Tomasz Goehs

Dodano: 12.12.2019
Autor: Maciej Nowak

„Dzisiaj jestem w takim stanie, w jakim jestem od 15 lat i ten wywiad może być smutny tak naprawdę. Co ja mam ci powiedzieć? Umówiliśmy się, a ja z tyłu głowy mam jak zawsze problemy mojego życia.”

Maciej Nowak: Zacznijmy może na spokojnie, ale też nietypowo, od sprzętu i tego, jak ty sobie to ogarniasz…

Tomasz Goehs: Są ludzie, którzy przykładają dużą wagę do tego, gdzie jesteś i na czym grasz. Dumą w pewnym sensie jest to, że firma ci coś proponuje, chociaż – jak dobrze wiesz – teraz nie jest tak do końca, że to firma za tobą łazi, tylko ty łazisz za nimi, taki jest układ. Nikt nigdy do mnie nie zadzwonił i nie zapytał, czy reprezentowałbym taką i taką markę, zawsze to były ruchy z mojej strony i jeśli się nie mylę, to większość moich kolegów, których znam, ma właśnie takie wychodzone ścieżki. Dzwonisz, nazywam się tak i tak, gram tu i tu, może byśmy coś zrobili? Zazwyczaj jest albo brak zainteresowania, albo wielka epopeja, co byśmy ci mogli dać, a na końcu jest tak, że nie mogą ci dać nic, bo musisz za to zapłacić kupę pieniędzy. Jest to może jakaś bezczelna działalność z naszej strony, ale uzurpujemy sobie to poprzez miejsce grania i jakość zespołu, może trochę bezprawnie liczymy, że dostaniemy coś w dobrym układzie.

Najlepsze układy, jakie miałem w kwestii bębnów, gdzie musiałem płacić pieniądze za sprzęt, ale naprawdę szokująco niskie, to był Gretsch, ale to jeszcze za czasów Riffa i Gretscha pod skrzydłami Fendera, gdzie pracował tam znany wielu Sebastian Posłuszny. Druga sprawa to jest to, co mam teraz z Pearlem. Jest to przykład czystej miłości platonicznej i dobroci serca wspaniałej Gabrieli Piotrowskiej z firmy Silesia Music Center. Gdzieś spotkaliśmy się prywatnie na naszym koncercie, bo była w okolicy. Nawet o garach nie rozmawialiśmy, ale wreszcie ten temat musiał się pojawić. Opowiadałem jej, że uderzałem tu do jednej firmy, tu do drugiej, tu mnie zlali, tu olali. Najśmieszniejsze jest to, że nosiłem się z zamiarem kupna Pearla przez dwadzieścia lat. W międzyczasie kupowałem jakieś werble, statywy, ale w sumie nic głębszego się nie wydarzyło. Gabrysia tak siedzi, słucha, patrzy na mnie i mówi: „Tomek, wyślij mi specyfikację, to, co chcesz, a ja ci to ściągnę.” No i co mam powiedzieć więcej… Tego się już teraz nie spotyka. Miłość człowieka do drugiego człowieka.

To jest teraz bardzo rzadkie, szczególnie w przypadku polskich artystów zespołów, co by nie mówić krajowych, a taki jest Kult.

Nasz rynek jest taki, że ilość zbytych towarów jest nieproporcjonalnie niższa do tego, co jest na Zachodzie, chociaż pamiętam czasy, gdy Zildjian był w Intertonie, mieli stosy blach, po 20 egzemplarzy jednego rozmiaru i gatunku. Później powoli szło to w dół. Ten target, który może być potencjalnym odbiorcą – jeśli dobrze się wyrażam, bo jestem człowiekiem o niskim wykształceniu – jest znacznie mniejszy. Popyt, a to przekłada się na zainteresowanie bezpośrednie u firm. Miałem raz okazję być u Tiny Clark i Boba Wiczlinga w angielskim Zildjianie. Zaprosiłem ich na koncert w Londynie, ale nie mogli przyjść, bo mieli już klinikę w jakimś małym miasteczku. Pojechałem do ich biura, wyobrażałem sobie wielką fabrykę, a tu wysiadam na wsi jakiejś, mały domek z cegły. Na górze biuro, na dole magazyn (śmiech). Zapytałem z ciekawości, ile osób mają zgłoszonych na udział w tej klinice. A oni mówią mi, że 1500! Fakt, że to było grubo ponad 10 lat temu. Ale tak czy siak, tyle osób tam przychodziło na imprezy perkusyjne.

Żyjemy, w każdym razie to moje pokolenie, w poczuciu pewnego kompleksu, ale on jest coraz mniejszy. Często mamy lepszy sprzęt niż kapele, które teraz do nas przyjeżdżają z tych krajów gospodarczo bogatszych. Większość pierwszych płyt nagrywałem na czeskiej Amati, wcześniej miałem Taktony, a także polskie Royalsy. Niektórzy moi znajomi cieszą się, kiedy dostaną coś od jakiejś firmy, jakieś blachy czy werbel. I tak sobie myślę, czy dla ciebie nie istnieje świat poza tym pierdzielonym werbelkiem? Kiedy grasz 35 lat na bębnach, chcesz przeżyć lato, bo nie wiesz, czy to nie jest ostatnie lato w twoim życiu. Nieraz jechałem do swojej kanciapy, było 30 stopni, piękna pogoda i sobie myślałem, że przecież mój dobry przyjaciel Beniu siedzi sobie teraz na rybach, a ja co? Jadę do kanciapy, bo muszę ćwiczyć, bo moja fizjonomia i percepcja jest tak skonstruowana, że bez ćwiczenia jestem nikim. 3-4 godziny ćwiczę, bo mniej u mnie się nie opłaca. Mam pewien system pracy, gdzie wiem, że muszę poćwiczyć to, to i to. Inaczej to nie ma sensu.

STOPA – Piotr Żyżelewicz

Stopa grał idealnie w punkt. Każde uderzenie stopy, jak miało być uderzone z hi-hatem, to było zagrane idealnie. Piosenki grał maksymalnie do przodu, bo jak grasz szybkie piosenki to zawsze jest tendencja, że na przejściach troszeczkę zwolnisz, a on dociskał pedał i jeszcze na przejściach szło to bardziej do przodu. Posłuchajcie płyty 888 2Tm2.3. On w ogóle zupełnie inaczej myślał na bębnach. My ze Ślimakiem, jak mieliśmy grać zastępstwa za Stopę, to była masakra. Nie wiem nawet, do czego to przyrównać. Przychodził, był pierwszy rozłożony, zapalał cienkiego papieroska, nabijał i grał i też nie ćwiczył… Nie ćwiczył, skubany. Czy mi go brakuje? Brakuje mi go, bo… Kurde, ta jego historia mną wstrząsnęła. Na Stopę zawsze się patrzyło, jak gra. Stało się z dumą, że go znasz, że to jest kolega, z którym nagrałeś kiedyś razem płytę. Mówiło się w duchu: „I co, warszawskie cwaniaki? Możecie mu wszyscy gary czyścić” (śmiech).

 

Chyba możesz sobie pozwolić na więcej luzu…

Po tygodniu niećwiczenia mam wrażenie, że pałki są krzywe. Krzyżyk (Tomasz Krzyżaniak), którego nie cierpię, chociaż jest moim przyjacielem, ale go nie cierpię skubańca, bo nie ćwiczy (śmiech), a gra tak, że niejeden Angol mógłby mu pozazdrościć. No tak go „nie znoszę”! Co się spotykamy prywatnie, wspólnie z naszymi dziećmi, to mówię, że muszę już jechać, bo muszę poćwiczyć, a on do mnie: „Gdzie będziesz ćwiczył? Po co? Nie bądź głupi!”. No, ale ja bez ćwiczenia nie zagram koncertu. Są ludzie, którzy nie muszą ćwiczyć i są ludzie, którzy są skazani na ćwiczenie. Ludzie, którzy grają po 30 lat, mówią w końcu basta, chcą pożyć, chcą poczuć ten świat. Tak pewnie było z Larsem Ulrichem. W tym filmie Some Kind Of Monster on jeździ po jakichś aukcjach z obrazami i takie tam. Jasne, można tu mówić o próżności człowieka, który osiągnął wszystko w sensie artystycznym i finansowym, ale wszedł w inną branżę. Zobacz Charlie Watts, którego konikiem są… koniki. Wydaje na nie miliony dolarów. Neil Peart jeździ motorem. W sumie ja też wpuściłem się w motoryzację i ze Ślimakiem mamy takie same motocykle. Stało się to pasją mojego życia. Ale wracając do Larsa, bo to dobry przykład, jakie były tego konsekwencje? Takie, że ludzie zaczęli krzyczeć, by sobie dał spokój, bo gra jak oferma. Z Krzyżykiem doszliśmy do pewnego wniosku, że jakby on dziś nie grał, to i tak jest kimś, kto w tym gatunku wyznaczał i wyznacza wciąż pewne kierunki. Kamienie milowe w historii heavy metalu, kroki, których nie da się zlekceważyć.

Twoja rola była bardzo podobna w Polsce…

Moja droga jest zupełnie inna. Niczym Armia Andersa z Kazachstanu naokoło przez Iran aż do Monte Cassino (śmiech). Zaczynałem od bardzo ortodoksyjnego heavy metalu. Graliśmy przecież poważnie zaangażowany metal, żeby nie powiedzieć death metal. Metronom? Jaki metronom? Moja teoria wtedy była taka, że metronom jest dla pedałów i jazzmanów. Zobacz, jaka głupota i jaka pycha człowieka. Intelektualnie w tamtym czasie muszę przyznać, że byłem naprawdę bardzo nisko. Taka jest prawda! W pewnym sensie słucham teraz wciąż ostrej muzyki, ale to już nie jest to, co kiedyś. Najostrzejszy teraz jest u mnie Rammstein, a to też z racji narodowych, typu – nasi chłopcy słuchają naszej muzyki. Nawiązuję tu do swojego pochodzenia oczywiście. A patrząc tak na to czysto muzycznie, bo ideologicznie można się nad tym zastanawiać, to dla mnie jest to, kurczę, Wagner… Zmieszanie mojej krwi z ich krwią. Ta sama nacja. Ja już w którymś pokoleniu dziedziczę tą swoją niemieckość, ale mój ojciec był tego bliżej i jak wstawał rano to włączał radio na niemieckie stacje. Wydawałoby się, że język niemiecki nie nadaje się do muzyki rockowej, ale w przypadku Rammstein piosenki, które słyszałem w wersji angielskiej są nie do przyjęcia. To jest przecież tak wagnerowskie, pompatyczne i wzniosłe.

Niemieckie zespoły były pierwszym kontaktem z prawdziwym kolorowym światem…

Kontakt, jaki mieliśmy z niemieckimi kapelami, to była klasyka: Kreator, Sodom, Rage, Helloween, Running Wild. Co było charakterystyczne w moim socjologicznym spojrzeniu biednego chłopca z Polski, dla którego kupno adidasów było poza zasięgiem to, jak podjeżdżały te piętrowe autobusy na niemieckich numerach i zaraz po ich otwarciu pachniało Pewexem (śmiech). Wyglądali jak z Metal Hammera, wręcz do przesady, po prostu kiczowato. Amerykańskie bandy były zdecydowanie bardziej naturalne i nie przywiązywały tak wagi do wyglądu jak Niemcy. Z Kreatorem pojechaliśmy razem na Węgry zagrać trasę. Na „chłopców z Polski” to było coś niesamowitego, jak polecieć dziś w kosmos. Wtedy to było maksimum, co się dało zrobić, nie było szans wyrwać się dalej.

KRÓTKO O ŚLIMAKU

Jest pewne grono promujących się perkusistów, także tu w Perkusiście, niestety, to zauważam. Mają ciśnienie na szkło, chcą bardzo istnieć i wydawałoby się, że są na fali, na topie. Patrzę na to i myślę sobie: „Kuźwa, Ślimakowi moglibyście spawać te pałąki od stóp, które rozwala.” To jest dopiero okaz! Jak przyszedł do nas do szkoły to pamiętam grzecznie pukał, miał na szyi emblemat oazy na rzemyku, okularki, lekki wąsik i pytał: „Bardzo przepraszam, czy mógłbym poćwiczyć?” (śmiech). A dzisiaj widzisz, jaki jest „łobuz”. Dla mnie to jest „produkt eksportowy” i mógłby co miesiąc być na okładce, mimo, że nie pcha się na afisz. Jestem jego wielkim fanem. Niech ci wszyscy z ciśnieniem spojrzą na jego połamane pałki, popękane blachy, niech zobaczą i poczują energię, która wychodzi prosto z serca, z pasji Macieja. To właśnie w nim jest ta prawdziwa siła. Dumny jestem, że mam takiego przyjaciela, przerósł nas wszystkich.

 

Nie jesteś typem showmana na scenie, chociaż zawsze mocno przykuwasz uwagę. Charyzma?

Wczoraj z Szopixem (Bartek Czerniachowski) rozmawiałem, że grałem koncert, który trwał 4 godziny i 20 minut. A on: „Jak to tyle?!”. Grałem całą nową płytę, solówkę na perkusji i cały materiał koncertowy, jaki gramy i tyle się uzbierało. Zaskoczony był, że zagrałem solo na perkusji. Kiedyś faktycznie grałem, teraz to już raczej nie bardzo. Bartek mówi, że w ogóle solówek nie gra i raz uciekł, jak Agnieszka (Chylińska) chciała. Mówię mu, że słusznie zrobił, bo my nie jesteśmy perkusistami, stworzonymi do tego, by grać solówki na perkusji. My jesteśmy od tego, by kapela miała groove, drive, nie musimy grać solówek. Owszem, solo może być samo w sobie też utworem muzycznym, tak, jak robi to Terry Bozzio, są to wybitne utwory. Natomiast, jak widzę te chęci egocentrycznego skoncentrowania widza na swoich umiejętnościach to jest to zupełnie poza moim smakiem.

Kupiłem kiedyś płytę Thomasa Langa, wybitnego perkusisty, a raczej wybitnego technika. Na płytach było ok. 7 godzin grania, a ja po 40 minutach już miałem dosyć i zaczęło mnie mdlić. Wiedziałem, jakie jest przesłanie tej płyty. Ono było proste. Thomas Lang przez te 7 godzin chciał mi udowodnić, że jestem nikim. Nic przez te 7 godzin się nie dowiedziałem, nie obejrzałem już tego nawet dalej, tylko oddałem komuś, bo szybko było wiadomo, o co chodzi. Jedyną szkołą, po obejrzeniu której poczułem, że coś mnie pcha do tego, żeby przeskoczyć przez ten swój mur niemożliwości, była szkoła Jojo Mayera o technice Moellera. Pokora, miłość i szacunek do słabszych w tej dziedzinie. Jeżeli przychodzi do ciebie uczeń i chcesz go czegoś nauczyć, jak jest początkujący, to możesz go zmasakrować w pięć minut. Mimo, że to też nie jest moja bajka, to mam wielki szacunek do Jojo Mayera, widzę w nim człowieka, a nie maszynę. To nie jest maszyna jak Thomas Lang, chociaż nie chcę go oceniać, bo być może jest to przesympatyczny człowiek.

Miałem wrażenie, że coś gdzieś wymknęło się spod kontroli w przekazie tego DVD, albo on sam wszedł na taki poziom, że te rzeczy, które gra, są dla niego tak oczywiste i nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby ich nie zrozumieć i je tak właśnie podaje. Uczenie przebitek, przejść… Nam to akurat nie jest potrzebne. Czy mi to jest, kuźwa, potrzebne w Baranku? Grać septymole na sekstole, rozkładane na tomy, stopę i hi-hat? No nie. Ja mam tworzyć zespół, mam być częścią pewnego tworu artystycznego, na który chcą przychodzić ludzie. Płacą za bilety, przyjeżdżają z dziećmi, matkami, ciotkami, przyjeżdżają i do Londynu, i do Cisnej. Moje granie i moje ćwiczenie ma służyć temu, żeby ci ludzie darli się w Baranku na końcu, kiedy jest ten ostatni fragment, gdzie śpiewa publiczność, żeby mieli ciary na rękach, żeby po 36 piosence krzyczeli, niestety, dlaczego tak mało (śmiech). Tych najbardziej nie znoszę (śmiech).

Chęć zaspokojenia oczekiwań ludzi pod sceną kłóci się czasami z faktycznym samopoczuciem?

Jesteś po dziesiątym kawałku i już masz dosyć, patrzysz na listę, a tu jeszcze 26 kawałków, no, nie dasz rady (śmiech). Ale jak masz gorszy dzień? Są dni, że nabijesz hi-hat, stopa, werbel i już wiesz, że koncert ci nie pójdzie, że będzie walka. Wiesz od razu, to jest katorga. A są z drugiej strony koncerty, że nabijesz i wiesz, że będzie zarąbiście. Tych koncertów, gdzie czujesz się zarąbiście, po tych godzinach przepracowanych w kanciapie, w przeciągu roku jest niewiele.

CZY LUSTRO WRÓCI?

Nie, nie, myślałem nad tym, ale nie chcę. Historia zaczęła się z nudów, w statywie gdzieś zobaczyłem swoje odbicie. Już to kiedyś opowiadałem. Tylko, że nie skończyło się na samym lustrze. Żeby to miało sens, to lustro musiało stać pod odpowiednim kątem, więc była walka, żeby je dobrze ustawić. Żeby pałki w lustrze dobrze wyglądały, musiał świecić 1000-watowy reflektor, który zaburzał pracę „świetlikowi”. Żeby to jeszcze czytelniej wyglądało, to musiało być za mną czarne tło, więc potrzebna była czarna szmata i dwa statywy. Trafił się raz koncert z Tymoteuszem na jakimś chrześcijańskim festiwalu w Toruniu i musiałem, niestety, zagrać jedną piosenkę na bębnach Ślimaka z jego ustawieniem stopy, a to jest masakra… Myślę, już nie będę świrował, do jednej piosenki jakoś zagram. Później cały miesiąc w kanciapie ćwiczyłem bez lustra. Normalnie detoks, odwyk! Milimetrowe kąty ustawienia miały znaczenie. Uświadomiłem sobie też, że byłem w swoim świecie w lustrze. Dziś zamykam oczy i też jestem w swoim świecie, tylko słyszę takie bezczelne walenie girami w centralkę tzn. że Kazik coś chce do mnie powiedzieć i wali wnerwiony, że go nie słyszę. Nie, do lustra nie wrócę, to była niewola.

 

Zastanawiałeś się więc, dlaczego udało ci się przejść z bębnami tak daleką drogę z lat 80 do dziś?

Na tej swojej symbolicznej drodze z Kazachstanu do Berlina spotykałem wielu wybitnych perkusistów. W kanciapie, w kompleksie tych salek, gdzie ćwiczę, jest piętnaście zespołów. Wszędzie jest dźwięk. Całe życie zadaję sobie pytanie, dlaczego mi się udało? Dlaczego ja? A dlaczego nie perkusista z Test Fobii Kreon, który w latach 80 kręcił młynki pałkami, grał szybko na dwie stopy, co wtedy w świecie heavy metalu było wskaźnikiem jakości. Teraz to może brzmi abstrakcyjnie, ale kapela, która przyjechała z jedną centralką na Metalmanię mogła na tę scenę nie wychodzić, bo wiedzieli, że nie zagrają. Albo jak się miało szerokie spodnie. Sam byłem świadkiem, jak jedna brytyjska kapela z szerokimi spodniami wyszła na scenę i 15 tysięcy rasy zaczęło krzyczeć słowo… ‘uciekajcie’ (śmiech). Bardzo was przepraszamy, ale nie macie elastycznych dżinsów na sobie, więc nie zagracie (śmiech). Ale wracając, dlaczego mi ta droga się udała, dlaczego od 35 lat wbrew różnym wydarzeniom mojego życia, zawirowaniom, udało się? Walka trwa cały czas i jestem tu, gdzie jestem.

Ale dlaczego? Odpowiedziałeś sobie na to pytanie?

Bo Bóg ma taką miłość nade mną. Nie mogę tego nie powiedzieć, bo to jest coś, co wiem. Taka jest tajemnica relacji Boga z człowiekiem, że jednemu dał to, a drugiemu tego nie dał. Dlaczego człowiekowi, który nie jest jakimś wybitnym perkusistą, jak ja, dał pójść taką drogą? Grać w takich kapelach, w jakich grałem i gram, i mieć jeszcze szacunek u ludzi, szacunek, którego kompletnie nie rozumiem.

Nie szydzę i nie żartuję z twojej odpowiedzi, ale czy masz bardziej pragmatyczne wytłumaczenie?

Nie mam odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego tak jest. Ja zawsze uważam, że tym, który prowadzi człowieka, jest Bóg. Dlatego w pewnym momencie spotkałem Wojtka Hoffmanna, że trafiłem do klasy z Grzegorzem Kupczykiem w szkole muzycznej. Jadąc gdzieś pociągiem na granie z Wilczym Pająkiem wsiadła ekipa takich killerów z długimi włosami, jeden miał grzywkę zasłaniającą oko – to był Litza, drugi miał rękę zabandażowaną – to był Jahnz z późniejszego Flapjacka, a grał wtedy z Litzą w Slavoyu. Okazało się, że mieli spięcie z jakimiś punkami czy innymi popersami na rynku. Robert (Litza) to charyzma, to było widać, że to jest gość. Zaczęliśmy grać razem.

Później Kr’shna (Brothers) była wypełnieniem chyba tego najgorszego czasu w moim życiu, gdy się rozwodziłem i moja rodzina przestawała istnieć. Creation (of Death) się rozpadło, bo nie byłem w stanie zupełnie grać. I ta Kr’shna była takim powstaniem z nicości. Nie mieliśmy ani grosza przy sobie. To też jest odpowiedź na pytanie, czy warto zostać zawodowym perkusistą. Byłem w stanie posunąć się do tego, że okradałem swoją babcię i ciotkę, żeby mieć na jakieś bułki, żebyśmy coś mogli zjeść. Jechałem do ciotki i babci, które miały swoje lata i kradłem, co się dało. Taka jest prawda o mnie, taka jest rzeczywistość i chcę, żebyś to napisał. Możliwe, że jest to doświadczenie wielu moich kolegów, tylko o tym nie mówią, bo się tego wstydzą. Ja się nie wstydzę o tym mówić!

Nagle ktoś dzwoni… Burza (Adam Burzyński) z Kazika Na Żywo. Dzwoni do mnie, bo do Ślimaka nie miał telefonu, więc w sumie tak przez przypadek do mnie zadzwonił. Mówi, że mają jeden koncert do zagrania z Kazikiem jako KNŻ. Nie wiedziałem, że taka kapela w ogóle jest. Nie grali już wtedy z Kubą (Jabłońskim), bo Kuba poszedł do Lady Pank i dostał zakaz grania z Kazikiem. Pytam, kiedy to jest? Tak się składało, że dzień wcześniej mam koncert z Kr’shną i nie bardzo mi to pasuje. Poza tym, co to jest za kapela? Burza mówi mi, jaka jest stawka. Okazało się, że za ten jeden koncert stawka była 20 razy większa niż za jeden koncert z Kr’shną. Przyjechałem na próby, a im się spodobało to, co grałem. Przyznam też, że cisnąłem, żeby Robert (Litza) grał z nami. Pamiętam, pożyczył mi swojego czerwonego Passata, którego później strasznie ptaki osrały i schodziło to razem z lakierem (śmiech). Podchodził mnie, żeby mu załatwić granie w KNŻ, a jak mu załatwię, to da mi tego odrapanego Passata. I teraz napisz to czerwonym drukiem: DO DZISIAJ NIE WIDZIAŁEM CZERWONEGO PASSATA W ZAMIAN ZA ZAŁATWIENIE GRANIA W KNŻ – podpisane: Tomasz (śmiech).

Robert, gdzie on, kuźwa, jest?! A grałeś wiele lat, na co są twarde dowody (śmiech). A już zupełnie poważnie. Kolejna historia i wydarzenie na mojej drodze, czyli śmierć Szczoty (Andrzej Szymańczak). Przecież nie grałbym w Kulcie, gdyby Szczota nie umarł, bo on był idealnie stworzony stylistycznie, doskonale zlepiony z zespołem. Jakim był instrumentalistą? Nie był żadnym wybitnym instrumentalistą, on był perkusistą Kultu! Te jego groove’y w Lewe Lewe Loff i wielu innych, to, że ciągnął te piosenki do tyłu, to jest właśnie Kult. Dochodzimy tu znowu do wniosku, że nie trzeba grać solówek, by twoje piosenki, w których jesteś, były grane od ogniska po wielkie sceny. Ale widzisz, masz tu nieszczęśliwą śmierć Szczoty i moją znajomość z Kazikiem, bo przecież w KNŻ zacząłem grać w 1994, a Szczota umarł w 1998 roku. Byłem najbliżej tej ekipy i dużo się nie zastanawiali – niech gra Tomek. Każdy może powiedzieć, że jest to zbieg okoliczności i ok, to jest jego prawo, ale dla mnie jest to ręka Boga. Bóg tak chciał. Dlaczego? Nie wiem. Człowiek bez wielkiego talentu muzycznego, tylko z wielkim pragnieniem bycia perkusistą.

ROLA BĘBNIARZA

Mamy pokolenie YouTube, mające dostęp do wiedzy, która nam się nie śniła w latach 80, ale czysta edukacja prowadzi do produkcji maszyn, natomiast maszyny nie mają serca, nie mają duszy. Bo czym jest bębniarz? Bębniarz ma być częścią kapeli, ma grać razem z zespołem, jest z tym zespołem zaprzyjaźniony, z tego rodzi się prawdziwa muzyka. Taka, że jak słuchasz, to ci kuźwa ciarki przechodzą. Myślę, że jak jest przyjaźń i relacja między ludźmi w kapeli, kiedy rajcują się i interesują tymi samymi rzeczami, wtedy może powstać muzyka, która oddziałuje na ludzi.

 

A skąd to pragnienie bycia perkusistą? Nie było przecież jakichś superbohaterów, jak teraz.

Wiesz, skąd to się wzięło? Jak skończyłem podstawówkę, powiedziałem „koniec”. Edukacji nie będę kontynuował. Zawaliłem liceum i kolejną szkołę, później pracowałem. Żyłem na podwórku wokół najgorszego elementu, jaki tylko tam mieszkał. Powoli staczałem się w nicość, ale ja chciałem grać, próbowałem. Pamiętam rozmowę na ławce z kolegami, gdzie mówiłem, że złożyłem papiery do szkoły muzycznej. Oni tak na mnie patrzyli dziwnie, bo wiedzieli, że razem najwyżej siedzimy, wino chlejemy i plujemy na ziemię: „Ch*ja tam się dostaniesz! Ty, ku*wa?”. Pomyślałem wtedy, że przecież chciałbym zostać kimś, kimś ponad przeciętność, ponad swoje kompleksy, ponad to poczucie, że jestem nikim. Skąd się bierze to wielkie pragnienie u wielu artystów, muzyków? Moim zdaniem z poczucia bycia nikim, z kompleksów. Wielu ludzi zamienia ten kompleks w katorżniczą, tytaniczną pracę, żeby z tego odrzucenia przez świat, a tak się czułem, być najlepszym. Choćbym miał ćwiczyć 24 godziny na dobę, to będę najlepszy.

Jeździłem na koncerty i spotykałem ludzi, patrzyłem na bębniarzy np. na Irka Lotha, który miał niesamowite walnięcie. Nie wiem, dlaczego chcieli, żebym z nimi później grał w Kacie, bo mało kto wie, ale był taki epizod. Nie wiem, dlaczego chcieli się pozbyć Irka. Kompletnie tego nie rozumiem, bo Irek był genialnym perkusistą. Kiedyś pojechałem do jakiegoś klubu w Katowicach, oni tam mieli próbę czy koncert i widziałem, jak gra. Wracałem te 6 godzin do Poznania i mówiłem: „Kurde, gra lepiej ode mnie. Co teraz?! Pokonam go. Muszę.” I tak sobie wyznaczałem te cele, kolejne etapy. I tak szedłem, jak ten rycerzyk i chciałem przeskoczyć swoje inspiracje, tych, co są lepsi ode mnie, piąłem się w górę. Kiedyś, w latach bardzo młodzieńczych, grałem próbę z jedną kapelą i w tym samym klubie grała taka miejscowa znana wówczas kapela poznańska. Bębniarz tej kapeli mówi do moich kolegów z zespołu: „Zmieńcie bębniarza, to będziecie wreszcie dobrze grali.” To był cios w plecy.

Później się spotkaliśmy, a ja już grałem w Turbo i chyba cofnęły mu się te słowa, które wtedy wypowiedział. Poczułem dumę i wielką radość, że mógł się czuć zaskoczony, bo przecież przekreślił mnie jako perkusistę. Nie wolno nikogo przekreślać. Widziałem ludzi, którzy zaczynali powoli, nie przejawiali wielkiego talentu, jak np. Oskar Podolski, który od dziecka objawiał się jako fenomenalny perkusista, co przełożyło się dziś na jego grę. Zobacz, bębniarz Illusion. Też nie zagra solówek, ale Illusion z innym bębniarzem? Nie widzę tego. Ma swój groove i podejrzewam też, że jest cholernie pracowity i właśnie ta pracowitość zagrała u mnie główną rolę.

Ale ludzie chcieli z tobą przebywać, z tego, co słyszę.

To, że byłem głupi jak but w czasach heavy metalu to jest jedna rzecz, natomiast tak, miałem kolegów, bo byłem koleżeński, wydaje mi się, że wzbudzałem sympatię. Kiedy byłem w Turbo i grała jakaś kapela przed nami i bębny się sypały, to nie było dla mnie problemu wybiec na scenę i pomagać chłopakowi ustawiać statywy. Tak szybko wszedłem w ten świat profesjonalnego grania, że z łatwością stało się to dla mnie codziennością. Sodówka pewnie do głowy też mi uderzała, ale miałem do tego wszystkiego duży dystans. To mnie trzymało. Dziś mam bardzo duży dystans. Spotkałem na swojej drodze wielu życzliwych ludzi. To, że teraz gram na Pearlu, jest wielką zasługą Gabrieli. Krzysiek Leśnik, z którym mi się naprawdę świetnie pracuje z Zildjianem. Co potrzebuję, zawsze mam. Wcześniej Sebastian Posłuszny. Leszek Chylak z firmy Music Dealer, dzięki której mam dobry układ na Pro-Marki. Mogę grać pałkami, które mi pasują najbardziej. Pamiętać trzeba jednak, że ta droga zawsze zmierza ku jakiemuś końcowi. Jaka jest przestroga? Że może to się stać w najmniej oczekiwanym momencie. I nie chodzi tu o to, że coś się tobie stanie, tylko o to, że wystarczy, by liderowi zespołu, u którego grasz, coś się stało, cokolwiek.

KULT NA POL’AND’ROCK

Przede wszystkim strasznie się bałem, bo wyszliśmy po Skunk Anansie. A Skunk Anansie to nie jest pierdnięcie w stół. To jest charyzmatyczna dziewczyna z zawodową ekipą. Światowego formatu zespół. Obawiałem się, że wyjdziemy jak te pszczółki Balbinki (śmiech). Okazało się jednak, że ten czynnik narodowy, ta polskość zrobiła swoje. To jest niesamowite, że mogłem tam zagrać, bo powiem szczerze, że jakoś nie chciałem tam za bardzo grać, to nie moja bajka, nie mój przelot. Ale jak zobaczyłem ilość tych ludzi, ich entuzjazm, to wszystkim nam udzieliła się taka adrenalina, że graliśmy na 200 procent swoich możliwości. Widok tych ludzi, ich reakcja, to powoduje, że wytwarza się w tobie taka energia. Dla wielu ludzi Kult jest zespołem kultowym. Naprawdę przychodzą ludzie ze swoimi wnukami. Są tu piosenki hymny, ale ogólnie gatunkowo jest różnorodnie. Są piosenki ostre, gdzie gram na dwa kopyta, bo takie Prosto od samego początku do końca jest na dwie stopy, ale gram też piosenki taty Kazika, które są zupełnie inne stylistyczne. Jest to pewnego rodzaju frajda, że mogę przemykać przez różne gatunki, czego nie doznasz grając w zespole, którego styl jest z góry ustalony i jednolity. A tutaj to masz. Ciężko w ogóle nazwać konkretnie, co gra Kult, jest rock, „clashowy” punk, który jest korzeniem zespołu, jest też folk i wiele innych.

Fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

 

Dochodzimy do wątku indywidualnej walki każdego profesjonalnego bębniarza. O co walczymy?

Walczymy, żeby istnieć, przeżyć, utrzymać nasze rodziny. To się w pewnym momencie staje twoim priorytetem, a nie to, żeby po prostu grać, chociaż jest to bardzo ważne. Po 35 lat grania zatraca się świadomość tego, co się stanie, gdy możliwość grania się skończy. Nie zastanawiasz się nad tym faktem, zastanawiasz się bardziej, z czego będziesz żył. Tym samym jest to pytanie bez odpowiedzi, nie ma dokładnej odpowiedzi na twoje pytanie.

Co ma zrobić pokolenie młodych perkusistów, które łapią granie u artystów, ale pewnie u większości z nich to granie się w pewnym wieku skończy.

Wielu z nich będzie się przebranżawiać tzn. będą szukać innych źródeł dochodu. Może będą próbowali zakładać własne kapele, co w naszej polskiej rzeczywistości jest praktycznie niemożliwe. Powstanie i zaistnienie nowej kapeli bez charyzmatycznego wokalisty, których nie ma w Polsce, jest niemożliwe. Jeden z niewielu zespołów, jaki powstał w mocnym rocku i odniósł sukces to Luxtorpeda, ale też nie jest to zespół znikąd. Litza plus jego zaplecze, siła charakteru, to nie jest ktoś, kto nagle zakłada kapelę. Szczerze mówiąc, to też jest pytanie, które nie ma jasnej odpowiedzi. Zastanówmy się lepiej, jakie są konsekwencje.

To jakie są konsekwencje?

Wielu z nas najprawdopodobniej, żyjąc na tym wozie tyle lat, zarabia, istnieje, ma szacunek u ludzi. Sam jednak doświadczyłem, że w momencie, gdy coś się kończy, to nagle kontakty ludzkie się urywają. Przestajesz być tak ważny jak byłeś, bo przestajesz być częścią czegoś, co jest popularne. Już tak nie za bardzo chcą z tobą rozmawiać, dealu już nie załatwisz, bo nie jesteś potencjalnym nośnikiem. Jest to logika rynku, który jest często bezwzględny i jest to zrozumiałe. Wielu z nas nie płaciło i nie płaci żadnych ubezpieczeń, funduszy czy składek emerytalnych. W momencie, gdy skończą się nam miejsca pracy, które obecnie wykonujemy, zostajemy z tym, co mamy na koncie i kombinujemy. Zmagasz się z życiem. Często wielu z nas ma rodziny, zmagasz się z problemami tych rodzin, w każdym domu są jakieś problemy, różne i na różnym poziomie. Granie jest częścią mojego życia, ale najważniejszy jest byt mojej rodziny.

KIM JEST ALAN SORS?

Chłopaki w Turbo twierdzili, że mieli kłopot z Alanem Sorsem? Głupki! Możesz to napisać, grubym, tłustym drukiem: „Byliśmy debilami, bo nie chcieliśmy grać z Alanem Sorsem!”. 99 procent perkusistów w Polsce nie wie dziś, kim jest Alan Sors, zatem odsyłam do płyty Kawaleria Szatana. Alan Sors od 35 lat mieszka i gra w Ameryce. Jeżeli chcecie posłuchać jednego z najlepszych polskich perkusistów tamtych lat to posłuchajcie Kawalerii Szatana. I ci debile wyrzucili go z kapeli, bo nie grał na dwa kopyta (śmiech). To jest, rozumiesz… no, ja nie wiem, jak to nazwać. Pewnie też mieli tam jakieś inne sprawy, ale Alan był artystą pełną gębą. Wyrzucili go i wzięli mnie. Spotkałem Grzegorza w klasie, poznaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy. Wiedział, że gram, bo już wtedy w Wilczym Pająku grałem, a tego biednego Alana chcieli się pozbyć, co w sumie dla niego dobrze wyszło, bo trafił do Bajmu, a z Bajmu pojechał do Ameryki i w tej Ameryce został.

 

Ale była pasja u ciebie…?

Zawsze była! Jest do dzisiaj! Gdyby nie ta pasja, to ja do tej kanciapy bym nigdy nie dojechał. Zawsze podaję przykład bokserów, gdzie jest mistrz, co ma 35 lat, nie przegrał jakiś 30 walk od kilkunastu lat, nagle staje do ringu z kolejnym pretendentem, niby leszczem i dostaje po ryju i tak kończy się jego kariera. Fizycznie, wiekowo przychodzi pewien kres drogi, taka jest historia sportowców, trzeba się z tym pogodzić. Zawsze swojej żonie powtarzam, że ja nie uciekam z domu, nie uciekam od ciebie do kanciapy, tylko ja tam jadę, bo muszę wykonać swoją pracę, żeby być gotowym na następny weekend zagrać trzygodzinny koncert…

I zarobić na dom.

To jest oczywiście konsekwencja, ale podstawą jest, by wykonać profesjonalnie swoją pracę, nie zawieść kolegów, żeby Kazik nie groził mi pięścią, że za szybko czy za wolno. Na ile jest to możliwe w sposób jak najbliższy perfekcji, na tyle, ile mi pozwala moja psychika, samopoczucie, ciało, żeby wykonać swoją pracę. To nie jest ucieczka z domu. I w tym wszystkim musi być wciąż pasja. Otwieram YouTube i oglądam cztery rzeczy: motocykle, kabarety, opowieści o kryminale i perkusistów. Pasją jest to, że wychodzisz na scenę i jeszcze chcesz.

Perkusiści pokolenia Męskiego Grania staną wreszcie przed tą ścianą, gdzie balans pasji i prozy życia zostaje zaburzony.

Stan, w który popadasz, staje się trudny, przychodzi też frustracja. Stajesz między tym, że musisz ćwiczyć, a już tak bardzo ci się nie chce.

TERRY BOZZIO

Jako wielki fan Terry’ego Bozzio miałem wszystkie materiały, jakie były do zdobycia na jego temat, niestety, to jeszcze były materiały na VHS. Mój przyjaciel z Ameryki pokazał mi go i zaraził mnie tą fascynacją. Nie wiedziałem, że taka osobliwość natury istnieje. Bozzio to przecież historia, która się ciągnie aż od lat 70, przede wszystkim od Franka Zappy. UK Missing Persons ze swoją żoną. Jak śledziłem wszystkie jego produkcje, które wypuszczał to zauważyłem bezwzględną chronologię rozwijania tego, co robił kiedyś aż do dziś. Nie chcę mówić w ten sposób, bo bezczelnym jest bym mówił tak o geniuszu, ale z nim jest trochę tak, jakby funkcjonował na tym samym patencie. W sensie, wypracował sobie pewien styl gry, racja, ale posługuje się pewnymi zagrywkami, całymi frazami, groove’ami i korzysta z konkretnych rudymentów. Całe instrumentarium ma też tak skonstruowane. Jest taki pokaz, gdzie gra wspólnie z Chadem Wackermanem. Jeden brzmi dość kartonowo, a Terry Bozzio brzmi jak Terry Bozzio, mimo, że obaj grają na DW. Jakość instrumentów podobna, ale strojenie, naciągi… Nie ma co gadać. To jest tak, jak z czarnoskórymi perkusistami, których od czasu do czasu oglądam. Doszedłem do wniosku, że nie będę ich częściej oglądał, jedynie z ciekawości, bo to zupełnie inna dyscyplina. Terry Bozzio jest dla mnie geniuszem, poświęcił całe swoje życie na doskonalenie gry. On jest tym przesiąknięty.

 

A ty bardzo ćwiczyłeś na samym początku…

Bardzo dużo, praktycznie od 8 rano do 20, tyle siedziałem w szkole, na końcu jeszcze siedziałem w domu i dwie godziny na sucho grałem dwa kopyta do hymnu polskiego, który kończył program telewizyjny. Talent musiał być, ale widzę, że są ludzie, którzy mają zdecydowanie większe predyspozycje manualne i stąd moja potrzeba ciągłego ćwiczenia. Co jest talentem? Muzykalność. W przypadku perkusisty to też rozumienie frazy i predyspozycje fizyczne. Każdy człowiek jest inny, jeden ma tak skonstruowany nadgarstek, a ktoś inny inaczej i to już zmienia.

Może jakieś związki zawodowe, jakieś składki, fundusz… Nie wiem sam.

W Ameryce coś takiego istnieje, u nas wśród aktorów też to chyba jest, ale wśród muzyków tego nie widzę. Płacenie składek itp. raczej wątpię. Z muzykami jest jak z kotami, snują się własnymi drogami i trochę mało obchodzi ich rzeczywistość innych – nazwijmy – podmiotów muzycznych, które są obok. Żyjesz w tym bandzie i ten band cię interesuje. Czynnik rywalizacji o popularność, o widza, żeby to na twoje koncerty przychodziło najwięcej ludzi i najwięcej biletów się sprzedawało, to jest najważniejsze. Taka jest prawda, to jest okrutne, ale taka jest prawda, powiedzmy to wprost, nie czarujmy się kolejny raz.

Wy z nikim nie rywalizujecie. Kult często jedzie sam w trasy.

Kiedyś było tak, że grało się w kilka kapel i miałeś dla kogo grać. Grałeś dla publiczności, ale grałeś też dla tych paru kolegów perkusistów, żeby pokazać, że przepracowałeś ostatni rok i było świetnie. Dziś patrzę w lewo, za monitorem Seba, patrzę w prawo, za gitarami Roman, patrzę znowu w lewo, a tam Krzysiek, nasz drugi techniczny. Nikogo więcej. I teraz muszę wysiedzieć 3 godziny bez żadnego dodatkowego impulsu. My już nikogo nie spotykamy. Gramy trasę, to gramy sami, ewentualnie jakiś support, ale to też grasz swoją próbę i szybko uciekasz do hotelu, żeby jeszcze tę godzinę odpocząć. Przyjeżdżasz pięć minut przed koncertem. Tamci już się dawno zwinęli, nawet nie masz czasu wejść z nimi w jakąś relację, nawet, jakby chcieli z tobą porozmawiać, a wielu chce.

Brakuje ci tego, czy bierzesz ten etap na gardę i uważasz, że to taki etap.

No nie, to właśnie nie jest ten etap. To jest jakaś taka samotność zespołu, samotny biały żagiel podróżuje przez morze i nikogo nie spotyka. Jedynie na jakiś dniach miasta czy Juwenaliach. Pięknie jest się spotkać z kolegami, porozmawiać, pogadać, chociaż dwa słowa zamienić. Mam kilku kolegów perkusistów, z którymi jestem blisko, z Krzyżykiem, ze Ślimakiem, z Dimonem.

LARS ULRICH

To była podstawa. Godzina 7 rano, palę Mocnego, piję kakao i leci trzecia Metallica, czyli Master Of Puppets albo „dwójka” Ride The Lightning. Klasyczne przejścia na dwa, odbitki na tomach, bardzo charakterystyczne dla Larsa, no i to brzmienie. Na tym się wychowywaliśmy. Pamiętam, był później taki koncert ku pamięci Freddiego Mercurego, zagrała tam wtedy Metallica. Patrzyliśmy na Larsa, gdzie jego ręka sięga, jak gra w werbel, po prostu wszystko się trzęsło. Po latach, jak zobaczyłem go na koncertach Wielkiej Czwórki, to byłem wręcz przerażony. Przychodzi pewien moment wypalenia, zmęczenia. Po ostatnich koncertach widziałem, że chyba musiała nastąpić jakaś głęboka rozmowa między nimi i wrócił do ćwiczenia, coś ruszyło.

 

A twoja szkoła…

A daj spokój. Nikt nie chce do mnie przychodzić, jestem artystyczną i życiową porażką. Obecnie mam jednego ucznia. Pomysł wziął się z prostych powodów ekonomicznych. Zgłosił się wcześniej jeden chłopak, który chodził 3 miesiące, ale nie robił postępów, bo okazało się, że sam nic nie ćwiczył, więc faktycznie nie miało to sensu. Teraz mam kolejnego ucznia, co i tak jest zawsze dla mnie wyzwaniem. Mogę to prowadzić, bo w mojej rodzinie zawsze była ta umiejętność przekazywania, uczenia, mówienia. Mój ojciec uczył, moja siostra wciąż uczy. A żeby dobrze uczyć to ważne, by być jak trener, taki coach. Trener jest tym, który mówi ci, jak masz zagrać, chociaż wszystkiego sam nie musi zagrać. On jest od tego, żeby pokazać, jak ułożyć ręce, jak podejść, jak się wygiąć, jak trzeba myśleć, a to wszystko później uczeń ma wykonać. Co ma ćwiczyć, ile ma ćwiczyć, na co zwracać uwagę, co jest najważniejsze, że każdy element dynamiczny jest istotny, że hi-hat ma sto miejsc i każde inaczej brzmi, tak samo z werblem. Jest tyle elementów, które się na to składa. Ćwiczenie w kanciapie nie zagada ci nigdy tak, jak granie na scenie. Masz podest, otwartą przestrzeń, blachy brzmią inaczej, tomy brzmią inaczej. Są rzeczy, o których ludzie na początku grania nie mają zielonego pojęcia.

Moją, myślę, rolą w uczeniu kogokolwiek jest to, żeby stworzyć perkusistę, który będzie częścią zespołu. Zawsze powtarzam, że jeżeli nie będzie pozytywnych interakcji między kolegami w zespole, to nigdy z nimi nic nie stworzy i nie będzie szczęśliwy. Bębniarz ma być częścią zespołu, tym, który daje groove, który napędza i na nim spoczywa wielka odpowiedzialność za jakość muzyki. Masz Davida Grohla, który też pewnie solówki nie zagra, ale dla mnie to teraz najlepszy perkusista rockowy na świecie.

Gdybyś teraz miał zacząć jeszcze raz, zacząłbyś?

Zacząłbym. Chociaż zawsze miałem jedno marzenie, które chciałbym realizować, nawet na jakimś minimalnym poziomie. Chodzi mi o aktorstwo. W tej roli chciałbym się spełnić.

Wyszło ci to przecież bardzo dobrze w teledysku Bałtyk zespołu Terrific Sunday. Szczególnie w tym aspekcie, jak pokazywałeś, że nie potrafisz grać (śmiech).

Bo to byłem cały ja! Ale tak, aktorstwo to takie moje niespełnione marzenie. Aktorką, która rozpoczyna swoją drogę, jest moja 22-letnia córka. Ostatnio byłem na premierze spektaklu z jej udziałem na Festiwalu Czterech Kultur w Łodzi. Spektakl trwał 2 godziny i były tam monologi po 10 minut, takie kobyły. To był też taki spektakl teatru, którego ja do końca nie rozumiem, jak ze współczesną muzyką. Operują innymi środkami wyrazu, ja już tego nie rozumiem, wyrosłem na innym teatrze i filmie. Patrzyłem na to i pomyślałem, jak potwornie ciężka jest to praca. Poza tym, gdy dzieje się coś złego, gdy łapie mnie kolejny atak depresji, to mogę wejść za bębny i zagrać ten koncert. Miałem taką trasę 2 czy 3 lata temu, że przed koncertem siedziałem, płakałem i błagałem Boga, żeby mnie stąd zabrał do domu. Nie dam rady, nie wytrzymam. Piotrek Morawiec mówił mi później, że byłem w strasznym kosmosie na tej trasie… Nie pamiętam ani jednej sekundy z jakiegokolwiek koncertu. Nabijałem, zamykałem oczy i byłem w swoim świecie. Mimo wszystko byłem w stanie to zrobić. I tak sobie myślę, gdybym był artystą kabaretowym, aktorem, to czy bym sobie z tym poradził? Jak wyjść na scenę i zabawiać ludzi przez dwie godziny, kiedy nie masz siły rano wstać z łóżka i przemykasz przez własną klatkę schodową jak szczur, żeby tylko kogokolwiek nie spotkać i nie stanąć z kimś twarzą w twarz, a nie daj Bóg rozmawiać. Dlatego granie na perkusji jest jeszcze w takim stanie możliwe.

Zmagasz się ze sobą.

Mówiliśmy tu o różnych pasjach, ale są ludzie, którzy zmagają się z codziennością życia, z chorobą, z depresją przede wszystkim. Ilu wielkich tego świata popełniło samobójstwo, bo żyli w depresji, bo choroba doprowadziła ich do takiego momentu, że już nie byli w stanie żyć. Ilu naszych kolegów zabrały chociażby narkotyki. Zamieścisz swoje zdjęcie z Woodstocku, gdzie masz milion ludzi pod sceną, prowadzisz Facebook, Instagram i pokazujesz swoje osiągnięcia, instrumenty itd. Ludzie widzą cię na koncercie, ale to wszystko to jest jakiś wycinek, fragment, dwie godziny z twojego życia. Tak naprawdę nie znają twojego życia, nie wiedzą, z czym się zmagasz, nie wiedzą, że walczysz tak, jak ja 15 lat z depresją. Są dni, gdzie jeden impuls, jeden drobny problem, jakikolwiek, powoduje, że siadam i jestem trupem. Teraz jedź do kanciapy wieczorem i ćwicz, bo wiesz, że musisz! Bo nie możesz tego traktować wyłącznie jako hobby, to jest twój zawód, z tego żyjesz. Jedziesz na koncert i jeśli nie ćwiczyłeś tydzień, to jest paru kolegów, którzy wiedzą, że nie ćwiczyłeś tydzień, oni to słyszą, bo to czuć.

Znalazłeś rozwiązanie?

Stanąłem pod ścianą swoich niemożliwości, swojej choroby, ćwiczę i ćwiczę, i gówno, nie mogę przejść przez ten cholerny mur. A to przecież jest też to, co mówię ewentualnym ludziom, którzy chcą przychodzić do mnie na lekcje. Moją rolą jest tylko to, by przeprowadzić przez ten mur. Być może nie wie paru drobnych rzeczy, które go blokują i jeżeli się dowie, zacznie je ćwiczyć, to przejdzie. Zastanowiłem się, gdzie mógłbym pojechać, żeby ten mur przejść? Do kogo? Mirek Muzykant! Jak Terry Bozzio dla świata, tak Mirek jest jak Terry Bozzio dla Polski, a nawet bym powiedział, że więcej. Perkusistą jest wręcz abstrakcyjnym. Wielu ludzi pytam: „Mirek Muzykant, znasz? Nie, nie znam”. No to chłopie nic nie wiesz, że masz taki diament! Mirek mówił mi zawsze tak, jak mu opowiadałem o swoich fascynacjach; „Ty nigdy nie będziesz Terry Bozzio, ty jesteś Tomek Goehs. Grasz tak, jak pozwala ci twoje serce i twoja osobowość. I to rób! Nic więcej.”

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Bartek „Szopix” Czerniachowski