Tomasz "Krzyżyk" Krzyżaniak

Dodano: 16.05.2019
Autor: Maciej Nowak

O takich muzykach mówi się zazwyczaj „perkusista nietuzinkowy”. Ciężko się z tym nie zgodzić patrząc na to, jak zasuwa za bębnami Krzyżyk. Nazwa zespołu, w którym obecnie się spełnia, pasuje do niego idealnie, a dlaczego? Z dwóch względów, ale po kolei…

Mówiąc w skrócie Luxtorpeda to typ szybkiego przedwojennego pociągu, którego osiągi wprowadzały w zakłopotanie współczesne składy polskich kolei. Krzyżyk idealnie pasuje do tego opisu, mimo, że jego metryka nie sięga tak daleko.

Po pierwsze nie jest perkusistą szprycującym się nowoczesnością w postaci wielogodzinnych karkołomnych ćwiczeń. Po drugie jest wielkim fanem ostrej muzyki, która już swoje lata ma i ciężko mu jest przekonać się do jakichś super nowości brzmieniowych. Wreszcie po trzecie, jest prawdziwym motorem, silnikiem napędzającym zespół. Kapela bazuje na dużej dawce energii i emocji, a w takiej sytuacji rola perkusisty jest kluczowa. Skulony za swoim skromnym zestawem niemiłosiernie łupie w Zildjiany, które przechodzą prawdziwy test wytrzymałości. Mimo braków edukacji muzycznej, do czego się otwarcie przyznaje, jego partie są niesamowicie melodyjne i perfekcyjnie spinają się z całością muzyki. Buduje bardzo solidny grunt pod kompozycje i ubarwia je smacznymi wstawkami. Nie jesteśmy bombardowani bębnami, ale też nie czujemy, że kolega „fizyczny” kładzie tylko rytm i nic poza tym.

Pojawia się więc tu pewien element, który nie jest zbytnio lubiany przez takich współczesnych trenerów (lub jak to się teraz mówi influencerów) perkusyjnych, jak np. Benny Greb, a mianowicie TALENT. Okazuje się jednak, że niektórym jest łatwiej okiełznać ten niesamowicie ważny instrument i nie wynika to z tego, że muzyk zamknął się na tydzień w piwnicy ze zgrzewką wody, żeby ćwiczyć non stop. Z pewnością Krzyżyk nigdy tak nie zrobił i raczej nie zapowiada się, żeby miało to nastąpić. Mimo to przyciąga słuchacza, przyciąga perkusistów. Jest ciekawy wizualnie, brzmieniowo, stylistycznie. Właśnie… Ma coś, czego wielu perkusistów mimo lat ćwiczeń nie osiągnie – STYL. Nie oznacza to, rzecz jasna, że trzeba rzucić pałki w kąt i położyć nogi na stół w oczekiwaniu na zbawienie. Po prostu pewnych rzeczy nie da się wyuczyć, chociaż Tomasz zdaje sobie sprawę ze swoich technicznych ułomności i odnosi się wrażenie, że jak wgłębi się bardziej w jakiś temat, związany z techniką gry, ma lekki żal do siebie, że można było te kilka lekcji jednak przerobić.

Od naszego ostatniego spotkania w Perkusiście minęło sporo czasu, a jednak Krzyżyk był lekko zaskoczony, że zaprosiliśmy go do wizyty na naszej okładce, ponieważ w jego odczuciu wiele w kwestii perkusji u niego się nie zmieniło. Dał szybko do zrozumienia, że grubość korpusów i rodzaje stopu brązu w blachach to nie są jego ulubione tematy.

Maciej Nowak: Dlaczego się zdziwiłeś, że chcę z tobą porozmawiać?

Krzyżyk: No nie, zaraz. Jakbyś zadzwonił i powiedział, że chcesz ze mną porozmawiać to spoko, ale zacząłeś rozmowę od tego, że chcesz zrobić duży wywiad i wspomniałeś o okładce, więc to mnie najbardziej zmieszało, bo samo porozmawianie to tam ok…

Nie odczuwasz tego na koncertach? Reakcji ludzi na twoją osobę?

Nie, co ty?

Nie czujesz, że ludzie ciągną w twoją stronę?

Nie, nie. Nie należę do tych, którzy interesują się tak bardzo perkusją w znaczeniu stricte technicznym, dlatego jeśli zerkam w jakiś wywiad lub jak ktoś opowiada o jakiś technicznych nowinkach, to jest to dla mnie nowość. Nazewnictwo perkusyjne związane z warsztatem i ćwiczeniami jest mi trochę obce. To taka dziedzina, do której zaglądam tylko przez chwilę, więc nie wiem, co mogę ciekawego powiedzieć.

Gdy dajemy chociażby twoje zdjęcia czy inne informacje, to ta reakcja perkusistów jest wyższa niż średnia.

Wiesz, to ty mi teraz o tym mówisz, bo ja tego nie wiem. Ja siebie nie widzę jako ja, tylko jako zespół. Jestem tylko jego częścią. Tak siebie postrzegam.

Lars Ulrich też jest częścią zespołu i nie ma z tym problemu…

Ja też nie mam z tym problemu! Dla mnie wywiad z Luxtorpedą jest bardziej naturalnym środowiskiem. Rozmawiamy wtedy o różnych rzeczach, a tak schodząc na tematy typowo perkusyjne, to nie wiem, czy jestem w stanie podołać. Od naszego ostatniego wywiadu (Perkusista 7/2013 !!!) w zasadzie niewiele się zmieniło. Teraz jedynie jako zespół zgrywamy się przed nową płytą i próbujemy coś zrobić, to tyle. A tak perkusyjnie? Czasami z kimś się o zestawie porozmawia, czasami sam na coś tam zerknę.

Patrząc tak z zewnątrz, nasze zgłoszenie z propozycją zrobienia tzw. cover story, jest chyba jakimś sygnałem, że z czegoś to wynika…

Wiesz, jest mi bardzo miło, jest to jakieś spełnienie młodzieńczych marzeń. To po prostu nie jest moja rzeczywistość, bo normalnie ogląda się takich właśnie jak Lars Ulrich czy Nicko McBrain i to mi pasuje, bo to są perkusiści, którzy zapisali się w historię muzyki. Wtedy traktuję to trochę tak, jakbym czytał biografię. Nie pojawiła się biografia Ulricha i McBraina, także można przy okazji wywiadów delikatne informacje sobie wyłuskać.

Lars powiedział mi – tak mówiąc w skrócie – że jest członkiem zespołu Metallica, który gra na perkusji.

Przez wiele lat byłem jego fanem totalnym, potem się na niego obraziłem też totalnie, chyba dlatego, że za bardzo zacząłem się skupiać na perkusji, a teraz wróciłem do niego ze zdwojoną miłością i nie dam nic złego powiedzieć na jego temat, nic kompletnie! A moja teza jest taka: pokaż mi innego perkusistę, który może sobie pozwolić na… I dołóż sobie tu cokolwiek. Pokaż mi innego takiego perkusistę, który nic nie musi… Gdyby nie on, to tak na dobrą sprawę nie wiem, czy rola perkusisty byłaby taka, jaka jest. A przecież cały czas jest zewsząd atakowany za swoje niedociągnięcia. I co z tego… Muzyka i utwory są na pierwszym miejscu. On miał i ma na tyle odwagi, żeby wbrew krytyce perfekcjonistów grać jak chce, to on wyznaczył ścieżki. Jest genialnym perkusistą, nie będąc perfekcyjnym perkusistą.

Słyszałem, że jesteś skromnym facetem.

To plotki są.

Dlatego zapytam, jakbyś się ocenił pod kątem grania.

Nie oceniłbym się... Jakby ci to powiedzieć. Zacznę może od tego, że to nie jest żadna moja zasługa, że gram tak, a nie inaczej. Na to, że gram, miały wpływ inne osoby, a nie ja. To zawsze inni mi pomagali, inni zadzwonili, ktoś mnie zaprosił, ktoś chciał ze mną grać. To opatrzność wszystko połączyła. Nie mogę więc powiedzieć, że byłem tak zdeterminowany do grania i to sobie wszystko zawdzięczam. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz jest taka, że traktuję granie jako przygodę życia, bo nie mogę tego nazwać pracą. Jest to takie spełnienie marzeń, bo często przypominam sobie te momenty, kiedy byłem młody. Ja nawet nie miałem marzeń, żeby zawodowo grać, bo nie mogłem po prostu uwierzyć w to, że zdarzają się ludzie, którzy mają marzenie i ono się im spełnia. No wiadomo, każdy dzieciak ma marzenia, że chce być jakimś strażakiem, mistrzem kung-fu czy tam kimkolwiek innym. Wychowując się w mojej miejscowości w latach 90-tych, człowiek nawet nie myślał, że się może tak potoczyć. To, że gram dzisiaj ze swoim idolem, jest dla mnie wciąż abstrakcyjne… Ale to są fakty. Granie jest teraz częścią mojego życia i mojej rodziny, ponieważ wywiera oczywisty wpływ na całe moje życie. Czasami mi się wydaje, że w domu jestem fajnym mężem, tatą… Są takie dni… I zaraz na następny dzień widzę, że jeszcze dużo pracy przede mną w roli męża i ojca i w ogóle człowieka. To jest dokładnie ta sama zasada z bębnieniem. Dziś mi się wydaje, że jest fajnie i cieszę się, że to robię, jest niezła adrenalina, robimy muzę, a inny dzień jest taki, że zastanawiasz się kurde, jak to się stało, że tu w ogóle jesteś. Tak bym to ocenił.

Takie chwile zwątpienia?

To jest tak, jak w życiu, porównuję to do normalnego, codziennego życia. Gdybym tak prosto miał odpowiedzieć na pytanie, czy mam świadomość swojej gry, to powiem, że mam świadomość tego, jakim jestem człowiekiem. Jednego dnia mam zbyt wysokie mniemanie o sobie, drugiego dnia mam zbyt niskie – codzienna walka o prawdę o sobie.

W tym momencie podszedł do naszego stolika Lica, przywitał się, spojrzał na nasz stolik i stwierdził, że musi się napić piwka, uśmiechnął się i szybko oddalił.

Skorzystam z okazji. Powiedz mi, ten facet tutaj, co był przed chwilą, to jest dobry muzyk twoim zdaniem?

To na pewno jest jedna z najważniejszych osób w moim muzycznym życiu. Chodzi mi tu o inspirację, jak byłem młody, o to, że teraz razem gramy.

No dobra, ale do czego zmierzam – Lica gra zazwyczaj z dobrymi perkusistami, prawda?

Wiesz co, to też ci odpowiem bardzo prosto. Jestem jednym z tysiąca – nie kłamię i nie żartuję teraz. Dam ci konkretny przykład, żebyś wiedział, na czym polega to, o czym mówię. Zanim trafiłem do Luxtorpedy grałem w Armii i Turbo, ale Roberta znałem już od 97 roku, gdzie z moim zespołem zagraliśmy koncerty u boku Acid Drinkers, których byłem fanem. Na koniec trasy Robert powiedział, że kiedyś będzie nagrywał płytę solową i chciałby, żebym na niej zagrał (ja i Długi – gitarzysta, który wtedy z nami był). Dlaczego to mówię? Robert jest tak kreatywny, otwarty na wszystko i nie skłamię, jak to powiem, że jestem jedną z 1000 osób, którym coś takiego powiedział pod wpływem chwili. Bo w końcu minęło 13 lat od momentu tej propozycji do założenia Luxtorpedy.

No, ale to ty grasz w tym zespole.

Ja po prostu miałem szczęście. Chodzi o to, że to nie jest tak, że jestem najlepszym z tego tysiąca, tak nie jest. Nie było castingu czy czegoś takiego. To się po prostu tak wydarzyło.

Przeznaczenie, los?

Ja to traktuję jak opatrzność. To był po prostu ten moment. Nie obyło się bez trudności, które były z tym związane, bo musieliśmy zostawić nasze macierzyste kapele (ja i Kmieta – basista). Stanąłem nagle w takim momencie, że musiałem podjąć decyzję, czy gram dalej czy idę w nieznane, bo Luxtorpeda nie była niczym pewnym. Teraz po latach można powiedzieć, że tak właśnie miało być. I taka decyzja była potrzebna, bo wtedy wydawało mi się, że spokojnie mógłbym ciągnąć Turbo, Armię i Luxtorpedę, ale wiem, że to jednak nie byłoby możliwe. Trzeba było zrobić cięcie, na które sam bym się nie zdecydował, a teraz patrząc z perspektywy czasu jestem szczęśliwy. Naprawdę nie jest tak, że ktoś wtedy usiadł, rozmyślał i powiedział, że Luxtorpeda będzie taka i taka, robimy teraz to albo tamto. Nie. Zaczynaliśmy bez jakiegokolwiek planu, mimo, że Lica jest tak uznanym muzykiem. Po prostu chcieliśmy razem grać.

Nie zmienia to faktu, że ze słabym perkusistą by nie grał.

Wydaje mi się, że padło na mnie, bo trochę się znaliśmy przez te wszystkie lata. Wiedział, jak gram, a gdy przyszedł moment na nowy zespół, to byłem pod ręką.

Interesujesz się w ogóle nowościami?

Nawiążę może do ś.p. Stopy. Jemu wystarczył ten zestaw, jaki miał, ta niezmienna żółta Signia, która była tak charakterystyczna. To mi się tak podobało i pomyślałem sobie, że fajnie by było zostać przy takim jednym zestawie, jakimś starszym. A że byłem fanem i Stopy, i Nicko McBraina, i też miałem bębny Premiera, to tak mi przypasowało. W sumie to te sprawy perkusyjne sprzętowe trochę mniej mnie zawsze interesowały. Jak już znalazłem to coś, to dalej nie szukałem.

Wiesz, co Beata Polak mówi na twój temat?

Nie chcę wiedzieć (śmiech).

Za to, jak siedzisz za bębnami, to powinna cię zamordować.

Że krzywo? Mam znajomego ortopedę w Lublinie, który mi zawsze mówi, że w końcu do niego przyjadę, ale wiesz co… Byłem zawsze krnąbrny. Jak mi ktoś powiedział, że mam nie siedzieć prosto to siedziałem. Przypomina mi się sytuacja początków mojego grania w Deliverance, kiedy w jednym utworze miałem taką zagrywkę, że pomijałem uderzenie werbla, a mój kolega zwrócił mi uwagę, że tam powinien być werbel. To już wiesz, że tego werbla tam nigdy później nie było (śmiech). No i z tą postawą za bębnami tak wyszło, że mi jest tak po prostu dobrze i niech tak zostanie. Wierzę w opatrzność, że jak już nie będę mógł grać to znaczy, że przyszedł ten moment, że już powinienem naprawdę przestać.

Wszystko ma przyczynę i skutek?

No tak. Ale zawsze jest coś za coś. Nie można mieć ciastka i jeść ciastka. Gdybym grał siedząc prosto, pewnie byś mnie o to nie spytał, a może próbuję się w ten sposób jakoś wyróżnić? Ale też nie wymyśliłem tego specjalnie, po prostu tak wyszło. Moja żona już wie, że trzeba mi inaczej zwrócić uwagę, żebym coś zmienił (śmiech).

Zapytam wprost – jesteś „katolem”?

Nigdy nie mówiłem, że jestem katolem, choć oczywiście jestem katolikiem. Mam namacalne doświadczenie Boga w swoim życiu i wszystko, co ci tu opowiadam, jest tego najlepszym przykładem. Ja sam bym swojego życia tak nie wymyślił.

I tu dopatrujesz się...

Ja się tego nie dopatruję, ja to wiem. Doświadczyłem tego. Miałem wiele takich sytuacji w życiu i gra na perkusji nie jest jedynym na jego działanie dowodem.

Jak to powiedziałeś to zacząłem się zastanawiać. A gdzie jest praca nad sobą, gdzie jest samodoskonalenie?

Granie jest częścią mojego życia i skłamałbym, gdybym ci powiedział, że pracuję nad sobą tylko jako mąż, ojciec, kolega, a jako muzyk nie. W końcu nie gram sam, tylko z ludźmi i dla ludzi. Jest tu dużo przestrzeni na pracę nad sobą, nad relacjami z innymi.

Pycha chyba nie bez przyczyny jest na pierwszym miejscu naszych grzechów.

Pycha się ukrywa pod różnymi przykrywkami. Jak mówisz mi tu o tej okładce to mogę sobie pomyśleć: „Kurde, wcale nie jestem taki słaby, przecież w końcu jestem na okładce”. Doświadczyłem wiele razy w swoim życiu, że sukces jest niszczący w takim znaczeniu, że mydli ci oczy. Jest to naturalne, że jak ludzie ci klaszczą na koncercie, to czujesz się ważny i wartościowy. A tu nagle wracasz do domu, wstajesz rano i musisz przygotować śniadanie dzieciom do szkoły. „No halo, halo, ale ja wczoraj grałem koncert, wróciłem w nocy, jestem zmęczony!”, ale potem sobie myślisz – zaraz, przecież jestem teraz tatą dla swoich dzieci. A oni potrzebują nie muzyka, tylko ojca. Wydaje mi się, że chyba jest tak w każdej dziedzinie życia, taka rzeczywistość szarego człowieka pokazuje prawdę o nas.

Pokora?

No tak. A gdzie się najlepiej nauczyć pokory? Masz do zagrania koncert, wiesz, że przychodzi taki Maciek Nowak i nagle wtedy popsuje się werbel, pęknie blacha albo masz akurat słaby dzień i dwie lewe ręce i okazuje się, że musisz to teraz jakoś znieść. A ja chciałem tak dobrze wypaść. Upokorzenia i porażki są najbardziej wartościowe, ale kto chce na ochotnika porażki? Po ludzku to niemożliwe. No i muszę tu wrócić do tego, że bez pana Boga każda rzeczywistość jest ułomna. Bo bez Niego takie porażki byłyby dla mnie niszczące.

Wróćmy więc do bębnów. Jakby ktoś chciał przyjść, żebyś pokazał kilka rzeczy, to...?

Pokazać mogę, ale ja się nie nadaję do nauczania gry na bębnach. Fajne jest to, żeby odkrywać swoją osobowość, a nie naśladować. Znowu przykład Ulricha, wracam do niego, bo to jest przykład człowieka niezastąpionego, A mówi się przecież, że nie ma ludzi niezastąpionych. Jest taki koncert, na którym zagrał za niego Lombardo, którego bardzo cenię, ale w tym przypadku akurat nic nie zażarło! Stąd taki wniosek, że chyba najpiękniejszą rzeczą w tym naszym graniu jest to, że ten potencjał osobowości nie wynika z umiejętności, z warsztatu czy nawet z doświadczenia, ale właśnie z niepowtarzalności każdego z nas. Niech każdy z nas szuka tego swojego stylu.

Twoim żywiołem jest scena nie studio.

Nie, studio nie. Tam jest stres, a scena to spontaniczność – zdecydowanie wolę to drugie. W studio najbardziej odczuwam swoje braki warsztatowe, ale z drugiej strony staram się przemycać w nagraniach właśnie tę spontaniczność.

To ty w ogóle nie ćwiczysz?

No nie ćwiczę. Na palcach dwóch rąk mogę policzyć, kiedy siedziałem sam przy bębnach, poszedłem na salę i grałem. To było za czasów Armii, bo miałem taki moment, że chciałem poćwiczyć, no i miałem salę. Od lat ćwiczenie to zawsze jest wspólne granie na próbach i koncerty. Czasami wkładamy do listy na gorąco utwór podczas koncertu, chcemy sprawić przyjemność fanom i gramy bez przygotowania. To jest bardzo ekscytujące uczucie i fajne wyzwanie.

Jesteś szczęśliwym muzykiem?

Tak, ze wszystkimi tego atrybutami, upadkami, wzlotami, wątpliwościami, uniesieniami i tak dalej. Tylko, że to nie jest takie granie, o jakim czytam, szablonowe, ale właśnie to mi odpowiada. Wiesz, że ja dwójek nie potrafię dobrze zagrać? Nie umiem. Taki ze mnie perkusista.

Czyli można żyć bez paradidli.

No, chyba można. Moim takim przyjacielem w graniu z młodzieńczych lat był Hubert Gasiul. Poznaliśmy się jako młodzi bębniarze na przeglądach, potem graliśmy razem w zespole Toma Horna i on zawsze miał świetną technikę. U niego zobaczyłem dwójki i paradidle. Zawsze mówił, że mam się nie stresować tymi paradidlami. Widzisz, zawsze się pojawiali jacyś ludzie, którzy nie byli przeszkodą, tylko wręcz przeciwnie. Kiedyś byłem na takim pokazie w Music Store, bo pomyślałem sobie, że może faktycznie powinienem zacząć ćwiczyć? Jak zobaczyłem człowieka, który gra te wszystkie dwójki, trójki, czwórki i do tego tak równo, to powiedziałem sobie, że dla mnie już jest za późno.

Jesteś leniwy?

Tak, jestem, ale moja mama i moja żona mówią mi, że jestem zdolny. Może nie powinienem tak o sobie mówić, ale próbuję się jakoś wytłumaczyć. Widziałem już w szkole, że wiele razy jakoś mi się udawało. Trochę stresu, spięcie i zdawałem. Ja cały czas liczę na fuksa.

To, co mówisz teraz o swoim podejściu – wiesz, że może być bardzo inspirujące dla wielu?

Myślałem, że powiesz odwrotnie i powiesz – niszczące dla wielu, a ja odbiję piłeczkę i powiem, że inspirujące (śmiech). No tak. Okazuje się, że są rzeczy możliwe, które początkowo wydają się niemożliwe. Wszystkie atrybuty mojego dzieciństwa nie wskazywały na to, że może się tak stać, że będę grał na bębnach. Wydaje mi się, że ta moja historia albo raczej historia Luxtorpedy może być dla niektórych inspirująca.

A skoro mówisz o tym, że sytuacja może zmienić się w każdej chwili to...

... to, czy myślę o tym, że może się skończyć. Tak, myślę o tym. Mieliśmy już coś takiego niemal dokładnie rok temu w Rzeszowie, gdy Robert spadł ze sceny. Pękło mu 6 żeber i mieliśmy już wizję, że umiera. W jednym momencie widzisz, jakie to życie jest kruche i jak krótkie nogi mają plany. Ale nie stresuję się tym na zapas. Teraz zaczynamy już robić nowe numery i powstają nowe teksty, więc widać już zalążki nowej płyty. Jesteśmy w tak komfortowej sytuacji, że my nic nie musimy. To też jest dar. Nie musimy nagrać płyty, nikt nam nic nie każe, nikt nam nie mówi, co mamy zrobić, to jest chyba najpiękniejsza rzecz, jeżeli chodzi o wolność twórczą.

Dobrze, że się tym dzielisz.

No, ale chyba wszyscy wiedzą, że tak było i jest.

Nie do końca wszyscy.

Sprzedawałem telefony przez 5 lat, jestem nauczycielem z wykształcenia, ale pracowałem tylko 2 miesiące w szkole i póki co nie planuję wracać. Nigdy jednak nie wiadomo, czy do tej pracy nie wrócę i to ze zdwojoną siłą i wielkim entuzjazmem, z wielką radością. Mało tego, moja żona jest przerażona, gdy mówię jej, że wrócę do szkoły i będę nauczycielem. Może będę pracował nawet tylko w świetlicy, ale wszystko jest możliwe. Był taki moment, że gdy poszedłem na studia i zakochałem się w żonie, byłem bliski, żeby skończyć z graniem. Wtedy zadzwonił do mnie Horn, czy bym nie nagrał utworu z Turbo. Miałem jeszcze swoje Deliverance, jeździłem pociągiem na próbę raz w tygodniu do Piły, ale prób nie lubiłem, bo musiałem zawsze to wszystko ze sobą dźwigać, blachy, stopa, werbel, masakra. Powiedziałem, że już nie chce mi się grać, ale właśnie on wtedy zadzwonił z tą propozycją. Gdyby nie zadzwonił, gdybym nie pojechał zagrać tego jednego utworu to pewnie już bym teraz nie grał.

Chodzi o pewną wytrwałość, bo nigdy nie wiesz, czy jak przeszedłeś 10 km, to do dojścia do celu nie brakuje ci już tylko 100 metrów. Może powiem tak – nie zawsze, gdzie rodzi się coś dobrego, od razu musisz mieć tego potwierdzenie, często towarzyszy temu niepewność. Początki Luxtorpedy to też była niepewność, ale tylko dlatego, że byliśmy zdeterminowani, udało nam się przez to przejść. Dzień przed pierwszym koncertem byliśmy tak niepewni, że Kmieta chciał powiedzieć: „Rozjedźmy się do domu w zgodzie i nie będzie problemu”. Po prostu nie zdążył tego powiedzieć. A wiesz, dlaczego to mówię? Bo jeżeli człowiek już nie liczy na swoje siły to wtedy jest miejsce na działanie... (I tu Krzyżyk wskazał palcem w stronę nieba).

Materiał przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia: Romana Makówka
Foto okładki: Bartek „Szopix” Czerniachowski