumpel Aaron z DC. Okazało się, że Usher szuka nowego perkusisty i przydałby im się ktoś taki, zapytał Geralda, czy sądzi, że zgodziłbym się przyjść na przesłuchanie. Zadzwonili do mnie wtedy i poprosili, żebym im wysłał nagranie, gdzie gram na bębnach, więc wysłałem swoją taśmę, która była chyba jedną ze stu, które zostały do nich wysłane… I wybrali właśnie mnie jako nowego bębniarza Ushera.

Nie zrezygnowałeś jednak z codziennej pracy…

Cały czas pracowałem, stary, miałem mnóstwo różnych prac. Przed występem pracowałem w sklepie z garniturami i butami. Pracowałem też w firmie prawniczej, gdzie kopiowałem dokumenty dla prawników, zajmowałem się pracą na komputerach, robiłem masę różnych rzeczy. Nie mogłem uwierzyć, kiedy dostałem ten telefon… W tamtym momencie, gdy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo stabilna jest ta oferta, słyszałem jedynie, jak to bywa zmienne… Poszedłem do swojej pracy i powiedziałem: „Słuchajcie, zadzwonili do mnie w sprawie pracy, którą naprawdę chcę się zająć, chcę jeździć w trasy jako muzyk, chciałbym wziąć urlop”. Powiedziałem im, że nie będzie mnie jakieś trzy miesiące, a później wrócę i zobaczymy, co będzie dalej. Dostałem urlop i trzymali dla mnie miejsce na stanowisku. Pojechałem w trasę, trasa po Europie – to był rok 2003, 2004 – Europa, UK, a kiedy to się skończyło, wróciłem do swojej pracy.

Nigdy nie zapomnę pierwszego razu w Londynie i to jeszcze przed erą FaceTime’a i smartfonów. Myślę, że miałem wtedy Nextela czy coś w tym stylu, żeby mieć kontakt z rodziną i znajomymi, musiałem mieć kartę telefoniczną, dzwoniłem więc z pokoju hotelowego… Stary, mój rachunek telefoniczny… Szkoda gadać! To były czasy, kiedy funt był dwa razy droższy niż dolar. Pamiętam, kiedy dostałem rachunek za pokój, to było jakieś 800 funtów. Byliśmy w tym hotelu jakiś tydzień, mieliśmy room service, więc wysłałem moje ciuchy do prania… Byłem taki naiwny! Dostałem czyściutkie ubrania, nic wielkiego, a potem przyszedł rachunek, zobaczyłem liczbę 800 i myślę sobie, że spoko, 800 dolców, do przeżycia, a później powiedzieli, że to funty. Po tym bardzo szybko się nauczyłem kursu wymiany walut i okazało się, że kwota do zapłacenia jest podwójna. Wyszło na to, że przez ten tydzień pracowałem za darmo! Moje wynagrodzenie pokryło rachunek, ale nie mogłem uwierzyć w to, co się stało! Po trasie w Europie i UK wróciłem do swojej pracy, bo nie wiedziałem, co będzie dalej. Pracowałem tam przez następne półtora tygodnia i wtedy dostałem telefon od ekipy Ushera: „Jedziemy w trasę po Stanach, chcemy, żebyś do nas dołączył”. To właśnie wtedy oznajmiłem w pracy, że odchodzę i już nigdy tam nie wróciłem. To było w roku 2004.

Jak podchodzisz do swoich występów, kiedy publicznością są perkusiści?

To trochę szarpie mi nerwy, stary, ponieważ chcę im przekazać to, co najlepsze. Jednocześnie nie mogę kłaść na siebie zbyt dużej presji, trzeba po prostu wyjść i być sobą, grać i cieszyć się tym, co się robi. To dla nich frajda, ale również dla mnie. Dlatego podchodzę do tego w taki sposób, żebyśmy mogli spędzić miło czas razem i mieć z tego jak najwięcej przyjemności, każdy z nas. Nawet, jeśli nie poznałem cię nigdy wcześniej osobiście i dopiero co się poznajemy, to czuję, że bębnienie jest tym, co nas łączy i wszyscy jesteśmy kumplami, rozumiesz?

Czy możesz powiedzieć naszym czytelnikom, co pomoże im się zainspirować i przebić przez mur, który czasem pojawia się w grze?

Muszę powiedzieć, że kiedy trafisz na taką przeszkodę i nie czujesz inspiracji, to czasem można znaleźć ją w życiu i równowadze. Myślę, że to bardzo ważne, aby być w stanie grać, oczywiście, ale czasem ważne jest, żeby się lekko wycofać, zająć się normalnym życiem, pobyć trochę z rodziną, iść na spacer albo poćwiczyć i może później wrócić, i pograć na bębnach, znaleźć inspirację w samym sobie. Uważam, że znalezienie równowagi w tym pomaga, oderwanie się od tego, co zwykle robimy i zrobienie czegoś innego z dala od bębnów i muzyki. Kiedy znowu wrócisz do grania, masz świeże podejście i bardziej to doceniasz. Po prostu zabaw się, stary, nie bierz tego zbyt poważnie, nie daj się złapać na graniu dla „lajków”. Obecna generacja jest zwariowana. Tak wiele osób się nagrywa i gra, żeby mieć jak najwięcej polubień na Facebooku i Instagramie. Nie rób tego z takich powodów, graj dlatego, że lubisz to robić, graj dla frajdy, to ma sprawiać ci przyjemność. Pozwól, żeby granie było twoim paliwem, żeby napędzało cię do robienia tego, co kochasz.

Jak to jest z wielkimi popowymi występami, jak z Arianą Grande? Czego wymagają od perkusisty?

W takich występach jest bardzo ważne, aby grać dokładnie to, co jest najbardziej komfortowe dla artysty. Każdy występ jest inny, ponieważ artyści się od siebie różnią, więc możliwe, że czasem artysta będzie chciał, aby bębnienie było bardziej ekspresyjne, z większą ilością wypełnień, przejść, blaszek, crashy. To od ciebie zależy, żeby być jak kameleon i dać artyście to, czego dana sytuacja od ciebie wymaga. Ariana lubi głównie, żeby muzyka brzmiała tak, jak na płycie, nie lubi, kiedy słucha swoich piosenek i zastanawia się, czy na pewno to są jej kawałki. Chce, żeby ścieżka bębnów była taka sama, jak na nagraniu. Chce, aby hi-hat brzmiał dla niej znajomo. To, co gra zespół, to ma być podstawa dla artysty, który do tego śpiewa. W tych konkretnych sytuacjach ważne jest to, aby dać im to, czego chcą. Jednak w tym wszystkim ważne jest, żeby być sobą i na tym polega właśnie cały trik. Niektórzy popełniają takie błędy, że grają zbyt wiele lub dają z siebie więcej niż aktualnie trzeba, wtedy to wychodzi poza ustalone ramy i nagle taki ktoś może skończyć, grając dla samego siebie w domu! Wtedy to nie jest to, czego chce artysta. Ani to, czego wymaga dyrektor muzyczny, musisz być w stanie komunikować się efektywnie, aby dowiedzieć się, czego oni potrzebują. Nie ma nic złego w tym, aby pokazać im kierunek, jak ty to widzisz i później ustaleniu z nimi, czy chcą w tym miejscu coś więcej – potem grasz więcej, po prostu chodzi o zdrową komunikację międzyludzką.

Sprzęt perkusyjny Aarona

Bębny
DW Collectors Series Maple Finish Ply Black Velvet z hardware Black:
22”x18” stopa;
10”x8” & 12”x8” tomy,
16”x16” floor tom;
werbel 14”x6˝” Chrome over Steel

Blachy
Zildjian:
15” K Custom Special Dry HH,
18” K Custom Fast Crash,
16” A Custom EFX,
10” EFX Splash,
18” FX Spiral Trash,
21” K Crash-Ride,
18” Gen 16/Low Volume Cymbal,
21” K Custom Special Dry Trash Crash,

Ponadto
Skóry – Remo Ebony Emperors na tomy, powlekany P77 na werbel,
stopa Remo Ebony Power Stroke Pro;
DW9000 hardware:
1 x 9500D Hi-hat (long pull rod),
1 x 9300 werbel,
2 x 9934 tom/talerze,
4 x 9700,
9100M stołek,
9000 pedał

 

Jakie miałeś ustawienie bębnów podczas występów z Arianą Grande?

Używałem wtedy podstawowy zestaw z pięciu części: werbel 14”, rack tomy 10” i 12”, floor tom 16”, centrala 22”, do tego miałem jeszcze drugi werbel, który był rozstrojony i bardzo, bardzo głęboki i tłusty oraz werbel 12”x4”, który nastrojony był bardzo wysoko, ponieważ były takie piosenki, które tego wymagały. Wszystko zależało od tego, jaka była muzyka. Starałem się, aby moje bębny oddawały akustycznie to, co brzmiało dobrze na nagraniach. Miałem również Yamaha Multipad, więc mogłem triggerować dźwięki, które nie były akustyczne, takie, jak klaskanie czy werble 808 albo różne inne rzeczy, które potrzebowałem, aby zachować integralność muzyki taką, jak być powinna.

W jaki sposób zachowujesz zdrowy rozsądek w czasie tych wielkich tras światowych, czasem nawet kilkumiesięcznych? Jesteś w stanie wyjść i zwiedzić miejsce, w którym aktualnie grasz?

Jasne, pomimo, że czasem nie jest to zbyt bezpieczne… To zabawne widzieć, jak świat się zmienia. Wychodzisz zwiedzać te wspaniałe miejsca, które zbudowane były wiele lat temu i nigdy nie musiałeś odwracać się dwa razy za siebie, patrzeć przez ramię albo zastanawiać się, że tam leży jakaś torba i nikogo przy niej nie ma… O co chodzi? Nigdy wcześniej nie trzeba było się nad tym zastanawiać, w tym momencie trzeba być wyczulonym na tego typu sprawy. Mimo tego jestem bardzo wdzięczny, że mogę oglądać te wszystkie cuda świata. Byłem kiedyś pod Pałacem Buckingham, chwila relaksu i dotarło do mnie wtedy, że to jest niesamowite zobaczyć miejsce, gdzie bywa Królowa. Jest królową przez całe moje życie, widuję ją w telewizji, jest wspaniała, kobieta z klasą i godnością. Możliwość zobaczenia na własne oczy takiego historycznego miejsca, jakim jest Pałac Buckingham, to niewyobrażalne uczucie i doświadczenie. Jestem bardzo wdzięczny, że mam taką możliwość, w tak wielu krajach móc zobaczyć te przeróżne, wspaniałe rzeczy.

Atak na Manchester Arena musiał być dla ciebie okropnym przeżyciem. Jak się po tym otrząsnęliście?

To było straszne, człowieku, głównie dlatego, że muzyka jest czymś, co powinno oderwać ludzi od ich codziennego życia. Jak masz na przykład zły dzień i słuchasz swoich ulubionych piosenek, to pomaga ci się podnieść z tego stanu. Czasem masz ciężki tydzień i nadchodzi dzień długo wyczekiwanego koncertu, to cię odciąga od tego, co przeżyłeś w ostatnim tygodniu. Dla nas była to okazja, by przynieść ludziom radość i oderwać ich od rzeczywistości… I wtedy ten wybuch, człowieku, to po prostu wstrząsnęło nami niewyobrażalnie, ponieważ ci ludzie przyszli, żeby się zabawić. Ludzie świetnie się bawili, tańczyli, cieszyli się, a później wszystko zamieniło się w chaos… Rozwaliło nas to wszystko. Ci ludzie nie byliby w tym miejscu, gdyby nie nasz koncert, nic takiego nie miałoby miejsca… Wtedy zjednoczyliśmy się, cała ekipa obecna na trasie i zaczęliśmy o tym rozmawiać, o tym, co się wydarzyło, wszyscy braliśmy w tym udział, chcąc zrobić coś dla Manchesteru. Byliśmy więc wdzięczni, że wszystko później ułożyło się tak, że mogliśmy dać trochę odprężenia tym ludziom.

Szykują się teraz jakieś wielkie wydarzenia, koncerty, plany?

Jeżeli chodzi o mnie w tej chwili to nic konkretnego, mam zaplanowanych kilka klinik, ale poza tym chcę po prostu wyluzować i zobaczymy, co będzie dalej. Chcę spędzić trochę czasu z moją rodziną, nie było mnie prawie cały rok, więc spędzę czas w domu, zrelaksuję się, pobędę z synem i żoną, będę się tym cieszył póki mogę. Zobaczymy, co przyjdzie jako następne.

Materiał przygotowali: Salemia, Maciej Nowak, Chris Burke
Foto: Joby Sessions