Jacek Nowak

Dodano: 28.11.2019
Autor: Maciej Nowak

„Jest już za późno! Nie jest za późno!” Tak się złożyło, że fragment tekstu delikatnego i lirycznego Starego Dobrego Małżeństwa pasuje idealnie do losów rockandrollowego muzyka, który gra teraz w zespole legendy polskiego heavy metalu, gdzie jest sporo ognia, magii i innych ciemnych obrzędów. Przedstawiamy obecnego bębniarza zespołu Kat & Roman Kostrzewski.

Jacek Nowak do tej pory znany był przede wszystkim ze współpracy z Virgin Snatch, wcześniej grał sporo z Markiem Piekarczykiem, gdy ten rozważał dopiero powrót do TSA. Miłośnik rockowego brzmienia, wielkich bębnów, o czym otwarcie mówi, jest jednocześnie człowiekiem bardzo skromnym, znającym doskonale swoje możliwości, a tym samym miejsce w perkusyjnym świecie. Ciężko znaleźć w sieci więcej materiałów na jego temat. Nie po drodze mu z technologią i jest jednym z tych muzyków, którzy zdążyli sobie wyrobić markę w czasach, gdy świat nie był tak mocno uzależniony od Internetu. Dowodem na to jest chociażby angaż, jaki uzyskał w zespole człowieka, który współtworzył polską scenę metalową. Takich ludzi jak Jacek się zapamiętuje i umieszcza w tych pozytywnych wspomnieniach, dzięki czemu później łatwiej o telefon w sprawie pracy.

Nasz gość zarejestrował partie bębnów na płytę Popiór już w zeszłym roku. W wyniku wewnętrznych, zespołowych tarć ostatecznie szeregi kapeli opuścił legendarny Irek Loth, współzałożyciel zespołu KAT. Irek tworzył wspólnie z Tomkiem Goehsem (wtedy w Turbo oraz Wilczy Pająk) polskie bębny metalowe i tym samym jego zasługi dla naszej sceny są ogromne.

Po rozstaniu pojawiło się dużo komentarzy, był żal, zniesmaczenie, ale też nadzieja. Nie da się też ukryć, że spore grono sympatyków potraktowało to jak fragment taniej telenoweli. Zespół Romana Kostrzewskiego i tak już jest jednym z dwóch, który uznaje się za spadkobiercę oryginalnego Kata lat 80. Długo by tu można o tym dywagować, faktem jest, że zmiana osoby na stanowisku, które nas tak bardzo interesuje, przebiegła dość płynnie i oficjalnie perkusistą kapeli jest teraz Jacek Nowak. Patrząc na jego grę jeszcze w Virgin Snatch aż trudno sobie wyobrazić, że mocne zespoły metalowe nie były przez niego najczęściej słuchane i uznaje je za inspirację do gry na bębnach.

Maciek Nowak: Jak to możliwe, że człowiek zakładający i grający przez lata w ostrym metalowym zespole Virgin Snatch nie znał twórczości KAT?

Jacek Nowak: To wynika z moich klasycznych zamiłowań Zeppelinów, Purpli i tego wszystkiego, co było w latach 60 i 70. Jakoś nigdy nie było mi po drodze z metalem poza kilkoma zespołami typu Metallica, Megadeth, Pantera czy Sepultura, która była maksem ostrości muzycznej, jaką mój organizm przyjmował. Nic poza tym. Polska twórczość generalnie jakoś mi nie pasowała, nigdy jej nie poznawałem. Acidów znałem tylko prywatnie, natomiast muzycznie jedynie kilka numerów, ale całych płyt nie. Tak samo było z Katem. Przypadkiem w 1992 roku pojawiłem się na ich koncercie, gdzie grali z Acidami i TSA. Kumpel mnie wyciągnął i to by było na tyle. Z twórczości poza Łzą i Taborami nic kompletnie mi nie mówiło. Tak to wyszło, tak czasami bywa.

Wchodząc teraz w twórczość Kata, jak ci się widzą partie bębnów, które wymyślił Irek Loth w tamtych czasach?

Zacząłem słuchać ich materiału od Bastarda. Bastard i Róże, dwie fajne płyty. Z każdym kolejnym przesłuchaniem byłem pod coraz większym wrażeniem podejścia do bębnów. Nie boję się nazwać tego poziomem światowym. Irek na Bastardzie i na Różach naprawdę świetnie zagrał. Fajnie się tych bębnów słucha, wydają się dosyć proste, ale jak siadasz i zaczynasz rozkminiać, to widzisz, że to współgra z gitarami, z tymi specyficznymi zagrywkami kombinowanymi. Tam nie ma przypadkowych dźwięków. To jest moje zdanie oczywiście, ale to są dwie płyty, gdzie chłopaki siedzieli i myśleli, nie pięć minut, ale naprawdę długo. Bębny są tam fantastyczne i nie mówię tego, żeby się komuś przypodobać, tylko mówię to jako człowiek, który dopiero poznał tę muzykę. Jest to kawał fajnego bębnienia.

Czujesz na sobie presję? Często w muzyce pojawiały się momenty, gdzie znany bębniarz musiał zostać przez kogoś zastąpiony. Eric Singer w Kiss, kolejni następcy Nicka Menzy w Megadeth, Mangini w Dream Theater…

Bałem się tego, cholernie się tego bałem. Było zaproszonych kilku chłopaków, którzy próbowali z zespołem. Jak dostałem tę propozycję i ostatecznie mnie wybrali to było jeszcze ok, ale jak dotarło do mnie, że robimy płytę i mam grać, że pojedziemy w trasę, to pojawiała się myśl, czy dam radę. Nawet nie od strony muzycznej, tylko tej, o której mówisz, bo przecież Irek to jest nasza legenda. No umówmy się, to jest legenda. Tak, jak Roman, oni są od początku. Roman mi mówił, żebym się nie przejmował, że dam radę, żebym robił swoje. Wiemy też, jak to jest, szczególnie u nas w Polsce, gdy się zmienia skład – pojawiają się teksty o zdradzie itp. Tego się najbardziej obawiałem, że nie zostanę po prostu zaakceptowany.

Tak czy siak, ktoś by to zrobił, jak nie ty, to ktoś inny.

Ktoś by to zrobił, to po pierwsze, a po drugie – to nie ja do nich przyszedłem i powiedziałem, że Irek jest do dupy, wywalcie go, bo ja gram lepiej. To tam się stworzyła jakaś sytuacja, której nie chcę drążyć, bo mimo, że mnie w jakimś stopniu dotyczy, to jestem tam nowy i nie chcę w to wchodzić. Zbyt dużo osób już w to weszło. Za dużo ludzi o tym gada, niepotrzebnie tak naprawdę. Świat widział większe zmiany niż Jacka Nowaka na miejscu Ireneusza Lotha.

Tak, oczywiście obawiałem się tego braku akceptacji, ale przyszła trasa marzec-kwiecień. Pierwszy koncert w Warszawie, w Progresji, wyszło super, świetna frekwencja, dużo gości, sporo kolegów, którzy poklepią cię po ramieniu, przybiją pionę. To jest miłe, ale to jest opinia mimo wszystko od kolegów. Po koncercie spotkaliśmy się z ludźmi, bo Romek nie ucieka od ludzi, jest wręcz odwrotnie, idzie mocno do ludzi. Podchodzili starzy fani Kata i mówili, że jest fajnie, że obawiali się, że coś będzie nie grało, ale jest coś nowego i jest dobrze, jest świeżość. Najważniejsza była dla mnie opinia właśnie tych starych fanów, tych oldskulowców, dość hermetyczna ekipa, dla której każda zmiana to ważne wydarzenie. Później pojawił się fanklub Kata, a to są już w ogóle ekstremiści i na ich opinii zależało mi najbardziej. No i dostałem bardzo miłe słowa. Nie chciałem obserwować Internetu i tych wszystkich wpisów, ale pokusiłem się. Nie chciałem, ale jednak ciągnie (śmiech) i powiem ci, nie spotkałem się z jakąś negatywną opinią, wrednym hejterskim wpisem na mój temat. Cieszy mnie to.

 

Na koncertach przyciągasz uwagę, chociażby dwiema centralami, które u nas wciąż nie są częstym widokiem.

Jestem wychowany na kapelach, gdzie efekt wizualny jest ważny. Titus kiedyś powiedział, że jak cię widzą, tak cię słyszą. Coś w tym jest. Nie wyobrażam sobie Inferno z Behemotha na jedną stopkę za zestawem studenckim. Jak to się mówi, w ubiorze jest dress code, tak samo w zespole metalowym muszą być duże bębny, tak myślę. Zawsze mi się to podobało i chciałbym tam coś u siebie powrzucać, ale to, co jest – jest ok. Kwestie wizualne będziemy chyba bardziej załatwiać światłami. Mam jeszcze jeden zestaw w zapasie, ale ogólnie może coś jeszcze dołożę…

To też kwestia współpracy z firmami.

Tak, współpracuję teraz z firmą Turkish poprzez wsparcie od Tomka z DrumStore. Załatwiane to było jeszcze, jak grałem w Virgin. Natomiast w kwestii bębnów nie mam żadnego układu, jestem wolny i otwarty, chociaż zawsze moim marzeniem było mieć Pearla, bo moim idolem był Ian Paice z Deep Purple i ten sprzęt, na jakim grał, jest dla mnie takim marzeniem młodości. Udało mi się taki zestaw kupić bez żadnych dealów czy układów, ale za fajną cenę. Jeżeli trafi się ktoś, kto mi coś zaproponuje, będzie mi bardzo miło i zawsze możemy porozmawiać, ale chciałbym zaznaczyć, że osobiście nie dążę do tego w żaden sposób i nie wykonuję żadnych konkretnych ruchów. Nie pukam nigdzie, nie szukam dealu, bo po prostu takiej formy załatwiania spraw nie lubię. Wiesz, deal to może mieć Ian Paice, czy Scott Travis, tacy bębniarze, a ja? Trzeba wiedzieć, gdzie się jest, na której półce się siedzi. Na najwyższą półkę trzeba zasłużyć i to nie jest takie hop-siup. Nie czułbym się komfortowo, dobijając się do firm, natomiast byłoby mi miło, jakby ktoś mnie dostrzegł i sam od siebie zaproponował jakieś rozwiązania – oczywiście, że wtedy podejmę rozmowę. W innym przypadku nic na siłę, to nie jest dla mnie priorytet. Tak, jak mówię – na to trzeba zasłużyć.

Początki zespołu Virgin Snatch z Oleyem i Titusem. Jeszcze przed Titusem, zanim zespół przybrał taką formę, był z tobą basowy mistrz Paweł Mąciwoda. Tak patrzę z perspektywy czasu to… chyba duże były nadzieje w takiej kapeli, prawda?

Pewnie, że tak! Muszę jednak powiedzieć, jak to się zaczęło i skąd się wziął pomysł. Pomysł pojawił się, gdy grałem z Markiem Piekarczykiem, co też było wielkim przypadkiem! Na początku lat 90, gdy poszedłem do liceum, założyliśmy sobie jakieś takie kapelki coverowe, festiwale, przeglądy. Przewijało się dużo muzyków. To był czas, kiedy tu, w Krakowie, było dużo knajp, gdzie można było grać. Takim najważniejszym klubem, gdzie wszyscy grali ze sobą, była Klinika na ulicy św. Tomasza. Przewijali się tacy muzycy, jak Jacek Królik czy Piotr Żaczek, teraz absolutna pierwsza liga muzyków w Polsce. Grałem też z Łukaszem Targoszem, który ostatecznie zarzucił gitarę i stał się kompozytorem muzyki filmowej, teraz już z tak dużym doświadczeniem. W pewnym momencie coś tu, na tym naszym krakowskim rynku muzycznym, zaczęło się psuć. Sam miałem też już trochę dość grania po knajpach, nie dążyłem nigdy do tego, by być tzw. dżobistą. Tak zrobiło jednak wielu kolegów, tutaj zagrał z tym, tamtym, tu się wciął w coś, chałturka, wesółko, dżobiki. Mnie to nie rajcowało, ja zawsze chciałem mieć zespół, wiesz… kumple, wóda, granie, koncerty, po prostu!

Jakoś tak w 1996 roku powiedziałem sobie: „A pierdzielę to” i pojechałem do Ameryki pracować na budowie. Poznałem tam paru chłopaków, którzy grali. Mimo, że nie grałem z nimi, to chodziło mi granie po głowie. Po powrocie do Polski już po 2000 roku pojechałem sobie gdzieś z małżonką i zadzwonił do mnie kumpel. Pyta mnie, czy mam wciąż bębny u siebie. Za dwa tygodnie Piekarczyk – a Marka znałem – miał urodziny, zbierał skład, żeby pograć numery TSA itd. i kumpel powiedział, że ja mam u niego zabębnić. Wtedy nie grałem ze trzy lata w ogóle, ale mówię, że ok, no dobra, mogę spróbować, może coś z tego wyjdzie, ale pewnie będzie śmiesznie. Pamiętam, to w Bieszczadach było, więc nie wracałem już do Krakowa, tylko poszedłem szukać gdzieś numerów TSA do przesłuchania. Zajechałem do Ustrzyk i tam znalazłem The Best Of. Katowałem to cały czas, żeby poznać muzykę – nie znałem tego za bardzo. Te piosenki typu 51 czy Kocica znał każdy, ale resztę to tak mocno pobieżnie, nie grałem tego, skąd miałem to wiedzieć.

Koncert się odbył, faktycznie śmiesznie było, ale jakoś poszło. Zespołu TSA wtedy nie było, więc Marek zaczął coś mówić, że można by pograć trochę więcej i tak dwa lata jeździliśmy. Były roszady w składzie, szczególnie na basie i ostatecznie pojawił się Paweł Mąciwoda. Słyszałem wtedy jedynie o takowym, że był jakiś taki gigant młody, co tam w Walk Away grał. Przyjechał sobie taki sympatyczny człowiek, zaczął grać na basie, a ja od razu zacząłem się zastanawiać, co ja tu robię, to są jakieś jaja (śmiech). To nie ta liga zupełnie! Przecież my przy nim grać nie umiemy! Graliśmy później jakiś zlot na Podkarpaciu. Na drugi dzień wracaliśmy autem, gdzieś pod Bochnią zatrzymaliśmy się na picie. Tam właśnie padł pomysł, żeby założyć jakiś zespół metalowy, bo Marek już zaczynał z TSA gadać, więc to była tylko kwestia czasu. No i tak to się wtedy zaczęło, ja, Paweł, Bartek Nowak, który to wszystko wymyślił. Przyszedł „Grysik” na gitarę, a on znów zadzwonił do Oleya, bo pojawiła się kwestia, kto zaśpiewa, a to kolega… Tym bardziej, że Proletaryat był wtedy w dołku. Zaczęliśmy nagrywać pierwsze rzeczy, gdzie Oley nagrywał „po węgiersku” (śmiech). Jak Paweł się wymiksował, bo już był po przesłuchaniach do Scorpionsów, to wzięliśmy Tytusa.

No i tu mamy sedno tego, o co pytałeś. Nagraliśmy chyba ze 3 numery i wzięliśmy to do Universalu. To był czas nu metalu, a oni robili jakieś składanki z nowymi kapelami. Tu Oley, Titus, więc myślimy, kuźwa, nie wiadomo, co my zrobimy?! Kariera przed nami jak Bon Jovi. Koleś od nich to wziął i później mówi do nas, że jakbyśmy grali jak Korn, to oni by w to weszli. No, a ja zdziwienie, bo zaraz, to nie polega na tym, żeby coś fajnego zagrać? Nie upieram się akurat, że to jest fajne, ale chyba nie powinno się grać pod kogoś. Odpowiedź padła, że taki jest teraz trend i tyle. Nam to nogi podcięło i zanim się na dobre ruszyło, to już zaczęło się rozsypywać. Titus jeszcze został, ale Oley na dobre wrócił do Proletaryatu. Grysik się znał z „Zielonym”, więc wzięliśmy go do siebie, no i co, gramy metal. Ja duże oczy, bo panowie, ale tam są dwie stopy, a ja nie umiem, bo nie grałem nigdy.

No i jakoś poszło, mimo, że nigdy nie grałem takich rzeczy, a tu nagle masz grać thrash. Teraz te stopki jedną nogą zapodasz, ale wtedy dla mnie to było wyzwanie, pocenie się. Nie wiedziałem, jak to grać technicznie, bo do tego trzeba podejść technicznie, a nie siłowo czyli tak, jak lubię. Nogami się siłowo nie dało. Pomęczyliśmy się trochę, ale zaczęło wychodzić. Zagraliśmy jedną płytę z Titusem, którą ostatecznie sami wydaliśmy. Dało nam to pewien start, że już można z kimś gadać na podstawie konkretnego materiału. Michał Wardzała (szef Mystic) powiedział, że jak będziemy robić coś nowego, to żeby dać mu znać. Zaczęliśmy robić Art of Lying, która mu się spodobała i od tego czasu byliśmy w Mystic.

No i odwieczny temat parowania z zespołem Frontside. Gdzie Virgin Snatch, tam i Frontside.

W parze to dlatego, że razem w Mystic, a tam nie było dużo w pełni polskich zespołów w takim formacie, od początku do końca. Zawsze jakaś licencja albo dołączony po czasie, a tu kapele praktycznie od podstaw, bez żadnej przeszłości gdzie indziej. Dlatego nas kojarzono. Natomiast najgorszą rzeczą jest to, że ktoś sobie upierdzielił w głowie, nie wiemy do tej pory kto, że my i Frontside toczymy jakąś wojnę, strasznie się nie lubimy i jedni na drugich nadają. To gadanie trwało kilka dobrych lat! Na początku, jak z chłopakami zaczynaliśmy grać, to tak ostrożnie na siebie patrzyliśmy, obwąchiwaliśmy się, ale nie dlatego, że faktycznie coś do siebie mieliśmy, tylko dlatego, że dochodziły jakieś głosy od ludzi. Ten powiedział temu i taka smutna „Polska”. Niestety. Okazało się to wielką bzdurą i tak naprawdę strasznie się lubimy, wspieramy wzajemnie, ale polskie piekiełko musieliśmy zaliczyć.

Da się wyżyć z metalu w Polsce?

Tylko, kiedy się jest w pierwszej lidze, bo inaczej to nie ma najmniejszych szans. Behemoth to już kapela światowa, więc ich pominę. Mamy Vadera, mamy Decapitated, które jeżdżą za granicę, mamy też stricte polski Acid Drinkers, no i z metalowych już mi się w sumie więcej nic nie nasuwa. No i jest Kat&Roman Kostrzewski. Nie wiem też, jak traktować Huntera, ale powiedzmy, że jeszcze oni. Możemy też pójść bardziej w stronę Riverside, ale to już inny styl, bo samych rockowych zespołów polskiej sceny jest znacznie więcej, natomiast mówiąc o metalu, to będzie w sumie tyle. Zejdziemy półkę niżej i już jest tak, że trzeba koniecznie szukać dodatkowych zajęć, bo nie ma szans inaczej przeżyć, ale nawet tam nie ma zbyt dużo zespołów.

Przyszłość takiego perkusisty nie jest różowa. Fizyczność instrumentu, jakim są bębny, z wiekiem pojawiają się coraz większe ograniczenia i ta poprzeczka emerytury od intensywnego grania jest nieco niżej.

Mam 43 lata, ale nie czuję się na 43 i ponoć nie wyglądam na tyle. Po koncertach bywa nieźle, bo mówią czasami, że: „Ten młody chłopak u was…”. I nieważne, że Hiro (Jacek – gitarzysta KAT&RK) jest 5 lat ode mnie młodszy (śmiech). Mnie to nie przeszkadza, tak może być zawsze. A z czym to się wiąże, że nie da się zarobić i wyżyć? Pamiętam te czasy lat 90, jak miałeś zespół mniejszy czy większy, mogłeś pograć po klubach i nikt nie chciał od ciebie pieniędzy za granie. Mało tego, w klubach jeszcze ci zapłacili, jak byłeś jakąś lokalną, znaną kapelką krakowską. W pewnym momencie zmieniło się tak, że klub chce kasę za wynajęcie, do tego jeszcze nagłośnienie. Taki mały klub to jest jakieś 2-2,5 tysiąca złotych, do tego dojazd, jedzenie, przespać się i wszystko wychodzi na zero i to jak dobrze pójdzie.

W Polsce nie ma też rockowych bandów z prawdziwego zdarzenia, które mogłyby pójść w świat. Kiedyś TSA, Oddział Zamknięty, ale i tak to nie były kapele, które mogłyby pojechać na Zachód, jak szwedzkie zespoły rockowe typu Europe. Nie widzę u nas takiego zespołu hardrockowego, jak kapele z Holandii czy Niemiec, które mogą zrobić karierę poza swoim krajem.

Czyli kręciłbyś nosem, jakby ktoś cię prosił o radę przy wyborze tej drogi muzycznej?

Pewnie, że nie, to jest najlepsze, co może być! Mam 43 lata, rok temu dołączyłem do Romka, czyli miałem 42, a gram, odkąd skończyłem 16 lat. Zobacz, ile czasu minęło, ale uważam, że warto było. Zawsze miałem z tyłu głowy… To znaczy chłopaki się nawet ze mnie trochę śmiali w Virginach, że: „Nowak to chce być gwiazdą…”. Ale nie w takim znaczeniu, że będę z nosem do góry chodził i tak, jak do Larsa, nikt nie będzie do mnie dopuszczany. A przecież to dzięki fanom ma te swoje Picassy na ścianach za miliony dolarów. Nie, nie, ja tego nawet nie rozumiem za bardzo. Chodzi o bycie gwiazdą w sensie posiadania takiej swojej własnej Metalliki, granie wielkich koncertów, na dużych scenach w wielkich halach. Zawsze miałem takie marzenie. Teraz się to trochę spełnia, chociaż dalej bym chciał grać w Bon Jovi (śmiech). Zawsze będę o tym marzył, by być na takim totalnym topie, ale przyjmuje się to, co jest i trzeba się cieszyć z tego, co jest. Nie można też na tym osiąść na zasadzie, że jest jak jest, niech tak już będzie dla świętego spokoju. Wielu muzyków ze znanych polskich zespołów tak właśnie pokończyło. Grali, było super, ale nic nie robili dalej, nie rozwijali się, nie szukali, nagle się skończyło i co wtedy?

Nie jesteś jednak mocny w zarządzaniu i promowaniu swojej osoby?

W ogóle tego nie umiem, nie znam się. Filmiki, kanały na YouTube, Facebooku, Instagramie, nie, ja jestem nietechniczny. Dla mnie komputer to wróg numer jeden, nie znam się, pogubiłbym się. Może jakby ktoś to za mnie robił, to tak, ale ja sam nie mam do tego głowy. Tu też wracamy do tego, co mówiłem, że trzeba być uznanym przez ludzi, żeby coś takiego robić i wychodzić z tym do innych. Niby każdy teraz może robić takie kanały, ale czy ja wiem…? Ja się na pewno do tego nie nadaję. Tak samo z nauczaniem, nie wiem, co miałbym tak naprawdę przekazać. Z drugiej strony, jak patrzę na te filmy, to jest wciąż ta moda na popisywanie się, granie blastów, kto szybciej. Ja tego nie umiem grać, nie rozumiem, co miałoby to dawać, bo chyba jest to dla mnie za ciężkie, niezrozumiała muzyka.

Jedziecie teraz w trasę Legendy Metalu razem z Acid Drinkers i Vader. Jak to postrzegasz, jakie masz oczekiwania?

Że będzie fajnie, że frekwencyjnie wszystko się uda. Myślę, że damy radę. Będę miał obok siebie Jamesa (Stewart – Vader) i Ślimaka, widzieliśmy się ostatnio w Cieszanowie i wszyscy się cieszą na tę trasę. Śmiałem się ze Ślimakiem, że jeszcze 10 lat temu to byłby po koncercie OIOM, nie dojechalibyśmy do końca, a teraz już wszyscy abstynenci (śmiech). Ślimak ma ten specyficzny styl gry, bliski Ameryce, mocne uderzenia zza głowy. Natomiast James to mistrz, znam go też z gry niemetalowej. Wszystko ma w jednym palcu, ma świetny feeling, czego brakuje wielu metalowcom. Słucha dużo muzyki, starej, klasyki rocka i z tego czerpie. Kiedy rozmawiałem z młodymi deathmetalowcami, to dla nich Purple, Zeppelin? Co to jest? Jakieś tam Schody do nieba.. Może to ja jestem taki rocznik, że to mi się nie mieści w głowie, ale kurde, bez przesady!

Kwestia edukacji muzycznej, której w szkole teraz zupełnie nie ma.

Nie ma. Za moich czasów już nie było dobrze, tylko dzwonki i granie akademii na cześć Jaruzelskiego czy innego pajaca, do tego śpiewanie Legionów, to była cała nauka muzyki. W Stanach wygląda to inaczej, uczą się historii, mają w szkole marching bandy. Później kto chce to siada za zestaw i robi cuda. Trudno, musimy sobie radzić inaczej.

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Ilona Matuszewska
www.kat-rk.pl