Brent Fitz

Dodano: 11.07.2019

Nasze wywiady charakteryzują się tym, że często poruszamy w nich tematy daleko odchodzące od perkusji sensu stricto. Czasami jednak chcielibyśmy poznać odpowiedzi na to teoretycznie najbanalniejsze pytanie.

"Jeżeli podchodzisz do czegoś z pasją i zależy ci na tym, to możesz być pewny, że nie obędzie się bez nerwów. Wydawać się może, że im dłużej się czymś zajmujesz, tym z czasem będzie łatwiej, ale tak nie jest. Nerwy towarzyszą ci zawsze. Stresowanie się jest czymś dobrym, ponieważ, gdy jest się beztroskim to znaczy, że ci nie zależy i to będzie widać podczas twojego występu, który będzie całkowicie bez wyrazu. Bycie na pograniczu niepewności... Nie lubię tego uczucia, nikt nie lubi się denerwować, stresować... Ale to jest coś dobrego. Błogosławieństwem jest to, że się denerwuję i mam taką możliwość.”

Ciekawe, prawda? To słowa naszego gościa i dobrego przyjaciela. Brent Fitz gościł jakiś czas temu w Polsce przy okazji kolejnego koncertu zespołu Slasha. Jest perkusistą bardzo interesującym z wielu względów. Dokładniej sylwetkę perkusisty możecie poznać, czytając wielki wywiad, jaki przeprowadziliśmy podczas naszego pierwszego spotkania, dostępny na stronie www.magazynperkusista.pl. Dość długo zajęło mu wyjście na większą scenę, sumiennie budował swoją pozycję, wymagało to wyprowadzki z rodzinnej Kanady i przenosiny do południowego sąsiada. Tym samym możemy mieć pewność, że nie mamy do czynienia z jakimś przypadkowym chłystkiem, któremu równie przypadkowo udało się załapać do jakiejś ekipy. Tym bardziej, że Slash to wymagający gość i doskonała weryfikacja dla muzycznych charakterów. Dlaczego? Po pierwsze lubi solidne „plecy” na scenie, a po drugie musi być to ktoś, kto zna swoje miejsce i nie będzie chciał wyjść przed szereg. Sumienna praca popłaca i w zeszłym roku Brent zagrał koncerty w zespole legendarnego Gene’a Simmonsa podczas przerw między koncertami KISS.

Jego pokora i ciężka, wytrwała praca to wzór do naśladowania, dlatego też kontakt z tym bębniarzem to niesamowita przyjemność, ponieważ doświadczenie życiowe uczyniły z niego przemiłego i sympatycznego człowieka. W niniejszym cyklu wywiadów poznajmy kilka bazowych faktów na temat Brenta.

Perkusista: Jaki był twój pierwszy zestaw perkusyjny?

Brent Fitz: Miałem wtedy 10 lat, lata 80. Rodzice zabrali mnie do nauczyciela gry na perkusji po tym, jak zobaczyli mnie z dzieciakami z sąsiedztwa, jak robimy własne koncerty w ich garażu do nagrań KISS-ów. Przebieraliśmy się za KISS-ów i graliśmy do ich nagrań. Podczas tych koncertów używałem zabawki z Muppetów, którą dostałem lata wcześniej. Musiałem ją zmodyfikować, żeby wyglądała jak zestaw z KISS Alive II. Rodzice zauważyli, że poważnie interesuję się bębnami, chociaż do tego czasu grałem tylko na pianinie, od piątego roku życia, dlatego postawili mi warunek: „Jeżeli mamy pozwolić ci na bębny, nadal musisz grać także na pianinie”. Tak więc zabrali mnie do tego nauczyciela, posadzili za bębnami i poprosili go, żeby sprawdził, czy mam jakieś perkusyjne zdolności. Nauczyciel posłuchał mojej gry i powiedział, że świetnie mi idzie i mam zdolności, więc tego samego dnia rodzice kupili mi perkusję. Była to Yamaha Silver Sparkle z dwoma centralkami. Centralki miały różne rozmiary – 22” i 24”. Nigdy jednak nie grałem na nich obu, ponieważ wielu moich idoli perkusyjnych używało tylko jednej centrali.

Zespół KISS był dla ciebie ogromną inspiracją od młodzieńczych lat, a później miałeś okazję współpracować z Genem Simmonsem i Brucem Kulickiem. Martwiłeś się tym starym powiedzeniem, aby nigdy nie poznawać swoich bohaterów?

Mieć możliwość pracy z ludźmi, którzy mnie inspirowali całe życie i sprawili, że zacząłem swoją karierę w muzyce, to takie zatoczenie koła i jest to najbardziej satysfakcjonujący aspekt tego, co zrobiłem w swoim życiu zawodowym. Gra z Brucem była tym, co wprowadziło mnie do rodziny KISS i nadal mamy bliskie relacje na polu muzycznym. Zostałem bardzo miło poproszony, czy chciałbym zrobić kilka solowych występów z Genem... i jaka mogła być moja odpowiedź? Odpowiedź to: „NATURALNIE!”. Otrzymanie telefonu z propozycją grania z Genem było dla mnie jak błogosławieństwo.

Masz doświadczenie w graniu na klawiszach, gitarze i basie. Przydaje ci się to jako perkusiście?

To błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Jestem perkusistą-multiinstrumentalistą. Dlatego, kiedy gram z zespołem jako perkusista, jestem również bardzo świadomy innych instrumentów. Nie zastąpię Slasha na jego pozycji w zespole, ale rozumiem zadanie gitary, kiedy piszemy piosenki i pracujemy nad harmoniami.

No tak, słynna historia o tym, jak wskakiwałem na bas na trasie ze Slashem, a powodem było to, że gram na wielu instrumentach. Stojąc w szeregu z innymi perkusistami, poproszony o dołączenie do jakiegoś zespołu, miałbym nadzieję, że skorzystam z mojego arsenału muzycznego i wiedzy o muzyce bardziej od strony melodii, jak również oczywiście także rytmu… Myślę, że to silny argument. Bardzo szanuję inne instrumenty. Nie jestem samolubnym perkusistą. Dla mnie w piosence najważniejszymi rzeczami są dwa i cztery, rytm i tempo, a ostatnią rzeczą, na której mi zależy, są przejścia, które łączą kropki między zwrotkami i refrenami. Jestem typem osoby „mniej znaczy więcej” – to przez moje podejście i rozumienie pianina.

Istnieje jakiś element zestawu, bez którego nie mógłbyś żyć?

Moim zdaniem, wszyscy perkusiści mają obsesję na punkcie werbli. Mam kilka, do których często sięgam. Jednak grałem mnóstwo sesji w różnych miastach i nie zawsze ma się możliwość korzystania z własnego werbla i stopki. Jestem fanem najprostszych dodatków, a coś, czego używam zawsze w studio i na żywo to tłumik Big Fat Snare Drum. Używam go na trasie ze Slashem, a także na albumie Living The Dream. W rockowym zespole, składającym się z pięciu gości, odkryłem, że moje ulubione strojenie jest zawsze nieco niższe i głębsze, ale czasami się zdarza, że naciągi są już wyrobione, nie zawsze jest tak, że ma się możliwość grania na werblu, który ma odpowiednią artykulację i kruchość. Dlatego stroję werbel dosyć wysoko, a później dokładam Big Fat Snare Drum. Mogę grać perfekcyjne buzz rolls na żywo, które wychodzą też świetnie na przodach nagłośnienia i wciąż mam te głębokie, tłuste brzmienie werbla, jak na Back In Black. Big Fat towarzyszy mi również, kiedy jeżdżę z Genem. Na trasie z Genem korzystamy z wielu sprzętów backline’owych, ponieważ bywają sytuacje, gdy lecimy na dwa występy do Japonii albo Ameryki Południowej, a zaraz po tym do Europy, więc nie mam ze sobą całego swojego sprzętu. Stwierdziłem, że mając swój Big Fat Snare Drum, nawet w te gorsze dni, mam przynajmniej porządny werbel, a bywały takie dni, gdy okazywało się, że mam grać na 5-calowym werblu z Ambassadorem na górze i już wtedy wiedziałem, że przebiję naciąg już w pierwszej piosence.

Jak dużym wyzwaniem dla ciebie jest sytuacja, gdy przylatujesz na występ i okazuje się, że musisz grać na kompletnie innym sprzęcie niż zwykle?

Jeżdżąc ze Slashem mamy najlepszych z najlepszych, dlatego mam swoje własne bębny, dwa zestawy, więc mam zapas. Z Genem polegamy na firmach backline’owych – prosimy o DW, ale zdarza się, że ich po prostu nie mają. Bywają momenty, że gramy na festiwalu dla 30 tysięcy ludzi, a zestaw perkusyjny, który tam zastaję, nie ma nic wspólnego z moją specyfikacją. Przywykłem do jednego tomu i dwóch floorów, ale zmieniłem to na okoliczność wyjazdów z Genem – poszedłem po prostu w trzy tomy. Z własnymi blaszkami również nie latam. Potrafię w kryzysowych sytuacjach dostosować się do tego, co jest akurat dostępne. Wychowałem się grając w klubach i barach, myślę, że to pomogło mi nie oczekiwać cudów i trzymać się prostych rozwiązań sprzętowych. Mogę spokojnie zagrać nawet na najgorszym szmelcu – takie jest moje podejście. Ta niepewność, która pojawia się, gdy zaczynam się zastanawiać, co dostanę tym razem, sprawia, że jest to ekscytujące. Czasami stopka wygląda jakby przeszła przez piekło, ale wtedy trzeba sobie powiedzieć: „Cóż, właśnie to dzisiaj dostałem i muszę zrobić tak, żeby to zadziałało”.

Twój najgorszy koszmar, jaki przydarzył ci się na scenie?

Rozwaliłem kiedyś naciągi centrali w pierwszej piosence koncertu, a techniczny przez resztę występu starał się je posklejać. Wybiłem też dolny naciąg werbla w trakcie programu telewizyjnego. Jeżeli coś takiego ma się wydarzyć, to właśnie mnie.

Materiał przygotowali: Salemia, Rich Chamberlin
Foto: Romana Makówka