Shannon Larkin (Godsmack)

Dodano: 14.11.2019
Autor: Przemek Łucyan

O przebojowości nowej płyty, graniu ze złamanym obojczykiem, przestrzennych beat’ach oraz najlepszym na świecie siedzisku dla bębniarzy opowiedział mi niezwykle sympatyczny gaduła, jakim okazał się być Shannon Larkin.

Przemek Łucyan: Witaj, świetnie was widzieć ponownie w Polsce. Śledzę wasze social media i chyba śmiało można powiedzieć, że trasa jest sukcesem?

Shannon Larkin: Zdecydowanie! Jak do tej pory szczerze mogę przyznać, że nie było złego koncertu! Za każdym razem publiczność jest naprawdę aktywna, energiczna, doskonale reaguje na nowe utwory. A to też dla nas bardzo ważne. Jesteśmy szczęśliwi będąc tu, gdzie jesteśmy jako zespół.

Nowy album When Legends Rise jest dla mnie niezwykle przebojowy, przyjazny radiowo, bardzo wpadający w ucho, ale nadal trzymający rockowy poziom. Czy ta przebojowość i piosenkowość była waszym celem?

Wydajemy płyty mniej więcej co cztery lata, to sporo czasu. To, o czym mówisz, nie było specjalnie planowane, ale po prostu się wydarzyło, jak zaczęliśmy pracę nad płytą. Pisanie i nagranie płyty zajmuje nam zazwyczaj około roku. Potem przez dwa lata jesteśmy w trasie, a kolejny rok mamy od siebie wolne, co jest prawdziwym błogosławieństwem. Może to brzmi zaskakująco, ale takie podejście utrzymało ten zespół razem przez ponad dwadzieścia lat. Odstępy czasu mają również wpływ na to, że każdy kolejny album jest nieco inny niż poprzednie. Mamy lidera, który ma wyraźną i silną wizję tego, czym jest i ma być Godsmack. To on stworzył ten zespół. On nas do niego zaprosił, więc w naturalny sposób podążamy za jego wizją. Tak więc, gdy za każdym razem przynosi nową wizję brzmienia płyty, proponuje nowego producenta, jesteśmy otwarci na to, co chce osiągnąć.

Siedemnaście lat temu, przy Faceless, pracowaliśmy z Davidem Bottrillem, znanym ze współpracy z Tool, ale też Peterem Gabrielem. Tymczasem uzyskaliśmy bardzo metalowe, ciężkie brzmienie. Z kolei cztery lata później Sully przyszedł do nas z ideą zrobienia bardziej bluesowej muzyki. Zaprosiliśmy do współpracy Andy’ego Johnsa, który ma na koncie The Rolling Stones czy Led Zeppelin. Przy najnowszej płycie Sully powiedział, że chce zrobić materiał wspólnie z innymi kompozytorami. Chciał czegoś nowego. Wiesz, wszyscy jesteśmy około pięćdziesiątki, gramy trasy i większość zespołów, które spotykamy, jest od nas o połowę młodsza. Heavy metal czy hard rock, jaki gramy, to bardzo fizyczna muzyka. Nie chcemy, a w szczególności ja jako perkusista, być panami w starszym wieku, udającymi na scenie, że nadal mają po dwadzieścia lat. To nie byłoby szczere, ani w stosunku do fanów, ani nas samych.

Tak więc bez względu na to, jak zaskakujące było dla nas, że Sully chce pracować z innymi kompozytorami, było dla całego zespołu jasne, że mamy swoje schematy pisania muzyki i jeśli chcemy prawdziwej zmiany, to będziemy musieli spróbować czegoś nowego. Pokazał nam Bulletproof, przygotowany z Erikiem Ronem, który został również producentem albumu. Do tego były When Legends Rise, Take It To The Edge i coś jeszcze. Punktem wyjścia były demówki czterech utworów, które miały nam wskazać nowy kierunek. To, co nas przekonało – to, że pomimo komercyjnego potencjału, te numery cały czas miały w sobie ciężkość rockowego zespołu, tyle, że otoczoną dużą dawką melodii i wpadającymi w ucho refrenami. Demówki były nagrane tylko jako szkielety, z automatem perkusyjnym itd. Sully powiedział nam: „Słuchajcie, to są wstępne kompozycje, sprawmy zespołowo, by stały się nasze, nadajmy im charakter muzyków Godsmack.”

foto: Robert Wilk

Trudno było wyjść z zamkniętego koła zespołu i wpuścić do procesu twórczego obce osoby?

Przyznaję, że było trudno. Ale to, co również pomogło mi się do tego przekonać, to fakt, że wielu moich największych idoli również tak robiło. Chociażby Aerosmith. Ich brzmienie stało się dzięki temu doroślejsze. Pierwsze pięć płyt było esencją ich naturalnego brzmienia. A potem otworzyli się na nowe dźwięki i nowe możliwości. Nie jestem już dwudziestolatkiem i to ma dla mnie sens. To jest nieco rywalizacyjna muzyka. Chcesz wychodzić na scenę i dawać naprawdę czadu. Ale nie będziemy udawać, że jesteśmy wku*wionymi młokosami, którymi już nie jesteśmy. To byłoby sztuczne, a nasi fani zawsze mogli być pewni, że to, co robimy, jest prawdziwe i szczere. Dlatego też nigdy nie było planu, aby ukrywać fakt, że współpracujemy z zewnętrznymi kompozytorami, że chcemy stworzyć piosenki, które być może będą mogły trafić do szerszego grona odbiorców. Być może zaistniejemy na większa skalę poza Ameryką, gdzie akurat nasze cięższe płyty zyskały doskonałe przyjęcie.

Dziś mogę powiedzieć, że nowy materiał sprawdza się bardzo dobrze. Chociażby w Niemczech. Nigdy nie byliśmy tam specjalnie popularni. To dla nas trochę zabawne, bo Niemcy wydają się krajem, w którym ludzie uwielbiają metal. Tymczasem nagle, dopiero, gdy wydaliśmy When Legends Rise, jesteśmy hitem w Niemczech. Gramy tam więcej koncertów, w większych obiektach, jest dużo lepiej. I podobnie jest w innych krajach. Bardzo przyjemnie czuć, że po dwudziestu jeden latach istnienia nadal jesteśmy w stanie osiągać nowe rzeczy. Po tylu latach i płytach możesz mi wierzyć, że jedyne, czego chcemy, to tworzyć muzykę, która sprawia radość nam i naszym fanom. Muzykę, pod którą możemy się śmiało podpisać. Ale to, że mamy z tego radość jest również wynikiem tego, że próbujemy nowych rzeczy i nie nagrywamy na okrągło jednej i tej samej płyty.

To bardzo ciekawe, co mówisz. Gdy ponad dwadzieścia lat temu Metallica wydała Load, a Megadeth Risk, fani byli tak zszokowani, że wielu przekreśliło te zespoły, traktowało to jak zdradę. Dziś mam wrażenie, że fani mocnej muzyki są już dużo bardziej wyluzowani i otwarci na eksperymenty.

To bardzo dobry przykład. Metallica w okresie Load i Reload. Doszli do momentu, gdzie mieli już na koncie pięć płyt i rzesze oddanych fanów na całym świecie, ale też byli już o piętnaście lat starsi niż gdy zakładali zespół i potrzebowali zmiany. Z drugiej strony Metallica różni się w znaczny sposób od nas. Ja mogę powiedzieć, że nie będę grał Straight Out Of Light mając sześćdziesiąt lat i od razu staje mi przed oczami Mick Jagger, zapewniający, że nie będzie śpiewał Satisfaction w wieku sześćdziesięciu lat. A teraz ma siedemdziesiąt pięć i nadal to robi. Tylko, że ani Stonesi, ani my, nie mamy takich numerów jak Metallica. Oni będą musieli grać Battery, mając sześćdziesiąt pięć lat na karku, bo są całkowicie kultowym zespołem. Ich pierwsze płyty zdefiniowały muzycznie całe pokolenia. My nie stworzyliśmy nowego gatunku w muzyce. Oni stworzyli thrash. Gdy w 1981 roku ukazało się ich demo No Life Till Leather, nikt tak nie grał. Nikt nie łączył w taki sposób punkowej prędkości z ciężarem wziętym z new wave of british heavy metal. To też powoduje, że jeśli za dziesięć lat nadal będą thrashować na scenie, nie będą na to za starzy, nie będą udawać młodziaków. Oni są ponad tym, bo stworzyli coś całkowicie nowego w muzyce i to ich definiuje.

foto: Robert Wilk

Macie w zespole niecodzienną sytuację, ponieważ Sully jest również perkusistą. Czy to pomaga, czy czasami jest również przeszkodą? W którymś z wywiadów powiedziałeś, że w Another Animal po prostu grasz na luzie, bawisz się grą, podczas, gdy w Godsmack wszystko jest zaplanowane i ustalone z góry. Jak wygląda ta zależność między wami?

Podstawową przyczyną, dzięki której to działa, jest fakt, że poznaliśmy się z Sullym jakieś piętnaście lat przed moim dołączeniem do Godsmack. Był wtedy perkusistą i jeden z jego zespołów otwierał koncerty dla jednego z moich zespołów Wrathchild. Był chyba 1987 czy 88 rok. Poznaliśmy się na płaszczyźnie, na której to on był moim fanem, również jako perkusista i muzyk. Skumaliśmy się bardzo szybko, daliśmy sobie numery telefonów, po trasie pozostaliśmy w kontakcie i staliśmy się przyjaciółmi.

Większość ludzi nie wie, że gdy Godsmack powstawał w Bostonie, ja żyłem w Kalifornii, gdzie grałem z Ugly Kid Joe. Sully zadzwonił do mnie, abym dołączył do niego za bębnami. Pamiętam, że powiedział: „Cześć, stary, mam nowy zespół, nazywa się Godsmack i jestem teraz wokalistą! Wyprzedajemy każdy klub na Wschodnim Wybrzeżu, niebawem podpiszemy kontrakt z dużą wytwórnią i chciałbym, abyś był naszym perkusistą!”. Odpowiedziałem, że nie mogę, bo właśnie podpisałem umowę z wydawcą z moim zespołem Amen, który powstał, gdy odszedłem od UKJ. Byliśmy punkowym zespołem i podpisaliśmy kontrakt z Roadrunner Records. Było to zaledwie dwa tygodnie przed tym, jak Sully do mnie zadzwonił. Pamiętajmy, że nie tylko mieliśmy już całkiem niezłą pozycję z Amen, ale też nie miałem bladego pojęcia, jaką muzykę ma grać Godsmack. Przeprosiłem, Sully zrozumiał, życzyliśmy sobie powodzenia i każdy poszedł swoją drogą.

Rok później Godsmack wydał pierwszy album i sprzedał ponad pięć milionów sztuk! Podczas, gdy pierwszej płyty Amen sprzedaliśmy pięćset sztuk... Usiadłem i pomyślałem, cóż, może to po prostu nie mój czas, może nie jest mi dane odnieść sukcesu w muzyce po tym, jak próbuję dwadzieścia lat. Kilka zespołów, trasy, ciągła walka z materią. Podsumowując – Amen wydał dwie płyty, Godsmack wydał dwie płyty. Oni sprzedawali miliony, a my przestawaliśmy się liczyć. Urodziło mi się pierwsze dziecko i postanowiłem opuścić Amen. To był prawdziwie punkowy zespół. Kocham grać agresywną muzykę, ale bycie w punkowym zespole, w którym wokalista na każdym koncercie rozwalał co się dało na scenie przestało być dla mnie naturalne. Zostałem ojcem i nie czułem się już punkowcem. Punk to bardzo prawdziwa muzyka, nie możesz być pozerem i grać punk rocka! Dlatego odszedłem. I nie uwierzysz – dwa tygodnie później zadzwonił telefon, to był Sully, który oznajmił, że podziękowali Tommy’emu, ich pierwszemu perkusiście i chcą mnie w zespole. Nie było żadnych przesłuchań, od razu dołączyłem do Godsmack.

Cała nasza wspólna przeszłość oplata się wokół twojego pytania. To dzięki niej, ja i Sully nie miewamy konfliktów, jeśli chodzi o partie bębnów. Był fanem mojego stylu gry od samego początku i nawet, gdy układa bębny beze mnie, robi to w sposób, w który ja i tak bym je zagrał. Mamy takie samo wyczucie gry i obaj jesteśmy gitarowymi perkusistami. Przyjęło się, że perkusja tworzy sekcję z basem. Dla mnie w muzyce rockowej, a już w szczególności metalowej, perkusja zawsze powinna iść z gitarą. Bez wątpienia miałem wpływ na ukształtowanie się jego stylu gry jako perkusisty, tak więc, gdy wreszcie dołączyłem do zespołu, to na tym polu nigdy nie było sporów. Natomiast mam poczucie, że na nowej płycie odeszliśmy trochę od tego naszego charakterystycznego sposobu komponowania, również, jeśli chodzi o partie bębnów. Co nie zmienia faktu, że bębny, które zaprogramował Sully wraz z producentami pisząc te numery, były i tak takie, jakie sam bym do tego ułożył. Poza tym zawsze mam wolność w kwestii wszelkich wypełniaczy, dzięki którym dodaję własnego charakteru.

foto: Paris Visone

Z tego co mówisz, można wysnuć wniosek, że jeden ze znaków rozpoznawczych Godsmack, czyli bardzo rytmiczne, rwane partie gitar z bębnami, brzmiące trochę jak alfabet Morse’a były zainspirowane przez ciebie, na długo zanim dołączyłeś do zespołu.

Dokładnie tak. Zawsze bardzo ceniłem sobie charakterystycznych bębniarzy. Jak Bonham, czy Neil Peart z Rush. Gdy oni zaczynali grać, to wiedziałeś z zamkniętymi oczami, że to oni. Osiągnięcie tego jest niewyobrażalnie trudną sztuką. Dlatego jedną z najważniejszych rzeczy, jakie wniosłem do Godsmack, nawet jeszcze w postaci mojego wpływu na Sullego, było pokazanie w piosence Whatever, która okazała się pierwszym hitem grupy, specyficznej zagrywki w refrenie, polegającej na przełamywaniu hi-hatu, werbla i chiny. Przy okazji chyba niewiele osób wie, że Sully nagrał bębny na dwie pierwsze płyty Godsmack. Tommy zagrał może w dwóch numerach. Jestem dumny z tej zagrywki i na nowej płycie też się ona pojawia.

Tak więc podsumowując, jeśli chodzi o bębny, zawsze byliśmy z Sullym zgodni. Najwięcej spięć między nami przypadło na okres, kiedy dużo piliśmy i balowaliśmy. Używki, brak snu, zmęczenie powodują, że nie panujesz nad emocjami, odbierasz wszystko bardzo personalnie. A potem się okazuje, że prowadzisz wojny o jakieś całkowite głupoty. Na koniec dnia to tylko muzyka. To ma być przyjemność, radość, która sprawi, że stworzysz najlepszą piosenkę, na jaką cię stać. Od kiedy wytrzeźwieliśmy, a ja jestem trzeźwy od trzech i pół roku, większość tych problemów zniknęła. Nauczyłem się panować nad swoim ego w trakcie komponowania muzyki. To jedna z najcenniejszych rad, jakie mogę dać perkusistom – nie odbierajcie wszystkiego personalnie. Każdy w zespole ma swoją opinię i czasem jednak to twórca piosenki powinien mieć finalne zdanie, ponieważ to w jego umyśle powstała dana wizja.

Jest wielu niesamowitych perkusistów, ale bardzo niewielu, których ogląda się równie dobrze, co słucha. Ty grasz bardzo widowiskowo.

Zaczynałem grać na perkusji w połowie lat siedemdziesiątych. Miałem jakieś siedem, osiem lat, jak usłyszałem Rush, w którym się zakochałem. Poszedłem wtedy do siostry, która mi ich podrzuciła, powiedziałem, że wszystko inne, czego słuchałem, to gówno i żeby pokazała mi, co jeszcze ma w kolekcji. Dostałem wtedy Led Zeppelin II. Słuchając tej płyty powiedziałem sobie – chcę być perkusistą! Moi rodzice kochali muzykę, w domu miałem dostęp do wielu płyt, The Beatles, klasycznego rocka, Rockabilly, czy nawet wczesny heavy metal jak Judas Priest, który bardzo lubiła moja mama. Był też zespół, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, który mało kto pamięta, a mianowicie Sly And The Family Stone. Od ich perkusisty, którego imienia nie umiem przywołać, nauczyłem się, jak powinno się grać na bębnach (Greg Errico – przyp. aut.). Funk, blues, rock, metal – chciałem wszystkiego!

W wieku dwunastu lat poszedłem na swój pierwszy koncert, nigdy tego nie zapomnę, było to The Shoes, które potem stało się The Kicks. Nie tylko ich perkusista, ale każdy kolejny, którego zobaczyłem na żywo na kolejnych koncertach, nawet, jeśli było to AC/ DC, po prostu siedział za bębnami, w skupieniu z intensywnością odgrywając swoje partie. Ale to tyle, nie było w tym żadnego show... Show robili zawsze muzycy z przodu. Bon Scott, Angus Young, Jimmy Page, Robert Plant – zawsze to wokaliści i gitarzyści skupiali na sobie uwagę publiczności. Nawet, jeśli mieli za plecami najlepszego perkusistę na świecie, to był on za nimi prawie niewidoczny. Widząc to, jako dwunastolatek, poczułem, że nie chcę być schowany, chcę być jak Angus Young, tylko, że na perkusji! Jest stare powiedzenie wśród perkusistów, że perkusista powinien być słyszalny, a nie widoczny... Całkowicie się z tym nie zgadzam! Chciałem być widoczny, chciałem, by ludzie z przyjemnością nie tylko mnie słuchali, ale i oglądali!

Pomógł mi w tym, co pewnie cię zaskoczy – wypadek. Miałem trzynaście lat i starałem się już machać głową za bębnami jak Angus Young, czego nie widziałem u żadnego innego perkusisty, ale na tym mój repertuar tricków się kończył. Pewnego razu grałem w koszykówkę, jakiś dzieciak wskoczył mi na plecy i złamał mi obojczyk. W latach siedemdziesiątych, jak miałeś złamany obojczyk, to wsadzali cię w gips i tak moje lewe ramię było unieruchomione w sposób, w którym miałem dłoń mniej więcej pośrodku klatki piersiowej. Musiałem to nosić przez pięć tygodni. Dłoń miałem przy klatce piersiowej, ale nadgarstek nadal był wolny i sprawny. Zapytałem lekarza, czy mogę ruszać nadgarstkiem i powiedział, że ok. Tak więc podniosłem werbel bardzo wysoko i obniżyłem hi-hat bardzo nisko. W ten sposób moja lewa ręka była ponad prawą ręką. Tradycyjnie, jeśli jesteś praworęczny, twoja prawa ręka gra na hi-hat, będąc ponad lewą ręką, która uderza w werbel. Odwrócenie tego umożliwiło mi granie pomimo założonego gipsu. Gdy zdjęli mi tą skorupę, obniżyłem werbel i podniosłem hi-hat, ale przez te pięć tygodni nabrałem takiej wprawy w odwrotnym układzie, że obecnie czuję się równie komfortowo w obu wariantach.

Okazało się, że łączenie tych ruchów na przemian i podnoszenie wysoko lewej ręki wygląda bardzo widowiskowo i tak powstał jeden z charakterystycznych elementów mojej gry. I to wszystko dzięki połamanej kości i zamianie rąk (śmiech). Gdy koledzy z zespołu to zobaczyli, powiedzieli WOW, tak więc zacząłem dodawać kolejne elementy. Robiąc podobny myk na crashu wykonuję ruch podobny do pływania w wodzie. Koledzy nazwali to the swimmer (śmiech). Teraz w zespole mamy pakiet nazw moich ruchów za bębnami i jak pracujemy nad nowymi numerami mówimy przykładowo, że o tu będzie pasował the swimmer (śmiech). W ten sposób odkryłem, że oprócz machania głową można wykonywać fajne ruchy również za bębnami i to przykuwa uwagę widzów, ale też podbija energię na scenie. Przede wszystkim jesteśmy muzykami, ale wchodząc do świata konsumpcji, stajemy się również showmanami, którzy mają zabawiać ludzi. I to staram się robić, dawać show, które ludzie będą pamiętać i z którego będą wychodzić zadowoleni.

foto: Paris Visone

Porozmawiajmy chwilę o twoim zestawie. Często zmieniasz sprzęt, szukasz nowych brzmień, czy jesteś raczej wierny jednej konfiguracji?

Jestem wkręcony w sprzęt. Zawsze byłem otwarty na próbowanie nowych rzeczy. Co płytę próbowałem innych bębnów. Mam Yamaha Recording Custom. Pamiętam, że gdy dołączyłem do Godsmack, dostałem umowę z Yamaha i dostałem od nich bębny. To było spełnienie marzenia, bo Yamaha robi niesamowite bębny, które jednak zawsze były bardzo drogie. Dostałem wtedy Absolute Custom, który zawsze chciałem i na nim nagrałem Faceless. Album IV nagrałem na połączonym zestawie Birch Oak. Dąb jest bardzo twardym drewnem, a przez to trudnym w obróbce. Wtedy firmy zaczynały eksperymentować z tym drewnem i Yamaha była jedną z pierwszych. Cztery lata później zamówiłem zestaw wykonany w całości z dębu – piękne bębny! Na nim nagrałem album Oracle. Miałem też zestaw Maple oraz Recording Custom. Ostatnie trzy albumy, w okresie dwunastu lat, nagrałem na dębowych bębnach. Brzmią dla mnie najlepiej i nic ich nie przebija.

Moje życie jako perkusisty zmieniło jednak coś zupełnie innego. W moim zestawie to nie był element, w który uderzam, tylko moje siedzisko! Jest coś takiego, jak Carmichael Throne. To jest koleś, który wynalazł i stworzył siedzenie, podzielone na dwie poduszki, pod prawy i pod lewy pośladek, a pomiędzy nimi jest kilkucentymetrowa przerwa. Pomysł wydaje się banalny, ale dzięki temu, gdy siedzisz i grasz, twoja kość ogonowa i kręgosłup poruszają się swobodnie. Wystarczył tydzień na trasie z tym siedzeniem, aby moje problemy z dolną partią pleców zniknęły! Mało kto o tym słyszał, a to jest wynalazek wart milion dolarów! Ten koleś powinien być bogaty, bo każdy perkusista na świecie powinien używać tego krzesła. Gdy się nad tym zastanowisz, podczas grania wywierasz ciągły nacisk na kość ogonową i kręgosłup. Grając codziennie, jeżdżąc w trasy, twój organizm zaczyna od tego cierpieć. Tymczasem wystarczyło wyciąć środkowy kawałek siedziska i dzięki temu twoje plecy są uwolnione! To naprawdę odmieniło moje życie!

Jesteście zespołem, który ma na koncie miliony sprzedanych płyt, setki koncertów i ponad dwie dekady na scenie, z czego większość w niezmienionym składzie. Jak utrzymujecie między sobą ogień, chęć do tworzenia i grania po tylu latach? Czy nadal widzisz przed sobą nowe cele, muzycznie, czy z perspektywy gry na bębnach?

To bardzo dobre pytanie. Ogień i chęć grania, o których mówisz, chyba po prostu muszą być w nas od urodzenia. Tego się nie da oszukać, nie da się udawać. Nawet, jeśli danego dnia źle się czuję, nie mam ochoty na granie, jestem zmęczony albo chory, coś się zmienia, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki intro. Nagle problemy znikają, jakby ktoś wcisnął we mnie jakiś guzik (śmiech). Może odbieram energię ze wszechświata, nie wiem, ale na całe szczęście to jest w nas i nigdy nas nie opuściło! Jeśli któregoś dnia wyjdę na scenę i tego uczucia już nie będzie, to będzie moment, w którym przestanę grać. Nie zamierzam być jednym z tych kolesi, którzy robią to tylko dla sławy i pieniędzy. Mam to szczęście, że już to wszystko mam. Mając pięćdziesiąt dwa lata na karku, możesz mi wierzyć, że robię to tylko właśnie dla tego uczucia, tego ognia i ekscytacji, która pojawia się w chwili wejścia na scenę. To powód, dla którego tu jestem!

Jeśli chodzi o drugie pytanie... Kocham klasyczny rock i blues. Chcę grać na perkusji do dnia swojej śmierci, ale wiem, że to nie będzie zawsze to, co gramy w Godsmack. Wspominaliśmy już dziś o tym. Nie umiem i nie zamierzam udawać, że mam nadal dwadzieścia lat. Mocna muzyka jest muzyką młodych. Również dlatego, że jest bardzo fizyczna, trochę jak sport. Michael Jordan miał czterdzieści lat, gdy zakończył karierę, a był jednym z najlepszych sportowców wszech czasów. Obaj wiemy, że czterdzieści lat to nie jest jeszcze starość i ma się przed sobą dużo życia, jednak w sporcie jesteś już reliktem. Tak więc, gdy dożyję momentu, kiedy poczuję się jak relikt, grając rock czy metal, wtedy przestanę. Jeśli Godsmack przestanie istnieć to właśnie dlatego, że wszyscy lub któryś z nas straci ogień. Gdy to się skończy chciałbym grać blues, który przecież jest podwaliną rocka i metalu.

Osiem lat temu Tony Rombola i ja zrobiliśmy bluesowy projekt The Apocalypse Blues Revue, który od tamtej pory cały czas funkcjonuje. Nagraliśmy kilka materiałów, mamy teraz nowego wokalistę i patrzymy na to, jak na naszą przyszłość jako muzyków. Grając blues nie musisz mieć werwy nastolatka i możesz się starzeć ze swoim instrumentem z godnością. Co nie znaczy, że dla mnie jako perkusisty, nie jest to wyzwanie. Granie tak wolnych utworów, mających tyle przestrzeni tak, aby trzymać tempo, trzymać groove i odpowiednio tę przestrzeń wypełnić jest dla mnie wyzwaniem. Przez kilkanaście lat praktycznie nie ćwiczyłem gry na bębnach. Byłem tak dużo w trasie i w studiu, że nie miałem takiej potrzeby. Chodziło o kreatywność i zespół, a nie rozwijanie się jako bębniarz. Blues jest inny dla perkusisty, chodzi o vibe, o nastrój, o puls, a nie o to, żeby ludzie machali głowami i skakali. To jest mój cel na przyszłość – pracować nad przestrzennymi beatami!

Dziękuję bardzo za rozmowę i wracajcie do nas częściej!

Bez wątpienia wrócimy! To ja dziękuję i nie przestawajcie grać na bębnach (śmiech)!

foto: Chris Bradshaw

Rozmawiał: Przemek Łucyan
Podziękowania: Michał Koch i Wojciech Kałuża, Metal Mind Production

Zdjęcia: Robert Wilk, Chris Bradshaw, Paris Visone