Tomasz Stukan (Polmuz)

Dodano: 03.10.2019
Autor: Maciej Nowak

Marka perkusyjna, która jest częścią naszej polskiej perkusyjnej kultury. Chyba wszystkim perkusistom kojarzy się sentymentalnie, chociaż z jakością było – delikatnie mówiąc – mocno średnio.

Polmuz z pewnością hartował perkusistów, bo na podstawowym wyposażeniu technicznym musiały być kombinerki. Teraz marka wraca na rynek!

Odmieniona, zrywająca z dawnym standardem „jakości”, budowana przez ekipę trójmiejskiego sklepu DrumStore pod dowództwem Tomka Stukana, który podjął się ambitnej próby reaktywacji, chociaż pasuje tu bardziej hasło nowej odsłony. W ostatnich latach hasło powrotu marki Polmuz często było wykorzystywane przy okazji żartów na 1 kwietnia, teraz mamy do czynienia z pełnoprawnym powrotem w oparciu o uzyskane w Urzędzie Patentowym RP prawo ochronne na słowno-graficzny znak towarowy.

Sceptycyzm? U wielu z pewnością, nie ma co do tego wątpliwości. Sporo osób przygląda się nieśmiało w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Jest też grono osób, które zastanawia się, czy to wszystko nie jest jedynie marketingowym chwytem, mającym na celu przyciągnięcie uwagi polskich perkusistów? Oczywiście, że jest to bardzo istotne także w tym kontekście! Bądźmy poważni! Branża perkusyjna nie jest na tyle wystawna i zamożna, żeby pompować fundusze w jakieś projekty jedynie dla idei, szczególnie na polskim rynku. Nie oznacza to jednak, że od razu musimy mieć do czynienia z tanim chwytem i cwaniactwem.

Właśnie dlatego postanowiliśmy bezpośrednio porozmawiać z panem Tomkiem, celem ustalenia stanu całej sytuacji i wyjaśnienia ewentualnych niedomówień, tym bardziej, że przekaz poprzez media społecznościowe jest bardzo łatwy do zmanipulowania, czego chyba każdy kiedyś doświadczył. Czy także tu mamy tylko piękne obrazki i brak konkretów w postaci solidnych produktów? Czy może też to, co już jest oferowane pod szyldem nowego Polmuza to jedynie szybka prowizorka? Czy jest jakiś dalszy plan na rozwój marki, czy tylko chęć zrobienia szumu tanim kosztem?

Na to pytanie odpowie nam osobiście Tomasz Stukan, właściciel sklepu DrumStore oraz marki Polmuz. Biorąc pod uwagę fakt autoryzacji tekstu przez pana Tomka, są to deklaracje i słowa, których nie będzie mógł się wyprzeć!

Maciej Nowak: Zaczniemy od początku. Jak marka Polmuz trafiła w twoje ręce?

Tomasz Stukan: Dokładnie nie pamiętam tego konkretnego momentu, kiedy wpadł mi pomysł do głowy, żeby coś zrobić z Polmuzem. To była chyba jakaś rozmowa po prostu o starych bębnach, o vintage’owym sprzęcie, ogólnie z naszymi klientami, o markach w sklepie. Ktoś wspominał, że fajnie by było odgrzać temat Polmuza. Weszliśmy w rejestr znaków towarowych, by zorientować się, kto w ogóle posiada prawo ochronne do tej marki, tak z ciekawości. Okazało się, że był to ktoś z Piotrkowa, pomyślałem więc, że zadzwonię do niego i zapytam, po co w ogóle mu to jest, skoro w sumie nic z tym nie robi. Powiedział, że kiedyś chciał, ale nie miał czasu i w sumie chętnie by sprzedał, ale rzucił jakąś zaporową cenę. Z racji tego, że jestem skrupulatny, zapisałem sobie w kalendarzyku, żeby za rok do niego zadzwonić i się przypomnieć, bo może mu się odwidzi. Zadzwoniłem do niego po roku i faktycznie powiedział, że w sumie nie chce blokować tego znaku, więc jak coś chcę z nim zrobić to on przygotuje odpowiednią cenę i mi sprzeda. Umówiliśmy się, przygotowaliśmy wszystkie papiery, zgłosiłem to do Urzędu Patentowego i w ten sposób DrumStore stał się właścicielem tego znaku towarowego. Chciałbym tu jednak uprzedzić, że jesteśmy właścicielem znaku, a nie rozwiązań graficznych i technicznych, które Polmuz miał, stąd też nie możemy się do nich w żaden sposób odnosić i z nimi kojarzyć.

To dość istotne. Sentyment dla wielu, ale też w pamięci fatalna jakość. A tobie z czym kojarzy się nazwa Polmuz?

Kojarzy mi się z moimi pierwszymi bębnami, które wykopałem w piwnicy u siebie w kamienicy. Mój kuzyn kiedyś na nich grał, był to rok chyba 1996 i wyszło jakoś właśnie, że są u ciotki bębny Polmuza. Z kolegami wyjęliśmy je i okazało się, że są to kompletne bębny, a był to wtedy prawdziwy ewenement, żeby mieć cały zestaw w tym samym kolorze, były nawet talerze do tego i jedynie co, to trzeba było wymienić naciągi. Na tamten czas to było totalne łał! Cała dzielnica przychodziła do mnie zobaczyć perkusję, co to jest. Internet nie był wtedy taki, jak teraz, szczególnie w tamtych czasach w Polsce. Można było pomacać coś, co się widziało jedynie na scenie, dlatego Polmuz kojarzy mi się z czymś ekscytującym, z początkami gry na perkusji, z czymś takim szczerze fajnym. Oczywiście brzmieniowo te bębny były straszne, ale dla nas to nie miało wtedy żadnego znaczenia, bo my nic lepszego nie znaliśmy. Co ciekawe, gdyby nie było tego Polmuza to by nie było w ogóle DrumStore! Nie zacząłbym tego tematu, bo nie miałbym styczności z bębnami, a prawdopodobnie na perkusję Amati nie byłoby stać mojego kuzyna, bo były to bębny droższe. Dlatego właśnie Polmuz. Ciekawa historia, bo to moja mama pożyczyła pieniądze kuzynowi na zakup tych bębnów, a on ją spłacał poprzez... lekcje pianina, których mi udzielał! Dlatego nauczyłem się grać na fortepianie, sytuacja typu „win-win” (śmiech).

Po uzyskaniu prawa ochronnego trzeba było się zająć tematem. No i?

To wynika z tej mojej pasji do bębnów, ale też trochę z mojego wykształcenia, ponieważ jestem inżynierem architektem. Mogę wreszcie wykorzystać te swoje teoretyczne umiejętności i połączyć je z muzyką, wykorzystać to wszystko i zrobić coś fajnego. Pomyślałem; „No kurde, w końcu mogę trochę posiedzieć w CADzie, mogę coś porysować, coś w 3D porobić i zaprojektować swoje bębny.” To jest trochę urzeczywistnienie moich marzeń, że mogę się wyżyć jako projektant, jako artysta, zrobić coś nowego, coś świeżego, a przy okazji może odróżnić się trochę od wszystkich dookoła, zacząć sprzedawać swoją markę, a nie tylko kupować w hurtowaniach inne instrumenty i nimi się zajmować.

Nie ma co ukrywać, że posiadanie marki Polmuz jest istotnym elementem marketingowym dla całego sklepu.

Tak. Moglibyśmy stworzyć od początku jakąś markę, ale byłoby to znacznie trudniejsze, bo nikt by jej nie znał i trwałoby to znacznie dłużej. W tym momencie muszę przede wszystkim zerwać z tą jakością, jaka kojarzy się z Polmuzem i ciężka praca przed nami, żeby zbudować dobrą opinię tych bębnów. Dlatego też zaprojektowaliśmy zupełnie nowe logo, a to też jest ciekawa historia. Sam chciałem to zrobić i przez miesiąc siedziałem i sobie dłubałem, i w ogóle nic mi nie wychodziło. Wszystkie logo, jakie zrobiłem, były straszne. W końcu zdecydowałem się dać to do profesjonalnej projektantki logotypów. Jak zobaczyłem ten rozchwiany napis z tym podkreśleniem to pomyślałem; „To jest to!”. Cieszyłem się, że trochę też zerwałem z tym polskim zwyczajem, że wszystko najlepiej jest zrobić samemu i postanowiłem dać ten temat do profesjonalisty. Jest tu więc wiele elementów, gdzie się radzimy i zamawiamy w różnych miejscach, bo człowiek nie jest w stanie znać się na wszystkim.

Droga powstawania nowych instrumentów Polmuz jest stopniowa, nie od razu oferujecie bębny. Na początek mamy cajon, którego w sumie Polmuz nie miał nigdy.

Trochę to się stało mimochodem, bo bębny to dość skomplikowany instrument, w sumie jest to zestaw, składający się z kilku instrumentów. Zaprojektowanie tego od nowa wiąże się z wieloma ustaleniami i z czasem, jaki trzeba poświęcić. Cajon jest zdecydowanie prostszym instrumentem i łatwiej było je wypuścić jako taki przedsmak. I to nie było tak, że poszedłem razem z moim tatą do garażu, wzięliśmy kawałek sklejki i zaczęliśmy ją wyginać (śmiech), bo prawdopodobnie nic dobrego by z tego nie wyszło. Jako dystrybutor mam dobry kontakt z hiszpańską firmą J. Leiva i poprosiłem ich, żeby pomogli mi zaprojektować taki cajon. Mieliśmy oczywiście wytyczne, że musi być czerwony, musi mieć logo i być w cenie dostępnej dla klienta, bo naszym przesłaniem jest, żeby to były instrumenty dobrej jakości, ale w cenie dostępnej dla normalnego człowieka. Uważam, że bardzo się postarali i z tych naszych wytycznych zrobili coś naprawdę fajnego, co się wyróżnia i chyba też podoba. Cajon ma system strojenia strun, który naprawdę działa, bo jest wiele patentów na strojenie strun cajonów i większość jest, no, do d… Ten akurat bardzo dobrze działa!

Chcę jednak dać szansę polskim producentom i dosłownie wczoraj dostałem prototyp cajona od Andrzeja z AW Cajon czyli polski produkt, również bardzo fajny. Testujemy go tutaj. Jest troszeczkę inny od reszty AW Cajon, ponieważ zaprojektowany jest specjalnie dla Polmuza. Chcieliśmy, żeby był nieco tańszy od regularnych cajonów AW. Na razie jest to prototyp, ale wygląda na to, że to też będzie fajne cacko, ponieważ J. Leiva jest strunowy, przeznaczony typowo dla cajonistów, natomiast AW Cajon jest ze sprężynami i jest przeznaczony bardziej dla perkusistów, którzy chcą też trochę pograć na cajonie.

Fajnie, że nie idziecie na łatwiznę.

Dlatego też na forach internetowych mocno się reklamujemy, bo pojawiają się takie głosy typu: „O, kupiliście na Alibabie i nakleiliście swoją naklejkę.” No zupełnie tak nie jest. Nie ma to nic wspólnego z prawdą. Wydaje mi się jednak, że ludzie nie do końca mają pojęcie, ile to trzeba zachodu, żeby zorganizować całą logistykę i dostępność instrumentów, żeby były skrojone fajnie brzmieniowo i cenowo. To naprawdę jest dla nas bardzo duże wyzwanie. Z jednej strony DrumStore musi być prowadzony na wysokim poziomie, a z drugiej strony poświęcamy też czas Polmuzowi. Nie ma nudy!

Kolejny etap to talerze. Mamy już je dostępne. Nie są to blachy z warszawskiej walcowni, tylko z kolebki produkcji blach, czyli Turcji, zgadza się?

Dokładnie. Tu też się śmiejemy, bo część ludzi uważa, że powinniśmy to zrobić w Hucie Katowice i wykuć je młotkiem (śmiech), ale niestety nic by z tego nie wyszło. Porównując się do Turcji, która robi blachy od kilkuset lat, nie mamy zielonego pojęcia o produkcji talerzy. Nie ma co się w ogóle rzucać i próbować robić, bo musielibyśmy mieć fabrykę, która będzie produkować na cały świat, chociaż mam nadzieję, że może kiedyś tak będzie… ale na tym etapie, jako, że dystrybuujemy również talerze Turkish, wolałem zlecić to zadanie fachowcom, oczywiście z naszymi zmianami i wytycznymi.

Miałem taką ciekawą sytuację tutaj u nas w sklepie, bo wiele różnych osób do nas przychodzi. Przyszedł profesor z naszej Akademii, tu w Gdańsku, Tomek Sowiński i mówi do mnie: „Tomek, ale jakby te blachy były tak mocno kute, to brzmienie byłoby lepsze, bo słucham dużo talerzy i dobrze by było jakby tu mocnej kuli.” Posłuchałem i postanowiliśmy spróbować, człowiek zna się na rzeczy. Poprosiłem więc, by producent zmienił te talerze, które normalnie produkują i wprowadzili dodatkowe kucie od góry, ale jednocześnie też pocienili na krawędzi w stosunku do tego, co robią normalnie. Tym samym powstał inny talerz, który kosztuje jednak tyle samo, bo dodatkowe zabiegi nie są jakoś specjalnie czasochłonne, bo przecież tak czy siak Turek je kuje. Talerz stał się ciemniejszy i bardziej piaszczysty. Są przeznaczone raczej do lżejszego grania, a nie do „łojenia”, ale spokojnie, talerze do łojenia też będą (śmiech). Stopniowo. Nie chcę po prostu wziąć i zamówić talerzy z Turcji i nakleić swoje naklejki. Chcę, by czymś się wyróżniały, tak jak robi to dobrze znana wszystkim firma Meinl, która projektuje swoje talerze, ale wykonuje je w Turcji ze świetnym efektem.

Wreszcie bębny… Tu także musimy czekać, bo jest to bardziej skomplikowany proces.

Tak, jeżeli chodzi o bębny, to zostałem polecony pewnej fabryce na Tajwanie, która ma odpowiednią technologię i jest w stanie wykonać bębny według naszego projektu, ponieważ tu też chcemy, by zestaw był w pełni według naszego pomysłu. Nie jest to proste, bo cały czas pojawiają się jakieś pytania i wciąż wprowadzane są zmiany. Konstrukcja takiego zestawu od podstaw nie jest łatwa, bo np. ile ma być śrubek, jakich, w jakim miejscu, a płytkę na logo jak będziemy dawać to czy się nie wygnie, czy nie będzie odstawała, czy nie będzie rezonowała. Co chwilę jakieś robienie prototypu na drukarce 3D i sprawdzanie, jak to będzie wyglądało. Dopieszczenie każdego szczegółu i pełen profesjonalizm, bo tego zwykłego logotypu muszę zamówić od razu dwa tysiące sztuk, więc jak już zamówię, to niech będzie zaje*iste! A nie, że za chwilę trzeba będzie zamawiać kolejne i tracić pieniądze.

No właśnie, kasa, jak się to będzie prezentowało cenowo w kwestii bębnów?

Bardzo dobrze. Taki zestaw z dobrej półki będzie w cenie pewnie od 3,5 tysiąca do 6 tysięcy – w zależności, z jakiego drewna będzie zbudowany, oczywiście także w zależności od rozmiaru bębnów. Również stawiamy na czaderskie wykończenia, więc nie będzie żadnego nudnego wykończenia w Polmuzie. To jest zakazane! Będą wszystkie odjazdowe brokaty, paski, inlay’e itd. Ma być czadzik! Może rozczaruje tu „true metali”, ale nie będzie czarnego zestawu (śmiech). Ale nie będzie też bębnów w kolorze meblościanki, no chyba, że ktoś sobie zamówi tego typu zestaw, ale w tym momencie stawiamy na taki totalny odjazd. Pomaga mi trochę ta wiedza, którą zdobyłem na architekturze, chociażby w doborze kompozycji kolorów, więc nie będzie to kiczowate. To jest też istotne.

Ze szczegółów mogę już zdradzić, że wybraliśmy klasyczne „tube lugi”, oczywiście nieintegrujące zawieszenie, a na froncie centrali będzie naciąg Fiberskyn, czyli kojarzący się z wysokimi seriami. Jeżeli chodzi o hardware na razie sprawdzam możliwości fabryki. Mieliśmy już podejście do stopy, do footboardu. Był konkurs w internecie „Zaprojektuj swój footboard”. Teraz to wszystko będziemy zbierać i robić głosowanie wśród perkusistów. Jest to jednak kolejny etap i póki co skupiamy się na bębnach, korpusach itd. Później przejdziemy do osprzętu i hardware, dostanę prototypy, zobaczę, jak to wygląda jakościowo i co potrafią zrobić. To długi proces. W planie są też bębenki budżetowe, takie za 2,5 tysiąca ze wszystkim, ale to dopiero muzyka przyszłości. Jak już będą te pierwsze oficjalne bębny, to planujemy zrobić wernisaż i zrobić serię koncertów i pokazów kilku zaprzyjaźnionych zespołów z bębnami Polmuza w roli głównej. Klienci i zainteresowani będą mogli przyjść i zobaczyć.

My się na pewno stawimy. O czymś zapomnieliśmy?

Tak, apel do perkusistów, żeby pomogli nam w dźwiganiu tej, co by nie mówić, polskiej marki, która jest kawałkiem naszej wspólnej historii i wzięli pod uwagę zakup bębnów Polmuza, jeśli coś akurat mają zamiar kupić. Wydaje mi się, że ważne jest, by nawet ten podatek, jaki odprowadzamy przy zakupie, pozostawał u nas, a nie szedł do kolejnej zagranicznej firmy.

Rozmawiał: Maciej Nowak

A już zupełnie na koniec informacja, że… za chwilę pojawią się – również wyprodukowane przez polskich lutników – werble pod szyldem Polmuz!