Mikkey Dee

Dodano: 17.01.2019

Ponad 30 lat temu zaimponował wszystkim fanom mocnego rockowego grania swoimi partiami bębnów u Kinga Diamonda. Później wszedł do składu Motorhead i przez ćwierć wieku oglądał plecy charczącego do mikrofonu nieodżałowanego Lemmy’ego. Od dwóch lat bębni w Scorpions, a do Polski przyjechał promować whisky.

Mikkey jest tak dobrym hardrockowym perkusistą, że po śmierci Lemmy’ego i siłą rzeczy rozpadzie Motorhead wiadomo było, że długo w domu nie posiedzi. Ostatecznie gra w sekcji razem z naszym Pawłem Mąciwodą w niemieckim Scorpions. Sam jest Szwedem greckiego pochodzenia, a pierwsze sukcesy odnosił u duńskiego Kinga Diamonda. Podróżuje wciąż po świecie, więc takie mieszanki narodowościowe nie są dla niego czymś obcym. Widać to po jego zachowaniu, jest pewny siebie, stanowczy i wykazuje dużą asertywność. Jest przy tym świetnym rozmówcą, bardzo zaangażowanym w to, o czym mówi.

Ewidentnie zna swoją wartość jako muzyka. Nie da się ukryć, że jego sposób gry robi wrażenie. Jest to piekielnie stabilne bębnienie. W zależności od potrzeb bardzo sprawnie zagęszczane punktującą pracą nóg i akcentowane na ride. Dynamika w ruchach przekłada się na dynamikę w grze, jego partie pulsują i podbijają kompozycje. Jest przy tym oryginalny zarówno w grze, jak i samym zestawie. Charakterystyczny duży Sonor i plejada talerzy Paiste towarzyszyły mu w Motorhead i towarzyszą w Scorpions. Doskonale porusza się po rynku muzycznym i wie, jak dbać o to, by jego telefon dzwonił z propozycjami.

Usiedliśmy razem w lobby jednego z warszawskich hoteli, gdzie zatrzymał się z racji wizyty na targach Whisky Live Warsaw, o czym dokładniej opowie poniżej. Zanim ruszył do Antyradia na wywiad porozmawiał z nami. Znaliśmy się przelotnie z wielu imprez perkusyjnych, ale jakoś nie zawsze były odpowiednie warunki do rozmowy. Teraz nadarzyła się dobra okazja.

Perkusista: Dobrze cię widzieć w Polsce.

Mikkey Dee: Dzięki, dobrze być w Polsce. Jestem tutaj raz na jakiś czas. Teraz przyszedł czas na grę ze Scorpions, zresztą już u was graliśmy.

Wszyscy zastanawiają się, co się z tobą działo po odejściu Lemmy’ego.

Gdy byłem w L.A. na pogrzebie Lemmy’ego dostałem telefon, czy nie chciałbym zagrać razem z Thin Lizzy. To jeden z moich ulubionych zespołów, więc od razu się zgodziłem. Zagraliśmy ostatecznie jedynie 6 wakacyjnych koncertów. Zadzwoniłem do Toma Hamiltona z Aerosmith, by dołączył do nas na basie. Lubię grać z Tomem. Zagraliśmy te koncerty i wróciłem do Szwecji. Gdy byłem w domu dostałem telefon, to był czwartek, od Matthiasa ze Scorpions, który zapytał, czy jestem teraz w Goteborgu. Odpowiedziałem, że tak, po czym zapytał, czy mogę jutro przylecieć do nich do Luxemburga, przygotowany do gry. Pierwszy koncert był w sobotę! Wysłali mi koncert na DVD i powiedzieli, że to jest dokładnie ta sama setlista, ta sama kolejność, identyczne aranżacje. Siedziałem całą noc i słuchałem, nad ranem zadzwoniłem z powrotem do Matthiasa i powiedziałem mu, że zrobię to. Powiedziałem, że potrzebujemy jednak tydzień prób. Na ten koncert na szczęście miałem jechać jako taki bębniarz rezerwowy. James (Kottak) miał go normalnie zagrać, ale miał jakieś problemy, dlatego potrzebowali mnie na w razie czego, żebym był i jak coś się stanie wskoczył za bębny. Powiedziałem, że nawet najlepszy perkusista na świecie jest w stanie położyć taki koncert, więc te próby są niezbędne. Uspokoili mnie, przyleciałem w piątek i zagraliśmy małą próbę w garderobie. Później jeździłem za nimi w ukryciu, cały czas oglądałem i analizowałem to DVD. Po trzech dniach powiedziałem, że ok, w razie czego jestem gotowy. Jeździłem tak z nimi prawie przez 3 tygodnie i zagraliśmy chyba ze 4 próby, jak mieliśmy czas. Rozstawili duży zestaw w garderobie i sobie dżemowaliśmy. Ostatecznie zagrali całą trasę, a ja wróciłem do Szwecji. Zadzwonili do mnie dwa tygodnie później i zapytali, czy bym nie dokończył z nimi roku. Cóż miałem odpowiedzieć? Zgodziłem się, jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, a ja uwielbiam Scorpions już od połowy lat 70.

No i tu się pojawił problem, bo musiałem zadzwonić do Thin Lizzy. Zadzwoniłem i powiedziałem, że muszę przeskoczyć i niestety nie będę w stanie z nimi grać. Na szczęście pojawił się Scott Travis z Judas Priest, który wykonał świetną robotę, więc wszystko było ok. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie to coś więcej niż tylko dokończenie trasy. Pojechałem do nich i zagraliśmy jedną próbę (śmiech), po czym ruszyliśmy do Stanów, żeby zagrać dla 100 tysięcy ludzi na pierwszym koncercie w Carolinie. Poczułem, że muszę im dać coś, czego nie będą mieć, jak mnie nie będzie. Wiesz, znam Jamesa dobrze, to dobry kumpel, świetny perkusista, ale po prostu miał swoje problemy. Czasami tak się dzieje. Ten sam problem był z Wurzelem w Motorhead. Michael się pogubił, pił za dużo, granie przestało mu sprawiać radość, przez to nie grał zbyt dobrze. Rozmawialiśmy o tym z Lemmym bardzo długo, a sytuacja była o tyle trudna, że był to najlepszy kumpel Lemmy’ego. Musieliśmy jednak przestać razem grać, ale Lemmy powiedział, że go nigdy nie zwolni. Ostatecznie sam Wurzel zadzwonił i powiedział, że odchodzi z zespołu. Jeżeli chodzi o Jamesa, to nie chcę tu za niego nic mówić, ale zespół chce dla niego jak najlepiej, żeby poszedł na odwyk i się zregenerował. Grali razem bardzo długo, więc byli zorientowani, co się dzieje z jego zdrowiem. Wskoczyłem na jego miejsce, żeby dokończyć trasę, ale chłopaki powiedzieli, że nie mogą mnie stracić i że chcą, by grał z nimi Mikkey Dee. Wszystko szybko zaskoczyło między nami. Dla mnie to świetna sprawa, dla nich jeszcze lepsza (śmiech).

Gdy pierwszy raz usłyszałem, że jesteś w Scorpions, ucieszyłem się, że grasz w zespole, ale z drugiej strony pomyślałem, czy dla tak energicznego perkusisty nie jest to konieczność lekkiego powstrzymywania się w grze?

O nie, jest praktycznie odwrotnie. Powiedziałem chłopakom, że jeżeli chcą mnie, to… chcą mnie. Nie może być tak, że chcą moją osobę, która bębni jak ktoś inny. Jak lubicie moje brzmienie i to, jak gram, to ok. Ciąży na mnie duża odpowiedzialność, bo wstawiam Mikkey’a Dee do Scorpions, ale w taki sposób, żeby nie zniszczyć ich piosenek. Taką samą sytuację miałem w przypadku Motorhead. Gra Hermana i Jamesa ma swoje charakterystyczne elementy, które muszę uszanować i zagrać je tak, jak w oryginale. Z biegiem czasu zacząłem dodawać coraz więcej siebie. Zrobiłem brzmienie cięższym, potężniejszym, ciaśniejszym. Taki mój typ finezji. Wciąż jednak na tych samych bębnach.

A nie usunąłeś teraz przypadkiem jednego tomu z zestawu?

Nie, przesunąłem go tylko. Po prostu nie mogłem dojrzeć chłopaków (śmiech)! Przestajemy grać, a oni do mnie: „Mikkey, my cię nie widzimy!”. Jestem na dużej platformie, więc mam tylko taką małą szczelinę, żeby zobaczyć, co tam się dzieje na dole. Nad ridem widzę czasami kawałek Rudolfa, ale tak poza tym chłopaki przechodzą na drugą stronę i pytają, co tam u mnie słychać.

Tak wygląda twoje dostosowanie zestawu do nowego, wielkiego zespołu?

Tyle i nic więcej (śmiech). Pomijając kwestie bębnów to całe moje zadanie polega na tym, żeby dać im to, do czego przyzwyczajeni są fani, nie mogę wejść w buciorach i zacząć grać show Kinga Diamonda, zapomnij! Trzeba jednak pamiętać, że jeżeli chcą mnie, to chcą mnie, więc swój pierwiastek muszę wnieść. Wracając do pytania o mniejszą ilość pracy za bębnami, powiem ci, że jest to tak naprawdę wielkie wyzwanie. Część naszej listy piosenek oparta jest o klika, ponieważ korzystamy równolegle z ekranu, jaki jest za nami. Jak grałem z Motorhead, to mogłem sobie krzyknąć zza bębnów: „Hej Lemmy, zaczekaj, podciągnę sobie naciąg w werblu!”. Lemmy wtedy gadał z publiką czy tam cokolwiek robił, ale przerwa trwała tyle, ile mi było trzeba. Ze Scorpions wszystko jest pach, pach, pach, pach. Jedno po drugim, musimy lecieć. Jeżeli koncert ma trwać 1 godzinę i 52 minuty, to trwa 1 godzinę i 52 minuty. Bardzo po niemiecku, mało brytyjsko. Podczas grania wezmę może ze dwa łyki wody, bo nie ma na to czasu. Po koncercie jestem totalnie wypompowany.

Jest jeszcze jedna rzecz. W Motorhead graliśmy sporo szybkich numerów, więc nie uderzałem tak mocno. Tutaj za to mogę naprawdę solidnie przywalić, co wymaga sporej dawki energii. Grałem kiedyś z Dokken, który jest w podobnym stylu muzycznym, co Scorpions. Po King Diamond, jak dołączyłem do Dokken, ludzie też mówili, że musi to być dla mnie lekkie granie. No nie jest tak. Proste rzeczy są czasami tymi najbardziej wymagającymi. Najcięższą piosenką dla mnie do zagrania na żywo z Motorhead był Liar z płyty Bastards. Bardzo osadzona. Do tego kilka starszych piosenek. Ze Scorpions jest bardzo mocny set. Po wiązance piosenek z lat 70 mamy w połowie koncertu wiązankę akustyczną trzech piosenek. Kończymy grać Wind Of Change i zaczyna się… prawie 40 minut bez przerwy. Please Me, Please Me, Overkill Motorhead, solówa na bębnach, Blackout, Big City Nights i dziękuję. Utwór za utworem bez przerwy, jeden natychmiast po drugim. Nawet po solówce nie mam czasu. Także nie jest łatwo, to cholernie ciężka robota.

To dobry przekaz dla twoich fanów w Polsce, których masz dużo.

Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Super.

Czy w takiej sytuacji jest jakakolwiek szansa na jakąś klinikę perkusyjną z twoim udziałem?

Jestem często pytany o kliniki. Widziałem wiele różnych pokazów i czasami dosłownie rzygać mi się chce. Jeżeli miałabym zagrać klinikę, musiałbym to zrobić prawidłowo, bo dużo osób na nie czeka. Musiałbym być przygotowany, rozegrany, a całość powinna być zaaranżowana w odpowiedniej formie. Przy takim grafiku, jaki miałem z Motorhead, a teraz ze Scorpions, nie mam najmniejszych szans na odpowiednie przygotowanie. Byłem w domu przez dwa tygodnie w ciągu ostatnich czterech miesięcy i ostatnie, na co mam ochotę, to patrzeć na bębny. Moje ciało potrzebuje odpoczynku, więc nie jestem tym kompletnie zainteresowany. Jeżeli coś robię to muszę się z tego cieszyć, a w tym momencie muszę doładować swoje baterie na Scorpions. Nie mogę od razu grać i w połowie zregenerowany wrócić na trasę. Moim priorytetem jest granie w Scorpions, drugą rzeczą są takie historie, jak dziś, wywiady, sesje, kontakty z innymi ludźmi, jakieś dżemowanie z zespołami. Nie mam czasu i motywacji do tego, by się przygotować solidnie do kliniki. Nienawidzę tych sztampowych klinik, jak ktoś gra i gra, później padnie kilka pytań i znowu coś zagra. Chcę, by moje kliniki były czymś specjalnym. Jakbym robił takie spotkanie to byłaby podróż przez historię mojej gry.

Powiem ci tak. Jestem fanem Iana Paice’a. Gdybym był młodym chłopakiem i miałbym możliwość spotkania Iana to najpewniej zapytałbym go o to, jak gra w tym czy tamtym momencie. Jak robi to czy tamto. Jest to złe podejście, bo tak naprawdę mogę to sprawdzić sobie samemu! Powinienem zapytać Iana, co on - do cholery - myślał, jak to układał. To jest zdecydowanie bardziej interesujące. Podczas moich klinik ktoś poprosi zaraz, by pokazać, jak się gra Welcome Home. Fajnie, ale jesteś w stanie sobie to sprawdzić sam w domu. Jeżeli ćwiczysz i słuchasz to możesz mnie skopiować, ot tak, to żaden problem. Tylko czy ty byś na to wpadł? O czym myślałem, gdy to wymyślałem? O tym właśnie bym mówił podczas swoich klinik. Zacząłbym od wczesnych nagrań Geisha, przez King Diamond, Dokken, Motorhead aż po Scorpions. Do tego slajdy na ekranie, czyli zawodowo, konkretnie przygotowane spotkanie, a nie kolejne nudne klepanie i popisówki. Widziałem takich pokazów wiele. Jak chcesz coś takiego to uderz w kierunku jazzmanów, idź na Weckla. Rozwalą ci łeb swoją grą. Jedną ręką zagrają jakieś cuda, które mi akurat nie są zupełnie potrzebne. Ja mam inny styl. Gdybym siedział przez dwa miesiące i ćwiczył jakiś wyczynowy patent, to bym go ostatecznie zagrał, tylko, że ja nie jestem zainteresowany takim sposobem grania na perkusji. Chciałbym, żeby to smakowało dobrze, a nie tylko brzmiało dobrze.

Jest to nieustanne zmaganie się młodszego pokolenia, któremu imponują wyczynowe zagrywki.

To normalne. Rozumiem to w zupełności. Zagrałem kilka klinik czy tam seminariów, gdzie więcej mówiłem niż grałem. Ludzie zadawali pytania i na 30 pytań 25 dotyczyło techniki. Dopiero, jak powiedziałem im o mojej wizji gry na bębnach, otwierali usta i dodawali: „O, tak o tym nie myślałem.” Kiedy jesteś młody, to chcesz być najsilniejszy, najszybszy, najmocniejszy i powinieneś taki być. To naturalne, nie walcz z naturą. Jeżeli lubisz dziewczyny to oglądaj się za dziewczynami, jak lubisz chłopców to oglądaj się za chłopcami, to twoja natura, nie walcz z nią. Musisz więc przejść przez ten etap jako nastolatek. Jak chcesz być najlepszy to porównujesz wszystkich perkusistów do siebie. Czy Neil Peart jest lepszy niż Mike Mangini itd. Dochodzisz wreszcie do momentu w swoim życiu, gdzie to nie ma już absolutnie żadnego znaczenia. Każdy perkusista z ugruntowaną pozycją ma po prostu swój styl. Nigdy nie wstawiłbym Simona Wrighta do Rush i nienawidziłbym słuchać Neila Pearta, grającego AC/DC (śmiech). To byłby koszmar. Mam szczęście grać dużo stylistyk muzycznych, jak big band, fusion, soul, bo muzyka dla mnie jest jak jedzenie. Nie mogę jeść codziennie tego samego, chociażby najcudowniejszego hamburgera. Muszę jeść też inne rzeczy. Miałem przywilej grać z muzykami i zespołami, które są kompleeeetnie różne od tego, czym się normalnie zajmuję. Nawet tutaj porównaj King Diamond do Scorpions, Motorhead do Dokken, no proszę cię. Dzień i noc.

Przez lata udało mi się rozwinąć mój styl. Stoję kiedyś za jakimś dzieciakiem, który gra death metal i szczęka mi opada, bo gość zasuwa szybciej nogami niż ja rękoma. Tylko, że jego dynamika jest na super płaskim poziomie. Z moimi stopami czuję się jak 90-letni dziadek. Ja tak nie potrafię. Mimo to, jak ja wchodzę na scenę, to rozwalam każdego moim stylem, stylem Mikkey'a Dee. Nie chcę brzmieć jak ktokolwiek inny. Dla mnie jest najważniejsze, bym brzmiał jak ja. Im starszy jesteś, tym bardziej zdajesz sobie sprawę z tego, że masz grać muzykę na perkusji, a nie grać na perkusji dla perkusji. Gdy przechodziłem z Kinga Diamonda do Motorhead wiele osób mówiło, że aha, teraz będzie granie solówek i zburzę ten prosty, czarno-biały schemat pędzącego do przodu Motorhead. Musiałem mocno się zastanowić, jak zagrać w ich stylu, ale przy okazji dodać troszeczkę kolorytu od siebie. To nie jest takie łatwe, jak się niektórym wydaje, to naprawdę trudne do wykonania, tak by było prawidłowo. Miałem materiał Animala do zagrania, perkusisty, który był uwielbiany, ale musiałem przemycić tam trochę tego Mikkey’a Dee. Zadziałało. Po roku dodawałem więcej i więcej. Weź taką piosenkę jak Sacrifice, która może nie jest jakoś bardzo skomplikowana, ale jak na Motorhead ma dziwny podział, mimo to jest to wciąż idąca przed siebie hardrockowa piosenka. To samo chcę robić w Scorpions. Zresztą, słuchaj… Dlaczego miałbym zmieniać coś, co uwielbiam? Ludzie to kochają od kilkudziesięciu lat, nie mam zamiaru tego rozwalać.

 

Ludzie wciąż pytają cię o czasy gry u Kinga Diamonda. Co czujesz, jak słyszysz swoje partie bębnów z tamtych czasów?

Ostatnio spotkałem Kinga w Dallas, jest w świetnej formie, jest też dużym fanem Scorpions. A co czuję? Przede wszystkim mam obrazy w pamięci, związane z atmosferą, jaka między nami była, ta ekscytacja tym, co robimy. Wciąż czuję ten zapach studia. Pamiętam, jak przeżywaliśmy pierwszą trasę po Stanach. Pamiętam też, jak pracowałem nad aranżacjami do piosenek. Świetnie to pasowało do Kinga. Szedłem razem z muzyką, że tak się wyrażę. Trzymałem się gitar i dużo akcentowałem razem z nimi. Tak było zwyczajnie łatwiej. W Motorhead czułem się, jak w czarnym pomieszczeniu. Mogłem zagrać solo lub bardzo prosto, mogłem zrobić wszystko, tylko że trzeba było zrobić to tak, żeby lekko muzykę pokolorować, ale nie skomplikować. Identycznie jest teraz. Dodać nieco więcej energii i zrobić ciekawsze bębny, ale nie zniszczyć znanej wszystkim struktury. Partie bębnów do Kinga Diamonda były więc paradoksalnie łatwiejsze do stworzenia. Mogłem tak nagrywać z dziesięć płyt tygodniowo.

Swoje robiła młodzieńcza energia. Miałeś wtedy ile? 23, 24 lata…?

Nie, no mniej chyba. Tak czy siak nową płytę Kinga mógłbym nagrać chociażby jutro. Nie miałbym problemów z kontynuowaniem tego kierunku i sposobu gry. Doskonale pamiętam, co myślałem podczas tworzenia w tamtym czasie. Musiałbym być prowadzony w taki sposób, jak wtedy i wszystko byłoby dokładnie tak, jak trzeba. Naszym sukcesem było to, że mieliśmy urozmaicone i dobrze dopasowane momenty w kompozycjach. Były fragmenty proste, techniczne, do tyłu, do przodu. Jak Andy, Michael lub Pete przynosili riff gitarowy to szybko można było go zniszczyć zbyt gęstym graniem. Trzeba było umieć to wyczuć i to była właśnie siła tego zespołu i tych piosenek. Weźmy taką piosenkę, ach, jak ona się nazywała… Omens i ten riff - tam daga daga dam, tam daga daga dam, mocny metalowy riff. Gdybym zagrał tam więcej, to bym go zepsuł. To od mojego wyczucia zależało, jak to będzie wyglądać. Kiedyś, lata temu, Andy zadzwonił do mnie i zapytał, czy bym nie wpadł na chwilę do studia, bo ma właśnie jakiś zespół i są problemy z partią bębnów. Przyjechałem i okazało się, że to była ekipa świetnych instrumentalistów, tylko, że perkusista urwał się chyba z cyrku. Grał wszystko i wszędzie. Powiedziałem mu: „Chłopie, wyluzuj.” Brzmiał jak wysypywane z worka kartofle na drewniane schody. Posłuchaj, co grają gitary, co gra bas i jak to wszystko ładnie zespoić. A koleś non stop grał solo i strzelał ze wszystkiego, co miał w każdym momencie piosenki.

Co robisz dziś w Polsce, bo nie jest to perkusyjna wizyta.

Dziś jestem w Polsce celem wzięcia udziału w targach whisky. Jak zapewne wiesz, wciąż pracujemy nad budowaniem świadomości marki Motorhead w świecie alkoholi. Mamy whisky, wódkę, cztery rodzaje piwa, czerwone wino, cydr i kilka innych trunków. Jednak dziś skupiam się na naszej fantastycznej whisky. Lemmy, ja i Phil pracowaliśmy nad tym przez lata, a sam Lemmy zawsze chciał mieć dobrą whisky i pewnie chciał, żeby to kontynuować i stworzyć legendę. Pewnie patrzy na nas, nie wiem, z góry, z dołu, z boku, gdziekolwiek jest i cieszy się, że pracujemy nad tym. Miałem wolne i zapytano mnie, czy bym nie przyjechał, no to jestem. Jutro wracam do Szwecji, bo za około 10 dni ruszamy dalej ze Scorpions, jedziemy z Def Leppard do Australii, Nowej Zelandii i później do Chin. Taki jest plan na koniec roku.

Jest to twoje naturalne środowisko, podróżowanie po świecie.

Cały czas.

Masz pewnie moment, że chcesz wrócić do domu, zejść ze sceny i odpocząć.

Nigdy. Zawsze chcę wracać na scenę. Jasne, jak ląduję z trasy i wracam do domu to nie chcę od razu wracać na scenę, ale wiem, że na nią wrócę i nie mogę się doczekać tego momentu. Wcześniej jednak muszę podłączyć mój tyłek do ładowarki. Muszę się zregenerować. Szczególnie teraz, jak graliśmy w koszmarnym upale po 40 stopni. Rockandrollowe baterie wymagają doładowania. A na to trzeba czasu. Bywa, że zajmuje to 3 dni, a bywa, że zajmuje to 3 tygodnie. Wiem, że wrócę na scenę, kwestia tylko kiedy. Jestem od tego uzależniony. Rozmawiałem nawet o tym ostatnio z chłopakami ze Scorpions: „Wiecie, że ogłosiliście swoją pożegnalną trasę w 2012?” (śmiech). W zasadzie ogłosił to management, bo w ich rozumieniu nie miało to zupełnie sensu, jak z resztą widać teraz w 2018.

Nie obawiasz się więc o przyszłość rocka?

Nie, zupełnie się nie obawiam. Pewna era odejdzie na zawsze, gdy odejdą wszystkie grupy pokroju Iron Maiden, Judas Priest, Scorpions. Gdy ta era odejdzie, nie oznacza, że odejdzie era rock and rolla. Widzę pełno świetnych młodych zespołów, których nazw nawet nie kojarzę. Mój syn ma 16 lat i świetnie gra na bębnach w szwedzkim zespole Apollo. Mają zaskakująco dobre piosenki, a ci chłopcy mają dopiero po 15-16 lat. Podobnie w Polsce, widziałem kilka świetnych zespołów na festiwalu, gdzie graliśmy. Byli rewelacyjni. O właśnie, muszę Pawłowi wysłać sms, że jestem w Warszawie. Świetnie mi się z nim gra, szybko razem zaskoczyliśmy.

To jak, widzimy się na targach?

Jasne, spotkamy się tam, zrobimy jakieś fajne zdjęcie.

Rozmawiał: Maciej Nowak, Salemia
Fot. Aleksander Ikaniewicz